Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Spojrzę powtóre i zdumiałem się zrządzeniu opatrzności, poglądam jeszcze, aż oto jeden z nich poskoczy do mnie.
— Co to jest? Hrabia z Tęczyna? nie mylę się?
— Jam jest! ja — nie mylicie się. —
— Dla czegoż cię wiodą? zawołał drugi do mnie, i wstrzymali ową gwardję.
— Alboż wiem, za co w waszej ojczyźnie, rzekłem, spokojnie podróżujących zatrzymują i grabią?
Poczęli tedy oni na żołnierzy hałasować, ale to nie pomogło. Byli to: Conte di Luna znany mi z cesarskiego dworu, gdzieśmy razem z dworzanami pacholęty byli, Dundzian, Mamilcza i Robulus wielcy moi przyjaciele, z któremi miałem dawną zażyłość, pozsiadali zaraz do mnie z koni, czapkę mi włożyli, którą był zdarł jeden z tych chłopów, ową gwardją sługom swym rozpędzić kazali i między siebie z uczciwością wziąwszy, sami poprowadzili do Vicegerenta.
Srodze tak byłem moim tym wstydem zażarty, że gdyśmy przyszli do niego, nie powitałem go grzecznie ani hiszpańskim językiem, ale po łacinie. Ten mnie zapytał:
— Alboś Niemiec?
— Polak jestem, odpowiedziałem, hrabia z Tęczyna. Zatem poświadczyli moi towarzysze znajomi, ale on zażądał dowodów i wymagał nkazania listów moich. Odpowiedziałem, że tego nczynić nie mogę, bo mi wszystko zabrano i tłomoki i listy. Kazał je przynieść a były one na szczęście moje u Dnńczynina Mauryki jednego z owych towarzyszy com ich spotkał, z którymi pospołu służyłem cesarzowi, za co dziękowałem Bogu. Bo gdyby je byli chwycili ludzie inni a rozpa-