Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Bóg dodaje odwagi swoim posłańcom, dodał stary oddalając się — kto wie, może krwią przyszedł naukę nową zapieczętować. I gdyby go złapano!
— Schwytać go nie mogą.
Po tych słowach nowowiercy się rozeszli, inni wypływali powoli z sali i zwolna w ulicach nikli, tak, że dom wkrótce był prawie pusty.
W sklepionej nie wielkiej izdebce, przytykającej do domu modlitwy, siedział teraz predykant w szerokiem krześle, koło niego siedzieli, stali, znakomitsi nowowierce polscy: Ossoliński, Myszkowski, Filipowski, Lasocki, Stadnicki, Zborowscy i inni.
Z cicha rozpytywali oni pastora o postęp reformy za granicą, o panujących, którzy w opiekę swą wiarę nową wzięli, o znakomitszych uczonych pismami ją rozszerzających.
Na wszystkie pytania tak zwany Burger odpowiadał żywo, z wielką przytomnością i zapałem, jeśli nie szczerym, to przynajmniej doskonale udanym.
— Tak! tak! dodał, przyjdzie i nie daleki jest czas, gdy synowie fałszu padną przed światłością i przestaną kłaniać się bałwanom.
— Oto właśnie, rzekł Myszkowski, nowy wiary prawdziwej wyznawca. To mówiąc wskazał wysokiego, poważnej postawy, surowego oblicza mężczyznę.
Spojrzawszy nań, widziałeś do razu że spędził życie nie zamknięty między czterema ścianami, nie w pokoju i miękkiem próżniactwie, ale w bojach z sobą, z światem, ręką i duszą, sercem i ciałem. Surową też miał i ponurą fizionomją. Czarny wąs i broda krótko postrzyżona ocieniały z włosami wypełzłemi na wzniosłej czaszcze, gładkiej jak skóra, twarz bladą, chudą,