Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mując dla czego, uczuł pociechę jakąś w sercu i słodko zapatrywał się w twarz, co ją zda się znał kiedyś, a której imienia nie mógł przypomnieć.
Tak przeszło nabożeństwo, gdy wszyscy rozchodzić się poczęli, kobieta w czerni musiała nareszcie wyjść także z kościoła. Żacy dobrze wprzód udali się do drzwi i tam stanąwszy w swoich białych sukienkach, z gałęźmi w ręku, zbierali jałmużnę.
Wychodząc księżna spotkała się z synem, który uśmiechając się łagodnie, rękę ku niej wyciągnął i powtórzył słowa przez żaków używane:
— Grosz dla żaczków!
Łzy napełniły oczy matki, wstrzymać się dłużej nie mogła, rzuciła ku niemu i zakrzyczała w głos łkając:
— Mój syn! mój syn!
Nikt nie pojmował co to znaczyć miało, lud się rozstąpił i ściskać począł natychmiast do koła. Wychodzący zatrzymali się i powrócili nazad.
— Co to jest? co to jest? — pytano tłumnie.
— To twoja matka! — zawołała Agata do sieroty.
On rzucił gałąź i zawiesił się jej na szyi.
— Matka! matka! Królowa niebieska oddała mi matkę! A! modlitwa moja wysłuchana.
— Chodźmy, chodźmy! przerwała w uścisku księżna, ty ze mną. Już cię nigdy nie opuszczę! Będę dzielić twoje niebezpieczeństwa, nic nam nie uczyni zacięty nasz nieprzyjaciel!
I rozstąpili się otaczający, wzajemnie wypytując tylko, a księżna unosząc syna jeszcze w białem tem ubraniu obrzędowem, siadła z nim do czekającej kolasy i w towarzystwie dwóch kobiet i kilku dworskich udała się do mieszkania.