Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przód odebrać chcieli, ale ja widząc to i wiedząc, że gdyby to odebrali, mogliby mnie łatwo zgubić: bo za kluczami temi były papiery i listy, z których mogłem dać sprawę o sobie, sam naprzód za klucze owe ręką chwyciłem. Poskoczył jeden z tego chłopstwa i zaczął je rwać do siebie — ja nie daję. On dobywszy miecza rękę mu odciąć grozi.
— Tnij, rzekę, nie dam. Aż się pomiarkował, gdy go postulon z gospodarzem poczęli uśmierzać i odszedł. Ja za klucze dopiero i do siebiem je wziął. Tak mnie pan Bóg od kalectwa ochronił; alem inaczej uczynić nie mógł, wiedząc że tam wiele ludzi niewinnych ginie tym sposobem, gdy pojmawszy rzeczy rozchwycą, listy popalą, a nareszcie i samego stracą bez wiary. Otóż gdy się to dzieje, właśnie wielkie było zamięszanie w mieście z powodu kupców, którzy dojść nie mogli, czyją sprawą tak szkodliwy ogień został podłożony. Chwytali więc każdego cudzoziemca, a drugich i męczyli srodze, aby się czegoś dowiedzieć.
Gdym tedy kluczów nie dał, otoczyli mnie ci ludzie do koła, a zebrało się ich we dwoje, tłum wielki ludu ze wszystkich stron, któren widział jak mnie szarpać poczęto. Pochwycili prowadzić mnie Algazilowie, a sług moich osobno, do gubernatora miasta, przez ulice płonące jeszcze, jakby złoczyńców jakich wiodąc i krzycząc, odgrażając się straszliwie. Gospodarz ów ze sługi memi i postulon szli także; postulon bowiem konie miał nazad prowadzić.
Na zakręcie ulicy wśród tłumu i zgiełku, spojrzę ja, com ledwie oczy dla sromu wielkiego śmiał podnieść, ażci jadą na koniach strojno i pańsko jacyś rycerskiego stanu ludzie; a obaczywszy tłum, stali w miejscu. —