Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cicho — nie rozpowiadajcie jeśliście go poznali. Bóg wie! Mówią że ksiądz biskup i między nas rozsyła swoje szpiegi.
— O! to pewna, lepiej milczeć.
— Chodźmy do domu — po drodze wam powiem, dodał staruszek, któren z ubrania na rzemieślnika wyglądał.
Gdy wyszli we trzech na wschody, obejrzawszy się bacznie, stary szepnął bliższemu, a wszyscy się dla słuchania go ponachylali.
— Wiecie, bywałem dawniej za młodszych lat używany od królowej matki do malowania izb w zamku; widywałem tam wszystkich dwór składających, często między innemi — spowiednika...
— Królowej?
— Bony, Bony — franciszkana. Ten się później na światło prawdziwe nawrócił i stał wielkim filarem kościoła Bożego; zwał się Lismanin.
— Miałżeby to być on?
— Niechybnie. — Zestarzał, alem go poznał. Zachwyciwszy coś pieniędzy królewskich na księgi, wyjechał do Helwetów i tam ożeniwszy osiadł. Król JMość powiadał słyszę, że gdyby go miał kiedy w ręku...
— Ale to nie może być on. Jakżeby śmiał?
— Otóż to i mnie dziwi.
— Zmienił nazwisko, nazywają go słyszałem Burgerem.
— Może być, ale pewny jestem, że to ten sam. Budrzyński by to najlepiej powiedzieć mógł, bo z nim razem jeździł i potem wrócił sam, ale go teraz w Krakowie nie ma.
— Śmiałość wielka!