Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wyciągał ręce, przewracał oczyma, pienił.
Znać było w nim, że niedawno jeszcze rozstawszy się z nauką, którą usiłował współwyznawcom obrzydzić, chciał siebie także przekonać, chciał swoje także odstępstwo we własnych uniewinnić oczach, swoje sumienie drgające jeszcze zagłuszyć.
Rzadko wielki zapał nie wzbudzi współczucia. Tak się i tu stało, pomimo przesady, gwałtowności, obrzydliwego znęcania nawet nad rzeczami, które wielu z przytomnych przywykli byli uważać za szanowne i prawie święte — mowca wszystkich żywo poruszył, i gdy poczynając psalm śpiewać sam, skończył kazanie, lud pozostał pod wrażeniem jego na długo.
Po odśpiewanych psalmach i pieśniach, po ukończonem nabożeństwie, ludzie zebrani rozchodzić się poczęli. Ale nie razem. Znaczniejsi pozostali jeszcze, inni obawiając się kupą wysypać na ulicę, umawiali kto wprzód miał wynijść. Poczęto z cicha rozmawiać.
— Kto to jest? pytali mieszczanie, ten stary nowy predykant?
— Powiadają że przybył z daleka.
— A po polsku tak mówi, jakby się w Polsce wychował.
— Bo się w niej wychować musiał. Teraz przybywa z Szwajcarji, ale o tem wara rozpowiadać obcym.
Staruszek który stał podle rozmawiających, szepnął im cicho...
— Ja go znam.
— Któż to jest?
— Pst! cicho!
— I ja go znam — rzekł drugi, albo się bardzo mylę, albo to jest...