Zygmuntowskie czasy/Tom III/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
I.
LISMANIN.

Na ulicy Ś. Jańskiej, w kamienicy wielkiej, zwanej pospolicie Brogiem, której drzwi świeżemi okowy umocnione, z obu stron murem wystającym zakryte były, fórtka otwierała się nieustannie wpuszczając wewnątrz ludzi ze wszystkich stron miasta zbiegających, opończami i czapkami po większej części tak zakrytych, że twarzy ich nie łatwo dostrzedz było można.
Inni zdawali się znowu jakby naumyślnie, odważnie lice swoje przechodzącym ukazywać. Stukali do fórtki głośno, aby na siebie zwrócić oczy, gdy drudzy potajemnie przekradłszy się osłonieni do drzwiczek, pukali nieśmiało oglądając do koła. Jedni szukali oczów ludzi, drudzy ich unikali. Młodsi szydersko spoglądając na lud, zwycięzko wchodzili do Brogu, starsi drżeli biorąc za klamkę.
Lud przepływający ulicę i sąsiedzi spoglądali na kamienicę okiem bojaźń, ciekawość i pewien wstręt objawiającem.
Szmer wychodzący z niej, postacie ukazujące się w oknach, wszystko aż do surowego oblicza odźwiernego, który wyglądał ze drzwi, zastanawiało przechodzących.
Od rana począwszy zgromadzanie się ludu różnych klas zwiększało do południa, po nim fórtka zamknęła i śpiewy tylko lub głosy mówiących oznajmywały o licznym zbiorze wewnątrz. Bróg był zborem, pierwszym zborem reformowanych w Krakowie; lud co do niego napływał, wszystek już odpadł od matki kościoła, lub pragnął nowej nauki. W r. 1571, 26. sierpnia kamienica ta kupiona i na protestancki dom modlitwy przeznaczoną została.
Lecz zwróćmy się nieco i cofnijmy ku przeszłości, aby lepiej późniejsze wypadki wyrozumieć.
Wiemy jak reforma weszła do Polski, pierwsi jej apostołowie byli to ludzie, ani nauką obałamuceni, ani nadużyciami znękani; ale po prostu chciwi nowości, zepsuci, zawsze nowych swobód pragnący, budujący swoje znaczenie i wielkość chwilową na odszczepieństwie. Jest na nieszczęście w człowieku coś, co go pociąga ku złemu, fatalną ciekawością, niepokojem jakimś dręczącym. A gdy złe jeszcze zakazane, prześladowane, gdy niebezpieczeństwo grozi, tajemnica otacza, ludzie niebezpieczeństwem, zakazem, tajemnicą pociągani bywają silniej, niż najszlachetniejszemi pobudki gdzieindziej. Smutna to — ale prawdziwa. Reforma do Polski nie weszła przez uczonych, nie zaszczepiła się przez ludzi wielkich z ucisku głos zbolały podnoszących; apostołami jej byli: młodzież powracająca do kraju z zagranic, dumna nową nauką, oszuści, wywłoki mnichy, a po trochu malkontenci magnaci, którzy w sprawie religijnej szukali przewagi politycznej dla siebie i familii swojej. Stając na czele reformowanych, groźnie opierając się duchowieństwu katolickiemu, koalizując się przeciwko panującej wierze, nabywało się łatwo znaczenia, jakiego inne i większe zasługi dać tak prędko nie mogły.
Ludzie tak roją o prawdzie, że często w namiętnem jej poszukiwaniu błądzą, każde błędne światełko biorąc za nią. Tak się stało z reformą; duma, pierwszy do niej bodziec, stworzyła ją, ciekawość niespokojna przyjęła. Właśnie w ciągu panowania Zygmunta Augusta rozszerzać się silnie po kraju poczęła nowa nauka, którą tak doskonale zwali praojcowie nasi nowinkami. Nowinki więc wittembergskie i genewskie zewsząd poczęły kraj zalewać, a nic im tamy położyć nie mogło. Duchowieństwo oporem swoim z początku pociągało jeszcze ku niebezpieczeństwu, które mając pozór jego, nie było istotnem.
Największem złem na ówczas stała się obojętność panującego, który z kolei dawał ucho i serce duchowieństwu katolickiemu i reformowanym. Z jednej kancelarji, z jednym podpisem i pieczęcią, wychodziły z kolei listy zapewniające prawa i swobody dawnej wiary ojców, i broniące a zasłaniające od wszelkiego mięszania się duchownej władzy nowowierców. Jednego dnia podpisywano zakazy opowiadania nowej nauki, i przywileje na zbory i domy modlitwy. Z tego wszystkiego i z całego postępowania słabego Augusta widać, że tajemną miał do reformy skłonność. Szczęściem wszystko co go otaczało nadto tchnęło katolicyzmem, aby się odważył wyraźnie objawić co myślał. Ale przyjęte dedykacje i listy Konrada Gesnera, Henryka Bullingera i Kalwina, odpowiedź królewska Internuncjuszowi Lippomanowi, wyjazd jego do zboru w Wilnie, dowodzą tajemnej sympatji dla reformy. Wszystko zdaje się przekonywać, że Radziwiłłowie, pierwsi w Litwie apostołowie reformy, wpoili także w króla to zamiłowanie nowinek.
Nadto zawsze wahający się aby miał zerwać z całą przeszłością, August objawiał tajemne swe myśli nieznacznemi łaski i protekcją ludzi, pomawianych o rozszerzanie niebezpiecznych zasad.
Jednym z pierwszych w Polsce najniebezpieczniejszych może apostołów reformy i zapewne nie bez wpływu na Zygmunta Augusta, do którego osoby łatwy miał przystęp, był człowiek zepsuty, chciwy swobody, namiętny i chytry, na dworze Bony wyuczony sztuki skrywania swych myśli, Włoch, mnich franciszkan Franciszek Lismanin. W początku sprawiał on obowiązek spowiednika przy królowej matce, a spowiedź tej kobiety, której ręki syn lękał się dotknąć aby w pocałunku trucizny mu nie dała — była może dla człowieka niepewnego charakteru pierwszym szczeblem do niewiary. Lismanin wyuczył się przewrotności przy niej: mnisza suknia ciężyła mu, życie klasztorne go dusiło, nie mając ducha swego stanu, męczył się położeniem swojem. Jemu potrzeba było znaczenia, bogactw, swobody, nie pokornej misji pocieszyciela, nie zaparcia się ciała i przyszłości doczesnej. Lismanin potajemnie z początku na księgach wyszłych w Wittemberdze, Lipsku i Bazylei uczył się zasad nowej nauki, nauki dumy, którą zwano nauką rozumu. Pochwytawszy zasady, zresztą łatwe do pojęcia, bo na jednym gruntujące się przeczeniu, rozpoczął nawracanie. Wielu ciekawych, wielu chciwych nauki, wielu płochych i niespokojnych, przybiegli ku niemu w nadziei dowiedzenia się co to jest przecie ta nowość, która światem wstrząsać poczynała. Między uczęszczającymi do Lismanina na konferencje jego liczą nawet ludzi, których zkąd inąd posądzać o to trudno; mianowicie jednego kanonika krakowskiego Drzewickiego, Jakóba Uchańskiego kanonika także, potem referendarza i arcybiskupa prymasa, także Andrzeja Zebrzydowskiego, później biskupa krakowskiego. Bywał tam też Jan Trzecieski, Bernard Wojewódka mieszczanin i drukarz krakowski (Erazma Rotterdama uczeń), Jakób Przyłuski, Andrzej Frycz Modrzewski i inni. Zbierano się już w Krakowie, już w niedalekiej wiosce Aleksandrowicach; a Samuel Maciejowski, ówczesny biskup krakowski, spostrzegłszy to, wszelkiemi sposoby starał się rozszerzaniu nauki zgubnej zapobiedz. Lismanin wszakże mający opiekę w królowej matce i królu młodym, którego ciekawość naukową i skłonność do nowinek podsycał, w początku nie wiele się lękał zamachów biskupa. Reforma codzień w Polsce liczniejsza, silniejsza, codzień się stawała do ujęcia w kluby trudniejszą. Co w początkach na kilka osób, to teraz na tysiące wymierzać trzeba było, a takie prześladowanie, znęcanie się, i ciężkie i niebezpieczne. Smutno pomyśleć, że liczba obłąkanych zawsze prawie wymawia obłąkanie.
Maciejowski napróżno jednak chciał zręcznego Lismanina złapać, napróżno ostrzegał królowę i młodego króla o myślach tego człowieka. Dla potępienia niebezpiecznego apostaty, potrzeba było cokolwiek schwycić książkę, pismo, a tego Włoch nie dozwolił. Kilka razy powiadają, biskup wchodził do biblioteki Lismanina pod pozorem znajomości i stosunków (bo głoszono nawet, że biskupstwo krakowskie, za wstawieniem się franciszkana od Bony otrzymał), zabawiał się z nim poufale (Lismanin lubił bardzo grać w piłkę), ale schwytać Włocha na słówku, na piśmie, na najmniejszej oznace odszczepieństwa, nie było można. Skrycie reformator, pozornie był katolikiem; a choć wszyscy wiedzieli o konferencjach w Aleksandrowicach, nikt złapać tam ich z p. Karnińskim i innymi spólnikami nie mógł.
Tymczasem Lismanin wybierać się począł do Włoch, wysłany przez Bonę dla powinszowania wstąpienia na stolicę apostolską Pawłowi III, a wieść niosła, że Maciejowski obawiający się powrotu Lismanina, papieżowi go wskazał jako niebezpiecznego człowieka. Lismanin zawsze szczęśliwy dowiedziawszy się o tem podobno od Stanisława Karnkowskiego, podróżującego po Włoszech, nie dał się złapać.
Aż i Franciszek Stankar przybył do Polski, wezwany dla nauki języka hebrajskiego w akademji krakowskiej przez samego Maciejowskiego, nic o jego sposobie myślenia niewiedzącego na nieszczęście.
Położenie Lismanina, coraz krytyczniejsze, stawiąc go jako mnicha pod władzę bezpośrednią duchowieństwa, z drugiej strony uzyskana już przez nowowierców bezkarność, — natchnęły wreszcie myślą zrzucenia maszkary i pokazania jawnie kim był. Nie czekając więc dłużej, Franciszek Lismanin, do zguby za sobą wciągając kilku jeszcze słabych towarzyszów zakonników, zrzucił suknię mniszą i przyłączył do wyznawców nowej wiary.
Miasto zerwania z nim wszelkich stosunków, Zygmunt August nie przestał wywłokę okrywać swoją opieką; owszem zdaje się nawet że Lismanin począł na ówczas serjo myśleć o nawróceniu króla i że nie inszy był cel podróży jego późniejszej, jak przywiezienie ksiąg ku temu posługiwać mających. Tajemnie król rozkazał mu przygotować się do drogi, dostarczył na nią pieniędzy, polecił znaczne kupno ksiąg za granicą i szczególnie do Szwajcarji go skierował. Wyprawiony mnich haniebnie zawiódł zaufanie Augusta, i czy to obawiając się skutków dalszych swego odstępstwa, czy nie ufając królowi, aby się miał otwarcie nawrócić, pomimo namowy i przekonywania niejakiego Budrzyńskiego, z nim jako dworzanina jadącego, z pieniędzmi na księgi danemi pozostał w Genewie.
Ale z wyjazdem promotora reformy, nie odjechała zasiana przez niego nauka, uczniowie jego rozsiewali ją po kraju, przybywali nowi, którym bezpieczna Polska smakowała.
W początkach tulące się po wsiach nie daleko Krakowa zbory i domy modlitwy, powoli do stolicy wciskać poczęły. Na Krzemionkach, potem w Woli Decjuszowskiej, blizkiej miasta, w Chełmie u Chełmskiego chorążego Krakowskiego, zbierali się nowowiercy; a predykowali tam Sarnicki, Wiśniowski, Pauli i Przasnyski. Ośmieleni bezkarnością Justus Decius (syn Ludwika) dworzanin królewski i Bonar kasztelan biecki, spróbowali w samej stolicy urządzić domy modlitwy.
Przyłączyli się do reformowanych nowo, anti-trinitarjusze, i nauka ich szkodliwszą jeszcze wszystkim się wydając, wzbudzając wstręt powszechny, rzuciła naprzód cień na całe zbory. Coraz się później urządzając i asystencją swą legalizując, reformowani ośmielili się szkoły w samym Krakowie otworzyć. Nabyto ogród za cmentarz oddzielny służyć mający za bramą Mikołajską, którego kupno August, zawsze łatwy dla wszystkich, potwierdził przywilejem 1569. Naostatek dom murowany wielki na ulicy Ś. Jańskiej, zwany Bróg, o którym wyżej wspomnieliśmy, kupiony i prawie otwarcie nabożeństwo doń wprowadzono w r. 1571.
Z kilku przywiedzionych faktów łatwo miarkować, jak tu codziennie podrastała reforma; nie walką otwartą idąc, ale skrytem podziemnem działaniem nieustannem. Życie Franciszka Lismanina jest normą obcych apostołów w Polsce nawracających — krajowcy szczersi w swem obłąkaniu, więcej litość niż pogardę wzbudzają. Później dopiero, widząc ich wiążących się z obcemi i pukających o pomoc we wrota nieprzyjaciół, przekonywamy się, że przestali, rzucając wiarę narodową, być synami swojego kraju.
Lecz wróćmy do kamienicy naszej.
Był to dzień ósmy Grudnia, w którym katolicki kościół święto Niepokalanego Poczęcia Matki Bożej obchodzi. Protestanci dnia tego, nie dla święta, które odrzucali, ale widocznie z innego jakiegoś powodu zbierali się tak licznie do Brogu, ponieważ zwykle widywano ich w niedzielę uczęszczających do nowego zboru; zadziwiał się lud temu, nie mogąc pojąć, dla czego w święto katolickie protestanci schodzą się na swoje kazanie. Pomimo że w liczbie nawróconych było wielu panów, wielu bogatych mieszczan i ludzi do dnia wartości nie przywięzujących, więcej jednak daleko, zwłaszcza niemieckiego pochodzenia rzemieślników i takich, którzy pracując na utrzymanie codzienne, niedzielę tylko mieli swobodną.
Kilku żaków spieszących do kościoła na nabożeństwo, zatrzymali się słysząc śpiew we Zborze.
— Słyszysz — Pawełku? rzekł Janek, co to ryczy?
— Heretycy po swojemu Pana Boga chwalą.
— Co to? i u nich święto?
— Kat ich wie — a musi ich tam być dosyć, bo aż na ulicy psalmodją słychać.
Podnieśli oba oczy do góry, chwilę stali i kiwali głowami do siebie, dziwując się.
— Dalej, dalej, rzekł Pawełek, w miejscu kogutka na dachu, dzwoneczek przyczepią, potem dzwonek, potem dzwon, potem dzwonisko i będą się w głos o białym dniu na modlitwę wołać. Patrzaj co za zuchwalstwo!
Znajoma nam pani Marcinowa, przekupka, idąc z koszykiem podle, zatrzymała się także.
— Patrzaj ich! toć to już się nie kryją nawet.
— Czego się mają kryć, dorzucił przechodzący Czuryło. Toho łycha co dzień więcej, co dzień śmielsze, a kiedy im ksiądz biskup nic nie mówi, król nosa nie utrze, muszą hardzieć.
— Ależ mój dobrodzieju, zawołała Marcinowa, im to może wszystko jedno; ale nam, nam cośmy do naszego Pana Boga przywykli, strach w jednem mieście z niemi mieszkać!
Skaczy wraże, jak pan każe, odparł ponuro pan Czuryło.
— Ale to Pan Bóg ukarać musi — a karając ich, tych nieprzyjaciół ś. Trójcy, i nam się gotowo dostać.
— Nie bójcie się moja Jejmość, rzekł szlachcic, gdzie jest dziesięciu sprawiedliwych, tam stu złym dla nich Bóg przebacza.
— Prawda i to.
— Ale czego to oni się dziś zeszli? czy u nich święto?
— Gdzie zaś! Musiał jakiś predykant z za granicy przybyć z nowem bałamuctwem.
— Najpewniej — dodał wyglądający przez okno mieszczanin, bo od rana ruch był niezwykły, powiem państwu, że człowiekowi zimno się robi myśleć, co tam za horrenda i pudenda w tym domu. Kiedyś to się zapadnie. Ja tu już mieszkać nie chcę, abym tylko dom sprzedał, w drugi koniec miasta się wyniosę.
Takie były rozmowy, uwagi, postrzeżenia i strachy większości ludu, a to nie tylko w Krakowie ale wszędzie.
Wejdźmy do środka.
Z ciemnego przejścia, schody wiodły na górę; tam wielka sala, której okna wychodziły na ulicę, służyła za miejsce modlitwy. W jednym jej końcu znajdował się stół suknem pokryty, na nim krucyfiks i dwie świece, ozdób i obrazów żadnych, ściany nagie, kilka na nich napisów z pisma świętego, na wielkich deskach czarnych wywieszonych, zawierały główne teksta, któremi, źle je wyrozumiawszy, podpierali się reformowani.
Sala ta pełna była ludzi różnego stanu płci obojej, po większej części stojących. Kilkanaście znakomitszych osób było na przodzie, wydatnie, jakby przytomnością swą dowodzić chcieli, że wiara nowa ma w wyższych klasach społeczeństwa opiekę i współczucie.
Stary, siwy, z krótko postrzyżonym włosem, wysokiego wzrostu, ogorzałej twarzy, od której dziwnie białe odbijały włosy — czarno ubrany mężczyzna mówił do zgromadzonych słuchających go w uroczystem milczeniu. Teksta jakie na ówczas wybierali pospolicie predykanci, nie ściągały się jak teraz do nauki moralnej, ale do dogmatów w kontrowersji będących. Dla tego zapewne i każący pastor objaśniał ludowi swoją komunję pod dwoma postaciami, dla tego mówił przeciwko bezżeństwu księży.
Łatwo miarkować, jakie w drugiej części mowy zachodziły argumenta. Nienawiść katolicyzmu wywlekła tam wszystkie owe szkaradne powiastki, cały stos plugastw w pół zmyślonych, w pół przekręconych z prawdy, wyjątkiem tylko będącej nie prawem.
Życie mnisze, zakonne, to życie tak święte i wielkie, zostało zaparte, zniweczone, oplwane; możność poskromienia namiętności — zaprzeczona.
Mówca z niepospolitym zapałem odzywał się, a rzecz jego z energją, z dziwną czasem w bezwstyd przechodzącą naiwnością rozwinięta, w języku pełnym barwy, przeplatana śmiesznościami, żarty, powiastkami, widocznie zajmowała i przekonywała słuchaczy.
Każąc zdawał się predykant walczyć, tak się gniewał, srożył, tak namiętnie czynił sobie sam zarzuty i odpierał je gorżkiemi szyderstwy; tak się wysilał na dowody przeciwko własnym zręcznie wrzuconym podaniom katolickim. Widać było ze wszystkiego, że mu najbardziej chodziło o to, aby zmazać w nawróconych wszystkie ślady wiary odstąpionej, aby okazać jej mniemane fałsze i szkodliwe błędy.
Niekiedy gdy rzucał klątwy i szyderskie na katolicyzm zarzuty, twarz predykanta zmieniała się, czerwieniła, oczy występowały na wierzch, ręce drgały konwulsyjnie, ciało dygotało, pierś dyszała, zęby się z pod warg zsiniałych ukazywały. Na ówczas nie był to minister słowa Bożego, jak ich na ówczas zwano, ale zajadły prześladowca; nie był to łagodny opowiadacz słodkiej nauki, ale chciwy krwi i prześladowania człowiek. Drżał, rzucał się, biegał, padał, podnosił, wyciągał ręce, przewracał oczyma, pienił.
Znać było w nim, że niedawno jeszcze rozstawszy się z nauką, którą usiłował współwyznawcom obrzydzić, chciał siebie także przekonać, chciał swoje także odstępstwo we własnych uniewinnić oczach, swoje sumienie drgające jeszcze zagłuszyć.
Rzadko wielki zapał nie wzbudzi współczucia. Tak się i tu stało, pomimo przesady, gwałtowności, obrzydliwego znęcania nawet nad rzeczami, które wielu z przytomnych przywykli byli uważać za szanowne i prawie święte — mowca wszystkich żywo poruszył, i gdy poczynając psalm śpiewać sam, skończył kazanie, lud pozostał pod wrażeniem jego na długo.
Po odśpiewanych psalmach i pieśniach, po ukończonem nabożeństwie, ludzie zebrani rozchodzić się poczęli. Ale nie razem. Znaczniejsi pozostali jeszcze, inni obawiając się kupą wysypać na ulicę, umawiali kto wprzód miał wynijść. Poczęto z cicha rozmawiać.
— Kto to jest? pytali mieszczanie, ten stary nowy predykant?
— Powiadają że przybył z daleka.
— A po polsku tak mówi, jakby się w Polsce wychował.
— Bo się w niej wychować musiał. Teraz przybywa z Szwajcarji, ale o tem wara rozpowiadać obcym.
Staruszek który stał podle rozmawiających, szepnął im cicho...
— Ja go znam.
— Któż to jest?
— Pst! cicho!
— I ja go znam — rzekł drugi, albo się bardzo mylę, albo to jest...
— Cicho — nie rozpowiadajcie jeśliście go poznali. Bóg wie! Mówią że ksiądz biskup i między nas rozsyła swoje szpiegi.
— O! to pewna, lepiej milczeć.
— Chodźmy do domu — po drodze wam powiem, dodał staruszek, któren z ubrania na rzemieślnika wyglądał.
Gdy wyszli we trzech na wschody, obejrzawszy się bacznie, stary szepnął bliższemu, a wszyscy się dla słuchania go ponachylali.
— Wiecie, bywałem dawniej za młodszych lat używany od królowej matki do malowania izb w zamku; widywałem tam wszystkich dwór składających, często między innemi — spowiednika...
— Królowej?
— Bony, Bony — franciszkana. Ten się później na światło prawdziwe nawrócił i stał wielkim filarem kościoła Bożego; zwał się Lismanin.
— Miałżeby to być on?
— Niechybnie. — Zestarzał, alem go poznał. Zachwyciwszy coś pieniędzy królewskich na księgi, wyjechał do Helwetów i tam ożeniwszy osiadł. Król JMość powiadał słyszę, że gdyby go miał kiedy w ręku...
— Ale to nie może być on. Jakżeby śmiał?
— Otóż to i mnie dziwi.
— Zmienił nazwisko, nazywają go słyszałem Burgerem.
— Może być, ale pewny jestem, że to ten sam. Budrzyński by to najlepiej powiedzieć mógł, bo z nim razem jeździł i potem wrócił sam, ale go teraz w Krakowie nie ma.
— Śmiałość wielka!
— Bóg dodaje odwagi swoim posłańcom, dodał stary oddalając się — kto wie, może krwią przyszedł naukę nową zapieczętować. I gdyby go złapano!
— Schwytać go nie mogą.
Po tych słowach nowowiercy się rozeszli, inni wypływali powoli z sali i zwolna w ulicach nikli, tak, że dom wkrótce był prawie pusty.
W sklepionej nie wielkiej izdebce, przytykającej do domu modlitwy, siedział teraz predykant w szerokiem krześle, koło niego siedzieli, stali, znakomitsi nowowierce polscy: Ossoliński, Myszkowski, Filipowski, Lasocki, Stadnicki, Zborowscy i inni.
Z cicha rozpytywali oni pastora o postęp reformy za granicą, o panujących, którzy w opiekę swą wiarę nową wzięli, o znakomitszych uczonych pismami ją rozszerzających.
Na wszystkie pytania tak zwany Burger odpowiadał żywo, z wielką przytomnością i zapałem, jeśli nie szczerym, to przynajmniej doskonale udanym.
— Tak! tak! dodał, przyjdzie i nie daleki jest czas, gdy synowie fałszu padną przed światłością i przestaną kłaniać się bałwanom.
— Oto właśnie, rzekł Myszkowski, nowy wiary prawdziwej wyznawca. To mówiąc wskazał wysokiego, poważnej postawy, surowego oblicza mężczyznę.
Spojrzawszy nań, widziałeś do razu że spędził życie nie zamknięty między czterema ścianami, nie w pokoju i miękkiem próżniactwie, ale w bojach z sobą, z światem, ręką i duszą, sercem i ciałem. Surową też miał i ponurą fizionomją. Czarny wąs i broda krótko postrzyżona ocieniały z włosami wypełzłemi na wzniosłej czaszcze, gładkiej jak skóra, twarz bladą, chudą, żółtą, dumnego wyrazu. Czarne oczy wielkie, pokryte powiekami, głęboko oprawne, zasłonione rzęsą długą, spoglądały obojętnie i zimno. Usta ściśnięte, końcami lekko w dół pochylone, zmarszczkami już otoczone wespół z czołem i policzki, namiętności stare i gwałtowne opowiadały. Znać było, że nie zwykł się tamować, nie umiał przymuszać, nie cierpiał podległości żadnej, uporu swego pod niczyją wolą nie złamał. Postawy ogromnej, barczysty, rozrosły, szerokich ramion, silnie zbudowany, pomimo że się zbliżał do schyłku młodości, miał jeszcze pozór młodego, ufającego w swą siłę człowieka.
Był to książę Sołomerecki.
Wspomnieliśmy wyżej, że książę młodość swoją spędził na zagranicznych dworach. Przebiegając Germanją właśnie w tej chwili, gdy reforma usiłowała czynić prozelitów, zachwycił był nieco nauki nowej; nie porzucił wszakże wiary ojców, aż za powrotem do kraju, gdy w ślad za nim jeden z wysłańców niemieckich przybył na Ruś nawracać i wystawując księciu wielką rolę protektora reformy, zachęcał do walki, obiecując przewagę znakomitą, zapowiadając dni sławy i zwycięztwa.
Sołomerecki dał się nawrócić i zręcznemu pochlebcy dozwolił nieznacznie wziąść przewagę nad sobą. Wielkiej na to potrzeba było przebiegłości, aby człowieka charakteru niepodległego ujarzmić; ale wmawiając myśli, poddmuchując przekonania i rozkazy, przekonywając, że to co się poddaje, sam pierwszy zamierzał — można najnieugiętszego owładnąć. Tak się i tu stało, książę Sołomerecki został ewangielikiem z własnej niby woli, w istocie zaś za podszeptem niby zbiega którego przytulił, któren zdawał się czynić tylko wolą pana, a nie czynił jak swoją.
Imie książęcia, dawniej na Rusi wzięte, na dworze książąt Ostrogskich znajome i domowe, potrzebne było sprawie reformy, wciągając niejako w jej przyszłość rodzinę Ostrogskich, która później znacznie (w końcu XVI wieku), całkiem już za protestantami razem z Rusią grecką stanęła.
Książę przybyły do Krakowa, posłyszawszy o sławnym predykancie, ukazał się na kazaniu w Brogu. Tu go jak widzieliśmy przedstawiono kaznodziei, któren z żywem uczuciem powstał i ściskając jego rękę, nizko schyliwszy się, wymówił:
— Wasza książęca Mość możesz być wielkim kościoła filarem! Nasi bracia wszędzie jęczą w ucisku, tacy tylko ludzie jak wy, sprawie świętej Chrystusowego kościoła pomódz dziś mogą. Dusza moja raduje się waszemu nawróceniu, bo ono za sobą z szpon szatana wyrwać może tysiące.
Zimno dosyć, dość dumnie przyjął książę żarliwą przemowę.
— Bądźcie pewni, rzekł, że nie usunę się od braci w chwili niebezpieczeństwa, a błogosławić będę walce, bo w niej przeczuwam zwycięztwo. W Litwie, w Rusi katolicyzm widocznie upada, wstrzęsły się jego podstawy, duchowni nawracają się, biskupi tajemnie sprzyjają naszej nauce, król nie jest od niej daleki. — Senat pełen współwyznawców; Litwa rzuca kościoły a bieży do zborów, wywracają się bałwany i jutrzenka nowego dnia świta! Jeszcze chwila, a Polska cała uzna słowo prawdy.
— Amen! dorzucił uśmiechając się predykant. Niech się sprawdzą słowa wasze. I bodaj katolickie duchowieństwo nie obudziło się później, gdy dotąd tak wyśmienicie śpi nad przepaścią.
Predykant westchnął. — On wiedział o wprowadzeniu jezuitów przez Hozjusza do Polski i sam nie wierzył w przyszłość, którą obiecywał.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.