Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzi świeżemi głosy zanucili pieśń:
Jako róża między kolącym głogiem.
Między żaki śpiewającemi kląkł Maciek, a nucąc pieśń, łzy mu płyną po zbladłej twarzy. — Bo przyszło mu na myśl wszystko co w życiu przecierpiał, co zniósł, bo jak cień stanęła mu przed oczyma jakaś postać mglista, którą nazywał matką i westchnął do królowej niebieskiej, aby mu matkę powróciła.
Prawie w tej samej chwili gdy dziecka westchnienie leciało ku niebu, kobieta w czerni ubrana wciskała się przez tłum zgromadzony ku wielkiemu ołtarzowi. — Dwie towarzyszki niższej klasy, dwie sługi, wiodły ją i ułatwiały przejście. Obie podżyłe niewiasty. Nieznajoma, która jak łatwo się domyślacie była księżną Sołomerecką, matką sieroty — żaka — blada jak zawsze, piękna jeszcze, padła niedaleko miejsca, gdzie siedmiu wybranych chłopiąt z gałęźmi śpiewali pieśń o Bożej Matce.
Nagle oczy jej zapłonęły w modlitwie, padłszy na najbliższego. Oderwać ich nie mogła i silną ręką chwytając Agatę blisko stojącą, zawołała stłumionym, ale mocnym głosem:
— To on! to on!
— To on! pani... Ale na Boga nie wydajcie się... Dziś jeszcze mieć go będziecie, teraz, przy ludziach, w kościele...
— O! bądź spokojna. — Serce tylko matki zabiło na widok jego, poznało dziecię. — Teraz modlić się będę.
I zaczęła modlić się i płakać.
Maciek także skończywszy pieśń, gdy się odwracał, postrzegł kobietę w czerni, oczy w nią utkwił, nie poj-