Zmierzch cesarza/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Zmierzch cesarza
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I
CZARCIE ŹRÓDŁO

Kto pragnie poznać gospodarkę rolną północnego Meksyku, ten nie powinien poprzestawać na zwiedzeniu stolicy i jej pięknych okolic, jak to się czyni przeważnie, zwiedzając kraj Azteków. Należy ruszyć przez płaskowzgórze meksykańskie o jakie tysiąc kilometrów na północ i dalej poza pasma górskie Zacatecas aż do stepów Chihuahua i Coahuila. Tam ciągną się właściwe ziemie hacjenderów — obszarników meksykańskich, których ze względu na przestronność kraju, dobrobyt i samodzielność porównać można z królami. Kraj ten, leżący między Rio Grande del Norte, a miastem Chihuahua, ciągnący się na przestrzeni około dziesięciu tysięcy kilometrów, należy do kilkudziesięciu hacjenderów, niby książąt udzielnych.
Kto zechciałby odszukać te dobra książęce na mapie, tego spotka zawód, gdyż między Chihuahua a Coahuila aż do granicy Texasu znajdzie wielką białą plamę. Oprócz kilku punkcików, oznaczających miasteczka i zatoki, reszta ochrzczona jest na mapie nazwą Bolson de Mapimi.
Istotnie większa część obszarów hacjendowych Ameryki północnej jest białą, smutną, słoną pustynią, ciągnącą się na tysiące kilometrów. Niema w niej żadnej roślinności, niema śladu życia ludzi czy zwierząt. Od stuleci przewędrowało przez pustynię zaledwie kilkunastu ludzi. Gorące powietrze drży ponad lśniącemi, gryzącemi oczy pokładami soli, wśród których spotyka się od czasu do czasu koryta rzek wyschnięte przez większą część roku. Podążając brzegiem rzek, dojść można do oznaczonych na mapie jezior. Zawierają wodę jedynie podczas deszczów; w gorące miesiące zmieniają się w małe kałuże o białej powierzchni, porytej kryształami soli. Dlatego do map Meksyku odnosić się należy z wielkiemi zastrzeżeniami. Niektóre rzeczki, podane jako rodzaj małych strumieni, zmieniają się w porze deszczów w olbrzymie, niszczycielskie potoki. Latem nie znajdziesz również lagun, naznaczonych na mapie, wysychają bowiem zupełnie.
Szerokie koryta rzek są dla poszczególnych hacjend najbardziej urodzajnym czarnoziemem, tak żyznym, że przy odpowiedniem nawodnieniu kukurydza obradza niezwykle obficie. Leżące między korytami rzek części płaskowzgórza porośnięte są aż do krańców pustyni świeżą, twardą trawą — idealnym pokarmem dla bydła. Żyzne pola i pastwiska ciągną się na przestrzeni jakiejś ćwierci miljona kilometrów kwadratowych. Tu jest właściwa ojczyzna hacjenderów. Od czasów starohiszpańskich do chwili obecnej nie zmieniła się niemal zupełnie. Dopiero tutaj poznaje się prawdziwą szlachtę meksykańską, która od pokoleń żyje odcięta od reszty świata, daleka od życia politycznego i społecznego.
Ktoś, kto w jednej z hacjend spędził część swego życia, tak je opisuje:
„Życie hacjandera jest życiem pustelnika, ale posiada swój wdzięk i zalety. Hacjenderzy nie mają wcale towarzystwa, kontaktu ze światem zewnętrznym. Najbliższa nędzna wioszczyna indjańska leży daleko, trzeba do niej jechać najmniej pół dnia i to podłą drogą. Hacjendero jest królem i władcą swej służby i robotników. Niema chyba na świecie potentata, któryby szczycił się taką niezależnością, jak hacjendero. Ta niezależność, ten dziki, twardy byt sprawiać mu jednak może radość tylko wtedy, gdy się tu urodził i wychował. Tryb tutejszego życia przypomina obyczaje średniowiecznych rycerzy. Na podobieństwo zamków warownych, hacjendy posiadają warowne dziedzińce, mur dookoła i wieże, mosty zwodzone i bramy okratowane. Była to w owych czasach konieczność, gdyż bardzo często spadały z gór dzikie szczepy indjańskie, aby porywać kobiety, dzieci i uwodzić bydło. Ludzie, którzy dzieciństwo spędzili wśród czerwonoskórych, a którym później udało się zbiec, wieje opowiadają o tych napadach.
„Niebezpieczeństwa te minęły bezpowrotnie. Od jakiegoś stulecia zaczęto zmieniać lagunę w żyzną rolę i jak zawsze, tak i w tym wypadku, Indjanie ustąpili przed pługiem. Nie znaczy to, by życie zamarło, lub stało się spokojne. Kto ma pociąg do przygód, ten znajdzie tu jeszcze szerokie pole działania. W każdym razie nawet najspokojniejszemu człowiekowi nie wpadłoby do głowy pokazać się tutaj bez broni.
„Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w gościnie w jednej z tych samotnych hacjend. Mieszkanie hacjendera, zwane casa, to obszerny piętrowy budynek o płaskim dachu, zbudowany z cienkich cegieł i wapna. Mimo to dom jest mocny i trwały. Ma zwykle kilka wielkich zakratowanych okien. Ciągnie się przed nim obszerny plac; w dzień rojno od wołów, krów, świń, kur i osłów. Daleko ciągną się nieregularnym szeregiem brzydkie, kryte trzciną gliniane chaty vaquerów i robotników. Chłopi ci dostają darmo od hacjendera pługi, muły i nasiona, muszą jednak uprawiać rolę pańską i dawać połowę plonów.
„Skoro świt w hacjendzie robi się gwarno. Muły idą drogami do robót polnych. Są wypoczęte i silne, kąsają na wszystkie strony. Ledwie ucichnie ten hałas, ruszają różni urzędnicy, majordomo, caporal[1] vaquerów i escribiente[2] robotników. Za nimi idzie sam hacjendero z szablą u boku, z rewolwerem za pasem. Przed nim biegnie zwykle kilka psów. Dziedziniec pustoszeje, zostali tylko dozorca zabudowań i tenedor de libros, buchalter. Od czasu do czasu zjawia się na ośle jakiś chłop, aby zabrać pług, lub inne narzędzie, albo podjeżdża zaprzężony w woły wózek, który zabiera mąkę. Słońce praży coraz mocniej. Stopniowo wszyscy chronią się do chłodnego, cienistego domu.
„Po południu panuje w hacjendzie największe ożywienie. Pan domu wrócił i, siedząc przed progiem na ociosanym pniu, wydaje rozkazy, przyjmuje meldunki i załatwia sprawy poddanych, którzy stoją przed nim pokornie, trzymając kapelusze w ręku. Długiemi szeregami wracają z pola robotnicy i oddają plon. Czasami zajeżdża w cztero lub sześciokonnej kolasie sąsiad hacjendero. Wprowadzają go do domu wśród tysiąca wzajemnych ukłonów. Teraz rozpoczyna się zabawa dla młodzieży — ujarzmienie muła. Naprzód związuje się muła i rzuca na ziemię. A kiedy leży tak, wkłada mu się uzdę i wędzidło, aby następnie rozwiązać przednie nogi. Zwierzę może już powstać. Zrywa się po kilku energicznych ruchach. Mimo gwałtownego oporu, narzuca się pasy i rzemienie, przymocowane ztyłu do ciężkiej belki, która leży na ziemi. Równocześnie po obydwu stronach uzdy przywiązuje się sznury, trzymane przez dwóch parobków, siedzących dziarsko na koniach. Gra się rozpoczyna. Muł ma nogi wolne, zaczyna uciekać, jakgdyby gonił go djabeł, Parobcy zaś baczą, aby nie biegł w nieodpowiednim kierunku.
„Jeszcze większe podniecenie wywołuje pierwsze siodłanie młodego źrebca, Nie rzuca się go na ziemię, tylko przywiązuje mocno uzdę i tylną nogę. Potem jeździec pokrada się z siodłem z lewej strony, chwyta konia za lewe ucho i, pochyliwszy mu wdół głowę, drugą ręką wrzuca na grzbiet siodło. Trudno opisać, co się w takiej chwili z koniem dzieje! A jednak, odwiązawszy go, jeździec wskakuje na siodło i pędzi, dokąd koń poniesie.
„W niedzielę odbywają się wyścigi, albo też zapasy z bawołem. Pędzi się za nim w galopie, siedząc w siodle, aby chwytać za ogon i ciągnąć, dopóki, pod wpływem niesłychanego pędu konia, zwierzę nie pada nawznak...“ — — —
Po Camino Real, czyli po szosie królewskiej, prowadzącej z Sayula przez góry, które są przedłużeniem Sierra de Nayarit, jechali trzej jeźdźcy. Widać było, że przebyli bardzo ciężkie tarapaty. Konie mieli zmęczone i wyczerpane. Szły wolno, potykały się o głębokie szczeliny i niezliczone odłamki, lawy, które pokrywały drogę. Tak wyglądał trakt „królewski“. Wokoło nie było żadnej niemal roślinności. Rosły tylko yuccasy o grubych pniach oraz gęste krzaki opopanaxu, wznoszące się na dwa, trzy metry ponad ziemią. Kwiaty opopanaxu wydzielały cudowny zapach. Woń ta była jedyną pociechą dla jeźdźców, słońce bowiem prażyło piekielnie, a grunt, po którym stąpały konie, był rozpaloną ławą. Nic więc dziwnego, że jeźdźcy jechali w milczeniu, z niezadowolonemi minami.
Zdawało się, że smutny i zrozpaczony jest nawet chart, wlokący się za jeźdźcami. Tak przynajmniej wnosić było można po spuszczonym ogonie i sennym wyrazie oczu.
Droga się ciągle wspinała. Gdyby nie upał, nie dręczyłaby naszych podróżników, gdyż wzniesienie było łagodne. Z powodu jednak nieznośnego gorąca zwierzęta, objuczone jeźdźcami, wlokły się żółwim krokiem.
— Święty Jacobo de Compostella! — mruknął jeden z jeźdźców i zatrzymał konia. — Jeżeli tak pójdzie dalej, nie dogonimy ich przed Manzanillo. Niech djabli porwą ten upał i Camino Real! Ciekawa rzecz, jak wyglądają w tym błogosławionym kraju zwyczajne drogi, jeżeli na królewskiej szosie wywracają się człowiekowi bebechy.
— Nie pomstujcie, sennor Mindrello, — pocieszał starszy z pośród towarzyszy. — Jedziemy pomału, prawda, ale pocieszmy się tem, że i Landola wraz ze swymi towarzyszami nie czuje się najlepiej. Przeciwnie, nie mają nawet żywności. Nie chciałbym być w ich skórze.
— Dziwię się jednak, — rzekł Mariano — żeśmy do nich dotychczas nie dotarli. Mają żelazne siły. Od dziesięciu dni jesteśmy w drodze i, oprócz śladów, — nic.
— Nic? Nie bądź pan niesprawiedliwy, sennor! Mamy to, co mieć można. Nie zapominajcie, że do ostatnich dni nie znaliśmy nawet celu ich podróży. Byliśmy zdani na ślady, nie mogliśmy jechać na chybi trafi. Zbiegowie mieli nad nami przewagę, nie byli bowiem zależni od światła dziennego i mogli jechać nocą. Powiedzcie więc sami, czy od czasu, gdyśmy z kierunku ich ucieczki wywnioskowali, dokąd zdążają, nie zbliżyliśmy się do nich? Dzisiaj rano doszliśmy do przekonania, że ślady zostały odciśnięte przed pięcioma godzinami. Idę o zakład, że schwytamy ich dziś jeszcze wieczorem. Stawiam swoją sakiewkę przeciw waszemu hrabstwu.
— Sądzicie więc, że ich dzisiaj wieczorem mieć będziemy? — zapytał uradowany Mindrello.
— Jestem tego pewien, o ile oczywiście nie zajdzie coś niespodziewanego, — oświadczył strzelec.
— Biada łotrom! Ostatnia ich godzina wybiła. Naprzód, niech się spełni wasza przepowiednia!
Jechali odtąd w nieco lepszym nastroju. Ale ciężką próbę cierpliwości mieli przetrwać. Słońce wschodziło coraz wyżej ponad góry, stan drogi bardziej był opłakany. Zdawało się, że każda z gór obok której przebywali, jest wygasłym wulkanem. Wszędzie widać było zimne kratery i odłamki lawy.
Nagle góry rozstąpiły się, ukazując oczom jeźdźców szeroką dolinę, a pośrodku wioskę. Nieliczne domki, jak również mury, otaczające mizerne pola kukurydzowe, zbudowane były z bloków lawy. Jadąc po szosie, dotarli nasi jeźdźcy przed budynek, który się tem różnił od innych, że nad dziurą, tworzącą wejście umieszczona była tablica. Widniał na niej wypisany pastą do butów napis:

HOTEL DOLORES

Dolores znaczy po hiszpańsku nietylko imię kobiece, lecz również boleść.
Gospodarz, który był, zdaje się, kpiarzem, nie mógł znaleźć dla swego établissement lepszej nazwy, niż przytułek boleści. Była to najsmutniejsza nora, jaką nasza trójka kiedykolwiek w życiu spotkała. — Na wołania zjawił się szczupły jegomość, ubrany tylko w spodnie, i podejrzliwie zerknął na przybyszów.
Buenos dias, sennor! — rzekł amerykański strzelec. — Czy można dostać coś dobrego do zjedzenia?
— Dlaczego nie? Jeżeli zapłacicie...
— To się rozumie samo przez się! Chcielibyśmy jednak o coś zapytać. Czy nie było tu dziś trzech jeźdźców?
Gospodarz zerknął jeszcze bardziej podejrzliwie.
— Towarzyszycie może tej trójce?
— Nie, ale jedziemy oddawna jej śladem, chcemy bowiem z tymi panami kilka słów zamienić. Dlaczego pytacie tak podejrzliwie? Czyżbyście mieli z tymi gośćmi na pieńku?
— Niech ich wszyscy djabli porwą! — wybuchnął gospodarz. — Potraktowali mnie jak psa, grozili cięgami, jeżeli ich natychmiast nie posilę. A kiedy, spełniwszy żądanie, upomniałem się o pieniądze, wyśmieli mnie i ruszyli dalej.
— Kiedyż to było?
— Przed jakiemiś dwiema godzinami.
Gracias á Dios! — zawołał Mindrello. — Nareszcie ich mamy!
— Jeszcze niezupełnie — odparł Grandeprise. — Sennor, — zapytał gospodarza — w jakim stanie znajduje się droga, prowadząca stąd w góry?
— W bardzo opłakanym. Do zachodniego podnóża góry, które wygląda jak róg, ujdzie jeszcze jakoś. Ale później na zatracenie! Pełno odłamków lawy i głębokich szpar, w których można połamać ręce i nogi. Najgorsza jednak droga prowadzi nad Fuente del Diablo.
— Nad Czarciem Źródłem? Dlaczegóżto?
— Sennor, w całej naszej okolicy ziemia jest wulkaniczna. Kratery wprawdzie powygasały, ale pojawiają się od czasu do czasu źródła tak gorące, że można w ich wodzie ugotować kawę. Największem i najgorętszem źródłem jest właśnie Fuente del Diablo. Zasila je prawdopodobnie strumień podskórny, gdyż wody w źródle nie ubywa.
— To nas mało obchodzi. Rzecz najważniejsza dostać się na górę.
Hm! — Gospodarz popatrzył z powątpiewaniem na konie. — Jechać możecie tylko tą samą lichą dragą, którą wybrali tamci. Droga piesza jest o wiele krótsza. Choć bardziej stroma, nie jest bardziej męcząca od tamtej. Nie wybierzecie jej chyba?
— Dlaczego?
— Musielibyście przecież pozostawić konie. A chcecie na pewno przedostać się poza góry.
— Mylicie się, sennor. Chcemy tylko dosięgnąć ludzi, którzy ruszyli przed nami. Skoro do nich dotrzemy, zadanie nasze będzie spełnianie i powrócimy.
— To zmienia postać rzeczy. Dojedziecie do miejsca, w którem ścieżka krzyżuje się z tą drogą i pozostawicie konie. Albo ja pojadę z wami i zabiorę konie do siebie.
— Czy nadążycie za nami?
— Nie obawiajcie się o to. Wasze wierzchowce są zmęczone, a zresztą wsiądę na osła i z pewnością nadążę. Ale, ale, chcieliście przecież wejść i posilić się?
— Znajdzie się na to czas później! Teraz musimy śpieszyć za tymi ludźmi.
Gospodarz pokiwał głową i rzekł:
— Wybaczcie, sennor, że będę innego zdania. Nie stracicie nic, jeżeli odpoczniecie przez pół godziny i podjecie sobie. Ręczę, że przybędziecie na czas. Będziecie nad Czarciem Źródłem o godzinę wcześniej od zbiegów.
— Musimy liczyć się z tem, że nie znamy drogi i że stracimy nieco czasu na szukanie.
— Odprowadzę was aż do barranca[3], przez którą musicie przejść. Tam nie zmylicie już drogi. Wdrapawszy się na górę, wyjdziecie na trakt dla jeźdźców, tuż obok źródła. Mogę was zaprowadzić.
— Nie, sennor. dziękuję. Pójdziemy sami. Będziemy wam wdzięczni, jeżeli zaprowadzicie nas do kotliny i zajmiecie się końmi. Skoro nas jednak zapewniacie, że zdążymy na czas, wypoczniemy tu przez pół godziny, nie chcemy bowiem odrzucać waszego gościnnego zaproszenia. A więc zsiadamy!
Przyjęcie było stosownie do nazwy „hotelu“ mizerne. Spożywając dary Boże, goście przyglądali się przez otwór wejściowy, będący równocześnie oknem, gospodarstwu właściciela Dolores. Składało się — — z tuzina kur, które z wielką gorliwością szukały na szosie nieistniejących ziaren, Każda kura u łapki miała przywiązany sznurek dwumetrowej długości. Chcąc złapać którąkolwiek, nie trzeba było biegać za ofiarą, a wystarczyło poprostu stąpnąć nogą na sznurek. Goście myśleli z początku, ze kury stanowią cały inwentarz oberżysty, okazało się jednak, ze się mylili. Oto nadszedł jakiś nagi chłopak, pędząc do stajni wielką ilość indyków; poganiał nie batem, lecz laską, której koniec owinięty był w skórę kuny. Kuny są tutaj najgroźniejszym wrogiem indyków, tak groźnym, że indyki lękają się nawet ich skór.
Grandeprise zapytał gospodarza:
— Czy trójka, która tu była przed nami, miała butną minę, czy też obawiała się pościgu?
— Mogę na to odpowiedzieć dokładnie. Jeden z nich, którego reszta nazywała Landolą, roześmiał się w odpowiedzi na jakieś pytanie towarzysza i rzekł, że z pewnością ślad już zaginął. — Gdy miniemy górę, — mówił — znikną powody do obaw. Będziemy tylko musieli pomyśleć o pieniądzach. Widoki uzyskania ich po tamtej stronie są znacznie większe, niż tutaj.
— Wyobrażam sobie, co ten Landola miał na myśli! Dla wykonania swego planu potrzebują pieniędzy. Spodziewają się zdobyć je w zbrodniczy sposób po tamtej stronie, gdyż po tej stronie gór, cokolwiek przedsięwezmą, zwrócą na siebie uwagę władz. Postaramy się pokrzyżować ich plany. No, ruszajmy! Podjedliśmy sobie i wypoczęli, nie traćmy więc czasu.
Podczas gdy przybysze dosiadali koni, gospodarz wyciągnął z poza ogrodzenia jakiegoś osła; zwierzę było tak przeraźliwie chude, że chciało się nad niem zapłakać. Gospodarz dosiadł „wierzchowca“ i ruszyli wszyscy na zachód. Okazało się, że wygląd kłapoucha nie odpowiadał jego tężyźnie, gdyż osioł dzielnie dotrzymywał kroku koniom, coprawda wyczerpanym dług podróżą, Po upływie godziny dotarli do podnóża górskiego; stąd prowadziła stroma ścieżka. Ruszyli. A po krótkim czasie dotarli do wąskiej kotliny, wcinającej się w góry. Usiana skalnemi gruzami, spadała tak stromo, że tylko dobry piechur mógł pomyśleć o wdrapaniu się po niej. Jeździec nie dałby sobie rady.
— Oto barranca — rzekł gospodarz, wskazując na wąwóz. — Wspinając się przez dwie godziny pod górę, dotrzecie do miejsca, położonego naprzeciw Czarciego Źródła. Droga, po której jadą zbiegowie, wije się po drugiej stronie wieloma zakrętami i zabierze sporo czasu. — — — Cielo! Cóżto?
Po ostatnich słowach spojrzał w kierunku drogi dla jeźdźców i ujrzał psa. Zwierzę rozstawiło przednie nogi i, najeżywszy sierść, patrzyło błyszczącemi oczami wgórę. Idąc za wzrokiem psa, kompanja nasza ujrzała na górze, w odległości dwustu kroków, jakieś leżące ciało.
Santa Madonna! — zawołał gospodarz. — To chyba koń!
— Koń? — zapytał Mariano. — Ależ tak, macie rację, widzę teraz wyraźnie. Musimy to zbadać. Jazda na górę!
Przybywszy szybko na miejsce, jeźdźcy zatrzymali konie z okrzykiem przerażenia. Wywołał je nie widok konia, który leżał z otwartą raną na szyi, lecz człowieka, pławiącego się w kałuży krwi. Był to Manfredo zamordowany.
Przejęci zgrozą, zeskoczyli z koni. Strzelec schylił się nad ciałem, aby przekonać się, czy nie tli w niem jeszcze iskierka życia. Z pierwszego rzutu oka poznał, że ma przed sobą trupa. W sercu Manfreda widniała śmiertelna rana od pchnięcia sztyletu.
Spojrzawszy na konia, Grandeprise zawołał:
— Sennores, sprawa jest dla mnie zupełnie jasna. Wyczerpane docna zwierzę wpadło przednią nogą w szczelinę i runęło. Nie mogło się już podnieść, gdyż złamało nogę. Między Manfredem a dwoma jego towarzyszami powstał spór. Przypuszczam, ze każdy chciał wziąć jednego z dwóch powstałych przy życiu koni i ze podczas sprzeczki Manfredo został pchnięty sztyletem. Jestem tylko ciekaw, czy zamordował go Cortejo, czy Landola.
Może ja potrafię odpowiedzieć na to pytanie — rzekł gospodarz. — Nóż miał tylko jeden z trójki — ten, który śmiał się.
— A więc zamordował Landola! Byłem tego prawie pewien. Towarzysz jego nie potrafiłby tak wycelować. Jest zresztą zbyt wielkim tchórzem. Ale będzie to ostatnia zbrodnia Landoli! Przysięgam na wszystkie moce piekielne!
— Przecież to właśnie Manfredo zdradził tajemne wyjście i jemu zawdzięczają ratunek — wtrącił Mariano.
— No tak, był ich sprzymierzeńcem, więc odpłacili mu nożem za chleb. Zostawmy go i śpieszmy, aby raz wreszcie ująć zbrodniarzy!
Pożegnali się z gospodarzem, zostawiając konie. Wrócili na miejsce, w którem kotlina się rozgałęziała, i za chwilę znikli w jej czeluściach. —
Gospodarz nie myślał wcale o powrocie do domu. Cortejo i Landola odkroili spory kawał koniny i zabrali jako prowiant; oberżysta postanowił zagarnąć część pozostałą. Świeże mięso jest w tych stronach rzadkością, więc gospodarz niedługo się namyślał. Wyciągnąwszy nóż, zaczął krajać trupa. — — —
Tymczasem nasi dwaj Hiszpanie i Amerykanin zaczęli w towarzystwie psa wdrapywać się po zboczu wąwozu. Droga była, jak słusznie mówił oberżysta, bardzo stroma i uciążliwa, mimo to szli dosyć szybko, pomagając sobie wzajemnie i podpierając się w najtrudniejszych do przebycia miejscach. Wkrótce zauważyli, że znaleźli się na terenie działania sił podziemnych.
Z szumem i sykiem wypływały w różnych punktach ze szczelin potoki i starały się przebić przez pokłady lawy. Przed jednem ze źródeł Mindrello przystanął i włożył w nie rękę. W tejże chwili cofnął się z wielkim krzykiem.
— To ukrop prawdziwy! mały włos nie sparzyłem całej ręki.
Towarzysze roześmieli się i podeszli do źródła, aby zbadać ciepłotę. Odskoczyli jednak tak samo, jak Mindrello, woda była bowiem wrząca.
— Ile stopni mieć może? — zapytał Grandeprise.
— Słyszałem, że istnieją gorące źródła siedemdziesięciu stopni Celsjusza. Przypuszczam, że to jednak ma jakieś osiemdziesiąt.
— Dziwne! Jesteśmy przecież na wysokości, na której temperatura wody powinna dochodzić zera. Wyobrażam sobie, jaką ciepłotę mają te źródła wewnątrz ziemi. Ale nie zaprzątajmy sobie tem głowy. Chodźmy dalej!
Położenie słońca wskazywało mniej więcej czwartą po południu, gdy wdrapali się na ostatnie wzniesienie. Przed oczami ich leżała przełęcz górska, usiana wielkiemi czarnemi blokami lawy. W wielu miejscach wydobywały się gorące źródła. Przed każdem stąpnięciem należało badać grunt, ponieważ był miękki. Silniejszy krok groził zanurzeniem we wrzącej cieczy, płynącej pod powierzchnią ziemi. Opierając się na wskazówkach gospodarza, wypadało przypuszczać, iż Czarcie Źródło leży tuż opodal. W ciemnej szczelinie, wydrążonej w skamieniałej lawie, lśniła czarna tafla źródlanej wody. Ukazywała się tylko w chwilach, gdy nad powierzchnią unosił się powiew wiatru i rozpraszał białą mgłę, powstałą wskutek pomieszania gorącej pary z powietrzem, które było tutaj chłodne.
Z szerokiego strumienia odpływu unosiła się para. Nie można było natomiast zauważyć, skąd woda przypływa.
Otoczenie Czarciego Źródła było tak niesamowitem kłębowiskiem odłamków skalnych bloków lawy, że zdawałoby się, iż w zamierzchłej przeszłości sam djabeł igrał tu z olbrzymiemi żlebami, że powyłamywał je z gór w przystępie szewskiej pasji lub złego humoru. Nazwa Czarcie Źródło nadana została nie bez powodu.
Przed widzem, patrzącym w kierunku zachodnim, roztaczał się nieporównany widok. Meksykańskie pasma górskie spadały tutaj wspaniałą kaskadą ku Oceanowi Spokojnemu. Miałbyś wrażenie, że widać woddali powierzchnię oceanu. Jednakże to tylko złudzenie optyczne, gdyż linja powietrzna, poprowadzona od szczytów gór do brzegów oceanu, wyniosłaby najmniej dwieście kilometrów. Łańcuch górski ciągnął się od wschodu ku zachodowi. Między poszczególnemi szczytami leżały chmury i wierzchołki gór wyłaniały się z nich, jak wyspy skalne z powierzchni morza. Najwidoczniejszy był szczyt, podobny do kręgla, Pic de Tancharo. Naprzeciw niego wznosił się drugi szczyt — Nevado de Colima. Czasami widać było również woddali okrutny niegdyś, niezupełnie jeszcze wygasły wulkan Jorullo. — — Miało się ku wieczorowi, więc mgła zasnuła dolinę i okryła ten najwynioślejszy szczyt zachodniego stoku. Nasza trójka zachwycała się przez chwilę wspaniałym widokiem, poczem ruszyła ku wschodniej przełęczy, aby zobaczyć, czy niema tam zbiegów.
Nie było ich jeszcze. Z polecenia Grandeprise’a Mirello ulokował się tak, aby mógł niezauważony obserwować całą długą, krętą drogę. Dwaj pozostali towarzysze zatrzymali się w miejscu, które słusznie ochrzczono mianem Czarciego Źródła — Fuente del Diablo.
Po długiej chwili milczenia rzekł Mariano:
— Sennor, co zrobimy z jeńcami, jeżeli teraz wpadną nam w ręce?
Zapytany obrzucił Hiszpana badawczem spojrzeniem i zapytał zkolei:
— Ciekaw jestem, jakie jest wasze zdanie w tej materji?
Mariano odrzekł po namyśle:
— Należałoby ich zabrać i odstawić do Santa Jaga, skąd uciekli.
— Aby jeszcze raz uciekli — na zawsze? Chcielibyście męczyć się transportem tych niebezpiecznych ptaszków? Dlaczegóż, zdaniem waszem, należy odstawić tych łotrów do Santa Jaga?
— Potrzebne nam będą ich zeznania w ewentualnym procesie rodziny Rodrigandów przeciw Cortejom.
— Czegóż się można po tych zeznaniach spodziewać? Czy przypuszczacie, że powiedzą prawdę? A zresztą, macie przecież Pabla Corteję i jego córkę. Jeżeli przywiązujecie taką wagę do zeznań, oprzyjcie się na tem, co powie Józefa, ewentualnie Gasparino, ale Landoli... — długo wstrzymywana wściekłość wybuchła w nim nagle w postaci syku — ... ale Henrica Landoli nie tykajcie! Należy do mnie, wyłącznie do mnie!
Trudno było poznać tego zazwyczaj spokojnego strzelca. Na policzki wystąpiły rumieńce, w oczach pojawiły się dziwne błyski, cała twarz nabrała zdecydowanego, zaciętego wyrazu. Gdyby Landola spojrzał w tej chwili na swego śmiertelnego wroga, na swego brata przyrodniego, zadrżałby z pewnością ze strachu.
Mariano nie zdążył odpowiedzieć strzelcowi, gdyż Mindrello powrócił z punktu obserwacyjnego z wiadomością, że zbiegowie się zbliżają.
Z pośpiechem poczyniono ostatnie przygotowania do ich przyjęcia. Grandeprise polecił towarzyszom, aby się schowali za blokami skalnemi, któremi usiane były zbocza drogi. Wziąwszy psa, postanowił sam wyjść na spotkanie wrogów. Zdecydowano strzelać tylko w razie obrony koniecznej i nawet w tym wypadku nie w głowę i nie w serce, aby można było wziąć obydwu żywcem. Po chwili każdy znalazł się na swym posterunku, a nad Czarciem Źródłem zapanowała znowu martwa cisza.
Cierpliwość czekających wystawiona została na dosyć długą próbę. Strzelec gotów był nawet przypuszczać, że Mindrello się pomylił, lecz nagle usłyszał odgłos spadającego kamienia. Po niedługiej chwili Grandeprise, Mariano i Mindrello usłyszeli z krańca drogi głosy i ujrzeli wśród skał głowy — — Henrica Landoli i Gasparina Corteja. Tylko dobry znajomy mógł w tych wynędzniałych ludziach o zapadłych oczodołach rozpoznać zbiegów z Santa Jaga. Dziesięć dni przemęczania i głodu pozostawiło na kwitnących dawniej twarzach przeraźliwe ślady. Gdy obydwaj dojechali do szczytu przełęczy, Gasparino wydał okrzyk radości i zsiadł z konia. Właściwie zwlókł się z niego. Również Landola, choć bardziej powściągliwy od towarzysza, nie mógł ukryć zadowolenia na widok miejsca, dogodnego do wypoczynku.
Cielo! Tę drogę będę długo pamiętać — westchnął Cortejo, siadając nad wodą. — Istna męka! Nie bardzo wam jestem wdzięczny, żeście nie znaleźli lepszej.
— Byłem pewien, ze zamiast wdzięczności spotkają mnie z waszej strony tylko wyrzuty. Jeżeli nie rozumiecie, że była to dla nas droga najpewniejsza, jesteście osłem, sennor Cortejo! Każda inna droga byłaby stokroć niebezpieczniejsza.
— A teraz? Sądzicie, żeśmy teraz bezpieczni?
— Zupełnie! Droga do wybrzeża, do Manzanillo, jest w porównaniu z tą, którąśmy przebyli, dziecinną zabawką. Zdajcie się na mnie! Po tej stronie gór orjentuję się doskonale i znajdę potrzebne środki i odpowiednie drogi.
— Oby się na nas ta rozprawa z Manfredem nie zemściła! Zbyt pochopnie rzniecie nożem, sennor Landola!
Pah! To najmniejszy kłopot. Ktoby się tam zajmował Manfredem! Przypuszczam nawet, że się znajdą ludzie, którzy będą wdzięczni, żeśmy go spławili. Gdyby go schwytano, wisiałby przecież niechybnie.
— Właściwie miał rację, żądając konia. Przecież Wasz koń padł, więc mógł wymagać, abyście szli pieszo.
— Byłbym ostatnim durniem, gdybym się zgodził. W takiej sytuacji każdy powinien dbać przedewszystkiem o siebie. Tu niema litości.
— Dobrze, żeście to powiedzieli! A więc w analogicznych warunkach i ze mną nie postąpilibyście inaczej, niż z tym chłopcem, który przecież, właśnie ze względu na nas, na lepszy los zasłużył.
— Nie mówcie głupstw. Mówiliśmy przecież nie o nas, tylko o Manfredzie. Przyśpieszyliśmy los, który go miał spotkać. Czyżbyście byli skłonni podzielić się z nim, jak, jak to sobie planował? O nie, znam was zbyt dobrze! Zgładzilibyście go przy pierwszej lepszej sposobności. Nie mówmy jednak o rzeczach, których nikt nie odmieni. Postarajcie się lepiej o ogień, abyśmy mogli zasilić zgłodniałe żołądki.
— Końskie mięso... Brrr!... — wzdrygnął się Cortejo, patrząc napół pogardliwie, na pół żarłocznie na konia, na którego grzbiecie leżał zawinięty w szmaty kawał mięsa. — Nie wyobrażałem sobie, że kiedyś będę musiał kontentować się tym specjałem!
— To jeszcze nie najgorsze. Zresztą, zapewniam was, że to już długo nie potrwa. Wkrótce wszystko pójdzie na lepsze. Oczywiście, potrzebne są pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Weźmiemy je od pierwszego lepszego bogacza. Trudna rada.
— Tym pierwszym lepszym będę chyba ja — odezwał się ktoś z poza zwałów lawy. Po chwili wysunął się Grandeprise z wymierzonym karabinem.
Landola i Cortejo przestraszyli się nieludzko na widok strzelca. Cortejo patrzył nań w osłupieniu. Landola wnet się opamiętał i zawołał:
— To ty, Grandeprise? Djabeł cię chyba sprowadził! Idź więc do djabła!
Wyciągnął nóż z za pasa i rzucił się na przyrodniego brata jak tygrys. Ale nie zdołał go dosięgnąć. Pies bowiem, obserwujący każdy ruch Landoli, rzucił się na napastnika, skowycząc, i powalił na ziemię. Nóż wypadł z ręki Landoli.
Skowyt psa był czemś w rodzaju hasła dla towarzyszy strzelca. Wyskoczywszy z kryjówek, rzucili się na zbrodniarza. Gasparino nie stawiał oporu; z Landolą poszło jeszcze łatwiej. Pies stał nad nim, pokazując ostre zęby. Bez trudu więc dało się obezwładnić byłego pirata. Gdy skrępowano obydwu rzemieniami, zaleczono ich nad wodę i umieszczono pod głazem skalnym w pół siedzącej, pół leżącej pozycji. Zwycięzcy usiedli obok. Pies nie spuszczał z jeńców oka.
— No, sennor Landola, — rzekł Grandeprise, obrzucając przyodniego brata nienawistnem spojrzeniem, — nie spodziewaliście się wpaść po raz drugi w nasze ręce?
Zapytany milczał. Oczy miał zamknięte tak samo jak Cortejo. Nic nie chciał widzieć, ani słyszeć.
— Gracie rolę dumnego pana i nie raczycie gadać? Tem lepiej dla nas, gdyż proces będzie krótszy. Nie mamy wcale zamiaru wlec was ze sobą. Przeciwne, utworzymy sąd sawany i wydamy wyrok na miejscu.
Pod wpływem tych słów Landola odparł:
— Nie wyobrażajcie sobie, że możecie być naszymi sędziami. Nie jesteśmy w sawanie.
— Ale stoicie przed strzelcem, dla którego zwyczaje sawany są prawami i który sądzi według tych zwyczajów.
— To nas nic nie obchodzi! Żądamy zwyczajnego, prawdziwego sądu.
— Nic więcej? — zapytał szyderczo Grandeprise. — Dlaczego uciekliście, skoro chcieliście zwykłego sądu? Ucieczką dowiedliście wyraźnie, że nic o sądzie wiedzieć nie chcecie. Musimy więc zadowolić się wyrokiem według naszych ustaw.
— Nie macie do tego prawa.
— Jesteś o tem przekonany, mój bracie przyrodni, Landolo? — odparł Grandeprise nienawistnie. — Zamordowałeś mi ojca, porwałeś narzeczoną, zabrałeś me dobre imię i majątek. To twoja wina, że przez lata całe nie zajmowałem należnego mi w życiu stanowiska. a śmiesz jeszcze twierdzić, te nie mam prawa być twoim sędzią? Nie ośmieszaj się, bracie Landolo! Ścigałem cię przez sawany i góry, przez jeziora i lasy. Nie odpoczywałem ani chwili, jak Żyd Wieczny Tułacz, który nie wie, co to spokój, a miałbym cię wypuścić teraz, gdy wreszcie mam w swej mocy? Jesteś największym nikczemnikiem, jakiego znam, — skończysz więc jak nikczemnik!
Landola udawał, że słucha tych słów ze spokojem; ale w sercu czuł tajemny lęk. Zdawał sobie sprawę, że od tego człowieka, któremu sprawił tyle zła, nie może się spodziewać litości. Jedyną drogą ratunku było zyskanie na czasie.
Dlatego odparł z udaną beztroską, uśmiechając się:
— Nie będziesz miał odwagi mnie dotknąć. Sennor Mariano nie zniósłby tego.
Na dowód, że Landola się myli, Mariano odwrócił się doń i rzekł:
— Mylicie się, przypuszczając, te zależy mi na waszem życiu. Nie myślę wstrzymywać wymiaru sprawiedliwości.
— Nie możecie udowodnić, żeście prawdziwy Rodriganda. Już dlatego będziecie nas musieli choć chwilowo oszczędzać.
— Mylicie się znowu. Nie jesteście mi do tego potrzebni; posiadam inne dowody. Zresztą mam jeszcze do dyspozycji Pabla Cortejo i Józefę.
— Ale złożą niekorzystne dla was zeznania. Nie zapominajcie, że z fałszywym dziedzicem Alfonsem potraficie się rozprawić jedynie z naszą pomocą.
— Nie wysilajcie się napróżno! Zapominacie, te sytuacja zmieniła się na naszą korzyść, a waszą niekorzyść. Nie potrzebujemy waszych zeznań. Zeznania Rodrigandów, zebrane razem, będą przygniatającym dowodem, wykluczającym jakiekolwiek wątpliwości. Jesteście zgubieni w każdym wypadku. Nie chcę i nie mogę odmienić waszego losu.
— Bądźcie więc przeklęci do setnego pokolenia! — wrzasnął Landola, tracąc panowanie nad sobą. — I skończcie wreszcie tę farsę!
— Żeby się tylko farsa nie zmieniła dla was w tragedię! — rzekł Grandeprise. — Dobrze, usłuchamy twej rady! Sennor Mariano, o co oskarżacie tego człowieka, który zwie się Landola? Zwracam uwagę, że chodzi jedynie o zbrodnie, dotyczące was i waszych przyjaciół. Odbywamy przecież sąd według zwyczajów sawany, a nie według litery kodeksu karnego.
— Rozumiem. Oskarżam Landolę o zbrodnię porwania i uprowadzenia.
— Kogóż uprowadził?
— Mnie i moich przyjaciół?
— O cóż wy oskarżacie tego człowieka, sennor Mindrello?
— O tę samą zbrodnię, ponadto zaś o handel ludźmi, którego ofiarą padliśmy między innemi ja i hrabia Fernando de Rodriganda.
— Dosyć. Nie chcę mówić, sennores, ile krzywd mnie wyrządził ten człowiek.  — — Jakąż karę przewiduje prawo prerji za porwanie i uprowadzenie człowieka?
Towarzysze strzelca, którzy zupełnie niespodziewanie stali się sędziami straszliwego trybunału, żyli zbyt długo zdala od cywilizacji, aby się wahać nad odpowiedzią. Odparli więc obydwaj:
— Karę śmierci!
A jaka karę przewiduje za wielokrotne porwanie?
— Wielokrotną karę śmierci!
— Dziękuję, sennores! Mieliście rację. Przejdźmy teraz do sennora Corteja. O co go oskarżacie, Mariano?
— Oskarżam go o zbrodnię zamiany dziecka i porwania, dokonaną na mnie, o zamach na życie mego ojca, o rabunek mego mienia. Ponadto oskarżam Gasparina Cortejo o wszystkie zbrodnie jego towarzysza niedoli. Był ich inicjatorem.
— A wy, sennor Mindrello?
— Oskarżam Gasparina Cortejo o bezprawne pozbawienie wolności, o współudział w zbrodni handlowanía ludźmi, o nieludzkie cierpienia, których doznałem w niewoli wraz z hrabią de Rodriganda.
— To wystarcza, sennores! Powtarzam poprzednie pytanie: jaką karę przewidują prawa prerji za kradzież i porwanie człowieka?
— Śmierć.
— A za wielokrotne porwanie?
— Śmierć wielokrotną.
— Słyszeliście? — zwrócił się chłodno do jeńców. — Wyrok zapadł. Gotujcie się do śmierci!
Grandeprise zamilkł i przyglądał się skazańcom. Był ciekaw, jakie wrażenie wywarł wyrok na zbrodniarzach.
Landola udawał obojętność. Leżał na ziemi z zaciśniętemi zębami, od czasu do czasu obrzucał wrogów jadowitem spojrzeniem. Zupełnie inaczej zachowywał się mniej od towarzysza odważny Gasparino. Opanował go niesłychany, bezgraniczny strach. Gdyby można się było uratować, zdradziłby najserdeczniejszego przyjaciela. — Amerykanin wstał. Wyraz jego oczu zdradzał, że przyszedł mu jakiś pomysł do głowy. Podszedł do źródła, zanurzył palec, aby zbadać stan ciepłoty. Próba musiała wypaść pomyślnie, gdyż skinął z zadowoleniem głową. Po chwili usiadł znowu naprzeciw jeńców. Twarz jego przybrała wyraz nieubłaganej, okrutnej stanowczości.
— Nie bawcie się długo z tymi łotrami! — rzekł Mariano. — Wieczór się zbliża; musimy myśleć o powrocie.
— Mam się z nimi prędko załatwić? Co też wam wpada do głowy! Czy męki, zadawane przez tego człowieka, trwały krótko? Czyż przez lat szesnaście nie dręczyliście się wraz z Mindrellem dzięki nikczemności tego szatana? Nie chcecie, abym ich długo dręczył? Zapewniam was, że kulka w łeb byłaby dla nich niezasłużonym aktem łaski. Nie mam zamiaru jej wyświadczać. Zasłużyli na śmierć dziesięciokrotnie, niechże się im zdaje, że umarli śmiercią stokrotną!
— Jakiż rodzaj śmierci wymyśliliście dla nich? — zapytał Mindrello. — Byłaby to rozkosz niesłychana, gdybyście mogli utrudnić tym djabłom drogę do piekła.
— Nie domyślacie się, co mam na myśli? Przecież to takie bliskie i proste. Czy pamiętacie, jak was ręka zabolała, gdyście ją włożyli do wrzącej wody?
Per todos los Santos! — Wszyscy święci! — zawołał Mindrello z entuzjazmem. — Macie rację! Wrzucimy łotrów do Fuente del Diablo!
— Wrzucimy —  —  — ? — zapytał Grandeprise. Ani mi się śni! Zginęliby zbyt prędko. Mam plan o wiele lepszy. Niech giną powoli, krok za krokiem. Niech się zapadają wolno, niech czują przy każdym ruchu, ze śmierć wyciąga po nich swe ręce. Niechaj sekundy i minuty wydają im się wiecznością piekielną. Niech skomlą o śmierć, jak o łaskę. Niech — — —
Przerwał mu długi, straszliwy wrzask. Wrzask ten wydobył się z piersi Corteja, który patrzył na Amerykanina, jak na upiora. Przedsmak czekających mąk doprowadzał go do obłędu. Landola był mniej nerwowy. Panował nad sobą, choć słowa strzelca działały nań jak uderzenia topora.
Valgame Dios! — Boże, bądź miłościw! — zawołał przerażony Cortejo. — Wszystko inne, sennor, byle nie to! Na litość Boską, błagam!
— Nie jęczcie i nie biadajcie! Zostawcie Pana Boga w spokoju. W ustach niedowiarka imię Jego brzmi jak bluźnierstwo.
— Jeżeli tak nas zgładzicie, będziecie szatanami, nie ludźmi!
— Jesteśmy ludźmi, sprawującymi sąd nad szatanami. Nie proście o to, czegoście wy nigdy nie okazywali!
— Mimo to proszę. Błagam, abyście się tym razem zlitowali i uwolnili nas! Przysięgam na wszystkie świętości, że nigdy już nie staniemy wam w drodze. Przysięgam na zbawienie duszy! Sennor Mariano, wiem, że macie miękkie serce i nie dopuścicie aby...
— Milcz, karle! — przerwał Landola, który słuchał z pozorną obojętnością, jakby go to wszystko nic nie obchodziło. — Czyż nie widzicie, że szkoda każdego waszego słowa dla tych djabłów, którzy tem więcej się cieszą, Im bardziej jęczycie i skomlecie? Bądźcie mężczyzną! Znoście mężnie, co się zmienić nie da!
Odwrócił się, aby tem poświadczyć, że już słowa nie zamieni ze swymi wrogami.
Teraz wstał Mariano, który dotychczas odgrywał rolę słuchacza, i skinął na Grandeprise’a, by za nim poszedł. Zatrzymał się w odległości, z której Landola ani Cortejo nie mogli słyszeć rozmowy. Po kilku chwilach zjawił się Grandeprise. Miał ponury wyraz twarzy, przeczuwał bowiem, o czem zechce z nim mówić młody hrabia.
— Sennor Mariano, — rzekł — wiem, o co wam chodzi, ale oświadczam zgóry, że szkoda waszych słów.
— Sennor Grandeprise, nie bylibyście człowiekiem, ale djabłem wcielonym!
Strzelec rzucił spojrzenie, nieomal wrogie.
— Sennor, wiem, że jesteście innego zdania, niż ja, mimo że łotry te wyrządziły wam i waszej rodzinie niepowetowane szkody. Szanuję was dlatego. Nie wymagajcie jednak, abym dla was zmienił swoje poglądy. Dzień i noc myślałem o godzinie zemsty. Cierpiałem głód, niedostatek, poniewierkę, gdyż mówił mi jakiś głos wewnętrzny, że moje nadzieje się spełnią. Jestem szczery i chcę zemsty — nie kary. Nie moja w tem wina, że inaczej czuję, niż wy. To wina łotra, który leży przed wami. Wypędził mnie do dzikiej głuszy, która się stała moją ojczyzną. Niema w niej innych praw, tylko prawo „dark and bloody grounds“, prawo bezwzględnej i krwawej odpłaty.
— A więc nie chcę wpływać na waszą wolę. Cóż jednak zawinił wam Cortejo, że pragniecie jego męczarni?
— Nie chcę go wcale dręczyć. Nie mam do niego osobistej urazy. Jeżeli Mindrello się zgodzi, możecie mu wpakować kulkę w łeb. Obawiam się jednak, że nie zdołacie zmiękczyć Mindrella, gdyż sennor ten wyznaje tę samą zasadę, co ja.
Mariano musiał przyznać z bólem serca, że strzelec miał rację, i dlatego nie kusiłby się nawet o wpływ na Mindrella. Rzekł więc ponuro:
— Zrobiłem wszystko, co mogłem, niestety, bez rezultatu. Nie możecie jednak żądać, abym brał udział w sprawie, której nie pochwalam.
— Któżby tego żądał? Damy sobie radę sami!
Gdy powrócili do pozostałych, Mindrello zajęty był wiązaniem lassa z rzemieni. Łatwo odgadnąć, do czego miało służyć. Cortejo patrzył nań oczami szeroko otwartemi ze strachu; Landola spoczywał ciągle jeszcze odwrócony tyłem. Notarjusz nie mógł uleżeć spokojnie. Na czoło wystąpiły grube krople potu, zaczął błagać głosem ochrypłym z przerażenia:
— Sennores, jeżeli tli w was jeszcze choćby iskierka litości, nie będziecie tak okrutni! Nie błagam o darowanie życia, lecz o krótką śmierć! Nie dręczcie mnie, wpakujcie w głowę litościwą kulę! Prośby tej możecie...
— Nikczemny tchórzu!
Słowa te wypowiedział z największą pogardą Landola. Wił się jak piskorz i patrzył na towarzysza niedoli szyderczo.
— Jeżeli kiedykolwiek wahałem się, co sądzić o twoim charakterze, teraz wszystko staje mi się jasne. Rzuć się przed nimi na kolana, łaź na brzuchu, nędzny karle! Zlizuj pył z ich butów, proś, by ci pluli w pysk! Dla takiego, politowania godnego łotra najokrutniejszy rodzaj śmierci byłby łaską. Właściwie nigdy cię nie przeceniałem. Teraz poznałeś moje zdanie, tchórzu!
Pod wpływem tych słów Cortejo zapomniał na chwilę o strachu. Na twarz wystąpiły mu rumieńce gniewu.
— Łotrze, kanaljo! Coś podobnego ośmiela się mówić człowiek, któremu całą tę nędzę zawdzięczam! Posłuchaj więc mego zdania o tobie! Jeżeli jest człowiek, któremu z całego serca życzę, aby go ugotowano tam wdole we wrzącej zupie, to ty nim jesteś, Henrico Landola! Djabeł będzie miał z ciebie kąsek nielada!
Twarz Landoli okryła się szkarłatem. Na czoło wystąpiły niebieskie żyły. Dygotał cały w niepohamowanej wściekłości. Wykonawszy kilka dzikich ruchów, chciał się wyprostować. Z ust wydobywał się jęk i charkot. Zaczął targać więzy. W pewnej chwili udało mu się oswobodzić prawą rękę...
Nagłym, brutalnym ruchem chwycił Corteja, który usiłował się cofnąć. Wpijając stalowe palce w ramię towarzysza, syknął:
— Jestem zgubiony, djabli mnie wezmą. Chodźże razem ze mną, najnikczemniejszy z tchórzów!
Potoczył się zwinnie nad brzeg kotliny, ciągnąc za sobą Corteja. Zanim któryś z naszej trójki zdążył nadbiec, oba ciała przewaliły się przez brzeg. Rozległ się rozdzierający, przerażony ryk Corteja, któremu zawtórował po chwili pogardliwy, szyderczy śmiech pirata. W tym samym momencie wrząca woda zasyczała niesamowicie. W przeciągu kilku sekund widać było rzucające się w śmiertelnych drgawkach ciała ludzkie, potem zaległa cisza.
Przez długi czas stali wszyscy trzej jak wryci, nie odzywając się ani słowem. Wreszcie Mariano rzekł:
— Koniec. Landola sam wykonał wyrok na sobie i swym sprzymierzeńcu. Nie będziemy mieli potrzeby spierać się na temat granic odwetu. Niechaj Bój zmiłuje się nad ich duszami! — — —
Noc już zapadła nad bezludną doliną górską, gdy nasi wędrowcy wrócili do hotelu Dolores. Gospodarz zasypał ich pytaniami, nie odpowiadali jednak. W milczeniu rozpoczęli wieczerzę, przygotowaną przez żonę gospodarza. Posiłek składał się z pieczeni bawolej, która niezwykle smakowała naszej wygłodniałej trójce. Gdy pochłonęli ostatni kawałek mięsa, dowiedzieli że było to — — mięso końskie!
— Tak — rzekł gospodarz z uśmiechem, widząc zdumione miny gości. — Żona moja jest specjalistką w przyrządzaniu asado[4] z mięsa końskiego, podobnego do pieczeni wołowej, myślałem więc, że postąpiłbym głupio, zostawiając na górze taką obfitość mięsa. Mam nadzieję, że panowie nie dadzą się na przyszłość w błąd wprowadzić.
Panów nie można już było w błąd wprowadzić, gdyż mięso spałaszowali doszczętnie. Rozłożyli się wkrótce na podłodze i spali aż do rana.
Konie do sił powracały, można więc było pomyśleć o wyjeździe. Wierzchowce Corteja i Landoli otrzymał w podarunku gospodarz. Zachwycony tym darem, kłaniał się jeszcze długo przed drzwiami „hotelu“, chociaż dobroczyńcy zniknęli już za pierwszym zakrętem. — — —


Przypisy

  1. Dozorca
  2. Pisarz.
  3. Kotlina.
  4. Pieczeń


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.