Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


śmiesznych pretensyj, a przysięgam, że dziecięcia prześladować nie będę.
— Wy to zowiecie śmiesznością! A! bodajbyś kiedykolwiek raz w życiu choćby pojąć mógł na sobie, jak boli, gdy kto świętej prawdzie przeczy. Dziecię to... przysięgam wam, dziecię brata twego!
— Przysięga nie dowód dla mnie... dajcie mi dowody... oczyśćcie dziecko z pozoru nieprawości, ja je uznam naówczas.
Księżna stała zmięszana.
— Tak, dajcie mi dowody! Gdzie świadkowie mniemanego małżeństwa? gdzie dowody, że to dziecię brata mojego?
— Ja wam przysięgłam... Innych dowodów teraz w ręku nie mam. Ale sądzę, że przysięga Sołomereckiej warta świstka papieru... król...
— Król, uśmiechając się przerwał książę, któż wie jakie mógł mieć powody uznania tego dziecięcia.
I szydersko wymówiwszy te słowa, odwrócił się dumnie.
Wdowa na chwilę spuściła oczy, potem zajadlej jeszcze dodała:
— Podły zbójco... ty śmiałbyś sądzić...
— Obelgi kobiety, mościa księżno, są dla mnie jak wiatr. Bić się z niemi nie będę. Ale jeśliście po to tylko tu przyszli, aby mnie lżyć, każę wam wskazać drzwi.
— Sama je znajdę, odpowiedziała Sołomerecka. Jeszcze słowo tylko mości książę. Wasza dostojność książęca nie ma czem mitry swojej wyzłocić, wy pragniecie mego majątku.
— Będę go miał księżno... po was, poczekam.