Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


widziano we zborze, o czem wiem od jednego z będących tam na kazaniu i nabożeństwie. On tu darmo nie przybył!
— Zapewne — odezwała się księżna. — Dobrze się stało, że tu razem jesteśmy. Potrzeba to skończyć. Jutro będę u niego.
— Wy! Pani?
— Ja! — rzekła dumnie powstając kobieta — niech wiem co mnie czeka, czego chce odemnie... Gdzie on mieszka?
— Nie wiem, odparł zafrasowany Czuryło.
— Proszę was, dowiedźcie się. — Jutro, nie dalej jak jutro, muszę się z nim widzieć, koniecznie!
Te słowa wyrzekła głosem tak stanowczym, pełnym siły niezłomnej, że szlachcic, który zabierał się odradzać, nie znalazł na to w ustach wyrazów.
— Idźcie i starajcie się dowiedzieć, dodała.
— Ale W. ks. Mość...
— Nie usiłujcie napróżno zmienić mego postanowienia. Ja widzić się z nim muszę.
— Rachujecie na siebie, że go przekonać, że żelazną jego wolę złamać potraficie?
— Na nic nie rachuję! Chcę go widzieć, chcę raz spojrzeć mu w oczy i spytać dla czego mnie prześladuje... I ja mam także wolę mojego rodu, niezłamaną, żelazną. Kobieta, cierpiałam i walczyłam jak mężczyzna.
Pan Czuryło po chwili rozmaitych, ale zawsze próżnych uwag, odszedł. Powlókł się dowiadywać o księciu i nie trudno znalazł jego mieszkanie. Sołomerecki nie miał powodu się ukrywać.
Wieczorem tegoż dnia księżna wiedziała co chciała,