Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie będziemy opisywać pierwszych chwil połączenia matki z dziecięciem, które dzięki listowi królewskiemu, uznane niejako, zapewnioną mając przyszłość, zasłonione opieką króla, lepszego nadal losu wyglądać mogło.
Tak przynajmniej roiła matka, ale myliła się biedna. Książę, który sądził ją zginioną, nie odbierając wieści, dowiedziawszy się o życiu, o bytności w Knyszynie, puścił natychmiast zajęte majętności, oddając je bez sprzeczki. — Ale czytając w liście tym imię syna odezwał się dziko:
— Jej! nie jemu! To obca krew, nieprawe dziecię. Zdusić je potrzeba dla sławy naszej, dla zmycia szkaradnej tej plamy. Gdzież są dowody tego małżeństwa, gdzie metryki, gdzie świadkowie? A gdyby ci byli, dość wątpliwości jednej, aby nas zhańbić. To dziecię umrzeć musi.
I nie chciwość tylko powodowała księciem, ale to wysokie pojęcie godności swojej familji, ta duma, która zawsze mu przewodniczyła, życie ludzkie mało ważąc, gdzie chodziło o sławę rodu.
Dumny że był ostatnią latoroślą swego szczepu, na której ważyła wielka i świetna w jego przekonaniu przeszłość, sądził się obowiązanym do opieki nad imieniem, mniemał powinnością swą odepchnąć tego, którego za nieprawego podrzutka uważał.
Kilkakroć zasadzał się na życie dziecka i nie taił się z tem wcale, wyszukiwał je ukryte, szpiegów wysyłał, płacił zdrajców: nic mu nie kosztowało rozkazać je zabić. A gdy z podziwieniem rzucano pytanie: Jak ludzkie życie tak mało cenić można? z gorżkim uśmiechem odpowiadał: