Zmierzch cesarza/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Zmierzch cesarza
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

KAROL MAY


Zmierzch Cesarza
cykl
RÓD RODRIGANDA
POWIEŚĆ
EAST - Spółka Wydawnicza "Orient" R.D.Z. logo.jpg
EAST
Nakładem Sp. Wyd. „ORIENT“ R. D. Z. 1926
WARSZAWA


Składano i tłoczono w Zakł. Druk.
BRISTOL
Warszawa, Elektoralna 31.



I
CZARCIE ŹRÓDŁO

Kto pragnie poznać gospodarkę rolną północnego Meksyku, ten nie powinien poprzestawać na zwiedzeniu stolicy i jej pięknych okolic, jak to się czyni przeważnie, zwiedzając kraj Azteków. Należy ruszyć przez płaskowzgórze meksykańskie o jakie tysiąc kilometrów na północ i dalej poza pasma górskie Zacatecas aż do stepów Chihuahua i Coahuila. Tam ciągną się właściwe ziemie hacjenderów — obszarników meksykańskich, których ze względu na przestronność kraju, dobrobyt i samodzielność porównać można z królami. Kraj ten, leżący między Rio Grande del Norte, a miastem Chihuahua, ciągnący się na przestrzeni około dziesięciu tysięcy kilometrów, należy do kilkudziesięciu hacjenderów, niby książąt udzielnych.
Kto zechciałby odszukać te dobra książęce na mapie, tego spotka zawód, gdyż między Chihuahua a Coahuila aż do granicy Texasu znajdzie wielką białą plamę. Oprócz kilku punkcików, oznaczających miasteczka i zatoki, reszta ochrzczona jest na mapie nazwą Bolson de Mapimi.
Istotnie większa część obszarów hacjendowych Ameryki północnej jest białą, smutną, słoną pustynią, ciągnącą się na tysiące kilometrów. Niema w niej żadnej roślinności, niema śladu życia ludzi czy zwierząt. Od stuleci przewędrowało przez pustynię zaledwie kilkunastu ludzi. Gorące powietrze drży ponad lśniącemi, gryzącemi oczy pokładami soli, wśród których spotyka się od czasu do czasu koryta rzek wyschnięte przez większą część roku. Podążając brzegiem rzek, dojść można do oznaczonych na mapie jezior. Zawierają wodę jedynie podczas deszczów; w gorące miesiące zmieniają się w małe kałuże o białej powierzchni, porytej kryształami soli. Dlatego do map Meksyku odnosić się należy z wielkiemi zastrzeżeniami. Niektóre rzeczki, podane jako rodzaj małych strumieni, zmieniają się w porze deszczów w olbrzymie, niszczycielskie potoki. Latem nie znajdziesz również lagun, naznaczonych na mapie, wysychają bowiem zupełnie.
Szerokie koryta rzek są dla poszczególnych hacjend najbardziej urodzajnym czarnoziemem, tak żyznym, że przy odpowiedniem nawodnieniu kukurydza obradza niezwykle obficie. Leżące między korytami rzek części płaskowzgórza porośnięte są aż do krańców pustyni świeżą, twardą trawą — idealnym pokarmem dla bydła. Żyzne pola i pastwiska ciągną się na przestrzeni jakiejś ćwierci miljona kilometrów kwadratowych. Tu jest właściwa ojczyzna hacjenderów. Od czasów starohiszpańskich do chwili obecnej nie zmieniła się niemal zupełnie. Dopiero tutaj poznaje się prawdziwą szlachtę meksykańską, która od pokoleń żyje odcięta od reszty świata, daleka od życia politycznego i społecznego.
Ktoś, kto w jednej z hacjend spędził część swego życia, tak je opisuje:
„Życie hacjandera jest życiem pustelnika, ale posiada swój wdzięk i zalety. Hacjenderzy nie mają wcale towarzystwa, kontaktu ze światem zewnętrznym. Najbliższa nędzna wioszczyna indjańska leży daleko, trzeba do niej jechać najmniej pół dnia i to podłą drogą. Hacjendero jest królem i władcą swej służby i robotników. Niema chyba na świecie potentata, któryby szczycił się taką niezależnością, jak hacjendero. Ta niezależność, ten dziki, twardy byt sprawiać mu jednak może radość tylko wtedy, gdy się tu urodził i wychował. Tryb tutejszego życia przypomina obyczaje średniowiecznych rycerzy. Na podobieństwo zamków warownych, hacjendy posiadają warowne dziedzińce, mur dookoła i wieże, mosty zwodzone i bramy okratowane. Była to w owych czasach konieczność, gdyż bardzo często spadały z gór dzikie szczepy indjańskie, aby porywać kobiety, dzieci i uwodzić bydło. Ludzie, którzy dzieciństwo spędzili wśród czerwonoskórych, a którym później udało się zbiec, wieje opowiadają o tych napadach.
„Niebezpieczeństwa te minęły bezpowrotnie. Od jakiegoś stulecia zaczęto zmieniać lagunę w żyzną rolę i jak zawsze, tak i w tym wypadku, Indjanie ustąpili przed pługiem. Nie znaczy to, by życie zamarło, lub stało się spokojne. Kto ma pociąg do przygód, ten znajdzie tu jeszcze szerokie pole działania. W każdym razie nawet najspokojniejszemu człowiekowi nie wpadłoby do głowy pokazać się tutaj bez broni.
„Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w gościnie w jednej z tych samotnych hacjend. Mieszkanie hacjendera, zwane casa, to obszerny piętrowy budynek o płaskim dachu, zbudowany z cienkich cegieł i wapna. Mimo to dom jest mocny i trwały. Ma zwykle kilka wielkich zakratowanych okien. Ciągnie się przed nim obszerny plac; w dzień rojno od wołów, krów, świń, kur i osłów. Daleko ciągną się nieregularnym szeregiem brzydkie, kryte trzciną gliniane chaty vaquerów i robotników. Chłopi ci dostają darmo od hacjendera pługi, muły i nasiona, muszą jednak uprawiać rolę pańską i dawać połowę plonów.
„Skoro świt w hacjendzie robi się gwarno. Muły idą drogami do robót polnych. Są wypoczęte i silne, kąsają na wszystkie strony. Ledwie ucichnie ten hałas, ruszają różni urzędnicy, majordomo, caporal[1] vaquerów i escribiente[2] robotników. Za nimi idzie sam hacjendero z szablą u boku, z rewolwerem za pasem. Przed nim biegnie zwykle kilka psów. Dziedziniec pustoszeje, zostali tylko dozorca zabudowań i tenedor de libros, buchalter. Od czasu do czasu zjawia się na ośle jakiś chłop, aby zabrać pług, lub inne narzędzie, albo podjeżdża zaprzężony w woły wózek, który zabiera mąkę. Słońce praży coraz mocniej. Stopniowo wszyscy chronią się do chłodnego, cienistego domu.
„Po południu panuje w hacjendzie największe ożywienie. Pan domu wrócił i, siedząc przed progiem na ociosanym pniu, wydaje rozkazy, przyjmuje meldunki i załatwia sprawy poddanych, którzy stoją przed nim pokornie, trzymając kapelusze w ręku. Długiemi szeregami wracają z pola robotnicy i oddają plon. Czasami zajeżdża w cztero lub sześciokonnej kolasie sąsiad hacjendero. Wprowadzają go do domu wśród tysiąca wzajemnych ukłonów. Teraz rozpoczyna się zabawa dla młodzieży — ujarzmienie muła. Naprzód związuje się muła i rzuca na ziemię. A kiedy leży tak, wkłada mu się uzdę i wędzidło, aby następnie rozwiązać przednie nogi. Zwierzę może już powstać. Zrywa się po kilku energicznych ruchach. Mimo gwałtownego oporu, narzuca się pasy i rzemienie, przymocowane ztyłu do ciężkiej belki, która leży na ziemi. Równocześnie po obydwu stronach uzdy przywiązuje się sznury, trzymane przez dwóch parobków, siedzących dziarsko na koniach. Gra się rozpoczyna. Muł ma nogi wolne, zaczyna uciekać, jakgdyby gonił go djabeł, Parobcy zaś baczą, aby nie biegł w nieodpowiednim kierunku.
„Jeszcze większe podniecenie wywołuje pierwsze siodłanie młodego źrebca, Nie rzuca się go na ziemię, tylko przywiązuje mocno uzdę i tylną nogę. Potem jeździec pokrada się z siodłem z lewej strony, chwyta konia za lewe ucho i, pochyliwszy mu wdół głowę, drugą ręką wrzuca na grzbiet siodło. Trudno opisać, co się w takiej chwili z koniem dzieje! A jednak, odwiązawszy go, jeździec wskakuje na siodło i pędzi, dokąd koń poniesie.
„W niedzielę odbywają się wyścigi, albo też zapasy z bawołem. Pędzi się za nim w galopie, siedząc w siodle, aby chwytać za ogon i ciągnąć, dopóki, pod wpływem niesłychanego pędu konia, zwierzę nie pada nawznak...“ — — —
Po Camino Real, czyli po szosie królewskiej, prowadzącej z Sayula przez góry, które są przedłużeniem Sierra de Nayarit, jechali trzej jeźdźcy. Widać było, że przebyli bardzo ciężkie tarapaty. Konie mieli zmęczone i wyczerpane. Szły wolno, potykały się o głębokie szczeliny i niezliczone odłamki, lawy, które pokrywały drogę. Tak wyglądał trakt „królewski“. Wokoło nie było żadnej niemal roślinności. Rosły tylko yuccasy o grubych pniach oraz gęste krzaki opopanaxu, wznoszące się na dwa, trzy metry ponad ziemią. Kwiaty opopanaxu wydzielały cudowny zapach. Woń ta była jedyną pociechą dla jeźdźców, słońce bowiem prażyło piekielnie, a grunt, po którym stąpały konie, był rozpaloną ławą. Nic więc dziwnego, że jeźdźcy jechali w milczeniu, z niezadowolonemi minami.
Zdawało się, że smutny i zrozpaczony jest nawet chart, wlokący się za jeźdźcami. Tak przynajmniej wnosić było można po spuszczonym ogonie i sennym wyrazie oczu.
Droga się ciągle wspinała. Gdyby nie upał, nie dręczyłaby naszych podróżników, gdyż wzniesienie było łagodne. Z powodu jednak nieznośnego gorąca zwierzęta, objuczone jeźdźcami, wlokły się żółwim krokiem.
— Święty Jacobo de Compostella! — mruknął jeden z jeźdźców i zatrzymał konia. — Jeżeli tak pójdzie dalej, nie dogonimy ich przed Manzanillo. Niech djabli porwą ten upał i Camino Real! Ciekawa rzecz, jak wyglądają w tym błogosławionym kraju zwyczajne drogi, jeżeli na królewskiej szosie wywracają się człowiekowi bebechy.
— Nie pomstujcie, sennor Mindrello, — pocieszał starszy z pośród towarzyszy. — Jedziemy pomału, prawda, ale pocieszmy się tem, że i Landola wraz ze swymi towarzyszami nie czuje się najlepiej. Przeciwnie, nie mają nawet żywności. Nie chciałbym być w ich skórze.
— Dziwię się jednak, — rzekł Mariano — żeśmy do nich dotychczas nie dotarli. Mają żelazne siły. Od dziesięciu dni jesteśmy w drodze i, oprócz śladów, — nic.
— Nic? Nie bądź pan niesprawiedliwy, sennor! Mamy to, co mieć można. Nie zapominajcie, że do ostatnich dni nie znaliśmy nawet celu ich podróży. Byliśmy zdani na ślady, nie mogliśmy jechać na chybi trafi. Zbiegowie mieli nad nami przewagę, nie byli bowiem zależni od światła dziennego i mogli jechać nocą. Powiedzcie więc sami, czy od czasu, gdyśmy z kierunku ich ucieczki wywnioskowali, dokąd zdążają, nie zbliżyliśmy się do nich? Dzisiaj rano doszliśmy do przekonania, że ślady zostały odciśnięte przed pięcioma godzinami. Idę o zakład, że schwytamy ich dziś jeszcze wieczorem. Stawiam swoją sakiewkę przeciw waszemu hrabstwu.
— Sądzicie więc, że ich dzisiaj wieczorem mieć będziemy? — zapytał uradowany Mindrello.
— Jestem tego pewien, o ile oczywiście nie zajdzie coś niespodziewanego, — oświadczył strzelec.
— Biada łotrom! Ostatnia ich godzina wybiła. Naprzód, niech się spełni wasza przepowiednia!
Jechali odtąd w nieco lepszym nastroju. Ale ciężką próbę cierpliwości mieli przetrwać. Słońce wschodziło coraz wyżej ponad góry, stan drogi bardziej był opłakany. Zdawało się, że każda z gór obok której przebywali, jest wygasłym wulkanem. Wszędzie widać było zimne kratery i odłamki lawy.
Nagle góry rozstąpiły się, ukazując oczom jeźdźców szeroką dolinę, a pośrodku wioskę. Nieliczne domki, jak również mury, otaczające mizerne pola kukurydzowe, zbudowane były z bloków lawy. Jadąc po szosie, dotarli nasi jeźdźcy przed budynek, który się tem różnił od innych, że nad dziurą, tworzącą wejście umieszczona była tablica. Widniał na niej wypisany pastą do butów napis:

HOTEL DOLORES

Dolores znaczy po hiszpańsku nietylko imię kobiece, lecz również boleść.
Gospodarz, który był, zdaje się, kpiarzem, nie mógł znaleźć dla swego établissement lepszej nazwy, niż przytułek boleści. Była to najsmutniejsza nora, jaką nasza trójka kiedykolwiek w życiu spotkała. — Na wołania zjawił się szczupły jegomość, ubrany tylko w spodnie, i podejrzliwie zerknął na przybyszów.
Buenos dias, sennor! — rzekł amerykański strzelec. — Czy można dostać coś dobrego do zjedzenia?
— Dlaczego nie? Jeżeli zapłacicie...
— To się rozumie samo przez się! Chcielibyśmy jednak o coś zapytać. Czy nie było tu dziś trzech jeźdźców?
Gospodarz zerknął jeszcze bardziej podejrzliwie.
— Towarzyszycie może tej trójce?
— Nie, ale jedziemy oddawna jej śladem, chcemy bowiem z tymi panami kilka słów zamienić. Dlaczego pytacie tak podejrzliwie? Czyżbyście mieli z tymi gośćmi na pieńku?
— Niech ich wszyscy djabli porwą! — wybuchnął gospodarz. — Potraktowali mnie jak psa, grozili cięgami, jeżeli ich natychmiast nie posilę. A kiedy, spełniwszy żądanie, upomniałem się o pieniądze, wyśmieli mnie i ruszyli dalej.
— Kiedyż to było?
— Przed jakiemiś dwiema godzinami.
Gracias á Dios! — zawołał Mindrello. — Nareszcie ich mamy!
— Jeszcze niezupełnie — odparł Grandeprise. — Sennor, — zapytał gospodarza — w jakim stanie znajduje się droga, prowadząca stąd w góry?
— W bardzo opłakanym. Do zachodniego podnóża góry, które wygląda jak róg, ujdzie jeszcze jakoś. Ale później na zatracenie! Pełno odłamków lawy i głębokich szpar, w których można połamać ręce i nogi. Najgorsza jednak droga prowadzi nad Fuente del Diablo.
— Nad Czarciem Źródłem? Dlaczegóżto?
— Sennor, w całej naszej okolicy ziemia jest wulkaniczna. Kratery wprawdzie powygasały, ale pojawiają się od czasu do czasu źródła tak gorące, że można w ich wodzie ugotować kawę. Największem i najgorętszem źródłem jest właśnie Fuente del Diablo. Zasila je prawdopodobnie strumień podskórny, gdyż wody w źródle nie ubywa.
— To nas mało obchodzi. Rzecz najważniejsza dostać się na górę.
Hm! — Gospodarz popatrzył z powątpiewaniem na konie. — Jechać możecie tylko tą samą lichą dragą, którą wybrali tamci. Droga piesza jest o wiele krótsza. Choć bardziej stroma, nie jest bardziej męcząca od tamtej. Nie wybierzecie jej chyba?
— Dlaczego?
— Musielibyście przecież pozostawić konie. A chcecie na pewno przedostać się poza góry.
— Mylicie się, sennor. Chcemy tylko dosięgnąć ludzi, którzy ruszyli przed nami. Skoro do nich dotrzemy, zadanie nasze będzie spełnianie i powrócimy.
— To zmienia postać rzeczy. Dojedziecie do miejsca, w którem ścieżka krzyżuje się z tą drogą i pozostawicie konie. Albo ja pojadę z wami i zabiorę konie do siebie.
— Czy nadążycie za nami?
— Nie obawiajcie się o to. Wasze wierzchowce są zmęczone, a zresztą wsiądę na osła i z pewnością nadążę. Ale, ale, chcieliście przecież wejść i posilić się?
— Znajdzie się na to czas później! Teraz musimy śpieszyć za tymi ludźmi.
Gospodarz pokiwał głową i rzekł:
— Wybaczcie, sennor, że będę innego zdania. Nie stracicie nic, jeżeli odpoczniecie przez pół godziny i podjecie sobie. Ręczę, że przybędziecie na czas. Będziecie nad Czarciem Źródłem o godzinę wcześniej od zbiegów.
— Musimy liczyć się z tem, że nie znamy drogi i że stracimy nieco czasu na szukanie.
— Odprowadzę was aż do barranca[3], przez którą musicie przejść. Tam nie zmylicie już drogi. Wdrapawszy się na górę, wyjdziecie na trakt dla jeźdźców, tuż obok źródła. Mogę was zaprowadzić.
— Nie, sennor. dziękuję. Pójdziemy sami. Będziemy wam wdzięczni, jeżeli zaprowadzicie nas do kotliny i zajmiecie się końmi. Skoro nas jednak zapewniacie, że zdążymy na czas, wypoczniemy tu przez pół godziny, nie chcemy bowiem odrzucać waszego gościnnego zaproszenia. A więc zsiadamy!
Przyjęcie było stosownie do nazwy „hotelu“ mizerne. Spożywając dary Boże, goście przyglądali się przez otwór wejściowy, będący równocześnie oknem, gospodarstwu właściciela Dolores. Składało się — — z tuzina kur, które z wielką gorliwością szukały na szosie nieistniejących ziaren, Każda kura u łapki miała przywiązany sznurek dwumetrowej długości. Chcąc złapać którąkolwiek, nie trzeba było biegać za ofiarą, a wystarczyło poprostu stąpnąć nogą na sznurek. Goście myśleli z początku, ze kury stanowią cały inwentarz oberżysty, okazało się jednak, ze się mylili. Oto nadszedł jakiś nagi chłopak, pędząc do stajni wielką ilość indyków; poganiał nie batem, lecz laską, której koniec owinięty był w skórę kuny. Kuny są tutaj najgroźniejszym wrogiem indyków, tak groźnym, że indyki lękają się nawet ich skór.
Grandeprise zapytał gospodarza:
— Czy trójka, która tu była przed nami, miała butną minę, czy też obawiała się pościgu?
— Mogę na to odpowiedzieć dokładnie. Jeden z nich, którego reszta nazywała Landolą, roześmiał się w odpowiedzi na jakieś pytanie towarzysza i rzekł, że z pewnością ślad już zaginął. — Gdy miniemy górę, — mówił — znikną powody do obaw. Będziemy tylko musieli pomyśleć o pieniądzach. Widoki uzyskania ich po tamtej stronie są znacznie większe, niż tutaj.
— Wyobrażam sobie, co ten Landola miał na myśli! Dla wykonania swego planu potrzebują pieniędzy. Spodziewają się zdobyć je w zbrodniczy sposób po tamtej stronie, gdyż po tej stronie gór, cokolwiek przedsięwezmą, zwrócą na siebie uwagę władz. Postaramy się pokrzyżować ich plany. No, ruszajmy! Podjedliśmy sobie i wypoczęli, nie traćmy więc czasu.
Podczas gdy przybysze dosiadali koni, gospodarz wyciągnął z poza ogrodzenia jakiegoś osła; zwierzę było tak przeraźliwie chude, że chciało się nad niem zapłakać. Gospodarz dosiadł „wierzchowca“ i ruszyli wszyscy na zachód. Okazało się, że wygląd kłapoucha nie odpowiadał jego tężyźnie, gdyż osioł dzielnie dotrzymywał kroku koniom, coprawda wyczerpanym dług podróżą, Po upływie godziny dotarli do podnóża górskiego; stąd prowadziła stroma ścieżka. Ruszyli. A po krótkim czasie dotarli do wąskiej kotliny, wcinającej się w góry. Usiana skalnemi gruzami, spadała tak stromo, że tylko dobry piechur mógł pomyśleć o wdrapaniu się po niej. Jeździec nie dałby sobie rady.
— Oto barranca — rzekł gospodarz, wskazując na wąwóz. — Wspinając się przez dwie godziny pod górę, dotrzecie do miejsca, położonego naprzeciw Czarciego Źródła. Droga, po której jadą zbiegowie, wije się po drugiej stronie wieloma zakrętami i zabierze sporo czasu. — — — Cielo! Cóżto?
Po ostatnich słowach spojrzał w kierunku drogi dla jeźdźców i ujrzał psa. Zwierzę rozstawiło przednie nogi i, najeżywszy sierść, patrzyło błyszczącemi oczami wgórę. Idąc za wzrokiem psa, kompanja nasza ujrzała na górze, w odległości dwustu kroków, jakieś leżące ciało.
Santa Madonna! — zawołał gospodarz. — To chyba koń!
— Koń? — zapytał Mariano. — Ależ tak, macie rację, widzę teraz wyraźnie. Musimy to zbadać. Jazda na górę!
Przybywszy szybko na miejsce, jeźdźcy zatrzymali konie z okrzykiem przerażenia. Wywołał je nie widok konia, który leżał z otwartą raną na szyi, lecz człowieka, pławiącego się w kałuży krwi. Był to Manfredo zamordowany.
Przejęci zgrozą, zeskoczyli z koni. Strzelec schylił się nad ciałem, aby przekonać się, czy nie tli w niem jeszcze iskierka życia. Z pierwszego rzutu oka poznał, że ma przed sobą trupa. W sercu Manfreda widniała śmiertelna rana od pchnięcia sztyletu.
Spojrzawszy na konia, Grandeprise zawołał:
— Sennores, sprawa jest dla mnie zupełnie jasna. Wyczerpane docna zwierzę wpadło przednią nogą w szczelinę i runęło. Nie mogło się już podnieść, gdyż złamało nogę. Między Manfredem a dwoma jego towarzyszami powstał spór. Przypuszczam, ze każdy chciał wziąć jednego z dwóch powstałych przy życiu koni i ze podczas sprzeczki Manfredo został pchnięty sztyletem. Jestem tylko ciekaw, czy zamordował go Cortejo, czy Landola.
Może ja potrafię odpowiedzieć na to pytanie — rzekł gospodarz. — Nóż miał tylko jeden z trójki — ten, który śmiał się.
— A więc zamordował Landola! Byłem tego prawie pewien. Towarzysz jego nie potrafiłby tak wycelować. Jest zresztą zbyt wielkim tchórzem. Ale będzie to ostatnia zbrodnia Landoli! Przysięgam na wszystkie moce piekielne!
— Przecież to właśnie Manfredo zdradził tajemne wyjście i jemu zawdzięczają ratunek — wtrącił Mariano.
— No tak, był ich sprzymierzeńcem, więc odpłacili mu nożem za chleb. Zostawmy go i śpieszmy, aby raz wreszcie ująć zbrodniarzy!
Pożegnali się z gospodarzem, zostawiając konie. Wrócili na miejsce, w którem kotlina się rozgałęziała, i za chwilę znikli w jej czeluściach. —
Gospodarz nie myślał wcale o powrocie do domu. Cortejo i Landola odkroili spory kawał koniny i zabrali jako prowiant; oberżysta postanowił zagarnąć część pozostałą. Świeże mięso jest w tych stronach rzadkością, więc gospodarz niedługo się namyślał. Wyciągnąwszy nóż, zaczął krajać trupa. — — —
Tymczasem nasi dwaj Hiszpanie i Amerykanin zaczęli w towarzystwie psa wdrapywać się po zboczu wąwozu. Droga była, jak słusznie mówił oberżysta, bardzo stroma i uciążliwa, mimo to szli dosyć szybko, pomagając sobie wzajemnie i podpierając się w najtrudniejszych do przebycia miejscach. Wkrótce zauważyli, że znaleźli się na terenie działania sił podziemnych.
Z szumem i sykiem wypływały w różnych punktach ze szczelin potoki i starały się przebić przez pokłady lawy. Przed jednem ze źródeł Mindrello przystanął i włożył w nie rękę. W tejże chwili cofnął się z wielkim krzykiem.
— To ukrop prawdziwy! mały włos nie sparzyłem całej ręki.
Towarzysze roześmieli się i podeszli do źródła, aby zbadać ciepłotę. Odskoczyli jednak tak samo, jak Mindrello, woda była bowiem wrząca.
— Ile stopni mieć może? — zapytał Grandeprise.
— Słyszałem, że istnieją gorące źródła siedemdziesięciu stopni Celsjusza. Przypuszczam, że to jednak ma jakieś osiemdziesiąt.
— Dziwne! Jesteśmy przecież na wysokości, na której temperatura wody powinna dochodzić zera. Wyobrażam sobie, jaką ciepłotę mają te źródła wewnątrz ziemi. Ale nie zaprzątajmy sobie tem głowy. Chodźmy dalej!
Położenie słońca wskazywało mniej więcej czwartą po południu, gdy wdrapali się na ostatnie wzniesienie. Przed oczami ich leżała przełęcz górska, usiana wielkiemi czarnemi blokami lawy. W wielu miejscach wydobywały się gorące źródła. Przed każdem stąpnięciem należało badać grunt, ponieważ był miękki. Silniejszy krok groził zanurzeniem we wrzącej cieczy, płynącej pod powierzchnią ziemi. Opierając się na wskazówkach gospodarza, wypadało przypuszczać, iż Czarcie Źródło leży tuż opodal. W ciemnej szczelinie, wydrążonej w skamieniałej lawie, lśniła czarna tafla źródlanej wody. Ukazywała się tylko w chwilach, gdy nad powierzchnią unosił się powiew wiatru i rozpraszał białą mgłę, powstałą wskutek pomieszania gorącej pary z powietrzem, które było tutaj chłodne.
Z szerokiego strumienia odpływu unosiła się para. Nie można było natomiast zauważyć, skąd woda przypływa.
Otoczenie Czarciego Źródła było tak niesamowitem kłębowiskiem odłamków skalnych bloków lawy, że zdawałoby się, iż w zamierzchłej przeszłości sam djabeł igrał tu z olbrzymiemi żlebami, że powyłamywał je z gór w przystępie szewskiej pasji lub złego humoru. Nazwa Czarcie Źródło nadana została nie bez powodu.
Przed widzem, patrzącym w kierunku zachodnim, roztaczał się nieporównany widok. Meksykańskie pasma górskie spadały tutaj wspaniałą kaskadą ku Oceanowi Spokojnemu. Miałbyś wrażenie, że widać woddali powierzchnię oceanu. Jednakże to tylko złudzenie optyczne, gdyż linja powietrzna, poprowadzona od szczytów gór do brzegów oceanu, wyniosłaby najmniej dwieście kilometrów. Łańcuch górski ciągnął się od wschodu ku zachodowi. Między poszczególnemi szczytami leżały chmury i wierzchołki gór wyłaniały się z nich, jak wyspy skalne z powierzchni morza. Najwidoczniejszy był szczyt, podobny do kręgla, Pic de Tancharo. Naprzeciw niego wznosił się drugi szczyt — Nevado de Colima. Czasami widać było również woddali okrutny niegdyś, niezupełnie jeszcze wygasły wulkan Jorullo. — — Miało się ku wieczorowi, więc mgła zasnuła dolinę i okryła ten najwynioślejszy szczyt zachodniego stoku. Nasza trójka zachwycała się przez chwilę wspaniałym widokiem, poczem ruszyła ku wschodniej przełęczy, aby zobaczyć, czy niema tam zbiegów.
Nie było ich jeszcze. Z polecenia Grandeprise’a Mirello ulokował się tak, aby mógł niezauważony obserwować całą długą, krętą drogę. Dwaj pozostali towarzysze zatrzymali się w miejscu, które słusznie ochrzczono mianem Czarciego Źródła — Fuente del Diablo.
Po długiej chwili milczenia rzekł Mariano:
— Sennor, co zrobimy z jeńcami, jeżeli teraz wpadną nam w ręce?
Zapytany obrzucił Hiszpana badawczem spojrzeniem i zapytał zkolei:
— Ciekaw jestem, jakie jest wasze zdanie w tej materji?
 Mariano odrzekł po namyśle:
— Należałoby ich zabrać i odstawić do Santa Jaga, skąd uciekli.
— Aby jeszcze raz uciekli — na zawsze? Chcielibyście męczyć się transportem tych niebezpiecznych ptaszków? Dlaczegóż, zdaniem waszem, należy odstawić tych łotrów do Santa Jaga?
— Potrzebne nam będą ich zeznania w ewentualnym procesie rodziny Rodrigandów przeciw Cortejom.
— Czegóż się można po tych zeznaniach spodziewać? Czy przypuszczacie, że powiedzą prawdę? A zresztą, macie przecież Pabla Corteję i jego córkę. Jeżeli przywiązujecie taką wagę do zeznań, oprzyjcie się na tem, co powie Józefa, ewentualnie Gasparino, ale Landoli... — długo wstrzymywana wściekłość wybuchła w nim nagle w postaci syku — ... ale Henrica Landoli nie tykajcie! Należy do mnie, wyłącznie do mnie!
 Trudno było poznać tego zazwyczaj spokojnego strzelca. Na policzki wystąpiły rumieńce, w oczach pojawiły się dziwne błyski, cała twarz nabrała zdecydowanego, zaciętego wyrazu. Gdyby Landola spojrzał w tej chwili na swego śmiertelnego wroga, na swego brata przyrodniego, zadrżałby z pewnością ze strachu.
 Mariano nie zdążył odpowiedzieć strzelcowi, gdyż  Mindrello powrócił z punktu obserwacyjnego z wiadomością, że zbiegowie się zbliżają.
Z pośpiechem poczyniono ostatnie przygotowania do ich przyjęcia. Grandeprise polecił towarzyszom, aby się schowali za blokami skalnemi, któremi usiane były zbocza drogi. Wziąwszy psa, postanowił sam wyjść na spotkanie wrogów. Zdecydowano strzelać tylko w razie obrony koniecznej i nawet w tym wypadku nie w głowę i nie w serce, aby można było wziąć obydwu żywcem. Po chwili każdy znalazł się na swym posterunku, a nad Czarciem Źródłem zapanowała znowu martwa cisza.
Cierpliwość czekających wystawiona została na dosyć długą próbę. Strzelec gotów był nawet przypuszczać, że Mindrello się pomylił, lecz nagle usłyszał odgłos spadającego kamienia. Po niedługiej chwili Grandeprise, Mariano i Mindrello usłyszeli z krańca drogi głosy i ujrzeli wśród skał głowy — — Henrica Landoli i Gasparina Corteja. Tylko dobry znajomy mógł w tych wynędzniałych ludziach o zapadłych oczodołach rozpoznać zbiegów z Santa Jaga. Dziesięć dni przemęczania i głodu pozostawiło na kwitnących dawniej twarzach przeraźliwe ślady. Gdy obydwaj dojechali do szczytu przełęczy, Gasparino wydał okrzyk radości i zsiadł z konia. Właściwie zwlókł się z niego. Również Landola, choć bardziej powściągliwy od towarzysza, nie mógł ukryć zadowolenia na widok miejsca, dogodnego do wypoczynku.
Cielo! Tę drogę będę długo pamiętać — westchnął Cortejo, siadając nad wodą. — Istna męka! Nie bardzo wam jestem wdzięczny, żeście nie znaleźli lepszej.
— Byłem pewien, ze zamiast wdzięczności spotkają mnie z waszej strony tylko wyrzuty. Jeżeli nie rozumiecie, że była to dla nas droga najpewniejsza, jesteście osłem, sennor Cortejo! Każda inna droga byłaby stokroć niebezpieczniejsza.
— A teraz? Sądzicie, żeśmy teraz bezpieczni?
— Zupełnie! Droga do wybrzeża, do Manzanillo, jest w porównaniu z tą, którąśmy przebyli, dziecinną zabawką. Zdajcie się na mnie! Po tej stronie gór orjentuję się doskonale i znajdę potrzebne środki i odpowiednie drogi.
— Oby się na nas ta rozprawa z Manfredem nie zemściła! Zbyt pochopnie rzniecie nożem, sennor Landola!
Pah! To najmniejszy kłopot. Ktoby się tam zajmował Manfredem! Przypuszczam nawet, że się znajdą ludzie, którzy będą wdzięczni, żeśmy go spławili. Gdyby go schwytano, wisiałby przecież niechybnie.
— Właściwie miał rację, żądając konia. Przecież Wasz koń padł, więc mógł wymagać, abyście szli pieszo.
— Byłbym ostatnim durniem, gdybym się zgodził. W takiej sytuacji każdy powinien dbać przedewszystkiem o siebie. Tu niema litości.
— Dobrze, żeście to powiedzieli! A więc w analogicznych warunkach i ze mną nie postąpilibyście inaczej, niż z tym chłopcem, który przecież, właśnie ze względu na nas, na lepszy los zasłużył.
— Nie mówcie głupstw. Mówiliśmy przecież nie o nas, tylko o Manfredzie. Przyśpieszyliśmy los, który go miał spotkać. Czyżbyście byli skłonni podzielić się z nim, jak, jak to sobie planował? O nie, znam was zbyt dobrze! Zgładzilibyście go przy pierwszej lepszej sposobności. Nie mówmy jednak o rzeczach, których nikt nie odmieni. Postarajcie się lepiej o ogień, abyśmy mogli zasilić zgłodniałe żołądki.
— Końskie mięso... Brrr!... — wzdrygnął się Cortejo, patrząc napół pogardliwie, na pół żarłocznie na konia, na którego grzbiecie leżał zawinięty w szmaty kawał mięsa. — Nie wyobrażałem sobie, że kiedyś będę musiał kontentować się tym specjałem!
— To jeszcze nie najgorsze. Zresztą, zapewniam was, że to już długo nie potrwa. Wkrótce wszystko pójdzie na lepsze. Oczywiście, potrzebne są pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Weźmiemy je od pierwszego lepszego bogacza. Trudna rada.
— Tym pierwszym lepszym będę chyba ja — odezwał się ktoś z poza zwałów lawy. Po chwili wysunął się Grandeprise z wymierzonym karabinem.
Landola i Cortejo przestraszyli się nieludzko na widok strzelca. Cortejo patrzył nań w osłupieniu. Landola wnet się opamiętał i zawołał:
— To ty, Grandeprise? Djabeł cię chyba sprowadził! Idź więc do djabła!
Wyciągnął nóż z za pasa i rzucił się na przyrodniego brata jak tygrys. Ale nie zdołał go dosięgnąć. Pies bowiem, obserwujący każdy ruch Landoli, rzucił się na napastnika, skowycząc, i powalił na ziemię. Nóż wypadł z ręki Landoli.
Skowyt psa był czemś w rodzaju hasła dla towarzyszy strzelca. Wyskoczywszy z kryjówek, rzucili się na zbrodniarza. Gasparino nie stawiał oporu; z Landolą poszło jeszcze łatwiej. Pies stał nad nim, pokazując ostre zęby. Bez trudu więc dało się obezwładnić byłego pirata. Gdy skrępowano obydwu rzemieniami, zaleczono ich nad wodę i umieszczono pod głazem skalnym w pół siedzącej, pół leżącej pozycji. Zwycięzcy usiedli obok. Pies nie spuszczał z jeńców oka.
— No, sennor Landola, — rzekł Grandeprise, obrzucając przyodniego brata nienawistnem spojrzeniem, — nie spodziewaliście się wpaść po raz drugi w nasze ręce?
Zapytany milczał. Oczy miał zamknięte tak samo jak Cortejo. Nic nie chciał widzieć, ani słyszeć.
— Gracie rolę dumnego pana i nie raczycie gadać? Tem lepiej dla nas, gdyż proces będzie krótszy. Nie mamy wcale zamiaru wlec was ze sobą. Przeciwne, utworzymy sąd sawany i wydamy wyrok na miejscu.
Pod wpływem tych słów Landola odparł:
— Nie wyobrażajcie sobie, że możecie być naszymi sędziami. Nie jesteśmy w sawanie.
— Ale stoicie przed strzelcem, dla którego zwyczaje sawany są prawami i który sądzi według tych zwyczajów.
— To nas nic nie obchodzi! Żądamy zwyczajnego, prawdziwego sądu.
— Nic więcej? — zapytał szyderczo Grandeprise. — Dlaczego uciekliście, skoro chcieliście zwykłego sądu? Ucieczką dowiedliście wyraźnie, że nic o sądzie wiedzieć nie chcecie. Musimy więc zadowolić się wyrokiem według naszych ustaw.
— Nie macie do tego prawa.
— Jesteś o tem przekonany, mój bracie przyrodni, Landolo? — odparł Grandeprise nienawistnie. — Zamordowałeś mi ojca, porwałeś narzeczoną, zabrałeś me dobre imię i majątek. To twoja wina, że przez lata całe nie zajmowałem należnego mi w życiu stanowiska. a śmiesz jeszcze twierdzić, te nie mam prawa być twoim sędzią? Nie ośmieszaj się, bracie Landolo! Ścigałem cię przez sawany i góry, przez jeziora i lasy. Nie odpoczywałem ani chwili, jak Żyd Wieczny Tułacz, który nie wie, co to spokój, a miałbym cię wypuścić teraz, gdy wreszcie mam w swej mocy? Jesteś największym nikczemnikiem, jakiego znam, — skończysz więc jak nikczemnik!
Landola udawał, że słucha tych słów ze spokojem; ale w sercu czuł tajemny lęk. Zdawał sobie sprawę, że od tego człowieka, któremu sprawił tyle zła, nie może się spodziewać litości. Jedyną drogą ratunku było zyskanie na czasie.
Dlatego odparł z udaną beztroską, uśmiechając się:
— Nie będziesz miał odwagi mnie dotknąć. Sennor Mariano nie zniósłby tego.
Na dowód, że Landola się myli, Mariano odwrócił się doń i rzekł:
— Mylicie się, przypuszczając, te zależy mi na waszem życiu. Nie myślę wstrzymywać wymiaru sprawiedliwości.
— Nie możecie udowodnić, żeście prawdziwy Rodriganda. Już dlatego będziecie nas musieli choć chwilowo oszczędzać.
— Mylicie się znowu. Nie jesteście mi do tego potrzebni; posiadam inne dowody. Zresztą mam jeszcze do dyspozycji Pabla Cortejo i Józefę.
— Ale złożą niekorzystne dla was zeznania. Nie zapominajcie, że z fałszywym dziedzicem Alfonsem potraficie się rozprawić jedynie z naszą pomocą.
— Nie wysilajcie się napróżno! Zapominacie, te sytuacja zmieniła się na naszą korzyść, a waszą niekorzyść. Nie potrzebujemy waszych zeznań. Zeznania Rodrigandów, zebrane razem, będą przygniatającym dowodem, wykluczającym jakiekolwiek wątpliwości. Jesteście zgubieni w każdym wypadku. Nie chcę i nie mogę odmienić waszego losu.
— Bądźcie więc przeklęci do setnego pokolenia! — wrzasnął Landola, tracąc panowanie nad sobą. — I skończcie wreszcie tę farsę!
— Żeby się tylko farsa nie zmieniła dla was w tragedię! — rzekł Grandeprise. — Dobrze, usłuchamy twej rady! Sennor Mariano, o co oskarżacie tego człowieka, który zwie się Landola? Zwracam uwagę, że chodzi jedynie o zbrodnie, dotyczące was i waszych przyjaciół. Odbywamy przecież sąd według zwyczajów sawany, a nie według litery kodeksu karnego.
— Rozumiem. Oskarżam Landolę o zbrodnię porwania i uprowadzenia.
— Kogóż uprowadził?
— Mnie i moich przyjaciół?
— O cóż wy oskarżacie tego człowieka, sennor Mindrello?
— O tę samą zbrodnię, ponadto zaś o handel ludźmi, którego ofiarą padliśmy między innemi ja i hrabia Fernando de Rodriganda.
— Dosyć. Nie chcę mówić, sennores, ile krzywd mnie wyrządził ten człowiek.  — — Jakąż karę przewiduje prawo prerji za porwanie i uprowadzenie człowieka?
Towarzysze strzelca, którzy zupełnie niespodziewanie stali się sędziami straszliwego trybunału, żyli zbyt długo zdala od cywilizacji, aby się wahać nad odpowiedzią. Odparli więc obydwaj:
— Karę śmierci!
A jaka karę przewiduje za wielokrotne porwanie?
— Wielokrotną karę śmierci!
— Dziękuję, sennores! Mieliście rację. Przejdźmy teraz do sennora Corteja. O co go oskarżacie, Mariano?
— Oskarżam go o zbrodnię zamiany dziecka i porwania, dokonaną na mnie, o zamach na życie mego ojca, o rabunek mego mienia. Ponadto oskarżam Gasparina Cortejo o wszystkie zbrodnie jego towarzysza niedoli. Był ich inicjatorem.
— A wy, sennor Mindrello?
— Oskarżam Gasparina Cortejo o bezprawne pozbawienie wolności, o współudział w zbrodni handlowanía ludźmi, o nieludzkie cierpienia, których doznałem w niewoli wraz z hrabią de Rodriganda.
— To wystarcza, sennores! Powtarzam poprzednie pytanie: jaką karę przewidują prawa prerji za kradzież i porwanie człowieka?
— Śmierć.
— A za wielokrotne porwanie?
— Śmierć wielokrotną.
— Słyszeliście? — zwrócił się chłodno do jeńców. — Wyrok zapadł. Gotujcie się do śmierci!
Grandeprise zamilkł i przyglądał się skazańcom. Był ciekaw, jakie wrażenie wywarł wyrok na zbrodniarzach.
Landola udawał obojętność. Leżał na ziemi z zaciśniętemi zębami, od czasu do czasu obrzucał wrogów jadowitem spojrzeniem. Zupełnie inaczej zachowywał się mniej od towarzysza odważny Gasparino. Opanował go niesłychany, bezgraniczny strach. Gdyby można się było uratować, zdradziłby najserdeczniejszego przyjaciela. — Amerykanin wstał. Wyraz jego oczu zdradzał, że przyszedł mu jakiś pomysł do głowy. Podszedł do źródła, zanurzył palec, aby zbadać stan ciepłoty. Próba musiała wypaść pomyślnie, gdyż skinął z zadowoleniem głową. Po chwili usiadł znowu naprzeciw jeńców. Twarz jego przybrała wyraz nieubłaganej, okrutnej stanowczości.
— Nie bawcie się długo z tymi łotrami! — rzekł Mariano. — Wieczór się zbliża; musimy myśleć o powrocie.
— Mam się z nimi prędko załatwić? Co też wam wpada do głowy! Czy męki, zadawane przez tego człowieka, trwały krótko? Czyż przez lat szesnaście nie dręczyliście się wraz z Mindrellem dzięki nikczemności tego szatana? Nie chcecie, abym ich długo dręczył? Zapewniam was, że kulka w łeb byłaby dla nich niezasłużonym aktem łaski. Nie mam zamiaru jej wyświadczać. Zasłużyli na śmierć dziesięciokrotnie, niechże się im zdaje, że umarli śmiercią stokrotną!
— Jakiż rodzaj śmierci wymyśliliście dla nich? — zapytał Mindrello. — Byłaby to rozkosz niesłychana, gdybyście mogli utrudnić tym djabłom drogę do piekła.
— Nie domyślacie się, co mam na myśli? Przecież to takie bliskie i proste. Czy pamiętacie, jak was ręka zabolała, gdyście ją włożyli do wrzącej wody?
Per todos los Santos! — Wszyscy święci! — zawołał Mindrello z entuzjazmem. — Macie rację! Wrzucimy łotrów do Fuente del Diablo!
— Wrzucimy —  —  — ? — zapytał Grandeprise. Ani mi się śni! Zginęliby zbyt prędko. Mam plan o wiele lepszy. Niech giną powoli, krok za krokiem. Niech się zapadają wolno, niech czują przy każdym ruchu, ze śmierć wyciąga po nich swe ręce. Niechaj sekundy i minuty wydają im się wiecznością piekielną. Niech skomlą o śmierć, jak o łaskę. Niech — — —
Przerwał mu długi, straszliwy wrzask. Wrzask ten wydobył się z piersi Corteja, który patrzył na Amerykanina, jak na upiora. Przedsmak czekających mąk doprowadzał go do obłędu. Landola był mniej nerwowy. Panował nad sobą, choć słowa strzelca działały nań jak uderzenia topora.
Valgame Dios! — Boże, bądź miłościw! — zawołał przerażony Cortejo. — Wszystko inne, sennor, byle nie to! Na litość Boską, błagam!
— Nie jęczcie i nie biadajcie! Zostawcie Pana Boga w spokoju. W ustach niedowiarka imię Jego brzmi jak bluźnierstwo.
— Jeżeli tak nas zgładzicie, będziecie szatanami, nie ludźmi!
— Jesteśmy ludźmi, sprawującymi sąd nad szatanami. Nie proście o to, czegoście wy nigdy nie okazywali!
— Mimo to proszę. Błagam, abyście się tym razem zlitowali i uwolnili nas! Przysięgam na wszystkie świętości, że nigdy już nie staniemy wam w drodze. Przysięgam na zbawienie duszy! Sennor Mariano, wiem, że macie miękkie serce i nie dopuścicie aby...
— Milcz, karle! — przerwał Landola, który słuchał z pozorną obojętnością, jakby go to wszystko nic nie obchodziło. — Czyż nie widzicie, że szkoda każdego waszego słowa dla tych djabłów, którzy tem więcej się cieszą, Im bardziej jęczycie i skomlecie? Bądźcie mężczyzną! Znoście mężnie, co się zmienić nie da!
Odwrócił się, aby tem poświadczyć, że już słowa nie zamieni ze swymi wrogami.
Teraz wstał Mariano, który dotychczas odgrywał rolę słuchacza, i skinął na Grandeprise’a, by za nim poszedł. Zatrzymał się w odległości, z której Landola ani Cortejo nie mogli słyszeć rozmowy. Po kilku chwilach zjawił się Grandeprise. Miał ponury wyraz twarzy, przeczuwał bowiem, o czem zechce z nim mówić młody hrabia.
— Sennor Mariano, — rzekł — wiem, o co wam chodzi, ale oświadczam zgóry, że szkoda waszych słów.
— Sennor Grandeprise, nie bylibyście człowiekiem, ale djabłem wcielonym!
Strzelec rzucił spojrzenie, nieomal wrogie.
— Sennor, wiem, że jesteście innego zdania, niż ja, mimo że łotry te wyrządziły wam i waszej rodzinie niepowetowane szkody. Szanuję was dlatego. Nie wymagajcie jednak, abym dla was zmienił swoje poglądy. Dzień i noc myślałem o godzinie zemsty. Cierpiałem głód, niedostatek, poniewierkę, gdyż mówił mi jakiś głos wewnętrzny, że moje nadzieje się spełnią. Jestem szczery i chcę zemsty — nie kary. Nie moja w tem wina, że inaczej czuję, niż wy. To wina łotra, który leży przed wami. Wypędził mnie do dzikiej głuszy, która się stała moją ojczyzną. Niema w niej innych praw, tylko prawo „dark and bloody grounds“, prawo bezwzględnej i krwawej odpłaty.
— A więc nie chcę wpływać na waszą wolę. Cóż jednak zawinił wam Cortejo, że pragniecie jego męczarni?
— Nie chcę go wcale dręczyć. Nie mam do niego osobistej urazy. Jeżeli Mindrello się zgodzi, możecie mu wpakować kulkę w łeb. Obawiam się jednak, że nie zdołacie zmiękczyć Mindrella, gdyż sennor ten wyznaje tę samą zasadę, co ja.
Mariano musiał przyznać z bólem serca, że strzelec miał rację, i dlatego nie kusiłby się nawet o wpływ na Mindrella. Rzekł więc ponuro:
— Zrobiłem wszystko, co mogłem, niestety, bez rezultatu. Nie możecie jednak żądać, abym brał udział w sprawie, której nie pochwalam.
— Któżby tego żądał? Damy sobie radę sami!
Gdy powrócili do pozostałych, Mindrello zajęty był wiązaniem lassa z rzemieni. Łatwo odgadnąć, do czego miało służyć. Cortejo patrzył nań oczami szeroko otwartemi ze strachu; Landola spoczywał ciągle jeszcze odwrócony tyłem. Notarjusz nie mógł uleżeć spokojnie. Na czoło wystąpiły grube krople potu, zaczął błagać głosem ochrypłym z przerażenia:
— Sennores, jeżeli tli w was jeszcze choćby iskierka litości, nie będziecie tak okrutni! Nie błagam o darowanie życia, lecz o krótką śmierć! Nie dręczcie mnie, wpakujcie w głowę litościwą kulę! Prośby tej możecie...
— Nikczemny tchórzu!
Słowa te wypowiedział z największą pogardą Landola. Wił się jak piskorz i patrzył na towarzysza niedoli szyderczo.
— Jeżeli kiedykolwiek wahałem się, co sądzić o twoim charakterze, teraz wszystko staje mi się jasne. Rzuć się przed nimi na kolana, łaź na brzuchu, nędzny karle! Zlizuj pył z ich butów, proś, by ci pluli w pysk! Dla takiego, politowania godnego łotra najokrutniejszy rodzaj śmierci byłby łaską. Właściwie nigdy cię nie przeceniałem. Teraz poznałeś moje zdanie, tchórzu!
Pod wpływem tych słów Cortejo zapomniał na chwilę o strachu. Na twarz wystąpiły mu rumieńce gniewu.
— Łotrze, kanaljo! Coś podobnego ośmiela się mówić człowiek, któremu całą tę nędzę zawdzięczam! Posłuchaj więc mego zdania o tobie! Jeżeli jest człowiek, któremu z całego serca życzę, aby go ugotowano tam wdole we wrzącej zupie, to ty nim jesteś, Henrico Landola! Djabeł będzie miał z ciebie kąsek nielada!
Twarz Landoli okryła się szkarłatem. Na czoło wystąpiły niebieskie żyły. Dygotał cały w niepohamowanej wściekłości. Wykonawszy kilka dzikich ruchów, chciał się wyprostować. Z ust wydobywał się jęk i charkot. Zaczął targać więzy. W pewnej chwili udało mu się oswobodzić prawą rękę...
Nagłym, brutalnym ruchem chwycił Corteja, który usiłował się cofnąć. Wpijając stalowe palce w ramię towarzysza, syknął:
— Jestem zgubiony, djabli mnie wezmą. Chodźże razem ze mną, najnikczemniejszy z tchórzów!
Potoczył się zwinnie nad brzeg kotliny, ciągnąc za sobą Corteja. Zanim któryś z naszej trójki zdążył nadbiec, oba ciała przewaliły się przez brzeg. Rozległ się rozdzierający, przerażony ryk Corteja, któremu zawtórował po chwili pogardliwy, szyderczy śmiech pirata. W tym samym momencie wrząca woda zasyczała niesamowicie. W przeciągu kilku sekund widać było rzucające się w śmiertelnych drgawkach ciała ludzkie, potem zaległa cisza.
Przez długi czas stali wszyscy trzej jak wryci, nie odzywając się ani słowem. Wreszcie Mariano rzekł:
— Koniec. Landola sam wykonał wyrok na sobie i swym sprzymierzeńcu. Nie będziemy mieli potrzeby spierać się na temat granic odwetu. Niechaj Bój zmiłuje się nad ich duszami! — — —
Noc już zapadła nad bezludną doliną górską, gdy nasi wędrowcy wrócili do hotelu Dolores. Gospodarz zasypał ich pytaniami, nie odpowiadali jednak. W milczeniu rozpoczęli wieczerzę, przygotowaną przez żonę gospodarza. Posiłek składał się z pieczeni bawolej, która niezwykle smakowała naszej wygłodniałej trójce. Gdy pochłonęli ostatni kawałek mięsa, dowiedzieli że było to — — mięso końskie!
— Tak — rzekł gospodarz z uśmiechem, widząc zdumione miny gości. — Żona moja jest specjalistką w przyrządzaniu asado[4] z mięsa końskiego, podobnego do pieczeni wołowej, myślałem więc, że postąpiłbym głupio, zostawiając na górze taką obfitość mięsa. Mam nadzieję, że panowie nie dadzą się na przyszłość w błąd wprowadzić.
Panów nie można już było w błąd wprowadzić, gdyż mięso spałaszowali doszczętnie. Rozłożyli się wkrótce na podłodze i spali aż do rana.
Konie do sił powracały, można więc było pomyśleć o wyjeździe. Wierzchowce Corteja i Landoli otrzymał w podarunku gospodarz. Zachwycony tym darem, kłaniał się jeszcze długo przed drzwiami „hotelu“, chociaż dobroczyńcy zniknęli już za pierwszym zakrętem. — — —



II
OBLĘŻENIE QUERETARA

Oblężenie Queretara posuwało się szybko naprzód. Oblegani nie siedzieli bezczynnie. Do szóstego maja dokonali piętnastu wypadów, wyczerpało to jednak ich siły doszczętnie.
Maksymiljan próbował pertraktować z Escobedem. Chciał oddać miasto pod warunkiem, że będzie mógł wraz z żołnierzami-Europejczykami i dowódcami opuścić kraj. Żądał także, aby zwolennikom jego w Meksyku zapewniono nienaruszalność. Escobedo odpowiedział lakonicznie:

Otrzymałem rozkaz wzięcia Oueretara, a nie pertraktowania z wrzekomym cesarzem Meksyku, którego nie uznaję. Zresztą, krew tych, których zamordowano w imię tak zwanego cesarstwa, lub rozstrzelano w myśl dekretu z 3-go listopada, woła o pomstę do nieba. Ponadto dawano arcyksięciu austrjackiemu niejedną sposobność uniknięcia zasłużonego losu. Jeżeli nie słuchał i nie korzystał ze sposobności, sam sobie winien. —
Po tej odpowiedzi Escobeda Maksymiljan zwrócił się do Juareza, lecz ten nie odpowiedział wcale.

Taki sam los spotkał Miramona. Napróżno zwracał się do Juareza, do Escobeda i innych generałów w nadziei, że uda mu się wydostać z pułapki, w którą zwabił cesarza. Odpowiadano milczeniem, lub pogardliwem szyderstwem. Chciwy spiskowiec dostał się we własne sidła.
Siedział teraz w swym pokoju. Przed nim stal pułkownik Lopez, ten sam, któremu nie udało się usunąć Emilji. Lopez był kawalerem legji honorowej, uważano go za osobistego przyjaciela Maksymiljana, gdyż cesarz trzymał do chrztu jego syna. Maksymiljan zamianował go naprzód komendantem i gubernatorem twierdzy i zamku Chapultepek, potem zaś pułkownikiem ułanów cesarzowej i komendantem jej przyboczne gwardji. Lopez miał więc powody do wdzięczności dla swego cesarza.
Jak się rzekło, stał przed Miramonem. Obydwaj byli posępni, twarze ich miały jednak różny wyraz.
Generał wyglądał na człowieka przekonanego, z wszystko przepadło, — człowieka, który stracił nadzieję i chwyciłby się nawet brzytwy. Rozumiał, że położenie jest beznadziejne.
— Pułkownika Lopeza zaś znamionowało jakieś ponure zdeterminowanie.
— Wracam właśnie z obchodu pozycji — rzekł Miramon. — Utrzymamy się najwyżej kilka dni. Cerro de las Campanas jest zupełnie zniszczony kartaczami wroga, tylko fort La Cruz będzie się jeszcze mógł bronić.
— Mówią, że jest nie do zdobycia.
— Dziś już nie. Wkrótce wmaszeruje doń Escobedo i da krwawą odpowiedź na dekret cesarza.
— Czyż niema ratunku?
— Jest. Bohaterska śmierć z bronią w ręku.
Pah! — rzekł Lopez z uśmiechem. — Śmierć za cesarza musi być rzeczą piękną, ale piękniejsze jeszcze jest życie.
— Ma pan rację — rzekł Miramon po namyśle. — Zwłaszcza dla nas śmierć byłaby okropnością. Oznaczałaby bowiem kres wszystkich zdobyczy, nadziei, planów i marzeń, które snuliśmy i budowali od dziesiątków lat. Nie chcę, nie mogę umrzeć z myślą, że ten Indjanin Juarez zostanie znowu prezydentem Meksyku, że znowu czcić go będą i wielbić!
— Musimy znaleźć jakiś ratunek, jakieś wyjście.
— Jest jedno wyjście... Ale trudno mówić o niem z samym sobą, cóż dopiero z kimś innym.
— Nie mogę się dowiedzieć, co to za wyjście?
— Owszem, ale musi pan zaniemówić.
— Już jestem niemy.
— Dobrze. Ufam panu... Zastanówmy się nad położeniem cesarza.
— Jest zgubiony. Wydając dekret, podpisał na siebie wyrok śmierci, który zostanie bezwzględnie wykonany.
— A więc nasze poświęcenie nic już nie pomoże.
Ah! Uważa więc sennor, że zamiast bronić cesarza, byłoby bardziej wskazane —  — zostawić go losowi?
— To za mało. Byłoby to równoznaczne z bezczynnością. A przecież tylko czyn uratować nas może.
— Rozumiem — odparł pułkownik zdecydowanym tonem.
— Czyś gotów sennor zostać moim wysłannikiem?
— Owszem.
— Niedawno uciekła panu sennorita Emilja. Wybaczyłem to niedopatrzenie w nadziei, że innym razem bardziej się poszczęści. Odpowiednia chwili nadeszła.
Lopez spojrzał chytrze na swego przełożonego.
— A więc już wtedy myślał pan o tej możliwości?
— Tak.
— Tem lepiej. Przypuszczam tedy, ze sennor wszystko dokładnie przemyślał.
— Tak jest.
— Rzecz najważniejsza to znaleźć osobę, do której możnaby się zwrócić bez obawy.
— Osoba taka już się znalazła i jest częściowo przygotowana. To generał Velez, z którym wszedłem niedawno w bliższy kontakt.
— Velez, który leży naprzeciw mnie w okopach? Czy ten człowiek nadaje się do tak uciążliwych i trudnych pertraktacyj?
— Nadaje się świetnie. To drugi Trenck. Twardy, odważny, panuje w zupełności nad żołnierzami. Nie panuje tylko nad temperamentem, nienawidzi cesarza na śmierć, i dałby wiele, gdyby go mógł wziąć do niewoli.
— Czy otrzyma pełnomocnictwa do zawarcia planowanej przez pana umowy?
— Escobedo będzie zadowolony z zawładnięcia miastem bez dalszych ofiar.
— W takim razie trzebaby przedewszystkiem oddać fort La Cruz?
— Tak. A więc podejmie się pan pertraktacyj?
— Zgoda.
— Oto klucz od bramy wypadowej. Dziś, punktualnie o północy, Velez podkradnie się pod nią.
— Sam, we własnej osobie?
— Tak. Ufa memu słowu, że mu się nic nie stanie.
— Jakie stawia pan warunki?
— Swobodny odwrót dla pana i dla mnie.
— Jakich sennor żąda gwarancyj?
— Jakichże mógłbym żądać? Podpisu wymagać nie mogę. Żaden generał nie będzie tak nieostrożny, aby podpisywać umowę.
— A więc musimy się kontentować słowem honoru?
— Tak. Velez jeszcze nigdy w życiu nie złamał słowa.
— To wszystko, co mam załatwić?
— Wszystko. Trzeba tylko pamiętać o dokładnem oznaczeniu godziny. Dziś wieczorem będę czekał na pana. Nie położę się, zanim sennor nie doniesie mi o rezultacie konferencji.
Lopez wyszedł. Znalazłszy się na dworze, zacisnął pięści i rzekł groźnie w kierunku domu Miramona:
— Każdy otrzymuje to, na co zasłużył. Oszukam cię za to, żeś sprowadził na cesarza nieszczęście. Zginiesz tak samo, jak on!
Nie mógł się doczekać północy. Miał wrażenie, że godziny dnia i wieczora posuwają się żółwim krokiem. Nareszcie nadeszła upragniona chwila. Podkradł się ku furcie wypadowej, otworzył cicho i, znalazłszy się poza murami, równie cicho zamknął.
Zaczął się rozglądać. Opodal stała oparta o mur jakaś postać.
— Kto tam? — szepnęła postać.
— Wysłannik Miramona — odparł również szeptem.
— Witajcie!
Postać zbliżyła się.
— Generał Velez? — zapytał pułkownik.
— Tak. A pan?
— Pułkownik Lopez.
— Ah, znam pana! Posłał mi pan niedawno przemiłą dziewczynę.
Rozległ się tłumiony śmiech generała.
— Posłałem panu dziewczynę? — zapytał Lopez ze zdumieniem. — Nie rozumiem.
— Dobrze, dobrze! Chciał ją pan zawlec do Tuli i tam powiesić.
— Ah, dajmy temu pokój!
— Miejmy nadzieję, że dziś rzec pójdzie gładziej. — Czego żąda Miramon?
— Wolności dla siebie i dla mnie.
Hm. Nie Jest jej wart. Niechętnie pozwolę mu umknąć.
— To niepotrzebne.
— Jakto? — zapytał generał ze zdumieniem.
— Nie jest mym przyjacielem.
— Do kroćset! Przecież jesteś pan jego pełnomocnikiem?
— Jestem nim. Lecz czy to on musi otworzyć bramę? Czy nie mogę sam tego uczynić. Udam, że zawarłem umowę pod warunkiem, iż pozornie najserdeczniejszy przyjaciel cesarza będzie mógł pójść wolno.
— Do licha! Będzie przekonany, że to nie sennor, tylko ja postąpiłem nieuczciwie.
— Niech się pan o to nie troszczy! Musimy przecież oznaczyć termin. Generałowi podam dzień późniejszy. Jeżeli stanie się o dzień wcześniej, nie będzie przypuszczał, że miasto dostało się w ręce pana wskutek naszej umowy.
— Ma pan rację, Pilno mi. Nie chcę tracić czasu, nie chcę, aby zauważono moją nieobecność.
— Oczekuję propozycyj pana.
— A więc chce pan zawrzeć umowę na własną rękę, nie wtajemniczając nikogo?
— Tak.
— Wiadomo panu dokładnie, gdzie cesarz?
— Mieszka nad nami, w klasztorze La Cruz. Znam jego apartamenta.
— Żądam, aby mnie wpuszczono o godzinie oznaczonej.
— Oznaczenie tej godziny należy do pana.
— Zaprowadzi mnie sennor do sypialni cesarza. Oto wszystko, czego żądam.
— Mogę na to przystać — rzekł Lopez półgłosem. — Co do mnie, żądam zupełnej swobody dla siebie i mego mienia. Rzecz zrozumiała, że wymagam tego również dla swej rodziny.
— Zgoda.
— Prócz tego muszę otrzymać coś w gotówce, lub dobrych papierach.
— Jakaż to suma? Jeżeli będzie za wysoka, zrezygnuję z interesu. A więc?
— Uważa pan, że dziesięć tysięcy pesów będzie za dużo?
— Słono pan liczy, ale zapłacę tę sumę. Ustalmy więc szczegóły. W nocy z 14-go na 15-y maja, o godzinie 11-tej, otworzy pan tę furtkę. Obok niej znajdzie sennor wymienioną sumę w papierach angielskich. Będzie leżała w portfelu. Do północy będzie mógł sennor przejrzeć papiery i, jeżeli okaże się, że są niewystarczające, czyli że nie dotrzymałem przyrzeczenia, zamknąć furtkę zpowrotem. Jeżeli jednak naliczy pan dziesięć tysięcy pesów, wkroczę o północy na czele dwustu ludzi. Przekonam się, czy dotrzymał pan słowa. Więcej ludzi nie chciałbym narażać. Skoro przekonam się, że zachował pan milczenie, poślę po posiłki, poczem zaprowadzi mnie sennor do cesarza, a, wskazawszy jego mieszkanie, będzie mógł robić, co mu się podoba. Dla uniknięcia wszelkich podejrzeń zostanie pan, oczywiście, uwięziony na pewien czas. Ręczę jednak, że po dwóch tygodniach będzie mógł sennor odejść swobodnie wraz z całym swoim dobytkiem. Zgoda?
— Zgoda.
Podawszy sobie dłonie, rozstali się. Generał Velez wrócił do obozu, Lopez zaś udał się do generała Miramona, który nań czekał z utęsknieniem.
— No, jakże poszło? — zapytał niecierpliwie.
— Będzie pan zadowolony, generale, — odrzekł zapytany.
— Dzięki Bogu! — rzekł Miramon, odetchnąwszy z ulgą. — Przyznam szczerze, że się nieco obawiałem. Wszczęcie z nieprzyjacielskim oficerem tego rodzaju pertraktacyj jest bądź co bądź krokiem ryzykownym. Gdyby plan się rozchwiał, bylibyśmy narażeni na niemiłe konsekwencje.
Lopez zmarszczył brwi i odparł nieco ironicznie:
— Krokiem ryzykownym? Przyznaję, że ma pan rację. Któż go jednak podjął?
— My dwaj.
— Śmiem przeczyć. Pan trzymał się w cieniu, wysyłając mnie na pierwszy ogień. W razie niepowodzenia mnieby przedewszystkiem ujęto.
— Działał pan w mojem imieniu i jestem pewien, że powołałby się na mnie. Jasna więc rzecz, że obydwaj narażaliśmy się na to samo niebezpieczeństwo.
— Może — rzekł Lopez, widząc, że trzeba ustąpić. — W każdym razie to szczęście, że plan się udał.
— Jakże brzmi umowa?
— Otworzymy tajemnie fort i klasztor La Cruz. Cesarz wpadnie w ręce Veleza, my zaś otrzymamy wolność.
— Jakież gwarancje pan uzyskał?
— Żadnych, prócz słowa honoru.
Generał pokiwał głową.
Hm. Czy to wystarczy?
— Pan wątpi w rzetelność generała Veleza?
— Nie słyszałem wprawdzie, aby kiedykolwiek złamał dane słowo, lecz w tym wypadku... Hm!...
Generał umilkł. Widać było, że mu ciężko mówić dalej. Lopez zrozumiał wlot i zapytał:
— Dlaczegóż pan sądzi, że mógłby w tym wypadku złamać swój obyczaj?
— Bo — bo — — bo będzie nas uważał za zdrajców.
— Brzydkie to słowo, ale trafne. Są ludzie, którzy wyznają tę dziwną zasadę, że wobec zdraj... — do licha, przeklęte słowo! — że wobec zdrajców można nie dotrzymywać słowa.
— Czyżby Velez należał do nich?
— Nie sądzę, ale szkoda, że się nie udało uzyskać większej gwarancji. Oczywiście i my musielibyśmy dać wtedy jakieś rękojmie. Cóż moglibyśmy ofiarować?
Hm. Nic ponad słowo.
— Nie ma więc w stosunku do nas żadnej przewagi.
— Ależ przeciwnie, położenie nasze jest dla niego dostateczną gwarancją, że dotrzymamy obietnicy. Jakiż los nas czeka w niewoli?
— Z pewnością niebardzo różowy — odparł Lopez i dodał z wiele znaczącym akcentem: — Ale i niezbyt czarny. Po zawarciu pokoju jeńcy wojenni odzyskują przecież wolność.
— Na to nie można liczyć.
Ah! — Lopez wydał ten okrzyk z udanem zdumieniem. Chciał nieco podręczyć znienawidzonego generała.
— Nie — ciągnął Miramon. — Nie odzyskamy wolności. Czy wie pan jednak, jaki los czeka cesarza, gdy republikanie pochwycą go w swe ręce?
— Zostanie rozstrzelany.
— Bezwątpienia. A my? Czy unikniemy tego?
— Sądzi pan, że Juarez każe rozstrzelać wszystkich cd cesarza do ostatniego żołnierza?
— Byłby to obłęd.
— No, więc? Rozstrzela poprostu przywódców, to jest cesarza, kilku generałów i — — koniec na tem!
Miramon zmarszczył czoło.
— Niebardzo to uprzejmie, pułkowniku, malować przede mną takie obrazy przyszłości!...
— Według umowy — Lopez zmienił temat — Velez przybędzie na czele dwustu ludzi. Gdy zobaczy, żeśmy dotrzymać słowa, wezwie większy oddział.
— Wdać, że pomyślał o środkach ostrożności i bezpieczeństwa. Kiedy i o której godzinie zamierza się pojawić?
— W nocy z 15-go na 16-y maja.
— Do licha! Tak późno?
Lopez podał umyślnie noc z 15-go na 16-y, zamiast z 14-go na 15-y. Kłamiąc nadal jak z nut, odparł:
— Nie może przybyć wcześniej. Mówił, że do tego czasu nie będzie go w obozie.
— Cóż robić. Trzeba ustąpić, Jaką obraliście godzinę?
— Północ.
— Oby noc była jak najciemniejsza! Jeśli plan się uda, może pan liczyć na wysoką zapłatę.
Lopez wzruszył ramionami i rzekł z uśmiechem:
— Trudno żyć samą nadzieją.
— Nie ufa pan moim słowom?
— Ależ tak, lecz...
— Lecz..? — zapytał Miramon.
— Nie można zapominać, że Juarez jest nietylko naszym przeciwnikiem lecz i zaciekłym wrogiem. Gdy zostanie prezydentem, nie będzie pan odgrywać w kraju żadnej roli.
— Zostanę nawet skazany na banicję.
— Jakże więc sennor będzie mógł mnie wynagrodzić?
Hm. Sądzi pan, że naprawdę poddam się zarządzeniom Juareza? Będę wobec niego bezwzględny. Mam jeszcze jakie takie wpływy, — sięgają nawet daleko poza ocean — użyję ich, aby obalić Juareza.
— Ciężkie zadanie, którego nie potrafili rozwiązać ani Napoleon, ani Maksjmiljan.
— Szkoła, przez którą przeszedłem, nauczyła mnie wielu rzeczy. Skoro odzyskam wolność, Zapoteka niedługo będzie stał u steru.
Miramon myślał o tajnym związku, przy pomocy którego będzie mógł objąć władzę.
Łudził się jeszcze, że potrafi związek tak umocnić, że zgotuje klęskę Juarezowi... Oczywiście zataił przed Lopezem szczegóły swych planów, a ciągnął dalej:
— Nie czas teraz mówić o tych sprawach. Gdy chwila odpowiednia nadejdzie, dowie się pan bliższych szczegółów i będzie ze mnie zadowolony. No, na dzisiaj dosyć. Dobrej nocy, pułkowniku!
— Dobranoc, generale!
Lopez odszedł. Miramon udał się na spoczynek. Nie podejrzewał, że Lopez był gotów oszukać go tak samo. Jak on, Miramon, cesarza. Chcąc ukryć przed Maksymiljanem grozę niebezpieczeństwa, wysłał gońca do jednego ze swych zwolenników, przebywającego między Salamanaca a Quantachta.
Goniec miał wręczyć następujące polecenie:

Po otrzymaniu tego pisma ruszycie na czele swego oddziału i nocy następnej napadniecie na tyły Escobeda, wykrzykując, że jesteście zwolennikami Maksymiljana. Atak ten nie przyniesie wam żadnych korzyści, lecz dla mnie ma poważne znaczenie. Będziecie walczyć, dopóki sił starczy, poczem cofniecie się i ukryjecie w obozie.
Generał Miramon.
Posłaniec miał prześlizgnąć się przez linję nieprzyjacielską, a gdyby go schwytano, połknąć kartkę. —

Wyruszył też przed nastaniem nocy i przebył szczęśliwie przez linje nieprzyjacielskie. Odnalazł przywódcę bandy, który natychmiast przystąpił do wykonania rozkazów. — — —
Kurt przydzielony był do oddziałów generała Veleza. Sztab Veleza ustalił nowy plan zdobycia miasta. Velez uznał go za zbyteczny, wiedział już bowiem, że twierdza padnie przez zdradę. Ponieważ nie chciał w to nikogo wtajemniczać, plan został przyjęty, mimo jego protestu. Nie wykonano go natychmiast, gdyż czekano na zgodę generała Escobeda.
Ażeby ją otrzymać, trzeba było wysłać do komendanta kogoś, kto by potrafił przedstawić plan w dobrem świetle. Wybrano Kurta Ungera.
Kurt wyruszył po południu. Kwatera generała Escobeda leżała niedaleko Queretara. Dotarł do niej po godzinie. Po długiej konferencji Escobedo plan zatwierdził. W międzyczasie zapadła noc.
Było ciemno. Chcąc wrócić jak najprędzej, Kurt zboczył z głównego traktu, gdyż ten zaprowadziłby go pomiędzy wojska, oblegające fortecę, nie mógłby więc szybko posuwać się naprzód. Postanowił przeto zatoczyć łuk i jechać wzdłuż najodleglejszego skrzydła wojsk. Wskutek panujących ciemności i braku drogi łatwo było zgubić kierunek. Istotnie Kurt znalazł się po chwili w szczerem polu, nie wiedząc, dokąd jechać dalej.
Zatrzymał konia, aby się zastanowić, gdy nagle wydało mu się, że słyszy parskanie konia, dobiegające zdała, gdzie obrębiało pole jakieś ciemne pasmo. Nie ulegało wątpliwości, że pasmem tem jest brzeg lasu. Po pierwszem parsknięciu nastąpiło drugie, trzecie, czwarte.
Co to? — Z pewnością liczna gromada koni. — Gdzie konie, tam muszą być i jeźdźcy. — Czy to przyjaciele, czy wrogowie? — Bezwątpienia wrogowie. Wojska Escobeda stoją po lewej stronie i nie ukrywałyby się w gęstwinie. —
Odjechał tak daleko, aby ludzie w lesie nie mogli usłyszeć parskania jego wierzchowca. Przywiązał konia do pala, wbitego w ziemię, i cichaczem ruszył w kierunku lasu. Znalazłszy się wpobliżu drzew, padł na trawę i, zwyczajem strzelców prerii, począł się czołgać. Wkrótce, dotarłszy do krawędzi lasu, zaczął się przesuwać pośród drzew. W pewnej chwili usłyszał jakąś rozmowę. Podkradł się w kierunku, z którego dochodziły głosy. Po chwili dotarł do drzewa, pod którem siedzieli dwaj ludzie, pochłonięci rozmową. Słyszał każde słowo.
— Która godzina? — zapytał jeden.
— Diabli wiedzą — odpowiedział drugi. — Zapewne około jedenastej.
— A więc jeszcze godzina.
— Sądzisz, że ruszymy o północy?
— Tak. Atak ma się rozpocząć o pierwszej. Szczerze mówiąc, to zwarjowany pomysł. Jest nas czterystu, a nieprzyjaciel ma dwadzieścia pięć tysięcy żołnierzy.
— Głupstwo! Mamy przecież szczególne i wcale nieciężkie zadanie. Idziemy oczywiście na pewną śmierć.
— Patrzysz przez czarne. Gdym stał dziś na warcie, przechodził koło mnie koronel[5] wraz z gońcem generała Miramona. Doszło mnie kilka słów z ich rozmowy. Koronel wściekał się, że go wysyłają na śmierć.
— A posłaniec?
— Uspakajał, tłumacząc, że niema mowy o poważnej bitwie. Chodzi tylko o to, aby cesarz się łudził, że ma jeszcze na tyłach nieprzyjaciół zwolenników, którzy chcą walczyć w jego obronie.
— Co mu z tego przyjdzie?
— Nie wiem. Nie jestem ani generałem, ani ministrem. Rozpoczniemy atak i cofniemy się, skoro tylko zagwiżdżą kule nieprzyjacielskie.
— Śliczna misja! Mamy krzyczeć „Viva Maximiliano“ i dawać cel kulom republikanów. Mam ochotę zostać tutaj. Niech ten krzyczy, komu się to podoba.
— Boisz się?
— Nic podobnego! Ale co innego walczyć o sprawę, która ma jakieś szanse, a co innego nastawiać karku tam, gdzie wszystko stracone.
— Stracone? Mówisz o sprawie cesarza? Nie wygadaj się z tem przed koronelem, bo gotów ci kulę w łeb wpakować.
— Byłby głupcem, gdyż za prawdę nie powinno się płacić kulami.
Pah! Prawda! — Mieliśmy dotychczas pecha, przypuszczasz więc, że i nadal tak pójdzie. Grubo się mylisz! Miramon to dzielny chłop. Czyż nie był prezydentem? Wie z pewnością, co robi. Nasz pozorny atak ma z pewnością swój sens i swoje podstawy. Może chodzi o to, aby Escobedo skierował na nas uwagę? Może naszym uda się wtedy wypad z miasta, który zniszczy oblegających.
Przed samym końcem rozmowy Kurt usłyszał kroki, na które jednak obydwaj rozmówcy nie zwrócili uwagi. Ktoś zapytał głębokim, rozkazującym głosem:
— Dlaczego rozmawiacie tak głośno?
Ah, koronel! — zawołali obydwaj zbóje, zrywając się na równe nogi.
Kurt był pewien, że właściwy oddział obozuje w lesie, a tutaj wysłano tylko podwójne placówki. Okazało się po chwili, że przypuszczenia jego było słuszne.
— Milczcie! — rozkazał koronel. — Zabroniłem przecież rozmawiać na posterunkach!
Zbóje czuli się winni i milczeli. Koronel ciągnął dalej:
— Zaszło co?
— Nie.
— Zachowujcie się więc ciszej, niż dotychczas! Mieliście natężać słuch, a tymczasem kto inny gotów was podsłuchać. Idę na zwiady. Gdyby co zaszło, zameldujcie majorowi.
Kurt nie widział koronela, lecz po krokach poznał, że zbój zbliża się do jego drzewa. Zmienił więc pozycję i, skuliwszy się, mocno przywarł do pnia.
— Pułkownik szedł w ciemności z wyciągniętemi rękami. Dotknąwszy pnia, chciał go ominąć. Potknął się jednak o nogę Kurta i padł jak długi.
— Do licha! — zawołał. — Miałem wrażenie, jakbym się potknął o but człowieka. Hej, wy tam na posterunku, do mnie! Biegiem — marsz!
Przybiegli tak prędko, że Kurt ledwie zdążył przekraść się wśród drzew i ukryć za jednym z dalszych pni.
Pułkownik podniósł się natychmiast i zapytał.
— Macie zapałki?
— Owszem.
Kurt cofnął się jeszcze dalej.
— Zapalcie! — rozkazał oficer. — Ale kilka odrazu, będzie lepiej widać.
Kurt usłyszał, że pocierają zapałki. Po chwili ujrzał w ich świetle całą trójkę. Na szczęście, do niego blask nie docierał.
— Widzicie coś? — zapytał koronel.
— Nie — brzmiała odpowiedź.
— Poszukajcie na ziemi! Usłuchali rozkazu.
Ah — rzekł oficer uspokojony. — Oto korzeń obrośnięty mchem. Zawadziłem o niego.
— Na pewno, sennor, — rzekł jeden z wartowników.
— Ostrożność nigdy nie zawadzi, zwłaszcza w takiej sytuacji, jak nasza. Dlatego miejcie uszy otwarte.
Po tych słowach oddalił się. Niebezpieczeństwo, które groziło Kurtowi, minęło. Prawdopodobnie koronel postanowił obejść łąkę, ciągnącą się za lasem.
Na myśl o tem Kurt powziął decyzję: weźmie pułkownika do niewoli. Zadanie nie było lekkie, czuł jednak dosyć siły, aby plan przeprowadzić.
Pochylony ku ziemi zaczął się skradać za oficerem. Pułkownik wyszedł istotnie na łąkę i posuwał się brzegiem lasu. Kurt skradał się za nim dopóty, aż obydwaj znacznie oddalili się od posterunku. W pewnej chwili oplótł gardło pułkownika palcami obydwu rąk. Oficer jęknął półgłosem, wyciągnął ręce, ale napastnika schwytać mu się nie udało. Kurt ścisnął go Jeszcze mocniej za szyję. Pułkownik zacharczał i upadł na ziemię.
Szybkim ruchem wyciągnął Kurt chustkę do nosa, skneblował nieprzytomnego pułkownika, zdjął z biodra lasso i związał mocno ręce i nogi jeńca tak, by się pułkownik po obudzeniu nie mógł ruszyć.
Potem wziął go na plecy i ruszył do swego konia. Odnalazł wierzchowca, chociaż panowały ciemności. Wciągnął jeńca na grzbiet konia, dosiadł, i, podtrzymując pułkownika, ruszył naprzód, z początku wolno i ostrożnie, potem coraz szybciej, o ile oczywiście pozwalały na to ciemności i rodzaj terenu.
Zamiast zdążać w dawnym kierunku, któryby go szybko zaprowadził do przednich posterunków republikanów, jechał prosto. Po pewnym czasie zaczęto nań wołać. Przystanął. Wylegitymowawszy się umówionem hasłem, zapytał stojącego wpobllżu oficera.
— Kto jest waszym dowódcą?
— Generał Hernano — odparł zapytany.
— Zaprowadźcie mnie do niego jak najprędzej. Na pierwszą planowany jest przeciw wam atak.
— Do kroćset! Kogóż wieziecie na koniu?
— Jeńca. Nie traćmy jednak czasu na szczegóły. Śpieszmy!
Zaleciwszy żołnierzom największą czujność, oficer udał się z Kurtem na swój posterunek. Dosiadł tu konia, poczem pognali jak wicher do kwatery generała.
Kwatera mieściła się we wiosce, odległej od Queretara o jakieś półgodziny. Komendant siedział ze swym sztabem przy kolacji. Gdy zameldowano Kurta, mruknął niechętnie:
— Cudzoziemskie nazwisko. Wątpię, czy przynosi coś ważnego. Niech wejdzie!
Kurt wszedł, niosąc na plecach swego jeńca. Na ten niezwykły widok oficerowie zerwali się z miejsc.
Valgame Dios! Cóż niesiecie na plecach? — zapytał zdumiony generał.
— Jeńca, sennor, — odrzekł Kurt, a położywszy koronela na podłodze, złożył przed generałem ukłon wojskowy.
— Domyślam się. Co to za człowiek?
— Pułkownik cesarski.
Hm. Nie wygląda na takiego. W każdym razie złapaliście mysz zamiast słonia.
Generał uśmiechnął się ironicznie. Oficerowie uważali za swój obowiązek naśladować zwierzchnika.
— Proszę się przekonać — rzekł Kurt swobodnie.
— Nie nosi przecież cesarskiego munduru!
— A jednak służy cesarzowi. Ja również nie noszę munduru Escobeda, czy prezydenta, i tak samo, jak mój jeniec, ubrany jestem w strój meksykański.
— A jednak jesteście republikaninem? To chcieliście powiedzieć?
— Nie.
— A cóż? Zameldowano was jako porucznika.
— Jestem nim też. Służę w armji pruskiej. Przybyłem do Meksyku w sprawach rodzinnych i z pewnych przyczyn oddałem się do dyspozycji prezydenta.
Ah! W jakimże charakterze służycie prezydentowi?
— W charakterze inżyniera. Jestem przydzielony do saperów.
Hm. Wolę kawalerję. Inżynier to kret, uciekający przed światłem dziennem. — Zameldowano mi was jako porucznika Ummera. Pierwszy raz słyszę to nazwisko.
Kurt rozumiał doskonale, co to ma znaczyć, odpowiedział jednak spokojnie i uprzejmie:
— Oficer nie dosłyszał mego nazwiska. Nie nazywam się Ummer, lecz Unger.
Generał rzucił nań bystre spojrzenie.
— Unger? — zapytał. — Należycie do oddziałów generała Veleza?
— Tak.
— Ah, to zmienia postać rzeczy! Bardzo przepraszam. Gdyby mi podano prawdziwe nazwisko, byłbym was przyjął zupełnie inaczej. Sennores! Przedstawiam wam najwybitniejszego reprezentanta naszych pracowników fortyfikacyjnych.
Oficerowie podeszli do Kurta. Każdy podał mu rękę, witając się jak z kolegą. Generał ciągnął dalej:
— Wróćmy do przyczyny waszej wizyty. A więc twierdzicie, że jeniec jest istotnie cesarskim pułkownikiem?
— Tak. Uważam jednak, ze to raczej przywódca guerillów i bandytów. Kamraci nazywali go w mojej obecności koronelem, czyli pułkownikiem.
Kurt opowiedział, co zaszło w lesie. Słuchano go uważnie. Wreszcie generał zawołał:
— Do licha! Mają na nas napaść, a tymczasem tracimy czas na bezcelowe rozmowy!
— Nie moja w tem wina — rzekł Kurt, potrząsając ramionami.
— Dlaczego nie zwróciliście na to mojej uwagi?
— Jest pan generałem, a jam tylko porucznik, — odparł Kurt, zkolei uśmiechając się szyderczo. — Mogłem więc tytko odpowiadać na pytania.
— Ze słów waszych widać, że panowie Prusacy nie są zbyt uprzejmi. — Dam natychmiast rozkaz, aby jeden z oddziałów posunął się pod las. Czy zechcecie łaskawie być przewodnikiem tych ludzi?
— Ależ chętnie. Proszę jednak, aby się pan generał naprzód zajął nieco tym koronelem.
— Poco? Czas nagli.
— Nie tak bardzo, byśmy przedtem nie mogli zadać koronelowi kilku pytań i przeszukać jego kieszeni.
— Racja. Według waszej relacji atak ma się rozpocząć o pierwszej. Zaczną się przygotowywać o północy?
— Tak jest.
— Teraz dopiero wpół do dwunastej, mamy więc jeszcze sporo czasu. Trzeba go uwolnić z więzów.
Jeniec odzyskał tymczasem przytomność. Widać to było po szeroko otwartych, ciemnych oczach. Obrzucał otaczających wściekłem spojrzeniem. Zdjęto mu z ust chustkę, uwolniono z pęt i kazano stanąć. Wyprostował zbolałe członki.
— Nazwisko? — zapytał generał.
Zapytany wymienił je.
— Słyszeliście, co ten sennor mówił?
— Owszem.
— Przyznajecie, ze to prawda?
— Jako generał rozumie pan, że nie wolno mi odpowiedzieć na to pytanie.
— Uważacie, że obowiązek każe wam milczeć? Nie przeczę, że macie rację. Muszę jednak zapytać, czy istotnie planowany jest na nas atak?
— I na to nie odpowiem.
— Od kogo otrzymaliście rozkaz, aby dziś...
— Uwaga! Stać! — zawołał nagle Kurt, przerywając generałowi.
Przekonany, że nikt nie widzi, jeniec sięgnął ręką do kieszeni i chciał dotknąć ust. Kurt zauważył to i ujął w przegubie podniesione ramię koronela. Jeniec chciał się wyrwać, ale nadludzki wysiłek jego był daremny. Schylił więc głowę nagłym ruchem. Zanim ktoś z otaczających zdołał podbiec, koronel zbliżył rękę do ust. Lecz Kurt nie dopuścił do wykonania zamiaru. Trzymając jeńca lewą ręką, walnął z całej siły prawą pod brodę. Drugie uderzenie w skroń powaliło jeńca na ziemię. Stracił znowu przytomność. Kurt trzymał go jeszcze ciągle w żelaznym uścisku.
— Do licha! — zawołał generał. — Cóżto ma znaczyć?
— Ten człowiek wyciągnął coś z kieszeni i chciał połknąć.
Kurt wyjął z ręki zemdlonego zwitek papieru. Wygładziwszy, podał papierek generałowi. Generał przeczytał i zawołał:
— Rozkaz generała Miramona!
Oficerowie nie ukrywali zdumienia.
Generał rzekł po chwili:
— Fakt znalezienia przy tym człowieku tego papieru dowodzi, że albo miasto nie jest w zupełności zamknięte, albo też, straże nasze są zbyt mało czujne.
Odczytał głośno rozkaz Miramona i dodał:
— A więc sam zdawał sobie sprawę, że atak nie przyniesie bezpośrednich rezultatów, Nasze forpoczty uderzyłyby na alarm. Miramon mówi o pośrednich korzyściach. Co też to może znaczyć?
Jeden z obecnych oficerów rzekł:
— Mojem zdaniem, to jasna sprawa. Miramon ma zamiar dziś o północy przedsięwziąć atak i odwrócić naszą uwagę.
— Jestem innego zdania — odparł Kurt. — Wszystkie wypady Miramona zostały odparte. Ostatni odbył się 5-go maja. Zapomocą jednej miny sparaliżowałem cały plan. Gdyby nawet Miramon nie był generałem, ale zwyczajnym żołnierzem, wiedziałby bezwątpienia, że wszystkie obwarowania są przez nas podminowane. Jeżeli spróbuje ataku, wysadzimy je w powietrze. Nie, ten człowiek ma inne zamiary! Chce zniszczyć cesarza, chce, aby Maksymiljan przypuszczał, że na tyłach naszych wojsk znalazła się dostateczna ilość jego zwolenników, którzy potrafią zaatakować Escobeda i zmusić do odstąpienia od miasta.
— A więc chodziło mu tylko o walkę pozorną?
— Tak, pozorną, lecz nie bezcelową. Czy uważacie, że to niemożliwe, aby cesarz mógł jeszcze ujść? Wysłańcowi Miramona udało się przekraść niepostrzeżenie. Dlaczegóż to samo nie miałoby się udać Maksymiljanowi?
Hm. Trzeba będzie zwiększyć czujność.
— Aby odciągnąć cesarza od myśli tego rodzaju, Miramon gra przed nim komedję.
— Cóż będzie miał z tego, gdy cesarz, zamiast ujść, dostanie się do niewoli?
— Może ma nadzieję, że nieprzyjaciel zadowoli się unieszkodliwieniem władcy.
Ah? Przypuszcza, że w ten sposób sam ujdzie cało?
— Mam poważne podstawy do przypuszczenia, że tak jest. Wiadomo ci dokładnie, iż z pewnej strony czynione są wysiłki wprowadzenia cesarza w błąd. W każdym razie trzeba natychmiast przesłać rozkaz Miramona wodzowi naczelnemu i zawiadomić o planowanym napadzie oraz o przedsięwziętych dla jego odparcia środkach.
— Należy tak postąpić. Z ilu ludzi składa się oddział guerillów?
— Według tego, co podsłuchałem, z czterystu.
— Kawalerja, czy piechota?
— Słyszałem parskanie koni. Zdaje mi się również, że wartownicy mieli ogromne ostrogi, — słyszałem ich brzęk. Zresztą, bandy składają się przeważnie z jeźdźców.
— Sądzicie, że powinniśmy czekać na atak?
— Nie, gdyż w takim razie stracimy paru ludzi.
— A więc zaatakujemy ich?
— I to nie. Las ich osłania. Narazilibyśmy się na kule, mimo, iż w ciemnościach trudno trafić. Osaczymy ich poprostu.
— Będą się starali przedrzeć.
— To się nie uda, nie wątpię bowiem, że wyślecie sporą ilość żołnierzy.
— Ale skoro spróbują się przedrzeć, narażą się nasi ludzie na śmierć lub ciężkie rany, a tego przecież chcielibyście uniknąć.
— Otoczymy las i zawiadomimy o tem oblężonych przez parlamentarjusza.
— Do licha! To gra niebezpieczna. Te łotry nie uznają partamentarjuszy. Zakłują naszego wysłannika.
— Nie obawiam się tego, oczywiście, o ile wysłany człowiek będzie człowiek, który potrafi z tymi ludźmi gadać.
— Nie zapominajcie, że to nie wojsko regularne, tylko zwykła banda. Żaden z mych oficerów nie odważy się być parlamentarjuszem.
— Czyżby? W takim razie zgłaszam się i proszę o tę godność.
— Co? Chcecie pertraktować z guerillami? — zapytał generał zdumiony. — Ależ to pewna śmierć!
Kurt potrząsnął głową.
— Wcale nie mam ochoty, aby mnie rozstrzelano lub powieszono. Dajcie mi tylko odpis rozkazu Miramona.
— Każę zaraz zrobić kopję, poczem odeślę oryginał naczelnemu wodzowi.
Generał wręczył jednemu z oficerów kartkę Miramona. Kopję sporządzono w jednej chwili, poczem Hernano ciągnął dalej:
— Sennor Unger, przypuszczacie, że dwa bataljony wystarczą?
— Ależ z pewnością — odrzekł Kurt. — Wybierzcie dobrych strzelców, dajcie im pochodnie i rakiety, gdyż trzeba będzie oświetlać teren.
Generał wydał potrzebne rozkazy, poczem zrewidowano koronela. Po rewizji, która nie dała żadnego rezultatu, umieszczono go pod strażą. Kurt ruszył wkrótce na czele dwóch bataljonów. Marsz odbywał się w ciszy. Do lasu dotarli przed półą i w przeciągu dziesięciu minut otoczyli go w zupełności.
Ustalono, że skoro Kurt zapali rakietę, republikaninie pozapalają również swoje na znak, że cały las jest otoczony. — —



III
SĄD BOŻY

Kurt przystąpił do dzieła. Poszedł w kierunku lasu, nie starając się wcale unikać szelestu.
Hola! Kto idzie? — zapytał ktoś z pod  drzewa.
— Wysłannik.
— Stój, albo strzelę! — odezwał się głos.
Kurt się zatrzymał. Dokoła panowało milczenie, słychać było tylko szum drzew i trzeszczenie leżących na ziemi gałęzi. Poprzez ciemności wyczuł, że na miejsce, w którem stoi, skierowano kilka luf karabinowych. Po długiej chwili odezwał się jakiś inny głos:
— Kto tam?
— Wysłannik generała Hernano.
— Do licha! Skąd odwaga wysyłania do nas  ludzi?
— Odpowiem na to, skoro mi pozwolicie podejść  bliżej.
— Ilu was jest?
— Ja sam.
— Zaczekajcie!
Choć Kurt natężał wzrok i słuch, po upływie jakiejś minuty wyrosło przed nim znienacka, jakby z pod ziemi, pięć lub sześć postaci. Jedna zapytała:
— Coście wy za jeden?
— Odpowiem na to zastępcy koronela. Zaprowadźcie mnie do niego!
Kurta ujęło kilka rąk i pociągnęło za sobą. Nie Opierał się. Tuż przy brzegu lasu zatrzymano się przed grupką mężczyzn.
— Oto jest, panie majorze, — rzekł przewodnik.
Major odparł chrapliwym głosem:
— Trzymajcie go mocno! Czy ma broń przy sobie?
— Nie pytaliśmy jeszcze o to.
— Jesteście głupcami! Zrewidować go!
Po dokładnej rewizji znaleziono tylko rakietę. Porucznik zameldował:
— Naprawdę nie ma broni. Ale trzyma w ręku oryginalny przedmiot.
— Cóż to jest? — zapytał major.
— Rakieta — objaśnił Kurt.
— Do licha, rakieta? Do czego wam potrzebna?
— Wytłumaczę, skoro mi pozwolicie mówić.
— O nie, kochanku, odbierzemy ci rakietę przed rozmówką! To niebezpieczny przedmiot. Związać go!
Odebrano Kurtowi rakietę.
— Pozwolę się związać, — rzekł — mimo iż krępowanie parlamentarjuszy sprzeciwia się prawom międzynarodowym.
— Ale parlamentarjusze nie mają zwyczaju nosić rakiet — zaskrzeczał major.
— Racja. Wziąłem rakietę w najlepszym zamiarze. Za chwilę przekonacie się o tem. Okoliczność, że wśród ciemnej nocy, w ciemnym borze, oddaję się w wasze ręce, powinna was przekonać, iż mam uczciwe zamiary.
— Zobaczymy. Jesteście gotowi?
— Tak — odrzekł jeden z tych, którzy związali Kurta.
— Możemy więc zaczynać. Któż was posyła?
— Jak mówiłem sennorowi porucznikowi, generał Hernano.
— Hernano? — zapytał major ze zdumieniem. — Na jakiejże podstawie?
— Rzecz bardzo prosta. Wiedział, żeście się tu ukryli.
— Nie może być! Skądże się dowiedział?
— Dziś przybył do was pewien wysłannik Miramona i wręczył rozkaz generała. Znamy treść rozkazu. Mogę wam nawet pokazać dosłowną kopję.
— W takim razie — ordynarna zdrada!
— Nie chcę o tem mówić.
— Macie kopję przy sobie?
— Tak. W prawej kieszeni spodni. Przy rewizji nie zwrócono uwagi na małą karteczkę.
Kurt poczuł, że ktoś wyciągnął mu kartkę z kieszeni. Po chwili major zapalił ślepą latarkę i odczytał.
— Niema wątpliwości, że to zdrada! — zawołał siny ze złości.
Człowiek, stojący obok, szepnął:
— Więc to naprawdę kopja?
— Dosłowna. Cóż wy na to, sennor?
— To dla mnie niepojęte. Przecież tylko Miramon znał treść rozkazu.
— Pisał go w waszej obecności?
— Tak. Nikogo prócz mnie nie było. Gdy Miramon skończył, natychmiast ruszyłem w drogę.
— Czyżby generał mówił z kimś o treści rozkazu? Czyżby sam... — oh, nie, to być nie może! — Zwracając się do Kurta, zapytał: — Czy wiadomo sennorowi, jaką drogą rozkaz ten dostał się w ręce waszych ludzi?
— Owszem, lecz wyraźnie zabroniono mi o tem mówić.
Ta rozmowa w borze miała istotnie charakter niesamowity. Blask małej latarki oświetlał twarz wzburzonego majora. Reszta jego ludzi oraz Kurt tonęła w ciemnościach nocy.
— Jesteście otoczeni — przerwał Kurt długie milczenie. — Niema mowy o ucieczce, więc poddajcie się, aby uniknąć niepotrzebnego przelewu krwi.
— Piekło i szatany!
Major rzucił latarkę na ziemię i zaczął deptać nogami. Otaczających go oficerów oraz część zgrupowanych dokoła Kurta żołnierzy ogarnęła również szewcka pasja. W obozie rozległ się groźny pomruk.
— Spokój! — syknął major. — Trzeba się mieć na baczności. — Zwracając się do Kurta, zapytał: — Kto nas otoczył?
— Oddział generała Hernano.
— Ilu ludzi liczy ten oddział?
— Sennor, — odparł Kurt — nie jestem szaleńcem. Przyszedłem oświadczyć, że Hernano wysłał oddział ludzi, który dałby sobie radę z wami nawet w tym wypadku, gdyby was było pięć razy tyle, co obecnie. Wiemy o wszystkiem. Macie okrągło czterystu ludzi.
— Do djabła! Znowu zdrada!
— Przyznacie, że tak dokładnie poinformowany przeciwnik zdawał sobie sprawę, ile należy posłać żołnierzy, aby was pokonać. Otoczyliśmy las wojskiem — nikt ujść nie zdoła. We własnym waszym interesie wzywam was do porzucenia błędów koronela!
— Koronela? Ah! Nie wrócił jeszcze.
— Przypuszczam. Przecież dostał się w nasze ręce.
Jezus Marja! Jest waszym jeńcem? Ah! Teraz rozumiem, w jaki sposób dowiedzieliście się o liczebności mego oddziału. Tylko koronel mógł wam to powiedzieć!
— Nie jestem upoważniony do wyjaśnień.
— Ale tak było! Zdradzono nas z kilku stron. Bardzo to źle dla was, sennor! Stąd już nie ujdziecie z życiem.
Hm. W takim razie umrę.
— Przyjmujecie nasz wyrok z takim spokojem?
— Cóz mam robić? Jestem w waszej mocy. Chcę tylko powiedzieć, ze nasi otrzymali rozkaz wystrzelania was do nogi, skoro w przeciągu godziny nie powrócę.
— Będziemy się bronić.
— Nie zmieni to waszego losu. Mamy przytłaczającą przewagę. Zresztą, zjawiłem się tutaj w przekonaniu, że będę pertraktować z przywódcą zasługujących na szacunek regularnych wojsk, a nie z hersztem bandy.
— Ciekaw jestem, na czem polega różnica między waszem wyobrażeniem a rzeczywistością?
— To sprawa bardzo prosta. Będziecie traktowani tak samo, jak innych traktujecie. Jeżeli mnie zabijecie, zostaniecie rozstrzelani jako mordercy. Jeżeli zaś będziecie się w stosunku do mnie trzymali zasad prawa międzynarodowego, zostaniecie w najgorszym razie jeńcami, i po zawarciu pokoju odzyskacie wolność.
— Więc wzywasz nas, sennor, do złożenia broni?
— Tak. Opór na nic się nie zda. Daję słowo honoru, że mówię prawdę.
— Jeżeli się poddamy, zostaniemy tylko jeńcami?
— Tak.
— I nie będziemy wyzuci ze swej własności?
— Oczywiście, że nie. Zostaniecie wprawdzie rozbrojeni, ale Juarez nie jest krwawym katem, nie traktuje jeńców jako morderców, nie każe ich zabijać.
— Jakież możecie dać dowody, że wszystko to jest prawdą? Jakże przekonacie nas, żeśmy osaczeni, że wszelki opór byłby bezcelowy?
— W tym celu wziąłem rakietę. Skoro ją zapalę, ludzie nasi oświetlą całą linję, którą zatoczyli wojskiem dokoła lasu. Będzie to chyba wystarczającym dowodem, że mówię prawdę.
Major nie miał wielkiej ochoty do stawiania oporu. Czy przyczyną tego była wściekłość, że go zdradzono, czy trzeźwość umysłu, czy poprostu tchórzostwo — trudno określić. Po chwili zastanowienia rzekł:
— Dobrze, przekonam się! Sennor Gardenas, pan umie obchodzić się z rakietami?
— Owszem.
— Niech się panowie ustawią wzdłuż krawędzi lasu, aby uzyskać szerokie pole widzenia. Potem, gdy Gardenas zapali rakietę, wrócicie do mnie i złożycie meldunek. Naprzód!
Nastała cisza, trwająca jakieś pięć minut, poczem major dał znak Gardenasowi. Rakieta strzeliła wysoko wgórę. W blasku jej ukazała się na horyzoncie ciemna linja.
— Czy to wasi ludzie, sennor? — zapytał major, wskazując krawędź lasu.
— Tak — odrzekł Kurt.
— Bardzo niewyraźni.
— Zaczekajcie chwilę. Słuchajcie, słuchajcie!
W tejże chwili rozległy się na równinie głośne słowa rozkazu. W minutę później strzelać zaczęły wgórę płomienie, iskry i kule. Cały las był oświetlony al giorno.
— Do licha! To prawda! — zawołał major.
Zobaczył żołnierzy z wymierzonemi karabinami.
— No i cóż, przekonałem was? — zapytał Kurt, gdy znowu zapadła ciemność.
— Zaczekajcie jeszcze!
Po niedługiej chwili wrócili oficerowie. Oddziały wojska, oświetlone jaskrawem światłem, wywarły wstrząsające wrażenie.
— No i cóż, sennores, jakiego jesteście zdania? — zapytał major.
— Opór nie zda się na nic — odważył się rzucić jeden z oficerów.
— Nie jestem tak naiwny, aby temu przeczyć, — zarezonował major. — Nie jestem warjatem. Nie chcę, aby nas wystrzelano do nogi, skoro fakt zdrady został ustalony. Uwolnijcie tego człowieka z więzów!
Kurt, odzyskawszy swobodę ruchów, gotował się do powrotu, gdy nagle ujął go za ramię wysłannik Miramona.
— Czekajcie, sennor, chcę jeszcze o coś zapytać! Czy umowa i, mnie obejmuje?
— Nie należycie do tego oddziału?
— Nie.
Ah! To wyście przynieśli rozkaz Miramona? Sądzę, że wiecie, na jakie miano zasługuje człowiek, wykradający z fortecy tajne dokumenty i rozkazy?
— Nie przypuszczam, abyście mnie chcieli uważać za — za — — za szpiega!
— Niestety. To jedyna nazwa...
— Nie jestem szpiegiem!
— No, no! Czy jesteście adjutantem Miramona?
— Nie.
— A oficerem? — Jeżeli nie, powiedzcie, czy jesteście przynajmniej wojskowym?
— Nie.
— I mimo to przemycacie rozkazy wojskowe?
Kurt nie otrzymał odpowiedzi.
— Sami wydajecie na siebie wyrok.
— Sennor, nie znałem znaczenia mej misji!
— Nie rozumieliście dokładnie treści przesłanego rozkazu? Głupia wymówka!
Przerwał im major:
— Sennor, oświadczam, że się nie poddam, jeżeli gwarancja bezpieczeństwa nie ma objąć wszystkich ludzi, którzy są przy mnie obecnie.
— Zapewniam, że się postaram, aby mój komendant okazał się wyrozumiały.
— To nie wystarczy. Musicie mi przyrzec, dać słowo.
Kurt po namyśle oświadczył:
— Sądzę, że postąpię w myśl życzeń prezydenta, rozszerzając gwarancję na tego sennora.
Odszedł. Nie przeczuwał nawet, kim jest człowiek, któremu darował życie. — — —
Wojska republikańskie były przekonane, że Kurt zginął. Na widok rakiety w serca żołnierzy wstąpiła nadzieja, która zmieniła się w wielką radość. Komendant przyrzekł, że dotrzyma wszystkich obietnic Kurta, rozumiał bowiem, że dla uniknięcia przelewu krwi należy być wyrozumiałym.
Po kwadransie komendant i Kurt spotkali z majorem i jego adjutantem, celem omówienia szczegółów. Ustalono, że jeńcy oddadzą broń jeszcze w przeciągu nocy. Ponadto postanowiono, że rano zostaną przewiezieni do obozu pod Queretaro.
Nie trzeba dodawać, że nikt nie myślał o spoczynku. Oficerowie guerillów dali słowo honoru, że nie uciekną, i poruszali się swobodnie. O tej swobodzie marzył również wysłannik Miramona. Przekonawszy się o łagodnem usposobieniu Kurta, poprosił o rozmowę z nim. Kurt zgodził się, przeświadczony, że wysłannik chce mu udzielić ważnej wiadomości.
— O cóż chodzi?
— Chciałem o coś zapytać. Oficerowie są wolni na podstawie słowa honoru. Czy pan porucznik nie zastosowałby tej zasady również w stosunku do mnie?
Kurt oniemiał ze zdumienia. Po chwili zapytał surowo:
— Oszaleliście? Powiedziałem przecież, że na podstawie tego, co zaszło, zaliczam was do rzędu szpiegów. Zawdzięczacie mi życie.
— Za to możecie niem rozporządzać.
— Chętnie rezygnuję. Przypuszczam, że wiadomo wam, iż szpiedzy należą do ludzi bez honoru? Kto nie posiada honoru, ten nie może dawać słowa.
Tu przebrała się miarka. Wysłannik Miramona odparł:
— Sennor, nie wiecie chyba, kim jestem! Uważacie mnie za szpiega, a tymczasem jestem lekarzem, nazywam się Flores, mieszkam w Queretaro, w klasztorze La Cruz.
— Nie trudźcie się napróżno! Dla mnie jesteście wysłannikiem, używającym szpiegowskich metod celem doręczenia wojennych rozkazów. Nie będziecie korzystali ze swobody ruchów.
Zbliżał się ranek, choć było jeszcze ciemno. Kurt widział pałające oczy lekarza — oczy dzikiego kota, każdej chwili gotowego do skoku.
Szpieg ciągnął dalej pokornym tonem:
— Oceniacie mnie fałszywie. Sądziłem, ze się zasłużę cesarzowi.
— Co do mnie, chciałbym w to wierzyć, ale nam wrażenie, że druga strona nie zechce uznać tych waszych uczuć. A więc, jesteście wiernym zwolennikiem cesarza?
— Tak. Wyznając to panu, zwolennikowi Juareza, daję dowód, że nie jestem tchórzliwym szpiegiem.
Oczy lekarza zabłysły przy tych słowach dziwnie groźnym blaskiem. Opanował się w jednej chwili, lecz Kurt zauważył to spojrzenie.
— Co za błysk! — pomyślał. — Ten Flores musi być złym, niebezpiecznym człowiekiem. — —
Nareszcie nastał ranek. Ruszono z jeńcami w kierunku Queretara. Zwycięzcy zajęli się oczywiście końmi zwyciężonych.
Szli w ładzie i spokoju, aż dotarli do kotliny; lewy jej, górzysty brzeg pokryty był gęstemi zaroślami.
Lekarz się wściekał, że mu nie pozwolono przyłączyć się do jeźdźców-oficerów, którym pozostawiono konie. Przy świetle poranku, rozpraszającym wiele iluzyj, widział swój los w mniej różowych barwach, niż w ciemnościach nocy.
— Zaprowadzą mnie zapewne, do kwatery głównej, później do Queretara. Cóż będzie, gdy mnie poznają i dowiedzą się, że nie jestem lekarzem Floresem z klasztoru La Cruz, ale doktorem Hilariem z delia Barbara? Jedyny ratunek w ucieczce...
Naprózno szukał sposobności. Zjawiła się dopiero teraz, gdy dotarli do kotliny, którą trzeba było okrążyć.
Prowadziła tędy droga bardzo wąska. Piesi i jeźdźcy musieli posuwać się gęsiego. Flores rozglądał się badawczo na wszystkie strony. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Jeżeli mu się uda dotrzeć do zarośli, zakryją go i żadna kula doń nie dotrze.
Rozejrzał się raz jeszcze, potem skoczył na lewo.
— Trzymajcie go! — zawołał eskortujący żołnierz.
Dopiero teraz ujrzano Floresa, olbrzymiemi susami pędzącego ku zaroślom. Padło kilkanaście strzałów karabinowych. Za późno! Zbieg skrył się w zaroślach. Otoczyła go gęstwina krzewów. Wszystkie kule chybiły. Był tak szczęśliwy, że nie mógł zapanować nad okrzykiem triumfu.
Okrzyk ten był za wczesny. Kurt Unger obserwował Hilaria po drodze, raczej pod wpływem przeczucia, niż obawy. Jechał niedaleko, zboku, kiedy zaś dotarli do kotliny, jeszcze bardziej zbliżył konia do Hilaria. Nie zauważył tego lekarz.
Skoro Hilario pobiegł nadół w kierunku kotliny, starając się dotrzeć do zarośli, Kurt skierował konia na lewo i pogalopował nad urwiskiem. Wyprzedził zbiega, przedzierającego się przez zarośla, zsiadł z konia, przywiązał do brzegu urwiska i podążył nadół. Na dole skulił się i cały zamienił w słuch.
Po niedługiej chwili usłyszał zbliżające się kroki. Ktoś chrząkał — w miarę zbliżania się coraz głośniej — i sapał jak miech kowalski. Po upływie kilku sekund rozsunęły się gałęzie i stanął wśród nich Flores, usiłujący przedrzeć się dalej. Zaledwie kilka kroków dzieliło go od właściwego lasu. Skoro doń dotrze, będzie uratowany!
Kurt wyrósł przed nim jakby z pod ziemi.
Dzień dobry, sennor, — rzekł z uśmiechem. — Dokądże śpieszycie o tak wczesnej porze?
Hilario znieruchomiał. Obecność oficera wydała mu się zrządzeniem czarów. Był przecież przekonany, że wszystkich wyprzedził...
— Przekleństwo! — krzyknął wreszcie i skoczył wbok, aby dotrzeć do brzegu kotliny.
— Stać! — zawołał Kurt. — Albo strzelę!
Po tych słowach wyciągnął rewolwer.
— Strzelaj, psie! — zawołał Flores-Hilario.
Natężywszy wszystkie siły, skoczył wgórę w nadziei, że niezbyt pewna kula rewolwerowa nie trafi. Za minutę dotrze do brzegu lasu...
Kurt zmienił decyzję: — A może lepiej będzie schwytać tego człowieka żywcem?
W jednej chwili zdjął lasso i splótł pętlę. Podniósł rękę. Coś gwizdnęło, zaszumiało, zakręciło się — i pętla spadła na ofiarę.
— Do stu tysięcy djabłów! — jęknął lekarz.
Mijał właśnie brzeg kotliny, przekonany, że już ocalał. Nagle coś chwyciło go za ramiona — — spadł głową nadół w kierunku kotliny. Miał wrażenie, ze się dostał z nieba do piekła. Zamknął oczy. Gdy je znowu otworzył, leżał obok konia Kurta. Ręce i nogi miał spętane. Okrągła, opalona od słońca twarz porucznika uśmiechała się wesoło.
— No I cóż, sennor Flores, jakże się podróż udała?
— Niech was wszyscy djabli! — mruknął ponuro Hilario. — Dlaczego nie pozwoliliście ml uciec?
— Szpieg tego nie wart.
Hilario starał się ukryć wściekłość.
— Jeśli nie spostrzeżono jeszcze, żeście mnie znowu schwytali, zaproponowałbym wam coś bardzo korzystnego.
— Mianowicie?
— Zdejmcie mi przedewszystkiem więzy!
— O nie, drogi panie! Musiałbym was znowu łapać, a to mi się wcale nie uśmiecha.
— Żartujecie. Gdybyście wiedzieli, co wam ofiarować mogę! Jeżeli zapłacę za wolność, zostaniecie bogaczem.
Pah! Wasza wolność nie przedstawia dla mnie żadnej wartości. Nie daję za nią ani pesa.
— Ale ja daję! Ofiaruję pięć tysięcy dolarów. Jestem człowiekiem bogatym.
No, no. W takim razie moglibyście więcej zapłacić.
— Dobrze! Daję dziesięć tysięcy.
— Coraz lepiej! Musicie bardzo tej swobody potrzebować.
— Racja. Otaczam opieką kilku chorych, którzy umrą bez mojej pomocy.
— Żal mi tylko chorych, a nie lekarza. Mam wrażenie, że targu nie ubijemy. No, jazda, sennor!
Kurt podniósł związanego jeńca, aby go wsadzić na konia.
— Piętnaście tysięcy! — zawołał Hilario.
— Nie traćcie słów.
— Dwadzieścia!
— Milczeć! Nie potrzebuję waszych pieniędzy. Po tych słowach Kurt dosiadł konia i wciągnął Floresa.
— Miejcież litość! — zawołał Flores w najwyższej rozpaczy. — Daję trzydzieści tysięcy dolarów!
Kurt spiął konia.
— Rozkazuję wam stulić pysk, bo będę zmuszony go zakneblować. Fakt, że chcecie dać tyle pieniędzy za wolność, budzi podejrzenia. Będę musiał zbadać przyczyny, na podstawie których oferujecie za ucieczkę tak wysokie sumy. Może sumienie macie jeszcze brudniejsze, niż mi się wydawało.
Dotarł do obozu ostrym kłusem. — —
Flores nie puszczał pary z ust. Chwilowo musiał poddać się losowi. Zdjęto go z konia i zaprowadzono pieszo do obozu. Po drodze oderwał kilka tęgich kuksów i szturchańców.
Za próbę ucieczki wpakowano doktora do więzienia, podczas gdy reszta dostała się do obozu jeńców, w którym starano się losowi ich nieco ulżyć.
Generał Hernano był szczerze uradowany pomyślnym rezultatem akcji. Skoro się dowiedział o lekarzu Floresie i o jego próbie ucieczki, obiecał zasięgnąć dokładnych informacyj. Pożegnał się z Kurtem nadwyraz serdecznie.
Kurt miał właśnie wsiąść na koń, gdy ujrzał jeźdźca, nadążającego galopem. Poznał go z oddali Był to Sternau we własnej osobie.
— Ah, ty tutaj? — zawołał. — Co za niespodzianka!
— Szukałem cię, mój chłopcze. Od dłuższego czasu walki ustały, mam więc kilka godzin, i wczoraj postanowiłem cię odwiedzić. Dowiedziałem się, że przebywasz u Escobeda i że powrócisz wieczorem. Czekałem napróżno przez cały wieczór i noc. Ruszyłem więc w drogę. Chciałem obejrzeć szańce i oto cię spotykam.
— Co za radość!
— Cieszę się również. Powiedzże, gdzie byłeś przez ten cały czas.
— Miałem bardzo szczęśliwą przygodę. Zsiądźmy na chwilę z koni. Mam nadzieję, że w głównej kwaterze Hernana znajdzie się miejsce do pogawędki przy kieliszku wina.
— Poszukajmy!
Po chwili siedzieli w skromnej gospodzie. Kurt zaczął opowiadać. Sternau słuchał uważnie, nie przerywając. Gdy Kurt skończył, potrząsnął głową i rzekł:
— Dziwne... Czy znasz stosunki panujące obecnie w klasztorze La Cruz w Queretaro?
— Nie.
— Główna kwatera otrzymała dokładne informacje. Poprzedni mieszkańcy musieli wynieść się z klasztoru. O ile mi wiadomo, nie było tam żadnego lekarza. Czy możesz mi tego Floresa opisać?
Kurt spełnił prośbę. W miarę jego słów zdumienie Sternaua rosło coraz bardziej. Kiedy skończył, Sternau zerwał się na równe nogi i zawołał:
— Nie przeczuwasz nawet, kogo wziąłeś do niewoli! To z pewnością stary Hilario! Czy możesz się do niego dostać?
— Ależ oczywiście!
— Chodźmy zaraz! Wejdziesz naprzód sam, chcę go bowiem zaskoczyć.
— Dobrze. Biada, jeżeli jest Hilariem! Pójdę wtedy do generała i opowiem wszystko.
Udali się do więzienia.
Więzieniem tem była poprostu piwnica ustronnego domu. Stara, ale silna budowla mury miała grube na przeszło pół metra, a we wszystkich oknach żelazne kraty.
Żołnierz-klucznik poznał Kurta i bez wahania otworzył drzwi od celi lekarza.
Sternau stanął za niedomkniętemi drzwiami, aby posłuchać rozmowy.
Jeniec zdumiał się na widok porucznika.
— Znowuście tutaj? — mruknął. Nie był związany. Wstał z zimnej podłogi, na której siedział.
— Jak widzicie, jestem znowu, — odparł Kurt.
Patrzył na Jeńca zupełnie inaczej, niż przedtem. Uderzyło to doktora, który zapytał:
— Cóż was sprowadza?
— Pewne pytanie. Mówiłem już, że wysokość sumy, którą chcieliście zapłacić za odzyskanie wolności, wzbudziła we mnie podejrzenia. Powiedziałem również, że będę musiał zasięgnąć o was języka. Czy nie lepiej oszczędzić mi zachodów i wyznać szczerze, dlaczegoście się obawiali, że was poznają?
— Że mnie poznają? Któż to miałby mnie poznać? Nie boję się żadnego spotkania! Kto zna doktora Floresa, ten może mi tylko sprzyjać.
Hm. Nie dlatego chcieliście się tak gwałtownie uwolnić, że czekają na was chorzy, ale że śpieszno wam nakarmić jeńców, a wśród nich przedewszystkiem Gasparina Corteja i Henrica Landolę.
Hilario zrozumiał, że jest zdemaskowany. Miał wrażenie, że go ktoś walnął obuchem w głowę. Ale kanalja opamiętała się szybko.
— Nie znam tych nazwisk — odparł z udaną obojętnością.
— Inne znacie z pewnością lepiej. Powiedzmy, Pabla Cortejo i jego córkę Józefę.
— Znam Pabla i Józefę, ale o tyle, o ile zna ich każdy Meksykanin, który wie, jak haniebną odegrali rolę.
Hm. Teraz grają jeszcze haniebniejszą rolę w podziemiach piwnicy della Barbara, gdzie ich pokuto do nagich ścian.
Kurt mówił wolno, słowo po słowie. Stary zbladł jak trup. Zapytał drżącym głosem:
— Co przez to rozumiecie? Nie wiem, o co wam chodzi. Nie wiem, czego chcecie.
— Naprawdę? Wymienię więc innego jeńca. Czy znacie naprzykład hrabiego Fernanda de Rodriganda y Sevilla?
Kolana ugięły się pod Hilariem.
— Nie znam.
— A Mariana, Ungera, małego André’go, Bawolego Czoła i Niedźwiedziego Serca nie znacie również?
— Nie. Obce mi są te nazwiska.
— I Sternau również?
Stary oparł się o ścianę, miał bowiem wrażenie, że runie na podłogę.
— Nigdy — nie — słyszałem tego nazwiska.
— Wszyscy ci ludzie byli uwięzieni w drugiem sklepieniu, pilnowanem przez bratanka waszego, Manfreda. Ja sam ich oswobodziłem...
— Co —  — takiego?! — ryknął starzec.
— ...i zamknąłem Manfreda. Oczekuje kary, którą z nim podzielicie.
Hilario patrzył na Kurta w osłupieniu. Nie mógł znaleźć słów. — Kiedy to się stać mogło? Czy niema teraz żołnierzy w klasztorze?
Kurt ciągnął dalej:
— Reszta waszych machinacyj jest również znana. Sprzymierzeniec, który was wysłał do Queretara, został po krótkiem przesłuchaniu powieszony. Sennoritę Emilję mały André wraz ze mną uratował. Ja również wziąłem do niewoli oddział żołnierzy cesarskich, którzy się wdarli do klasztoru della Barbara. Co najważniejsza jednak, nie udało wam się wymordować mieszkańców hacjendy. Nikt nie wypił ani kropli odwaru z liścia śmierci — odwaru, który wleliście do kotła.
Nawet na siły krzepkiego starca tego już było za wiele. Patrzył na Kurta osłupiałym wzrokiem. Wymieniano imiona, opowiadano o faktach, które ukrywał w najgłębszej tajemnicy. Czuł, że jest zgubiony, lecz próbował usprawiedliwiać się jeszcze.
— Nic nie rozumiem — skrzeczał — nic...
— Naprawdę nic, łotrze? — rozległo się z za drzwi.
Na progu zjawiła się wysoka postać Sternaua. Hilario zaczął bić dokoła rękami, jęcząc:
— Ster — Ster — Ster — er — Nie mógł wykrztusić do końca nazwiska doktora. Bełkotał coś niezrozumiale. Podniósłszy ręce, chwiał się przez jakiś czas to w jedną, to w drugą stronę, wreszcie zwalił się jak podcięty snop. Z ust potoczyła się piana.
Kurt odwrócił się. Sternau ukląkł, aby zbadać starca. Po chwili wstał i rzekł:
— Sąd niepotrzebny. Bóg go już sądził.
Ah! Nie żyje?
— Nie umarł jeszcze.
— Czy można go uleczyć?
— Nie. Zginie wśród straszliwych bólów, nie tracąc do ostatniej chwili przytomności.
— Okropność!
— Będę czuwać nad nim, choć niema nadziei, aby mógł jeszcze przemówić.
 — Słyszy naszą rozmowę?
— Na pewno. Czy nie widzisz, że patrzy z trwogą?
— Tak. Bóg jest sprawiedliwy. Ale gdy Hilario umrze, niejedną tajemnicę zabierze do grobu.
— Tego się nie obawiam. Mamy dosyć świadków i dowodów. Hilario będzie mógł wydobyć ze siebie najwyżej kilka niezrozumiałych dźwięków. Stan jego będzie się z każdym dniem pogarszać. Zupełnie przytomny, będzie sobie dokładnie zdawać sprawę, że nędzne jego życie się kończy. — No, chodźmy!
Zawołali klucznika i zawiadomili o ataku, któremu uległ starzec. Wkrótce potem ruina człowieka, który jeszcze przed godziną panował nad wszystkiemi tajemnicami podziemi della Barbara, znalazła się w szpitalu więziennym. Sternau pośpieszył do generała Hernano, aby go poinformować o tem, co zaszło. Kurt zaś ruszył na swój posterunek. — — —



IV
DZIEWIĘTNASTY CZERWCA

Ku zdumieniu ujrzał na drodze jakąś panią, Jadącą przed nim na mule, w otoczeniu służącego. Eskortę tworzyli kawalerzyści. Kurt szybko dogonił oddziałek. Jako człowiek uprzejmy, uchylił kapelusza. Ku swemu zdumieniu usłyszał z pod welona następujące słowa:
— Czy mnie wzrok nie myli? Pan tutaj, poruczniku?
Dama zatrzymała muła. Kurt ściągnął cugle koniowi.
Ponieważ nieznajoma przemówiła doń po niemiecku, rzekł w tym samym języku:
— Ah, mam zaszczyt rozmawiać z Niemką?
— Tak. Czy pan porucznik Kurt Unger?
— Nie omyliła się pani. Skądże mnie pani zna?
— Widzieliśmy się w Wiedniu, lub w Darmstadcie na dworze arcyksięcia. Mam wrażenie, że mnie pan pozna.
Odsunęła gęsty welon. Kurt ujrzał ku swemu zdumieniu znajome rysy.
— Jakto, łaskawa pani tutaj? Odważyła się pani wyjechać poza miasto?
— Pan wiedział, że przebywam w Quertaro?
— Wiedziałem, iż me opuściłaby pani męża, który całem sercem oddany jest cesarzowi. Śledziłem pani losy z wielkiem zainteresowaniem.
— Dziękuję! — Wyciągnęła doń rękę. — Cóż pan robi w Meksyku?
Kurt ujął wyciągniętą rękę i przycisnął do ust. Eskorta zawoalowanej damy odsunęła się dyskretnie wbok.
Damą, którą Kurt spotkał, była księżna Salm, małżonka księcia Salma, który jako wierny adjutant cesarza trwał i cierpiał przy nim do ostatniej chwili panowania. Książę i jego małżonka byli niezwykle przywiązani do cesarza, ale nadaremnie starali się los jego zmienić.
— Łaskawa pani, czy nie rozmawialiśmy raz w Darmstadcie o dziwnych stosunkach, panujących w rodzinie Rodrigandów?
— Ależ tak. Przypominam sobie.
— Ta właśnie sprawa sprowadza mnie z za oceanu. Teraz dopiero praca nasza zaczyna wydawać owoce.
— To mnie cieszy. Cóż pan jednak robi we wrogim obozie? Mam wrażenie, że znają tu pana i szanują.
— Co robię? — rzekł Kurt z uśmiechem. — Poprostu oblegam Queretaro.
— Pan także — rzekła księżna, uśmiechając się również, przekonana, że Kurt żartuje.
— Tak, ja także. Biorę udział w pracach oblężniczych.
— Naprawdę?
— Mówię zupełnie serjo — odparł Kurt.
Na twarzy księżnej zjawił się wyraz niemiłego zdumienia.
— Nie chce mi się wierzyć.
— Ależ to szczera prawda. Oddałem się do dyspozycji Juareza i Escobeda.
— Będąc Niemcem? Odszczepieniec... Zdrajca...
Ostatnie słowa wypowiedziane zostały bez szczególnej zapamiętałości. Brzmiała w nich tylko powaga i smutek.
— Jestem przekonany, że mi pani wybaczy, — rzekł Kurt. — Czy wolno zwierzyć się z pewną tajemnicą?
— Nie zdradzę jej.
— Powinna ją pani zdradzić tylko dwom osobom.
— Komuż to?
— Cesarzowi i mężowi. — Oblegam cesarza tylko poto, aby go uratować.
— To brzmi nieprawdopodobnie.
A jednak rzecz zrozumiała. Dotychczasowe moje wysiłki, niestety, nie przyniosły rezultatów.
— Nasze również. Właśnie przybywam od prezydenta.
— Od Juareza? To mnie bardzo dziwi.
— Zostałam przyjęta, rozmawiałam z nim.
— Z czyjego polecenia?
Księżna ostrożnie obejrzała się na wszystkie strony, zanim odrzekła:
— Posłało mnie do Zapoteki własne serce. Mogę panu jednak ponadto w zaufaniu powiedzieć, że poleciła mi to pewna osoba, której nie chciałabym wskazywać palcem. Wystarałam się u Escobeda o list żelazny. Dzięki niemu dostałam się do Juareza.
— Wizyta była daremna?
— Niestety. Wracam z niczem. — W oczach księżnej stanęły łzy. Ciągnęła dalej: — Boże mój, jakiż ten Juarez twardy i nieczuły!
Kurt potrząsnął głową.
— Myli się pani. Tylko pozornie wygląda na człowieka nieprzystępnego i twardego. W istocie to człowiek wielkiego serca, pełen zrozumienia i współczucia dla innych.
— To niemożliwe. Nie, to niemożliwe!... Przyjął mnie chłodno, nie okazał najmniejszego współczucia — pozwolił mi odejść...
— Chłodno, bez współczucia? To tylko pozory! Indjanin rzadko zdradza swoje uczucia mężczyźnie, wobec kobiety zaś ukrywa je zawsze.
— Gdyby coś odczuwał, wysłuchałby moich błagań.
— O co go pani prosiła?
— O darowanie cesarzowi życia. Dał odpowiedź więcej niż twardą, nieuprzejmą, niegrzeczną. Oświadczył, że cesarz sam rozporządził swem życiem, że, jako prezydent, nic dlań zrobić nie może. Powiedział dalej, że prośba moja jest dowodem nieostrożności. Wkońcu dodał, że nie życzy sobie, aby go na przyszłość nagabywano w tej sprawie. Czy nie jest to niegrzeczne, a nawet obrażające?
— Nie uważam.
— Jakto? A więc i pan nie ma serca?!
— Uważam, że Juarez powiedział tylko prawdę.
— Nie rozumiem w takim razie cesarza...
— Niech pani posłucha! Juarez miał rację, twierdząc, że cesarz sam rozstrzygnął definitywnie o swym losie. Zapoteka chciał go ratować, nawet wysłał ludzi z wyraźnem poleceniem ratowania cesarza. Sam byłem u Maksymiljana w tej sprawie. Prezydent wystawił mi list żelazny na okaziciela wraz z eskortą. Na podstawie tego glejtu mogłem przejść przez wszystkie oddziały i pozycje. Każdemu, ktoby go nie chciał uznać, groziła kara śmierci.
— Mój Boże! Nie uwierzyłabym, gdyby mówił mi to kto inny. Pan był u cesarza?
— Tak. Przed kilkoma dniami. Ale odprawił mnie z kwitkiem. Przeczytawszy, Maksymiljan zwrócił mi glejt — więc odszedłem.
— Znowu nic nie rozumiem.
— Ja w pewnym stopniu również. Powinienem się był właściwie cieszyć, że mnie nie rozstrzelano jako „republikanina“, który się wkradł tajemnie.
— Czy to nie przesada?
— O nie! Jeszcze ktoś znajdował się również przez dłuższy czas wpobliżu cesarza, aby z rozkazu prezydenta ratować Maksymiljana.
— Któż to był taki?
— Niech mi pani wybaczy, ale nie jestem pewien, czy mi wolno wymienić nazwisko. Osobie tej udało się pozyskać zaufanie generała Mejii.
— Mejia jest człowiekiem wiernym i dzielnym.
— Napróżno starali się oboje spełnić życzenie prezydenta. Miramon, uważany przez nas wszystkich. za zdrajcę, pokrzyżował plany ratunku. U boku jego stoi tajny związek, który pragnie zmusić cesarza do przetrwania w kraju do tej chwili, aż odcięta zostanie ostatnia droga ratunku. Związek chce, aby krew cesarza splamiła ręce Juareza. Później chcą prezydenta i postawić pod pręgierz i obalić jako zabójcę cesarza.
Kurt naszkicował zdarzenia dni ostatnich.
— Biedny, nieszczęśliwy cesarz! — zawołała księżna z westchnieniem. — A to zdziwi się mój mąż, skoro się o tem dowie. Będzie musiał natychmiast uzyskać audjencję u cesarza.
Kurt wzruszył ramionami.
— Wątpię, czyby się naco przydało. Jak pani widzi, Juarez nie życzył źle Maksymiljanowi. Podpisując dekret z 3-go listopada, cesarz sam ustanowił prawo odwetu, zostanie więc bezwątpienia skazany na śmierć. Przypłaci gardłem, ponieważ nie chciał słuchać rad prezydenta. Czyż Juarez nie ma racji?
— Cóż mam panu odpowiedzieć, drogi poruczniku? To straszne!
— Juarez wyciągał rękę kilkakrotnie. Maksymiijan odtrącał zawsze. Nie chciano mówić z Indjaninem, nie chciano jego osobie powierzyć życia. Czyż prezydent może, nie ubliżając sobie, raz jeszcze zwracać się do cesarza i to w chwili, gdy o ratunku niema prawie mowy?
— Ma pan rację. Jako prezydent — nie może; ale jako człowiek powinien się wzdragać przed przelaniem tej właśnie krwi. Bądź co bądź, odtrącił mnie bez skrupułów.
— Ah, wracamy do wrzekomej nieuprzejmości Juareza. Niech mi pani zechce odpowiedzieć, czy Juarez mógł oficjalnie dbać o ratunek cesarza? Mojem zdaniem, stanowczo nie mógł.
— Dlaczego?
— Wywarłoby to fatalny wpływ na jego zwolenników. Utraciłby aureolę, która go otacza, może nawet godność prezydenta. Pani się dziwi? Ależ tak, tak! Jestem przekonany, że Juarez jeszcze dziś uczyniłby niejedno, aby przynajmniej nie narażać życia cesarza.
— Naprawdę? — zawołała. — Wraca mi pan straconą nadzieję!
— Już dawniej musiał kryć się z tem, że usiłuje ocalić cesarza, a cóż dopiero teraz, gdy republikanie, pewni swego, nie pozwolą wydrzeć sobie Maksymiljana. Można go będzie wyrwać z ich rąk tylko podstępem.
— Rozumiem.
— Akcja Juareza musi być utrzymana w najgłębszej tajemnicy. Niechaj nikt nie przeczuwa nawet, że Juarez choćby przez chwilę myśli o czemś, co Maksymiljanowi mogłoby przynieść korzyść...
— Ma pan rację. Jakiż jest jednak cel tego energicznego dowodzenia?
Kurt potrząsnął ręką i ciągnął dalej:
— ...a pani tymczasem zwraca się do Juareza wręcz oficjalnie i prosi w oczach tych wszystkich, którzy pragną śmierci Maksymiljana, o darowanie życia cesarzowi.
— Zaczynam rozumieć.
— Niech mi pani powie, czy Juarez nie miał prawa nazwać panią osobą nieostrożną?
Oh, nawet więcej, niż nieostrożną!
— Nawet to określenie było z jego strony wielkiem ryzykiem. Mówiąc bowiem o nieostrożności, przyznaje, że pragnie ostrożności. Jest to dowodem, że się zajmuje sprawą, o którą pani chodzi.
— Panie poruczniku, — rzekła księżna, ujmując Kurta za rękę, — jestem niesłychanie wdzięczna za oświetlenie sytuacji.
— Chciałem pani tylko dowieść, że Juarez nie był wobec pani ani niegrzeczny, ani źle wychowany. Poprostu zapewnił panią w dyskretny, dyplomatyczny sposób, że zrobi wszystko, aby spełnić pani prośbę.
Po tych słowach smutek księżny nagle ustąpił. Twarz zajaśniała radością. Odrzekła z ożywieniem:
— Dał mi pan wskazówki, których wcalebym nie oczekiwała. Teraz rozumiem, dlaczego się pan cieszy opinją dzielnego oficera. Po naszej rozmowie doszłam do przekonania, że jest pan również świetnym materjałem na dyplomatę.
— Zbyt dużo zaszczytu, łaskawa pani, — uśmiechnął się Kurt. — Nie odbiegajmy jednak od tematu. Mogę pani nawet udowodnić, że słusznie interpretuję odpowiedź Juareza, skierowaną do pani. Jak mówiłem, oblegam cesarza poto, aby go uratować. Juarez wie dobrze, że Meksyk mnie nie obchodzi i zupełnie mi obojętne, czy w kraju panować będzie monarcha, czy prezydent. Nie z entujazmu dla republiki leżę w okopach pod Queretaro i staram się przebić mury obwarowań.
— Przypuszcza pan, że zna pańskie zamiary i zgadza się na nie?
— Oczywiście. Inaczejby nie tolerował mnie, nie korzystałby z moich usług.
— Miał pan sposobność wypowiedzenia się przed nim?
— Ściśle mówiąc, nie. Padły jednak pewne słowa i aluzje, które są dla mnie wystarczającym drogowskazem.
— Uważa pan więc, że cesarz jest zgubiony.
— Nie, choć przyznaję, że niełatwo go będzie uratować. Nastąpić to może jedynie wtedy, gdy sam zapragnie ratunku. Dotychczas nie chciał.
— Trzeba się starać, aby zmienił zdanie.
— Tak. Ale przedewszystkiem trzeba złamać i sparaliżować wpływ tych, którzy wyprowadzają go w pole. Na to, niestety, mało mamy czasu. Wskazałem pani dostateczną ilość środków, prowadzących do celu.
— Jestem panu niezmiernie wdzięczna i postaram się skorzystać z nich natychmiast. Więc mogę mówić o panu z cesarzem.
— Owszem. Niech go pani zapewni o mojej życzliwości. Niech go pani prosi usilnie, aby mnie chciał wysłuchać przy najbliższem spotkaniu.
— Kiedy to nastąpi?
— Podczas — — zdobywania Queretara.
— Okropność! Czy miasto padnie?
— Za kilka dni. Najchętniej spotkałbym cesarza w ubraniu cywilnem, bez broni. Mam nadzieję, że go uratuję, o ile zechce mnie usłuchać. No, teraz musimy się rozstać.
— Nie odprowadzi mnie pan?
— Niech mi pani wybaczy, ale uważam to za niewskazane. Ludzie wiedzą, w jakich zamiarach pani opuściła miasto. Obecność moja przy pani mogłaby wywołać podejrzenia, których chcę uniknąć. Wybiorę nawet drogę okrężną.
Pożegnali się serdecznem uściśnieniem ręki. Księżna wróciła do miasta pełna nadziei, że jednak wyjście się znajdzie. — — —
Minęło kilka dni. Nastał ranek 14-go maja. Generał Velez odbył z Kurtem długą naradę. Kurt wrócił do namiotu niezwykle poważnie usposobiony.
W namiocie czekał nań André, który przebywał w kwaterze głównej, wypatrując spotkania z Emilją.
— Dlaczego taka ponura mina, panie poruczniku? — zapytał.
Kurt nie odpowiedział. Przeszedłszy się kilkanaście razy wzdłuż ciasnego namiotu, przystanął przed strzelcem i zapytał:
— Gdzie jest Sternau?
— W obozie Escobeda.
— Musimy osiodłać konie i jechać do niego!
— Poco?
— Niech pan o to nie pyta!
Po upływie dziesięciu minut opuścili kwaterę wodza. Przypuszczenia André’go okazały się słuszne. Zastali Sternaua w mieszkaniu. Zdziwił się nieco, gdy obydwaj zziajani towarzysze stanęli na progu.
— Dlaczegoście tak pędzili? Musiało się stać coś ważnego?
— Owszem — odparł Kurt. — Możemy mówić swobodnie?
— Najzupełniej. Skądże jednak to pytanie?
— Mam ci coś niezmiernie ważnego do zakomunikowania.
— Siadajmy!
Sternau zaryglował drzwi, wyjął pudełko caballeros, poczęstował cygarami gości, sam również zapalił, i, wyciągnąwszy się w fotelu, czekał spokojnie, co powie Unger.
— To sprawa ściśle poufna — rozpoczął Kurt. — Dzisiejszej nocy opanujemy Queretaro.
André skoczył na równe nogi.
— Naprawdę? Nareszcie! Ah, jakże się cieszę!
Sternau zapytał:
— Czy miasto ma być wzięte szturmem? Escobedo nic o tem nie mówił.
— Queretaro zostanie zdobyte dzięki zdradzie. Pułkownik Lopez otworzy generałowi Velezowi furtę wypadową. Przybyłem z tą wiadomością do ciebie, gdyż jesteś mi potrzebny do przeprowadzenia trudnego zadania. Chcę uratować cesarza.
Sternau zapytał z uśmiechem:
— Jakżeto możliwe?
— Furta będzie od północy otwarta. Velez wkradnie się na czele dwustu ludzi...
Ah! — przerwał Sternau. — Spryciarz z niego. Chce się naprzód przekonać, czy nie zastawiono pułapki.
— Tak. Mając do mnie zaufanie, powierzył mi dowództwo nad tymi dwustoma ludźmi. Zechce natychmiast wziąć cesarza do niewoli, mam jednak nadzieję, że go uprzedzę. Prosiłem cesarza, aby włożył ubranie cywilne.
— Prosiłeś za pośrednictwem księżny Salm?
— Cóż ci o niej wiadomo?
— Wiem, że rozmawiałeś z nią, gdy wracała od Juareza. Zajmuję się więcej twoją osobą, aniżeli przypuszczasz.
— Zgadłeś. Przy furcie zostanie tylko jeden wartownik. Gdy się wypad uda, Velez nadeśle posiłki. Od chwili wtargnięcia naszego do fortu La Cruz aż do nadejścia posiłków będziemy mieli dosyć czasu, aby cesarza niepostrzeżenie wyprowadzić przez furtę.
— A wartownik?
— Nie będzie z nim żadnych trudności.
— Gdy wyjdzie najaw, że cesarz uszedł i że wychodziłeś w towarzystwie osoby cywilnej, podejrzenie padnie na ciebie.
— Sądzę, ze nietrudno będzie odwrócić na chwil kilka uwagę wartownika.
— Dobrze. Dokądże zaprowadzisz cesarza?
— Naprzód do mego namiotu. Tam będzie czekać André.
— Ja? — zapytał mały André w radosnem podnieceniu. — Ja mam ratować cesarza?
— Tak — odrzekł Kurt. — Przyprowadziwszy cesarza do namiotu, będę, oczywiście, musiał wrócić do fortu. Wtedy sennor umieści Maksymiljana w jakiemś bezpiecznem miejscu poza obozem. Będziemy musieli zastanowić się nad wyborem miejsca.
— Już dawno wybrałem — rzekł Sternau z uśmiechem.
— Gdzie?
— Tutaj. Najlepiej będzie, jeżeli się cesarz schroni w mojem mieszkaniu.
— Rzecz to bardzo niebezpieczna! Miałżebym wysyłać zbiega cesarskiego do kwatery Escobeda.
— W pewnych warunkach człowiek jest bezpieczniejszy w jaskini lwa, aniżeli gdziekolwiek indziej. Postarasz się o przebranie dla cesarza, André przywiezie go do mnie na koniu.
— Nie będzie mógł tutaj pozostać pod żadnym pozorem.
— Oczywiście. Zabawi najwyżej pięć minut. Postarałem się już dawno o komunikację z miejscem zupełnie bezpiecznem. Wspólnicy nasi czekają na zlecenia.
— Gdzież jest to bezpieczne miejsce?
— Nie domyślasz się? Musi to być punkt, leżący na uboczu, gdzie nikt nie będzie szukać cesarza, gdzie Maksymiljan będzie mógł pozostać dopóty, aż otworzy się dlań droga do morza. Mam na myśli hacjendę del Erina.
Słowa te wzbudziły entuzjazm Kurta i André’go.
— Tak, jedynie hacjenda! — rzekł André.
— Nie byłem tam jeszcze — wtrącił Kurt — Sądzę jednak, że wybór odpowiedni. Któż go tam zawiezie?
— Ja — odrzekł Sternau.
— Ty? Musisz w takim razie wziąć urlop.
— Rozporządzam swoja osobą; mogę przyjść i odejść, kiedy mi się podoba.
— Ale Juarez odczuje twój brak.
— Nie powie ani słowa. W głębi duszy będzie się cieszył, że mu nie powiedziałem, dokąd jadę.
— Co? Sądzisz, że przeczuwa...
— Juarez jest mądrzejszy i bardziej ludzki, niż ci się wydaje.
— A jeżeli Velez lub Escobedo zwąchają pismo nosem i trafią na ślady?
— Wtedy cesarz będzie się mógł schronić w tej części pieczary skarbu królewskiego, której tajemnicę udało się zachować dotychczas. Tam nikt go nie znajdzie.
— Mówiłeś już o tem z Bawolem Czołem?
— Owszem. Oświadczył, że wraz z Niedźwiedziem Sercem zaprowadzi tam chętnie mnie i cesarza.
— Co? Przecież obydwaj walczą przeciw Maksymiljanowi!
— Dopóki jest cesarzem. Zwykłego śmiertelnika będą w myśl mego polecenia ochraniać i bronić.
— To ciekawe! — rzekł Kurt ze zdumieniem. — Cóż się stanie z jeńcami w Santa Jaga, gdy odjedziesz?
— Wrócę przecież. Zresztą, możesz się w tej sprawie zdać w zupełności na Juareza.
Plan był naszkicowany. Należało tylko omówić szczegóły. Kurt i André pożegnali się ze Sternauem i wrócili do obozu. — — —
Nadszedł wieczór dnia, tak doniosłego dla dziejów Meksyku. Był tak łagodny, że wojsko w Queretaro biwakowało na ziemi. Karabiny poustawiano w kozły. Dokoła siedzieli żołnierze, gawędząc.
Cesarz wyznaczył na wczesny ranek wypad generalny. Obiecywał sobie po nim więcej, niż po wszystkich atakach dotychczasowych, które stale odpierano.
W przewidywaniu długiej, ostrej walki żołnierze walili się na ziemię jak snopy, aby wyspać się na cztery boki, zanim zabrzmi pobudka. Po jakimś czasie całe miasto było pogrążone we śnie. Czuwało tylko kilku wyczerpanych i zmęczonych wartowników, klnąc na czem świat stoi.
Maksymiljan nie mógł usiedzieć w swoich apartamentach. Niezauważony przez nikogo, udał się wraz z adjutantem księciem Salmem do ogrodu, przypuszczając, że w rozbitym namiocie prędzej uśnie, niż w ponurym gmachu klasztornym. — — —
Była północ. Z klasztoru podkradła się ku furcie wypadowej jakaś postać. Zgrzytnął klucz w zamku, furta się otwarła. Obok leżał wypchany portfel. Tajemnicza postać — pułkownik Lopez — podniosła portfel, cofnęła się we wnękę drzwi, która tworzyła bezpieczne schronienie, zapaliła światło i zaczęła badać zawartość portfelu. Po pewnym czasie światło zgasło i Lopez mruknął z zadowoleniem:
— W porządku, Generał dotrzymał słowa.
Wśród wojsk oblężniczych panowała głucha cisza. Nikt nie przeczuwał, co się ma stać za chwilę. Coprawda, na dalszych pozycjach czuwał jeden pułk wpogotowiu, co przecież nikogo nie dziwiło, gdyż każdej nocy przedsiębrano środki ostrożności przeciw wypadom z miasta.
Na uboczu jednak zebrało się około północy dwustu ludzi, uzbrojonych od stóp do głów. Ciche kroki zbliżyły się do namiotu Kurta. Kiedy odsunął kotarę, jakiś głos zapytał:
Jesteście gotowi, sennor?
— Tak, generale.
— Chodźcie więc!
Ruszyli we dwójkę ku grupie dwustu żołnierzy i stanęli na czele. Generał wydał rozkazy, poczem oddział ruszył wolno naprzód, zachowując wszystkie środki ostrożności.
Niebo jarzyło się od gwiazd. A przecież powinny były skryć się za chmurami, aby nie patrzeć, jak przeniewierstwo i zdrada triumfują nad wiernością...
Dotarli do furty wypadowej. Była przymknięta. Velez nachylił się nieco i ruchem powolnym, ostrożnym wsunął głowę do sklepienia.
— Sennor! — zawołał stłumionym głosem.
— Generale! — odpowiedział ktoś szeptem.
— No i cóż?
— Wszystko w porządku. Śpią. Nie przeczuwają nawet, jakie ich czeka przebudzenie.
— Gdzie cesarz?
— Udał się już dawno do sypialni. Doskonale się stało, żeśmy wybrali czas północy. Tuż przed świtem miał się odbyć generalny atak.
— Byłoby nam nie na rękę. A więc poprowadzicie nas?
— Tak.
— Niech stu ludzi wejdzie do wnętrza klasztoru.
— A reszta?
— Porozstawiam ich na górze.
— A więc naprzód!
Wyciągnął szablę z pochwy, wziął w lewą rękę pistolet. Potem cały oddział z Lopezem i generałem na czele zaczął się skradać naprzód.
Po chwili rozdzielono się. Kurt objął grupę, która od miała obsadzić ogród, Lopez zaś poprowadził generała do wnętrza klasztoru.
Kurt miał zaledwie piętnastu żołnierzy. Pod ogrodem kazał im rozwinąć się dokoła płotu w wyciągnięty szereg, aby nikt nie mógł ujść. Sam zaś ruszył na poszukiwanie cesarza. Podążył W kierunku namiotu, oświetlonego blaskiem gwiazd.
Z wnętrza klasztoru rozległ się brzęk broni. Maksymiljan, obudzony hałasem, wyszedł z namiotu. Ujrzał postać, idącą wprost ku niemu.
— Co...
Pst! Na miłość Boską, cicho! — szepnął Kurt, a poznawszy Maksymiljana, dodał: — Najjaśniejszy panie...
— Tak, to ja, — rzekł cesarz również szeptem. — Czego pan sobie życzy?
— Chcę Waszą Cesarską Mość ratować. Proszę za mną!
— Ratować? Kimże pan jest? Cóż się stało?
— Jestem porucznik Unger. I...
— Pan? Jakże się pan dostał do miasta?
— Velez wdarł się do Queretara dzięki zdradzie. Błagam Waszą Cesarską Mość, aby poszedł za mną jak najśpieszniej!
— Wielki Boże! Dokądże to?
— Wydostaniemy się z miasta przez furtę wypadową. Droga jeszcze swobodna. Za minutę może być za późno.
— Cóż potem?
— Mamy szereg przyjaciół. Skoro miniemy furtę, nic już Waszej Cesarskiej Mości grozić nie będzie.
Maksymiljan nie odpowiedział. Był oszołomiony tem, co usłyszał. Kurt chwycił go za rękę i zaczął prosić energicznie:
— Na miłość Boską, błagam, niech Wasza Cesarska Mość nie traci czasu, gdyż za chwilę może być za późno!
Cesarz odzyskał równowagę i rzekł:
— Dziękuję. Jeżeli ratunek jest możliwy, nie będę się opierał, nie pójdę jednak bez mego wiernego Mejii i bez tego pana.
Wskazał na adjutanta, który wyszedł z namiotu.
— Któż to taki? — zapytał Kurt, z trudem chwytając oddech.
— Książę Salm, mój adjutant.
— Dobrze, zgoda. Gdzież jest Mejia?
— Na Cerro de las Campanas.
— W takim razie niema dlań ratunku.
— A więc i ja pozostanę.
Brzęk oręża dolatywał coraz groźniejszy. Kurt usłyszał, jak kilku ludzi podbiegło do furty wypadowej po posiłki.
— Na miłość Boską, niech Wasza Cesarska Mość nie zwleka! — nalegał Kurt. — W przeciągu kilku minut ogród zostanie zajęty, a republikanie wedrą się do miasta!
— Bez Mejii nie ruszę się stąd — brzmiała niezłomna odpowiedź.
— Błagam w imieniu wszystkich zwolenników Waszej Cesarskiej Mości, zaklinam Waszą Cesarską Mość na dobro ojczyzny, na sławę Austrji! Będę — — Ah! Za późno, za późno! Chodźmy, chodźmy!...
Ujął cesarza pod ramię i poprowadził w jedną z alei. Książę Salm pobiegł śpiesznie za nimi.
Tymczasem generał Velez wpadł do ogrodu ze swym oddziałem i ryczał wściekłym głosem:
— Niema go w klasztorze! Szukajcie tutaj, szukajcie!
Od pól rozległy się szybkie kroki nadciągających posiłków wojskowych. Po opanowaniu ogrodu przez Veleza, wyjście było przez chwilę wolne. Kurt pociągnął cesarza.
— Boże, na ucieczkę już za późno! — jęknął. — Żeby się tylko wydostać. Musimy dotrzeć do Cerro de las Campanas, Najjaśniejszy Panie!
Ujął opierającego się Maksymiljana za rękę; adjutant wziął cesarza za drugie ramię. O jednem tylko myśleli — byle ujść z ogrodu! — — Nagle wyrósł przed nimi nowy oddział republikanów.
— Stać! Kto idzie? Dokąd? — zawołał dowódca, wyciągając szablę z pochwy.
— Czego chcecie, Orbejo? — zapytał Kurt. — Czy nie widzicie, że to spokojni obywatele.
— Obywatele? Ktoby w to uwierzył! Kimże wy jesteście?
Podszedł do Kurta. Przyjrzawszy mu się zbliska, poznał.
Ah, to wy, sennor Unger! To co innego. Czegóż chcą ci dwaj hidalgowie?
— Wracali z knajpy do domu. Przybiegli tutaj, zwabieni podejrzanemi szmerami.
— No, no. Na drugi raz lepiej siedzieć w domu, niż słuchać szmerów! Niech idą z Bogiem.
Oddalił się w kierunku ogrodu. Przybyłe posiłki waliły naprzód.
— Trzeba uciekać jak najprędzej — rzekł Kurt, ciągnąc za sobą cesarza.
Maksymiijan zatrzymał się nagle.
— Niech mnie pan zostawi — rzekł z niezwykłym spokojem. — Widzę teraz, że należało pana słuchać Niestety, nie chciałem nawet wierzyć słowom księżny Salm, która mi o panu opowiadała. Chciał mnie sennor ratować. Był pan jednak bezsilny wobec przeznaczenia, którego słuchać muszę. Teraz już za późno. Proszę przyjąć najgłębsze podziękowanie i dowidzenia! — skończył cesarz, ściskając rękę Kurta.
— Najjaśniejszy Panie, niechaj Bóg ochrania Was lepiej, niż mnie się to udało!
Maksymiljan i książę Salm zniknęli w mrokach nocy. Kurt stał zasłuchany w echo ich kroków. Nagle ktoś uderzył go pięścią w plecy.
Hola, leniuchu! Cóż się tak gapisz, jakgdybyś spał. Niech żyje zwycięstwo! Niech żyje republika! Niech żyje Juarez! Niech żyją Escobedo i Velez!
Kurt obruszył się. Podniósł ramię i powalił natręta z taką siłą, jakgdyby w pięści miał młot kowalski.
— Masz, krzykaczu! — syknął. — Chętnie zdzieliłbym w tej chwili całą ludzkość. Precz, precz! Nie mam tu już nic do roboty!
Odwrócił się i ruszył w kierunku furty. Nikogo przy niej nie było, wyszedł więc swobodnie. W milczeniu udał się do namiotu. Tu podszedł doń mały André.
— Nareszcie! Gdzież jest cesarz?
— Tam — odparł Kurt, wskazując na miasto.
— Nie udało się?
Pah! Byłoby się udało, ale nie chciał.
— Nie chciał? Mój Boże, co za nonsens! Dlaczegóż nie chciał?
— Niech mnie pan zostawi w spokoju, inaczej gotów pan coś oberwać!
Nie dbając o to, co się dzieje dokoła, Kurt rzucił się na łóżko i zakrył twarz kołdrą. Przeleżał tak ranek i południe. Po południu przyjechał Sternau, aby się dowiedzieć, dlaczego plan spełzł na niczem. — — —
O świcie fort La Cruz i miasto Queretaro dostały się w ręce Escobeda, który przybył na niespodzianą wieść, że żołnierze jego odnieśli bezkrwawe zwycięstwo.
Cerro de las Campanas było otoczone przez wojska oblężnicze. Schronił się w niem cesarz.
Nie było mowy, aby pozycja ta mogła się utrzymać dłużej, niż kilka godzin.
O siódmej wysłał Maksymiljan parlamentarjusza, oświadczając, że postanowił się poddać. O ósmej odbyła się bezwzględna kapitulacja. Cesarz oddał szpadę generałowi Escobedo.
Tak więc Queretaro wraz z całą załogą dostało się w ręce nieprzyjaciół. —
W miesiąc później, 21-go czerwca, kapitulowała również stolica. Wkroczył do niej generał Porfirio Diaz, po opuszczeniu miasta przez nikczemnego komendanta, generała Marqueza, który wykradł się chyłkiem. 27-go czerwca oddziały prezydenta zajęły Veracruz.
Juarez wrócił więc za sztandarem Meksyku, tak oplutym i shańbionym przez monarchistów, do doliny Anahuaku i zatknął go zwycięsko na Plaza mayor.
W całym Meksyku przywrócono rządy republikańskie. Juarez powrócił do dawnej władzy.
Skończyło się cesarstwo. A — cesarz? — — —
15-go maja wysłał generał Escobedo następujący list do ministra wojny wojsk republikańskich, przebywającego w San Luis Potosi:

Obóz w Queretaro 15 maja 1867.

Dziś o trzeciej rano wojska nasze zdobyły fort La Cruz. Wkrótce potem wzięto całą załogą do niewoli, miasto zaś obsadzono naszemi oddziałami. Nieprzyjaciel cofnął się w nieładzie z częścią wojska w kierunku Cerro de las Campanas. Artylerja ostrzeliwała go skutecznie. O godzinie ósmej Maksymiljan kapitulował. Proszę przesłać obywatelowi prezydentowi z okazji tego triumfu sprawy narodowej moje serdeczne życzenia.

Generał Escobedo.

W raporcie powyższym niema ani słowa o zdradzie pułkownika Lopeza. Gdy mówiono o tem później, wyżsi oficerowie republikańscy odpowiadali:
— Skoro tacy ludzie okażą się zbyteczni, dostają odprawę. — — —
Kiedy się stało powszechnie wiadomem, że cesarz został pojmany, przedstawiciele wszystkich niemal mocarstw zaczęli energicznie zabiegać o jego uwolnienie. Zapoteka był jednak głuchy na prośby. Jakże miał słuchać tych, którzy zgadzali się na jego poniżenie i uznali cesarstwo!
Poseł austrjacki w Waszyngtonie zwrócił się do rządu Stanów Zjednoczonych z prośbą o starania o ułaskawienie cesarza. Stany Zjednoczone zwróciły się do Zapoteki, lecz Juarez odpowiedział krótko:

Przyznaję chętnie, że arcyksiążę cierpi za winy nie swoje. Ale krok jego był zamachem na niepodległość mego kraju i dlatego nie mogę go ułaskawić. Czyż mam Habsburga oszczędzać, aby nadal knuł intrygi na szkodę Meksyku? Przyznaję, że ułaskawienie Maksymiljana dodałoby chwały republice, lecz sprzeciwia się elementarnej racji stanu.
Juarez.

21-go maja odbyło się spotkanie Maksymiljana z Escobedem. Cesarz zgodził się na abdykację, żądał jednak wzamian żelaznego listu dla siebie, dla swych austrjackich oficerów i żołnierzy, dla Mejii i dla swego meksykańskiego sekretarza prywatnego. O Miramonie nie było mowy.
Juarez, odrzucił propozycje Maksymiljana, wychodząc z założenia, że pojmany cesarz, nie mający ani kraju, ani poddanych, nie może mówić o abdykacji.
Jednakże nie pragnął zguby Maksymiljana. Wyjął jego sprawę z pod kompetencji sądu doraźnego, przekazując specjalnie utworzonemu sądowi wojennemu. Chciał w ten sposób zyskać na czasie, przypuszczając, że, skoro namiętności opadną, będzie można wpłynąć na sąd, aby zmienił karę śmierci na karę banicji. Tak też stałoby się, gdyby eks-cesarz, którego Juarez chciał uratować, nie działał wbrew intencjom prezydenta.
Maksymiljan wydał bowiem orędzie, w którem oświadczył, że abdykuje na rzecz słabego starca Iturbide oraz że mianuje panów Lareza, Lakunza i Marqueza członkami rządu tymczasowego. A byli to wrogowie Juareza.
Ponadto z wielu stron poczęto zabiegać o oswobodzenie Maksymiljana. Nic dziwnego, że dzięki temu podniecenie republikanów wzmogło się bardzo. Juarez uczuł się zmuszony do zrezygnowania z wszelkiej akcji na rzecz jeńca.
Trybunał, złożony z siedmiu członków, zebrał się na rozprawę w dniu 13-go czerwca. Oskarżano Maksymiljana o spisek, bezprawne objęcie władzy i znęcanie się nad prawowiernymi obrońcami kraju. Współoskarżonymi byli Mejia i Miramon. 14-go czerwca, o jedenastej wieczorem, wydano na wszystkich trzech wyrok śmierci. Kwatera główna wyrok zatwierdziła. Egzekucja miała nastąpić 16-go, termin jej przesunięto jednak o trzy dni, aby skazani mogli przygotować się do śmierci.
Fakt niedokonania wyroku wyzyskał poseł pruski v. Magnus dla dalszych wysiłków w kierunku ratowania Maksymiljana. Wysłał do prezydenta sądu najwyższego następujące pismo:

Do rąk Jego Ekscelencji sennora ministra Sebastjana Lerdo de Tejada.

Przybywszy dziś do Queretara, uświadomiłem sobie, że skazani w dniu 14-go bieżącego miesiąca jeńcy polityczni, moralnie zmarli w niedzielę 16-go b. m. Cały świat sąd ten podzieli, gdyż w dniu tym poczyniono wszystkie przygotowania. Jeńcy czekali przez godzinę na egzekucję i dopiero po upływie tego czasu zakomunikowano im, że wykonanie wyroku zostało odroczone. Kultura naszej epoki nie dopuści do tego, aby ludzie, którzy już patrzyli przez godzinę w oblicze śmierci, mieli być jutro po raz drugi prowadzeni na rozstrzelanie. W imię honoru i humanitaryzmu zaklinam, aby ich nie mordowano. Powtarzam raz jeszcze, iż jestem przekonany, że władca mój, król pruski, oraz wszystkie koronowane głowy Europy zgodzą się dać Waszej Ekscelencji wszelką gwarancję, że żaden ze skazańców nie wróci nigdy na ziemię meksykańską.

v. Magnus.

Na to pismo minister odpowiedział jak następuje:

Z wielką przykrością muszę panu zakomunikować, że, jak to już wczoraj doniosłem, prezydent państwa nie uważa za możliwe ułaskawić Maksymiljana von Habsburga ze względu na zasady sprawiedliwości i na konieczność zapewnienia Republice pokoju.
Lerdo de Tejada.

W noc przed egzekucją Maksymiljan napisał dwa listy — jeden do żony, drugi do matki, arcyksiężny Zofji. Pierwszy brzmiał:

Skoro przy Boskiej pomocy wyzdrowiejesz i będziesz mogła list ten odczytać, zrozumiesz całą surowość losu, który prześladuje mnie od chwili Twego wyjazdu do Europy. Zabrałaś ze sobą moje szczęście i duszę. Dlaczego nie słuchałem Twego głosu? Nadzieje moje zostały tak doszczętnie zdruzgotane, że śmierć staje się miast męki wyzwoleniem. Zginę w chwale, jak żołnierz na polu walki, jak władca, którego zwyciężono, lecz nie pohańbiono. Cierpię okrutnie. Jeżeli Bóg połączy mnie wkrótce z Tobą, będę błogosławił Jego rękę. Bądź zdrowa!
Twój biedny Maksymiljan.

Do listu dołączył pukiel włosów, które mu ścięła żona dozorcy więzienia.
Zupełnie inaczej zachowywali się towarzysze niedoli. Wierny Mejia przyjął wiadomość o wyroku śmierci z olimpijskim spokojem. Był Indjaninem, nie rozumiał więc, jak można się skarżyć na cierpienia fizyczne, czy moralne, i uważał, że śmierć dla ukochanego przyjaciela jest największym zaszczytem.
Inaczej Miramon. W nocy, podczas której zdobyto Queretaro, Miramon posłał po Lopeza. Lopez zjawił się po niedługiej chwili.
— Cóżto się dzieje? Co znaczy ten hałas? — zapytał Miramon.
Lopez wzruszył obojętnie ramionami.
— Republikanie zawładnęli miastem.
— Do licha! Przypuścili szturm?
— Nie.
— Jakże się dostali?
— Nikt tego nie wie.
— Któż ich prowadzi?
— Velez.
— Przypuszczałem, że zjawi się dopiero jutro w nocy.
— Mam wrażenie, że nie dotrzymał słowa.
Ton odpowiedzi zastanowił i zadziwił generała. Zaczął się domyślać, co zaszło.
— Ale słowo, które panu dał, dotrzymał?
— Należałoby to zbadać.
— Zdrajco! — syknął Miramon.
Pah! Kimże pan jesteś? Czy mam podać do publicznej wiadomości, żeś mi polecił pertraktować z generałem Velezem? Złapałeś się we własne sieci. Spotka pana taki sam los, jakiś chciał zgotować cesarzowi.
Lopez oddalił się po tych słowach z pogardliwym uśmiechem na ustach.
Miramon uzbroił się. Czuł jednak, że opór jest daremny. Wzięto go do niewoli razem z cesarzem i Mejią.
Od tej chwili siedział w więzieniu, zatopiony w ponurych myślach i wspomnieniach.
Był wrogiem Juareza, chciał go obalić, lecz czuł, że nie starczy mu siły. Nie mogąc znaleźć sprzymierzeńca w Meksyku, wpadł na pomysł obalenia Zapoteki przy pomocy cudzoziemca, którego panowanie będzie i tak krótkie. Należał do tych, którzy ukuli koronę cesarską i ofiarowali ją arcyksięciu austrjackiemu. Arcyksiążę był zarówno narzędziem Napoleona, jak Miramona.
Od chwili przybycia Maksymiljana do Meksyku uważano Miramona za stronnika cesarza. W istocie jednak myślał jedynie o sobie. Przekonany, że cesarstwo nie ostoi się długo, łowił ryby w mętnej wodzie. Wszystkie machinacje rozbiły się jednak o twardość i wytrwałość Juareza. Miramon nie szczędził trudów, aby obalić cesarza, lecz nie osiągnął celu. Ostatnią pułapką, w którą sam wpadł, była zdrada. Zdawał sobie teraz sprawę, że wszystko zgubione. Łudził się jeszcze nadzieją, że cesarz zostanie ułaskawiony.
— Skoro ułaskawienie nastąpi, nie będzie również mowy o rozstrzelaniu generałów. Skończy się jedynie na banicji.. Wtedy rozpocznę znowu swoją działalność — myślał.
O tej ewentualności myśleli również ci, u których zabiegano o ułaskawienie Maksymiljana. W razie ułaskawienia bowiem zachowałby się w osobie byłego cesarza nietylko wieczny pretendent do korony meksykańskiej, lecz pozostałby również Miramon wraz z towarzyszami, a więc przedmiot ustawicznych niepokojów i niesnasek.
Niechaj o tem nie zapominają ci, którzy się oburzali na wiadomość o rozstrzelaniu cesarza. — — —
Miramon siedział w więzieniu, straciwszy wszelką nadzieję. Nie odczuwał żadnej skruchy. Trawiła go złość i wściekłość na Lopeza, który go tak haniebnie oszukał. Chcąc się zemścić na zdrajcy, wezwał sędziego śledczego i zwierzył mu się z działalności Lopeza. O swojej roli nie wspomniał ani słowem.
— W jakim celu mówi sennor ze mną o tej ciemnej sprawie? — zapytał sędzia.
— Mam nadzieję, że pan zakomunikuje tę wiadomość cesarzowi, — odparł Miramon.
— Cóż mu to pomoże? Za kilka godzin ma wszak zginąć.
— Dowie się przynajmniej, komu los swój zawdzięcza!
— Wie o tem dobrze.
— Ah, słyszał o zdradzie Lopeza?
Sędzia spojrzał surowo na Miramona i odparł wolno:
— Cesarz, jak zresztą wszyscy, wie dobrze, że wojska nasze dostały się do miasta nie przez zdobycie fortu La Cruz, ale dzięki Lopezowi, który był właściwie tylko narzędziem w ręku cesarskiego generała.
Miramon udał obojętność:
— Rzecz to dla mnie zupełnie nowa! Wygląda na bajkę. W każdym razie jest to na pewno wymysł Lopeza, który chce zrzucić z siebie część odpowiedzialności.
— Pan się myli! Skądże Lopezowi przyszłoby do głowy mówić o tym fakcie, a tem bardziej go upiększać?
— Chciałbym znać nazwisko człowieka, w którego imieniu działał.
— Zna je pan lepiej, niż ktokolwiek inny.
— Ja? — zapytał Miramon z udanem zdumieniem.
— Tak. Przecież to pan.
Miramon obruszył się.
— Ja? Co też panu wpadło do głowy?!
Sędzia machnął lekceważąco ręką i rzekł:
— Nie mówmy o tem!
— Ależ przeciwnie. Nie mogę pozwolić, aby honor mój splamiono tego rodzaju zarzutem.
— A jednak zarzut pozostaje. Znamy dokładnie treść rozmowy sennora z Lopezem.
— Nie prowadziłem z Lopezem na ten temat żadnej rozmowy! Gdybym zaś nawet prowadził, nikt nie mógłby zdradzić jej treści. Czyżby Lopez?
— Nie! Odkryję panu tajemnicę. Generał, z którym weszliście w tajne porozumienie, cieszy się opinją człowieka chytrego i ostrożnego...
— O jakim generale pan mówi?
— Nazwiska są tutaj zbyteczne. Zresztą, jest pan równie dobrze poinformowany, jak i ja. — Oficer ten zdawał sobie dokładnie sprawę, jakie niebezpieczeństwo kryje w sobie tajemniczy stosunek z panem. Chcąc się przekonać, czy nie zamyślono go okpić, pozyskał człowieka, który należał do najbliższego otoczenia sennora, a utrzymywał równie bliskie stosunki z Lopezem.
— Do licha! Któż to taki? — zapytał Miramon gniewnie.
— Powtarzam raz jeszcze, że nazwiska nie wymienię. Szukaj pan wśród... adjutantów...!
— Oświadczam, że to nikczemne kłamstwo!
— Zbyteczne oświadczenie. Ten człowiek śledził pana dzień i noc, podsłuchiwał każde słowo...
— A jednak to kłamstwo! — wybuchnął Miramon.
Pah! — brzmiała pogardliwa odpowiedź. — Słowa pana nie mają najmniejszego znaczenia. Wiemy, co zaszło. Gdy wszyscy trzej pójdziecie na miejsce kaźni, ludzie będą się litować nad Maksymiljanem, będą podziwiać wiernego Mejię. O tem, jakie uczucia panu towarzyszyć będą, wolę nie mówić. Przypuszczam, że się sennor sam domyśla.
Po tych słowach sędzia opuścił więzienie.
Miramon pozostał w okropnym nastroju.
— Ten człowiek chciał powiedzieć, że będę otoczony — — pogardą! Ah, gdybym był wolny! Kreatury Zapoteki nietylko odnosiłyby się do mnie z szacunkiem, lecz nauczyłyby się strachu przede mną!
Był niezdolny do skruchy. Nawet spowiednikowi nie udało się skłonić go do niej. — — —
Jedno z pism amerykańskich podało następującą wiadomość:

Maksymiljan i jego najwybitniejsi generałowie zostaną zapewne w dniu jutrzejszym rozstrzelani.

Widać z tego, że zagranica nie miała wątpliwości co do losu jeńców. Każdy rząd ma prawo do uznawania za zdrajców i karania tych, którzy siłą i podstępem godzą w podwaliny państwa. Zasadą tą kierował się sąd, wydając wyrok śmierci. Miano go wykonać 19-go czerwca, na położonem we wschodniej części miasta Cerro de las Campanas.
Maksymiljan odrzucił pomoc Kurta, która go mogła uratować. Uciekł na Cerro. Był to pierwszy krok ku mogile, dokonany z własnej woli.

Gdy nadszedł ranek dnia egzekucji, w Queretaro panowała głucha cisza, choć nikt nie spał tej nocy. Meksykanie wstają wogóle bardzo wcześnie i dlatego w tych częściach miasta, przez które przechodzić musieli skazańcy, zebrały się tysiące ludzi. Na placach, placykach i uliczkach tłoczyli się obywatele, żołnierze, vaquerzy konni i piesi, Indjanie i biali, murzyni, metysi, mulaci, terzeroni, quarteroni, Chińczycy. Cały ten różnorodny i różnobarwny tłum pragnął się przyjrzeć egzekucji człowieka, który był cesarzem.
W oczach napół cywilizowanego tłumu nikt nie odczytałby wyrazu dzikiego zadowolenia, przeciwnie, widać było, że barbarzyńcy współczują skazańcom.
Nie prowadzono głośnych rozmów, szeptano tylko. Miasto robiło wrażenie kościoła, lub cmentarza.
O siódmej wyprowadzono skazańców z więzienia. Dla każdego przeznaczony był powóz, strzeżony przez silną eskortę. Niesiono również krzyże drewniane, pod któremi skazańcy mieli stanąć.
Na głównej ulicy spotkały się wszystkie trzy powozy. Tłum tak gęsto się tłoczył, że trzeba było jechać na miejsce kaźni niezwykle wolno. Pochód otwierał szwadron ułanów. Za nim szła muzyka, grająca marsza żałobnego. Eskorta powozów składała się z jednego pułku. Żołnierze szli czwórkami, z karabinami na plecach.
Za powozami niesiono trzy trumny. Każda spoczywała na barkach czterech Indjan.
Gdy kondukt doszedł do rynku, Mejia obrzucił tłum wyzywającem spojrzeniem i zawołał głośno do cesarza:
— Najjaśniejszy Panie, proszę dać po raz ostatni dowód swej szlachetnej odwagi! Idziemy za wami na śmierć!
W tej samej chwili przeszli przez rynek Franciszkanie, prowadzeni przez biskupa Meksyku. Dwaj idący na przodzie nieśli krucyfiks i wodę święconą. Reszta trzymała w rękach świece.
Twarz Maksymiljana przez całą drogę tchnęła szlachetnym smutkiem — niezapomnianym.
Skoro powóz opuścił rynek, Maksymiijan zwrócił wzrok ku Wschodowi. Tam leżała jego ojczyzna i wszystko, co opuścił, idąc za ułudą władzy i dostojeństw, — za ułudą, która go teraz prowadziła do grobu. Tam za morzem leży również Miramar i obłąkana cesarzowa chodzi po salach i ogrodach jego, nie zdając sobie sprawy, jak są piękne.
Na ustach cesarza wykwita bolesny uśmiech. Jedną rękę, białą jak śnieg, położył na poduszkach powozu, drugą gładzi piękną, gęstą brodę.
Gdy przybyto na miejsce kaźni, wojsko utworzyło czworobok, z jednej strony otwarty, i zagrodziło drogę tłumowi.
Escobedo, który osobiście kierował egzekucją, zbliżył się do powozów i polecił jeńcom wysiąść.
Vamos nos à la libertad! — Umieramy za wolność! — oto słowa, któremi Maksymiljan powitał słońce, wschodzące dlań po raz ostatni.
Potem wyciągnął zegarek i nacisnął sprężynę. Koperta zegarka otworzyła się, ukazując podobiznę cesarzowej Karoliny. Ucałował ją i, podając spowiednikowi zegarek, rzekł:
— Proszę przesłać tę pamiątkę do Europy. Niech ją wręczą mej ukochanej żonie. Gdyby kiedyś odzyskała zmysły, niech powiedzą cesarzowej Karolinie, że pożegnałem świat z obrazem Jej w duszy.
Głucho zabrzmiały śmiertelne dzwony. Skazańcy stanęli przed grubym murem cmentarnym.
Krokiem pewnym i śmiałym podszedł Maksymiljan do drewnianego krzyża. Mejia zachowywał się równie odważnie I spokojnie, jak cesarz. Miramon natomiast szedł chwiejnie. Błagał wzrokiem o ratunek.
Odczytano wyrok śmierci wraz z motywami, poczem pozwolono skazańcom na ostatnie słowo. Miramon wyjąkał parę słów. Mejia dał znak dumnym ruchem ręki, że rezygnuje z tej łaski. Cesarz postanowił skorzystać ze sposobności i przemówić po raz ostatni. Rzekł więc głosem pewnym, donośnym:
— Umieram za słuszną sprawę — za wolność i niezależność Meksyku! Oby krew moja odwróciła na zawsze nieszczęście od mego kraju. Niech żyje Meksyk!
Słowom tym nikt nie zaprzeczył, czuć jednak było, że padają w próżnię.
Zbliżyły się trzy grupy żołnierzy, każda złożona z pięciu ludzi i dwóch podoficerów. Żołnierze przystanęli przed skazańcami w odległości trzech kroków.
Cesarz skinął na sierżanta, prowadzącego żołnierzy, i wyciągnął garść złotych monet.
— Dajcie to po mojej śmierci żołnierzom. Powiedzcie im, aby celowali prosto w piersi. Niech trafią w serce!
Sierżant i cesarz cofnęli się o kilka kroków. Żołnierze przyłożyli karabiny do ramienia. Miramon zachwiał się pod krzyżem. Cesarz objął Mejię. Wzruszony do głębi generał, odpowiedział coś, czego nikt nie usłyszał. Potem skrzyżował ręce na piersi, mężnie oczekując egzekucji.
Biskup podszedł do Maksymiljana.
— Najjaśniejszy Panie, złóż na mem czole pocałunek zapomnienia. Niechaj będzie dowodem, że przebaczyłeś ludowi swemu i krajowi!
Maksymiljan pozwolił, aby biskup objął go i ucałował. Był niezwykle wzruszony. Rozumiał myśl biskupa. Po krótkiem wahaniu rzekł głośno:
— Powiedzcie Lopezowi, że mu przebaczam zdradę!
Większość obecnych przy egzekucji płakała. Nawet ci, którzy nie mieli łez w oczach, byli w głębi serca wzruszeni. Trudno było odgadnąć, co się dzieje w sercu Escobeda. Twarz jego miała wyraz poważny i nieruchomy. Maksymiljan zwrócił się doń w następujące słowa:
A la disposicion de usted! — Jestem do pańskiej dyspozycji!
Wyprostował się przed krzyżem, który dlań przygotowano. Sierżant spojrzał na Escobeda. Generał skinął głową i rzekł:
Adelante! — Naprzód!
Żołnierze stanęli rzędem. Na znak, dany szablą, pochyliły się. lufy karabinów. Szabla uniosła się raz jeszcze. Wśród grania rogów i szczęku bębnów padła salwa.
Cesarz, trafiony w serce, padł na krzyż, przed którym stał. Podniesiono go i włożono natychmiast do trumny.
Miramon zwalił się w piach i skonał. Mejia stał wyprostowany i machał rękami. Jeden z podoficerów podszedł, przyłożył mu do ucha lufę karabinu i pociągnął za cyngiel. Wierny generał padł nieżywy na ziemię.
Libertad y independencia! — Wolność i niezależność! — rozległo się nad trzema trumnami.
Oto mowa pogrzebowa, wygłoszona przez naród meksykański na uczczenie pamięci zmarłego cesarza i jego generałów. —

∗             ∗

Tak zmarł Maksymiljan austrjacki. Ostatnie dni jego życia dowiodły, że wart był zginąć za lepszą sprawę. — — —



V
EPILOG

Juarez znowu objął władzę nad Meksykiem. — —
Kurt nie brał udziału w egzekucji. Nie mógł patrzeć na śmierć człowieka, którego chciał ratować. Podczas egzekucji siedział w swym namiocie w towarzystwie małego André. Słyszał, jak grają dzwony żałobne. Po chwili do uszu jego doszedł odgłos salwy.
— Teraz zginęli! — zawołał André.
— Maksymiljan nie należał już do tego świata w chwili, gdy odrzucił moją pomoc.
— Czy nie można go było tajemnie uprowadzić z więzienia?
— Przed schwytaniem mogłem go ratować, nie popełniając zbrodni.
— A po schwytaniu?
— Po schwytaniu każdy wysiłek w tym kierunku byłby uważany za zbrodnię, karaną wszędzie z całą surowością.
— Uwolnienie przed schwytaniem byłoby również zbrodnią.
— Nie. Cesarz znajdował się wtedy pośród swoich ludzi. Skoro jednak dostał się w ręce republikanów, musiałem zrezygnować.
Hm. Może ma pan rację. Pragnął śmierci.
— Nie powinny więc trapić nas wyrzuty. Nie mamy tutaj już nic do roboty. Chciałem tylko usłyszeć te okropne strzały. Byłem świadkiem jednej z największych tragedyj historycznych. Teraz mogę opuścić Queretaro.
— Bez pożegnania, bez prośby o urlop?
— Nie jestem zależny od Escobeda.
— Gdzież się udamy?
— Do Juareza. Niech pan pojedzie do doktora Sternaua. Proszę go uprzedzić, aby na mnie czekał.
Następnego ranka Sternau, Kurt, André oraz obydwaj wodzowie indjańscy jechali konno do San Luis Potosi. Gdy mijali Guanajuato, mały André zatrzymał konia.
— Ah, moi panowie, czy znacie tego konia? — wskazał na osiodłanego konia, stojącego przed ventą.
— To wierzchowiec Czarnego Gerarda — rzekł Sternau ze zdumieniem. — Wejdźmy do środka!
Gerard już ich zauważył i wyszedł przed dom. Opowiedział, że był w Santa Jaga i teraz szukał ich, chcąc donieść o ucieczce Landoli i Gasparina Corteja i o wypadkach nad Czarciem Źródłem. Sternau był z tej nowiny bardzo niezadowolony, gdyż obecność Landoli i Corteja bezwątpienia ułatwiłaby proces. Cóż można było jednak poradzić?
Gdy mały nasz oddział, do którego przyłączył się również Gerard, dotarł do Potosi, Sternau udał się natychmiast wraz z Kurtem do prezydenta. Choć Juarez był zawalony pracą, zostali przyjęci.
— Przynosicie złe nowiny? — zapytał poważnie prezydent.
— Tak — odparł Kurt. — Przynoszę echo strzałów, od których zginął Maksymiljan.
— Byliście świadkami egzekucji?
— Nie. Nie chciałem przyglądać się widowisku, które oddawna przewidywałem.
— Wiem już o wszystkiem od gońca Escobeda. Maksymiijan umarł jak człowiek dzielny i odważny. Byłem jego politycznym przeciwnikiem, nie należałem jednak do wrogów osobistych.
Wypowiedział te słowa jakgdyby na swe usprawiedliwienie. Sternau rzekł więc:
— Wiemy o tem najlepiej, sennor!
— Ah! — podchwycił Juarez, uśmiechając się tajemniczo. — Rozumieliście mnie więc i nie szczędziliście wysiłków?
— Na jakie tylko stać nas było. Niestety, bez rezultatu. Odtrącił również pomoc porucznika Kurta Ungera — odparł Sternau.
— Więc uważał pan za możliwe arcyksięcia... No, pan rozumie?
— Było to nawet niesłychanie łatwe.
Juarez potrząsnął głową, podszedł do okna i patrzył przez nie w milczeniu. Wreszcie odwrócił się szybkim ruchem i rzekł:
— Śmierci pragnął, więc umarł! Dziękuję panom, żeście me życzenia zrozumieli i w myśl ich postępowali. Opinja będzie fałszywie sądzić, ale panowie znają mnie lepiej. Musicie jednak milczeć, dopóki lejce meksykańskich spraw są w moich rękach. Niech tedy — do czasu — żaden republikanin się nie dowie, co uczyniłem i czego chciałem. Gdy jednak kiedyś ustąpię lub zginę, będziecie mogli ogłosić światu, jak bardzo chciałem ocalić swego przeciwnika. Oto testament, który wam powierzam. Pamiętajcie o nim po opuszczeniu tego kraju, który był widownią niezawinionej przeze mnie tragedji.
Mówił poważnie, głosem uroczystym i smutnym. Wzruszenie malowało się również na twarzach obydwu słuchaczy. Po pauzie Juarez zapytał:
— Wkrótce opuścicie Meksyk, nieprawdaż?
— Przypuszczam — odrzekł Sternau. — Ale jakiś czas jeszcze będziemy musieli pozostać pod pana opieką, sennor.
— To mnie cieszy. Możecie być pewni, że zrobię dla was wszystko, co w mojej mocy. Przed wyjazdem trzeba skończyć sprawę Rodrigandów, oczywiście w zakresie, należącym do kompetencji trybunału meksykańskiego.
— Do jakiego sędziego mamy się zwrócić?
— Do mnie. Postaram się, aby sprawę ujęły sprawiedliwe ręce. Jeńcy znajdują się jeszcze w klasztorze della Barbara? Jeżeli tak, sprowadźcie ich. Sprowadźcie również Marję Hermoyes, starego hacjendera Pedra Arbelleza wraz z córką i Indjankę Karję.
— Tu, do Potosi?
— Nie. Udam się do stolicy. Tam niech przybędą jeńcy.
— Rozprawa będzie jawna?
— Oczywiście.
— Mam co do tego pewne wątpliwości. Gdyby wiadomość o procesie doszła do Hiszpanji, przestępcy, którzy tam mieszkają, mogliby ujść z pod karzącej ręki.
— Racja. Będziemy więc ostrożni i poprowadzimy sprawę przy drzwiach zamkniętych. Na wszelki jednak wypadek zwrócę się do władz hiszpańskich z umotywowaną prośbą wzięcia hrabiego Alfonsa pod tajny dozór policyjny. Zadowala to pana?
— W zupełności.
— Dla transportu jeńców z klasztoru della Barbara do stolicy otrzymacie dostateczną ilość żołnierzy. Kiedyż odjeżdżacie?
— Jutro rano. Do tego czasu konie wypoczną, my zaś będziemy mogli omówić szczegóły z Piorunowym Grotem i Sępim Dziobem.
— Wydam odpowiednie rozkazy.
Posłuchanie było skończone. Udali się teraz do sir Drydena, którego zadanie w Meksyku dobiegało końca. Po naradzie postanowiono, aby ze względu na obecność w hacjendzie del Erina Emmy, Karji i Rezedilli, pojechali tam Piorunowy Grot, Gerard i Niedźwiedzie Serce. Pożegnawszy się z sennoritą Emilją, przebywającą w Potosi, ruszyli następnego ranka. Juarez szczodrze wynagrodził Emilję za okazane usługi. — — —
W jakiś czas później odbył się uroczysty wjazd prezydenta Juareza do stolicy Meksyku. Ludność przyjmowała go z niesłychanym entuzjazmem. Witała w Zapotece człowieka, który dzięki żelaznej wytrwa łości i odwadze z wygnańca zmienił się znów w zbawcę ojczyzny. Wszystkie domy przystrojono kwiatami, chorągwiami. Witały go bramy triumfalne. Istny deszcz pachnących kwiatów spadał na prezydenta i na jego konia, który kołysał się dumnie wśród morza zieleni.
Już jednak następnego dnia po triumfalnym wjeździe głośny entuzjazm zmienił się w trwożne oczekiwanie: Juarez chwycił w ręce żelazną miotłę sprawiedliwości. Zaczęły się badania tych, którzy odgrywali żywą rolę podczas okupacji. Zaczęło się separowanie parszywych owiec, obcinanie chorych gałęzi od zdrowych pni. Na tysiące ludzi padł strach i trwoga. Wielu, widząc, że prezydent nie żartuje, szukało ratunku w ucieczce. Juarez nie mścił się, był w miarę możności łagodny, starał się nie stosować terroru. Tam jednak, gdzie zbytnia łagodność nie była wskazana, lub mogła źle wpłynąć na dobro sprawy ogólnej, okazywał się nieubłagany i karał z całą bezwzględnością. Że nie kierował się nienawiścią osobistą, czy sympatjami, nie trzeba chyba nadmieniać.
Działał niezmiernie energicznie. To też w krótkim czasie maszyna państwowa zaczęła funkcjonować regularnie. Inne państwa, które przedtem skłaniały się ku Maksymiljanowi, uznały zczasem Juareza za prawowitego władcę Meksyku. — — —

∗             ∗



Był późny wieczór. Mieszkańcy stolicy spali. Od północy zbliżała się grupka jeźdźców. Przy jasnem świetle księżyca można było rozpoznać, że oddział składa się z jeńca i eskorty. Jeniec był skrępowany i mocno uwiązany do konia. Dwa muły niosły coś w rodzaju lektyki. Rozlegały się z niej bez przerwy biadania i jęki jakiejś kobiety. Eskorta nie przejmowała się niemi wcale.
Oddział dotarł do miasta, minął kilka ulic i zatrzymał się przed siedzibą rządu. Jeźdźcy zeskoczyli z koni. Jeden z nich wszedł do bramy budynku. Na zapytanie wartownika, czego pragnie i w jakiej sprawie przybywa, odparł:
— Czy prezydent jeszcze nie śpi?
— Nie. Pracuje zwykle do szarego świtu.
— Proszę mnie zameldować. Nazywam się Sternau.
— Sternau? Hm. Nie wolno mi teraz meldować nikogo. Prezydent nie chce, aby mu przeszkadzano. Proszę przyjść w dzień!
— Nie wasza to sprawa radzić, kiedy mam przyjść! Zameldujcie mnie, a zostanę przyjęty.
W słowach tych przebijała taka stanowczość, że wartownik usłuchał, nie myśląc o oporze. Wkrótce wrócił, zawiadamiając, że Juarez prosi.
Wszedłszy do prezydenta, Sternau chciał go przeprosić, ze się zjawia o tak późnej porze, lecz Juarez przerwał radosnym okrzykiem:
— Nareszcie! Oddawna czekałem na was z wielką niecierpliwością.
— Nie mogliśmy przybyć wcześniej, sennor. Musieliśmy czekać na towarzystwo z hacjendy. Tymczasem Józefa Cortejo zachorowała. Niepodobna jej było w pierwszej chwili transportować do miasta. Wiadomo panu zapewne, że podczas pobytu w hacjendzie jeden z vaquerów poturbował ją dotkliwie, mszcząc się za krzywdy Arbelleza. Odniosła liczne obrażenia, które zupełnie błędnie leczono. Skutki objawiły się w Santa Jaga w postaci silnego zapalenia, które z trudnością opanowałem.
— Ale teraz jest zdrowa?
— Nie. Wyzdrowieć nie może. Musiałem użyć najrozmaitszych sztucznych środków, aby ją tutaj sprowadzić. Mimo wszystko odczuwa niesłychane bóle. Jęczy i stęka bez przerwy. Skoro środki moje przestaną działać, umrze.
Juarez skinął lekko głową.
— Bóg sam ją ukarał, zanim jeszcze otworzyły się księgi praw. Nie ulega wątpliwości, że istnieje ni świecie sprawiedliwość, działająca pewniej od naszej. Czy pan przesłuchał jeńców, sennor Sternau? Wyznali co?
— Niestety. Nic.
— Spodziewałem się tego. Zbrodniarze ci są tak zakamieniali, że nie można się po nich spodziewać szczerego wyznania. Dobrze, żeśmy swego czasu przejęli list, który z hacjendy del Erina Józefa pisała do ojca. To bądź co bądź ważny dowód winy.
— A jednak właśnie ze strony Józefy spodziewam się wyznania. Przyczynią się do tego bóle, które ją prześladują. Są naszym sprzymierzeńcem. Starałem się złagodzić je sztucznemi środkami, na przyszłość jednak zaniecham tego. Jestem przekonany, że bóle zmienią się w straszliwe męki. Zmięknie pod ich wpływem.
— Jako człowiekowi żal mi tej dziewczyny. Jako sędzia muszę przyznać, że na los swój zasłużyła. — Spodziewam się, że wszyscy zamieszkacie u mnie, sennor Sternau. Corteja i córkę jego trzeba będzie dobrze zamknąć. Zaraz wydam rozkazy.
Zadzwonił. Wszedł służący, któremu kazał z całą gorliwością zająć się gośćmi. — —
Następnego ranka przystąpiono do przesłuchania. Wszelkie wysiłki wydobycia prawdy okazały się daremne. Cortejo i Józefa zaprzeczali wszystkiemu zuchwałym tonem, mimo, iż przywalono ich formalnie stosem dowodów. Gdy sędzia pokazał oskarżonemu list, pisany przed lały do Alfonsa, jako do bratanka, Cortejo odważył się na twierdzenie, że jest to falsyfikat, sfabrykowany przez wrogów, pragnących go pogrążyć. Słowa te oburzyły najbardziej siostrę Bawolego Czoła, Karję, która, jak to czytelnikowi wiadomo, list ten sama zabrała swego czasu młodemu hrabiemu w hacjendzie del Erina[6]. Schowała go wtedy w bezpiecznem miejscu, nie myślała o nim jednak przez cały przeciąg nieszczęśliwych lat.
Gdy Niedźwiedzie Serce zjawił się w hacjendzie, aby ją zabrać do stolicy, przypomniała sobie, że posiada ważny dokument i ku swej radości znalazła go tam, gdzie ukryła przed laty.
Pierwsze przesłuchanie nie przyniosło rezultatu — najbliższe jednak godziny dowiodły, ze przypuszczenia Sternaua były słuszne. Bóle Józefy przeszły w nieludzkie męki. Były chwile, w których wyła jak dzikie zwierzę. Za radą Sternaua wprowadzono Corteja do celi córki.
Cortejo był człowiekiem zaciekłym i bezwzględnym, a przecież przeraźliwe krzyki Józefy przygnębiły go i wzruszyły. Zdawał sobie sprawę, że pozostało jej zaledwie kilka godzin życia. Wina tych straszliwych godzin obciążała jego sumienie. Zdawało mu się, że trawi go jakiś jadowity ogień. Wezwany pośpiesznie ksiądz postanowił wykorzystać ten nastrój. Nakłaniał oskarżonych, aby wyznali prawdę dla uratowania duszy i oczyszczenia sumienia. Józefa, bliska śmierci, zaczęła wołać drżącym głosem, że chce wyznać winę. Cortejo poczuł, że wszelki opór byłby daremny. Zjawił się sam Juarez w otoczeniu wszystkich świadków. Zeznania oskarżonych zaprotokółowano i, stosownie do wymagań ustawy, podpisali je świadkowie.
Przy tej okazji poruszono również sprawę drugiego testamentu, sporządzonego przez hrabiego Fernanda. Ukryła go Józefa[7]. Zeznała, że testament jaszcze istnieje i wskazała, gdzie leży schowany. Juarez natychmiast wysłał po ten ważny dokument osobę urzędową. Znaleziono testament w podanem przez Józefę ukryciu. W ten sposób w łańcuchu dowodów przeciw Cortejom nie brakło już ani jednego ogniwa.
W kilka godzin później zmarła Józefa. — —
Następnego dnia sąsiedzi pałacu Rodriganda spostrzegli, że mieszka w nim więcej osób, niż dotychczas. Nikt nie wiedział, kim są przybyłe wczoraj osoby. Nie pokazywały się, nie chcąc, aby wiadomość o tem, iż hrabia Fernando żyje, dotarła do Hiszpanji przed przybyciem tam wrzekomego nieboszczyka.
Trzeba było w krótkim czasie załatwić wiele ważnych spraw. — Pewnej nocy na drodze, prowadzącej do Veracruz, po której zwykle jeździł dyliżans pocztowy, pojawił się oddział jeźdźców, eskortujący kilka powozów.
Po pewnym czasie rozeszła się wieść, że Pablo Cortejo został rozstrzelany na podwórzu więziennem za bunt i szereg innych sprawek.
Tak spełniło się przeznaczenie Cortejów.
W tym samym mniej więcej czasie zmarł wśród straszliwych męczarni doktór Hilario. — —
Należałoby jeszcze powiedzieć słów parę o losach wymienionych przez nas postaci historycznych.
Benito Juarez piastował godność prezydenta aż do dnia śmierci. Zmarł 18 lipca 1872, mając lat 66.
W kilka lat potem władza przeszła w ręce jednego z najdzielniejszych generałów Juareza, Porfiria Diaza.
Jak przedtem Zapoteka, tak i Porfirio Diaz kierował krajem, nękanym ustawicznemi wojnami domowemi, energicznie i pomyślnie. Był prezydentem od roku 1877 do 1880 i od 1884 do roku 1911. Cieszył się poważaniem wszystkich państw; prawie cały Meksyk podziwiał go i kochał. W roku 1911 przeszło osiemdziesięcioletni starzec musiał ustąpić miejsca innemu. Skazano go na banicję. Za rządów następcy jego, Madery, wybuchły w państwie zamieszki, trwające z przerwami po dziś dzień. Porfirio Diaz zmarł zdala od ojczyzny, w Paryżu, 2-go lipca 1915, przeżywszy lat 85.
Ambitny intrygant generał Basaine skończył podle. Po wojnie francusko-pruskiej wytoczono mu proces o zdradę stanu, zarzucając, że z tchórzostwa i nienawiści do Mac Mahona nie urządził wypadu ze Strassburga dla odciążenia Sedanu i że dał się przekupić przez Niemców. Skazano go 10 grudnia 1873 za zdradę stanu na karę śmierci. Dzięki bogatej żonie Kreolce, którą przywiózł z Meksyku, udało mu się jednak zbiec. Wkrótce potem opuściła go i żona. 77-letni starzec zmarł w nędzy 23 września 1888 roku w Madrycie.
Żona Maksymiljana, cesarzowa Karolina, należy również do postaci historycznych, o których krążą odmienne wersje. Mówiono swego czasu, że chciwość jej skłoniła Maksymiljana do przyjęcia krwawej korony Meksyku. Karolina wyleczyła się z obłędu tuż przed śmiercią. Ostatni list męża, który odczytano staruszce po kilkudziesięciu latach, skrócił dni jej życia. Zmarła przed kilkoma miesiącami (1926). Ostatnie lata przebyła na zamku Bouchout pod Brukselą. — — —

∗             ∗

Kapitan von Rodenstein siedział w swej pracowni w starym fotelu i patrzył ponuro przed siebie. Na nogach miał grube, niekształtne buty filcowe, sięgające do kolan. Ponadto okryty był podwójnie złożoną derką. Przed nim stał wierny Ludwik, z równie ponurą i bezradną miną.
— Tak — rzekł Ludwik. — Nie znam żadnego środka, panie kapitanie.
— Jesteś tak samo głupi, czy tak samo mądry, jak lekarze! Eskulapi mnie dręczyli, hydropaci zniszczyli, a homeopaci doprowadzają do obłędu. Na ostry reumatyzm zapisują akonitynę, arnikę, belladonnę, lorykninę, chininę, chamomillę, rtęć, nux vomica, pulsatillę, a przeciw chronicznemu ischjasowi zalecają arszenik, siarkę, rododendron, fitolakkę i maścierz. Aby wyleczyć mnie z łamania kości każą brać arnikę, pulsatillę, belladonnę, piżmo, jałowiec, siarkę i tatarak. — Niech mi ktoś powie, czy nie stałbym się workiem ziół, proszków i pigułek, gdybym to wszystko chciał przełknąć! Niech wszyscy djabli! Gdyby tak przyszła jakaś wiadomość w rodzaju tej o doktorze Sternau. Z radości podskoczyłem wtedy do góry i poczułem się jak ryba w wodzie, pamiętasz? Ale teraz — — — ah, czy to ktoś pukał, Ludwiku?
— Tak, panie kapitanie.
Ludwik otworzył. Listonosz wręczył depeszę. Starzec szybko chwycił i, przeczytawszy Kilka razy pod rząd, wyciągnął ramiona, wołając:
Hura, hura! Ludwiku! Ośle kwadratowy! Stary bałwanie! Zdejm mi te filcowe buty!
Zerwał się i zaczął ściągać szerokie buty. Ludwik patrzył ze zdumieniem.
— Ależ, panie kapitanie! Buty — — bóle!
— Bóle? Androny! Nic mnie nie boli! Zdrów jestem. Reumatyzm djabli wzięli! Czy znasz treść telegramu? Nie? Otóż dowiedz się, że wszyscy przyjeżdżają, wszyscy! Jutro tu będą wraz z doktorem Sternauem. Hura! Wiwat! Zostawiłem swój reumatyzm w butach. Popatrz, jak się żwawo ruszam!
Istotnie pan kapitan chodził po pokoju żwawym krokiem. Po chwili zawołał:
— Idę natychmiast do willi Rodriganda, aby wręczyć telegram.
— Czy aby pan kapitan potrafi dojść? — niepokoił się Ludwik.
Nie było odpowiedzi. Starzec zeszedł po schodach nadół i pomaszerował przez las do willi Rodriganda. — — —
Mieszkańcy pięknego majątku Rodriganda byli już poinformowani o wszystkiem, co zaszło w Meksyku. Przed niedawnym czasem przyszła wiadomość od Sternaua z Hiszpanji, że fałszywy Alfonso siedzi wraz ze swą matką Klaryssą w więzieniu. Równocześnie wypłynął na widownię, pleban pewnej pirenejskiej wioski, który złożył obciążające zeznania.
Przed dziewiętnastu laty, tuż przed ważną i brzemienną w skutki rozmową z Gasparinem Cortejo, zjawił się u plebana capitano brygantów i wręczył zapieczętowany papier, prosząc, aby dokument otworzył, o ile capitano nie powróci w określonym terminie. Gdy termin minął, — czytelnik wie dobrze, dlaczego capitano nie powrócił,[8] — pleban odpieczętował papier. Zawierał pisemne wyznanie Gasparina, wymuszone przez kapitana. Pełnomocnik hrabiego Rodriganda potwierdzał w tem piśmie, że kazał porwać małego hrabiego Alfonsa.
Plebana przeraziło to odkrycie. Zasięgnąwszy informacyj, dowiedział się, co tymczasem zaszło w Rodriganda. Cóż miał czynić? Zdawał sobie sprawę, że zeznanie jego i posiadany dokument nie wystarczą do zdemaskowania zbrodniarza. Ponadto do nikogo nie mógł się zwrócić z zaufaniem. Hrabianka Roseta była umysłowo chora, hrabiego zaś Manuela uważano za zmarłego. Z biegiem czasu zaczęły obiegać pogłoski, że hrabia Manuel żyje, że się udał do Niemiec, że nie wnosi pretensyj do zamku i włości Rodrigandów. To w zupełności zbiło plebana z tropu. Skoro hrabia sam nie troszczy się o swoją własność, na jakiejże podstawie może czuwać nad nią wiejski pleban? Tak tedy nasz ksiądz przez lat dziewiętnaście nie wspominał nikomu o dokumencie, który wręczył mu capitano. Dopiero gdy Sternau i Mariano przybyli do Hiszpanji i wytoczyli skargę przeciw Alfonsowi, pleban uznał za swój obowiązek poprzeć ich sprawę. Zeznanie jego oraz pismo Gasparina zaprotokółowano. Dołączono do tego zeznanie żebraka Tito Sertano, złożone na łożu śmierci wobec Mariana. Wynikało teraz bezspornie, że Mariano jest prawdziwym Rodrigandą, Afonso zaś oszustem.
Gdyby nawet sąd hiszpański nie otrzymał z Meksyku potrzebnych papierów, wykazujących wyraźnie winę Alfonsa i Klaryssy, dwa powyżej wymienione dokumenty wystarczyłyby w zupełności do wyświetlenia sprawy. Nic tedy nie stało obecnie na przeszkodzie, aby uznać Mariana za prawdziwego syna hrabiego Manuela.
Do wiadomości tych Sternau dołączył uwagę, że nie jest wykluczone, iż w przeciągu dwóch tygodni pojawi się w Reinswaldenie wraz z towarzyszami. Trudno opisać radość mieszkańców Reinswaldenu. Nareszcie nadeszła chwila powrotu!
Skoro nadszedł kapitan v. Rodenstein z telegramem w ręku, radość wzmogła się jeszcze bardziej. Przygotowania na przyjęcie drogich, utęsknionych gości trwały noc całą. Nikt nie mógł zmrużyć oka.
Oczekujący mieli wrażenie, że godziny wloką się niezmiernie wolno. Dopiero pod wieczór rozległ się turkot kół; w kilka chwil później rozłączeni przez szereg lat padli sobie w objęcia.
Po powitaniu towarzystwo rozeszło się po pokojach. Dom cały był pełen szczęścia.
W jednym z pokojów siedzieli don Manuel, don Fernando i sir Henry Dryden i ze łzami w ochach rozmawiali o szczęściu swych dzieci. Obok stał Sternau z Rosetą i Mariano z Amy. Nie brakowało również matki i siostry Sternaua. Ze wszystkich ust płynęła cicha modlitwa.
— Gdzież nasza córeczka? — zwrócił się Sternau do żony.
Różyczka podbiegła do ojca i gorąco ucałowała. Potem jednak zostawiła rodziców samych. Wzruszona, nie zauważyła wcale, że idzie za nią ktoś, kto niedawno witał się ze swoją matką, leśniczym i starym Ludwikiem. Weszła do pokoju. Po chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich — Kurt Unger.
— Kurcie! Drogi, kochany Kurcie!
Padła mu w ramiona. Zatonęli w długim pocałunku. Nie słyszeli zbliżających się kroków. Nie zauważyli, że w drzwiach stanęły dwie osoby.
— Jakże jestem szczęśliwy, że widzę twoje oczęta kochane! — zawołał Kurt.
— I ja, i ja! — szepnęła.
— Różyczko!
Słowo to padło z pod drzwi. Wypowiedziała je Roseta. Oboje spojrzeli z przerażeniem.
— Mamo... — rzekła Różyczka z uśmiechem zawstydzenia na ustach.
Rodzice podeszli bliżej. Sternau zawołał:
— Kurcie, weź nagrodę, która ci się należy! — Złączywszy ich ręce, dodał: — A teraz, mój chłopcze, chodźmy do twoich rodziców. Niechaj się dowiedzą o radosnej nowinie! — — —
Ludwik Straubenberger opowiadał staremu Rodensteinowi szczegóły przybycia Sternaua i towarzyszy do willi Rodriganda. Nagle ktoś dotknął jego ramienia Odwrócił się i ujrzał jakiegoś człowieczka.
— Ludwiku Straubenberger, znasz mnie? — zapytał człowieczek.
Zapytany spojrzał nań, potrząsnął głową i odparł:
— Widziałem już kiedyś tę twarz, ale nie wiem gdzie. Nie mogę sobie przypomnieć.
— Pomogę ci. Jestem twoim bratem. Nazywam się Andrzej Straubenberger.
Ludwik znieruchomiał z radości.
— Co? Co...? — wyjąkał.
— Ależ tak! Sępi Dziób tyle opowiadał mi przy kieliszku o tobie, że postanowiłem cię odszukać. Wrócę jednak znowu do ciszy mej sawany i lasów.
Padli sobie w objęcia. — — —
Po kolacji Sternau opowiedział, co zaszło w ostatnich czasach. Sąd hiszpański uznał, że Mariano jest prawdziwym hrabią Alfonso de Rodriganda y Sevilla. Klaryssę skazano na karę dożywotniego więzienia. Taki sam los spotkał wrzekomego Alfonsa. Przy końcu swego przemówienia Sternau zawiadomił zebranych o zaręczynach Różyczki z Kurtem Ungerem.
Trudno opisać wrażenie tych słów. Powstał gwar. Zaczęły padać pytania; wszyscy winszowali sobie nawzajem i weselili się. Rodzice Kurta, objąwszy się czule, przelewali łzy radości. Podeszła Różyczka, objęła ich, serdecznie ucałowała i zaprowadziła do biesiadnego stołu. Zaczęło wschodzić słońce. Pierwsze purpurowe blaski oświetliły grupkę ludzi, którzy przeszli

Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.