Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Niech to spadnie na moje sumienie, niech krew ta na mojej zawiśnie głowie, bylebym od podrzutka był wolny.
Jakoż zaraz po liście królewskim zaniósł książę, zwyczajem u nas powszechnym, manifest do akt przeciwko dziecięciu, któremu imię książęce bez dowodów dawano. Potem udał się do Krakowa, poprzedzony przez wysłanych pierwej ludzi, którym poleconem było, dziecko schwytać i wywieść na obcą ziemię, lub uczynić z niem coby chcieli, byleby powrócić i wynalezionem być nie mogło.
Widzieliśmy jak starania te na niczem spełzły, jak matka przybyła do Krakowa, gdzie książę sam także się zjawił, oczekując obiecanego i zapowiadanego przybycia królewskiego, aby sprawę tę wyprowadzić na nowo.
Pan Czuryło, dawny sługa domu książąt Sołomereckich, przybył nad wieczorem do księżnej. Ona cała zajęta, po długich latach niepokoju i rozdziału, odzyskanem dziecięciem, rada by była odprawić niewczesnego gościa, ale przybyły nalegał pilnie, aby go wpuszczono.
Nie mogąc odmówić, księżna rozkazała wprowadzić starego szlachcica, który z miną przerażoną i przerażającą szybko się do niej zbliżył.
— W. ks. Mość wiesz — zawołał — o przybyciu księcia do Krakowa?
Sołomerecka pobladła i zmieszała się, wstała i zawołała:
— On tutaj! Pierwszy raz więc spotykamy się w życiu... Tak blisko.
— Książę od kilku dni bawi w Krakowie, dziś go