Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ani po mnie, ani nigdy! zawołała wdowa z zapałem, ale ze zbójcą...
Sołomerecki żywo przerwał:
— Strzeżcie się, bym wam także nie odpowiedział podobnem a może gorszem słowem.
Wdowa zarumieniła się, ale nie cofając kończyła:
— Ze zbójcą, który napada na drodze, targujem się o życie, Tatarowi dajemy okup. Chcecie bym wam zapłaciła życie mego syna?
— Zapłacę wam, byście tylko imienia naszego na głowę podrzutka nieprawego nie kładli.
— Co chcecie za uznanie go? kończyła księżna, jakby nie zważając.
Sołomerecki miął w ręku kobierzec, o który się opierał i milczał.
— Połowa moich majętności za życie dziecka.
— Oddajcie mi całe, a nie uznam go! odparł książę dumnie.
— To ostatnie słowo wasze? spytała.
— Ostatnie! posłuchajcie mnie — nie chcę was podstępem brać. Dziecko te prześladować, gonić za niem, starać się będę je zgubić. Nie obronicie go przedemną, nie wykupicie niczem. To ostatnia moja obietnica. Majętności wasze przejdą na mnie.
— Nigdy! — zawołała kobieta płomieniejąc cała. Jeśli to dziecię nie odziedziczy ich po mnie — pójdę za mąż.
Sołomerecki zadrżał.
— Zobaczymy, rzekł, kto się odważy was zaślubić. Chcieliście wojny, przyszliście mnie do żywego rozdrażnić, nie odmawiałem nigdy walki, nawet z kobietą, dodał, nie odmówię jej wam. A teraz, zda mi się, nic