Zaklęta księżniczka/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zaklęta księżniczka
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1885
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Wieczorami tych dni gdy pani z Villamarinich miewała gości — salonik jej oświecony trzema lampami, z których jedna miała bogate pokrycie z robionych kwiatów przedstawiał się tak ładnie... tak jakoś smakownie i elegancko — iż sama pani nawet w nim się lubowała.
Meble były aksamitne — o tem nawet mówić nie potrzebujemy, palisandrowe, przed kanapą dywan wyszyty na imieniny przez uczennice, jaskrawością barw nieustępował najświetniejszym wyrobom najpierwszych fabryk zagranicznych.
Na stoliku leżała obfitość albumów oprawnych wspaniale. Z fortepianu zdejmowano okrycie, które w dni powszednie chroniło go od chłodu, na konsolkach brązowanych stały statuetki Joanny d’Arc i Kochanowskiego, wprawdzie gipsowe, ale gips ze stearyną jest znakomitym wynalazkiem.
W te dnie uroczyste a raczej wieczory, małżonek-administrator przywdziewał frak, czesał bakenbardy, kładł biały krawat, a niekiedy nawet i białą kamizelkę... Koszulę nauczycielską, spyloną prochem z tablic... okrywał naówczas świetny przód fałszywy do idealnej koszuli nie egzystującej, a takież mankiety z guzami oryentalnemi, usiłowały przekonywać że istotnie ideał ów był rzeczywistością. Buty pana Filipowicza przybierały na te występy glans nadzwyczajny, a chustka świeża udowodniła swą przytomność wychodząc ciekawie na świat z kieszeni.
Pani z Villamarinich brała broszę z kameo, bransolety ojczyznę przypominające z lawy Wezuwiusza rzeźbione, batystowy gałganek w pulchne rączki i coś na głowę takiego, coby poczynającą się łysinkę kryło nie ciężąc bardzo... Panna Eufrozyna odznaczała się strojem poważnym, surowym, przystającym ściśle do jej figury i rysującym posągowe jej kształty, które jej jednej pozostały z przeszłości...
Z panien rzadko która dostępowała szczęścia napicia się tu wodnistej herbaty z sucharkiem, oprócz panny Tekli. Zapraszano chyba te z nich, których krewni albo rodzice przybyć mieli.
Herbatą zajmował się sam administrator, a, żeby nie wychodzić z tradycyi, robił ją równie lekką jak dla całej pensyi, z małemi wyjątkami osób uprzywilejowanych. Jeżeli ktoś z miasta przybył do salonu pani z Villamarinich, która z dawnych, lepszych czasów w młodości miała licznych przyjaciół i znajomych mógł zapomnieć że był na pensyi. Młodzież albowiem uspakajano zawczasu, i ani śmiech ani wrzawa niewczesna nie mąciła harmonii, nie zawadzała dobranemu zawsze towarzystwu.
Pani była bardzo trudną w wyborze osób do niego przypuszczalnych, musiały one, aby otrzymać przystęp do tego zbytku, odznaczać się czemś, mieć za sobą coś, coby o nich opowiedzieć się dawało i tłomaczyło ten zaszczyt, który się stał ich udziałem.
Majątek, imię, znakomity talent, stosunki były tu na równi cenione i podnoszone wysoko... Sama pani wedle stopni zasługi i znaczenia odmierzała względy jakiemi gości swych zaszczycała. Czasem jednak i mniej zasłużeni dostępowali honoru przyjęcia, jeżeli na coś skaptować i zjednać sobie chciano. Naówczas dla usprawiedliwienia wyjątku, szeptano na ucho o wielkich skrytych zdolnościach i nadziejach przyszłości.
Tego dnia, oprócz domowych, do których się liczyła pana Tekla, zaproszoną była ciocia pana Rabsztyńskiego, z Rabsztyńskich Habingerowa, tytułująca się baronową z powodu niemiecko brzmiącego nazwiska. Tytuł ten korygował Habingerostwo, samo z siebie, dla panny Rabsztyńskiej niepoczesne, Baronowa godnie nosiła swoje de domo; chociaż majątku było nie wiele i mąż, jak mówiono, chodził dzierzawami — nader była troskliwą o to, aby ją za ladajaką prostą Habingerową nie brano. Wiele rzeczy na sobie nosiła herbownych, a samo trzymanie głowy, wielce dostojną osobistość oznajmywało. Była mocno nieładna, nie odznaczała się też żadnemi przymiotami nadzwyczajnemi umysłu serca, ale pamięć miała szczególną, i pokrewieństwa i kolligacye znała doskonale, zawsze niemi podpierając to nieszczęśliwe habingerowstwo... Moja kuzynka hrabina, mój kuzyn książe... i t. p. nie schodzili z ust jej w ciągu rozmowy, częstokroć najdziwniej przyszyci jakoś — ni przypiął ni przyłatał do przedmiotu o którym mówiono.
Niegdyś ciocia baronowa była wielką, wielką muzyczką, jakąś uczennicą Fielda czy kogoś równie sławnego, ale reumatyzm w rękach uwolnił ją od produkowania się z grą, i pozostawił tylko z przywilejem surowego sądu o innych młodzieńczych talentach.
O tych zwykle wyrażała się tajemniczo, z uśmiechami, z ruszaniem brwi i potrząsaniem głową, nie tając że ją nie zadawalniały.
— Zapewne! zapewne, mówiła — nowa szkoła... piękne rzeczy, wielka biegłość! ani słowa, ale w dotknięciu... w wyrazie brak mi zawsze tego czegoś... no... już państwo mnie zrozumiecie... tego... i t. p.
Wirtuoztwo pani baronowej weszło było w tradycyę, i nikt nie wątpił że, gdyby nie reumatyzm — nie sprostał by jej ani Rubinsztein ani Bülow nawet.
Z ciocią przybył uperfumowany wdzięcznie strojny z nadzwyczajnym szykiem, piękny pan Maks, na którym oczy pani i panny Eufrozyny spoczywały z rozkoszą. Panna Tekla która z sobą na wieczór jakąś robótkę przyniosła, miała wejrzenie spuszczone skromnie, chociaż pan Maks natychmiast się przysiadł do niej. Ciocia siedząca z panią domu na kanapie, spoglądając na tę hożą parę, szeptały coś między sobą.
Filipowicz, który wieczorami, o ile mu jego obowiązki administratorskie dozwalały, mieszał się nieco do rozmowy, zawsze jednak na baczności mając, aby zbytkiem odwagi żony sobie nie narazić, chodził po pokoju mając ręce założone pod poły fraka. Był to ruch największej emancypacyi i poczucia samoistności dowodzący. Ile razy żona spojrzała nań ostrzej, ręce wychodziły z pod fraka i wisiały po bokach jak u figur woskowych.
Tego dnia, Filipowicz skutkiem z rana odegranej ważniejszej roli, czuł się usposobionym do dawania sobie pierwszych tonów, tem bardziej że żona zajęta rozmową z ciocią baronową, nie bardzo nań zważała. Trzymał więc stale ręce pod połami i patrzał niekiedy w duże zwierciadło, jak mu z tem dobrze było.
Dozwolono panu Maksowi, którego panna Tekla obojętnemi zbywała półsłowami, zabawiać ją rozmową i westchnieniami. Młodzieniec w tej roli kochanka był nadzwyczaj skłopotany, panna miała usposobienie poważne, on zaś był trzpiot, i tak dalece mówić o czem innem jak o ulicznych plotkach nie umiał... Daleko mu raźniej szło z Dorotką, we drzwiach domu, a nawet z panną Eufrozyną na progu jej pokoju... Jak tylko musiał być smutnym, zaraz mu się zbierało na ziewanie, a ziewnąć siedząc przy pannie — wiedział że było to kryminałem. Męczył się więc i kapelusz okrągły który trzymał w rękach padł ofiara, czesał go bowiem to pod włos to z włosem i trapił straszliwie.
Wszystkie przedmioty rozmowy powoli się wyczerpały... panna jej nie podsycała, nadchodziła chwila krytyczna, pan Maks szukał w pamięci przyzwoitych anegdot... ale znajdował w niej na złość same nie przyzwoite. Odstąpić zaś od panny zdawało mu się niewłaściwem.
W tej chwili męczarni i niepewności, stało się coś, czego nigdy na żadnym wieczorze nie bywało... Stał się wypadek... Jakiż? tego nikt odgadnąć nie mógł, wszyscy przytomni jednakże poczuli że zaszło coś niesłychanie ważnego...
Pan Filipowicz, który był wyszedł w celach administracyjnych z salonu... wpadł z głową rozczochraną, nagle, szybko, wprost na nikogo niezważając do pani. Zaczął pochyliwszy się ku niej coś jej szeptać do ucha... pani z Villamarinich pochwyciła się naprzód za głowę, załamała ręce, potem spojrzała na Teklę i pana Maksa, w ostatku pochyliła się ku cioci baronowej i zaczęła jej coś szeptać. Ciocia okazała wzruszenie wielkie i jakąś niepewność. Drgnęła na kanapie, sparta na niej rękami obiema jakby chciała wstać i padła na poduszki.
W czasie tych ruchów i szeptów, Filipowicz stał to na żonę patrząc, to na drzwi, i jakby nagląc o pośpiech, w tem żona rękami wskazała mu ażeby co najrychlej z salonu się wynosił, co też on dopełnił, ale nie wprzód aż mocno odchrząknąwszy i oczyma znacząco wskazawszy na parę... złożoną z panny Tekli i Maksa...
Nim pan Filipowicz spełnił naglące przykazanie wszechwładnej połowicy swej, zaszła jeszcze jedna okoliczność. Niespodzianie ciocia baronowa, w chwili gdy pan Maks miał znaleźć przyzwoitą anegdotkę do opowiedzenia, podniosła głowę i ozwała się do niego, głosem miłym, nieco przez nos...
Cher Max? a palcem wskazała iż się miał zbliżyć do niej?
Cher Max’owi strasznie się widziało odchodzić od panny, udał że nie słyszy, chociaż w trybie rozkazującym i naglącym powtórzył Cher Max, i trzeba było wstać... Tak też uczynił młodzieniec ale z powolnością i ociąganiem się widocznem. Tymczasem Filipowicz dopadłszy drzwi i pochwyciwszy już za klamkę, zdawał się jeszcze czekać na coś i nie wyszedł z salonu, aż Cher Max znalazł się przy cioci.
W saloniku nastąpiło milczenie dziwne, oczyma coś sobie mówiono, panna Eufrozyna, poszła miejsce Maxa zająć przy Tekli... cicho było, cicho tak że ciężki oddech pani z Villamarinich jak dalekie echo kowalskich miechów dał się słyszeć wszystkim zwiastując niby burzę...
Wszyscy też czuli iż się coś stało, coś miało stać... okropnego...
Naprzód drzwi w korytarzu się odemknęły, a potem słychać było witanie z podziwieniem, szastanie nogami, mruczenie jakieś, śmiech doskonale pochwycony w tonie Filipowicza, naostatek ruszyła się klamka we drzwiach, uchyliły podwoje — i — wszedł wcale niepoczesny jegomość w starym fraku i ryżej peruczce, stalowych okularach, ze starym kapeluszem w ręku.
Pomimo niepozornej postaci, musiała to być osobistość nader ważną grająca rolę i wielkiego znaczenia, gdyż pani z Villamarinich wyszła na jej spotkacie, panna Tekla i Eufrozyna wstały, pan Maks pobladł, ciocia wąchała wódkę kolońską a Filipowicz po za przybyłym, w pół zgięty zacierał ręce.
Był to, mniej ni więcej — pan mecenas Borusławski.
Wszystko tłomaczy to nazwisko.
Zrana pan Filipowicz zaręczał że panna jest konsygnowana, wieczorem opiekun znajdował się w jednym salonie z kawalerem.
Położenie stało się tak krytycznem, iż tylko niezmierny takt pani z Villamarinich, jej powaga i wytrawność mogły zaradzić kompromitacyi, mogły wytłomaczyć, objaśnić, uniewinnić.
Filipowicz był szczęśliwy iż na nim nie ciążyła odpowiedzialność — robiło mu się zimno i gorąco... ciepło i chłodno... i ciemno w oczach... i nogi mu drętwiały... Zaręczył, że panna była konsygnowana!!!
Pani z Villamarinich ani na chwilę nie straciła tej przytomności umysłu, która odznacza mężów stanu, niewiasty znakomite, dyplomatów i cielęta... ostatnie przez brak poczucia położenia. Wskazała fotel przy sobie panu Mecenasowi i usiadła w majestacie swym całym, opinając się mantylką, podnosząc czoło, wyzywając wszystko cokolwiek ją spotkać mogło.
Mecenas miał zresztą postać spokojną, i nawet usta nieco uśmiechnięte. Wprzódy jednak powitawszy czule pupillę, po kilku słowach zamienionych z gospodynią domu, wstał i z widocznem zajęciem zwrócił się ku pannie Tekli, która zdawała się czekać na to... Popatrzał na nią i począł cichą rozmowę, z której można było wnosić iż o niczem tak bardzo ważnem nie rozprawiali.
Swobodny umysł Mecenasa, jego pogodne oblicze uspokajająco działały na panią i wszystkich otaczających, chociaż tak prędkie zjawienie się na pensyi, po rannej konferencyi z Filipowiczem, w początku groźnem się zdawało.
Gospodarz pospieszył z nalaniem mocnej herbaty i wykomenderowanie jej przed Mecenasa, w towarzystwie flaszki z rumem, cytryny, śmietanki i sucharków... P. Borusławski przyjął tylko herbatę, śmietankę i suchareczek — mimo śmiechem popartego zaręczenia gospodarza, iż kropelka rumu, bardzoby dobrze uczyniła w herbacie...
Zaczęto naturalnie dla uczynienia rozmowy dostępnej wszystkim mówić o pogodzie, o własnościach roku i o meteorologji w ogóle, jako nauce najpopularniejszej, której intuicyą przynosi z sobą na świat każdy człowiek...
Pani z Villamarinich przytaczała lata podobne, baronowa przypomniała sobie że będąc na wsi u kuzynki księżnej... doznała większych jeszcze upałów, a brat jej cioteczny hrabia... z tego powodu zachorował... i t. p.
Maks tymczasem odsadzony od panny, do której się zbliżyć nie śmiał, zużytkował wolną chwilę na przegląd ogólny rąk, kamizelki, fraka i krawata... i całej toalety, coś około niej poprawiając. Mecenas, chociaż znajdował się cicho i skromnie bardzo, choć nie zdawał się ani patrzeć ani przyglądać niczemu, oczyma biegał po saloniku, i z wprawą człowieka nawykłego do chwytania charakterystycznych znamion, rozpoznawał położenie... Widać to było z bacznych acz szybkich wejrzeń wymierzanych z kolei na osoby znajdujące się w salonie, wyraz ich twarzy i wszystko co myśli i uczucia zdradzać mogło. Jednakże po jego obliczu chłodnem, pogodnem, nieporuszonem trudno się było wrażeń domyślać. Pani z Villamarinich zapuszczała bystre swe wejrzenie w głąb Mecenasa duszy, i rozbijała się o lody, które jej powierzchnię okrywały.
Człowiek jednak tak chłodny, nie musiał, mówiła sobie, nic strasznego ukrywać.
Ale po co tu przyszedł wieczorem, i właśnie naówczas, gdy panna która miała być konsygnowaną, znajdowała się w jednym salonie z kawalerem? Pani układała już w myśli, jak ten szczególny zbieg okoliczności miała wytłómaczyć, gdy Mecenas, jakby od niechcenia, skończywszy herbatę, pochylił się ku Filipowiczowi, który już ręce pod połami trzymał i szepnął mu, że chce z nim pomówić na osobności...
Filipowicz znalazł się w położeniu tak trudnem, iż nie przypominał sobie, ażeby w życiu dwa razy trafiło mu się przepływać między taką Scyllą a Charybdą. Nie mógł odmówić Mecenasowi a byłby dał niewiedzieć co, ażeby na jego barki nie spadło coś... z czego by się nie umiał wywinąć... Przychodziło mu na myśl, że może bąka strzelić i być przez surową żonę pociągniętym do odpowiedzialności — wątpił o siłach swych... a nie wypadało mu wezwanemu, odsyłać Mecenasa do żony. Byłoby to nadto dlań upokarzającem. Stał więc uśmiechnięty, osłupiony — wahający się, gdy żona surowem wejrzeniem posłyszawszy wezwanie, nakazała posłuszeństwo...
Filipowicz z gracyą ujął pod rękę Mecenasa i sam nie wiedział już jak wprowadził go wprost do ogromnej, pustej w tej chwili, sali jadalnej. Tu jedna smętna świeczka łojowa paliła się w kącie na stole, bo się takich gości nie spodziewano, co gorzej, oprawna była w lichtarz mosiężny, zielony od rdzy i cały oblany łzami innych świec, które na łono jego wylane zostały... Pensya i porządek w niej były fatalnie skompromitowane, Filipowicz jednak starał się lichtarz sobą zasłaniać, a spodziewał się że ważną zajęty rozmową Mecenas, tego szczegółu nie dostrzeże... Na Dorotę za ten lichtarz miała spaść kara, okropna burza i skwapliwe wyrzuty.
Tymczasem gospodarz śmiał się i patrzył Mecenasowi w oczy usiłując zbadać czy wolałby usiąść czy używać po salonie przechadzki. Pan Borusławski na przekorę Filipowiczowi, któryby był wybrał miejsce niedozwalające dojrzeć lichtarza obwinionego, wolał chodzić — i biedny administrator skazany został na manewrowanie plecami tak, aby widok na łojowe łzy zasłaniały.
— Przybyłem do państwa — odezwał się Borusławski... wcale niespodziewanie. Złożyło się szczególnym wypadkiem, że właśnie dziś miałem zręczność mówienia z osobą czyli z osobami, których los panny Tekli najmocniej obchodzi...
— A! otóż to jest! przerwał Filipowicz — otóż to — jak się zowie... tego...
I połknął resztę, łojowa świeca go dusiła, jej widok odejmował mu przytomność umysłu.
— Wprawdzie osoby te, to jest osoba ta... począł dalej Borusławski.
— Wszystko jedno — jak się zowie — zamruczał Filipowicz, co ma być tajemnicą, niech nią pozostanie zakryte, zakryte zapłonione... i tego...
Borusławski mówił dalej.
— Jest życzeniem osób tych, ażeby mogły, nie będąc widziane, widzieć tego pana Maksa Rabsztyńskiego. Fizyognomija wiele znaczy.
Nie przesądzając co powie panna Tekla, a nawet co i jak bliższe rozpatrzenie się w charakterze, położeniu i stosunkach tego pana... wszakże opiekunom... chcianoby zobaczyć naprzód jak wygląda, wyda się to śmiesznem, dziwacznem.
— Ale by — by — bynajmniej — przerwał Filipowicz — ale by... tego jak się zowie, najmniejszej rzeczy. Mają prawo zupełne, kompletne, istotne, rzeczywiste jak się zowie...
Borusławski wyczekał, a gdy się w Filipowiczu uspokoiło, mówił dalej znowu...
— Proszonym jest więc pan Maksymilijan Rabsztyński, ażeby — był łaskaw znajdować się na mszy świętej, w niedzielę, w kościele Dominikanów.
— A! za pozwoleniem... na której? zagadnął Filipowicz — mamy, jak się zowie, primaryę, wotywę, sumę, nie licząc pomniejszych.
— Może się na sumie znajdować — rzekł Mecenas.
Filipowicz zatarł ręce, w tej chwili zapomniał nawet o świecy łojowej, tak mu się to co usłyszał wydało szczęśliwą wróżbą... Na chwilę nie powątpiewał, że urocza powierzchowność pana Maksa musiała jak najlepsze, zwycięzkie uczynić wrażenie.
Oprócz tego, cieszyło go, że rozmowa wzięła obrót taki który go uwalniał od wszelkiej odpowiedzialności, brał do zreferowania okoliczność mu powierzoną. Umysł jego tak się nawet jakoś rozkołysał i rozbudził, że wpadł propio motu na myśl, na szczegół, o którym bystry i przebiegły Mecenas zdawał się zapominać, pomimo że stanowiła wielkiej wagi dodatek do umowy.
— Ja to tedy — jak się zowie, wiernie i ściśle odniosę, gdzie należy, rzekł Filipowicz, na chwilę nie wątpiąc iż warunek przyjętym zostanie. Lecz, dodał tryumfująco — sam pan dobrodziej uznasz, iż trzeba obmyślić znak, po którym ma być pan Rabsztyński poznanym... przez te osoby lub osobę, która się losem panny Tekli zajmuje. Aa! widzi pan.
Uśmiechnął się Mecenas.
— Masz pan słuszność — po kolorze krawatki naprzykład...
— A! jak się zowie, przerwał za ręce chwytając i o łojówce zapomniawszy bystry Filipowicz — a — jeżeli znajdą się dwie krawatki jasnobarwne.
— Złóżmy więc znamiona — rzekł śmiejąc się Mecenas, któremu cała ta historya widać śmiechu się godną wydawała — krawatka... taka... rękawiczki... takie... i w ręku jedwabna chustka oznaczonego koloru.
Filipowicz puścił się do drzwi salonu w zapale. Zaraz wracam.
Zapomniał, że Mecenasa sam na sam z łojówką zostawił, tak był przejęty!
— Idziesz pan do salonu — odezwał się Borusławski, proszę przysłać tu pannę Teklę, na krótką rozmowę ze mną.
Stało się jak chciał, gospodarz znikł niosąc z sobą szczęśliwą wieść żonie, a panna Tekla żwawo biegła do napół ciemnej salki.
Choć rzadko widywała opiekuna, i mało miała zręczności poznać go bliżej, panna Tekla miała w nim zaufanie, szacunek dlań, wdzięczność i był to może jeden człowiek z otaczających ją, którego czuła wyższość i instynktowo oceniła charakter... Ile razy się z nim spotykała, szczęśliwą była, iż z nim otwarcie, szczerze pomówić mogła, witała go zawsze twarzą wesołą. I teraz wbiegła uradowana, że ją wezwał na poufną rozmowę.
— Jakże mi się ma panna Tekla — spytał biorąc ją za obie ręce Mecenas — wyglądasz ślicznie...
— A! zdrowa jestem — i o ile dobrze gdzie być może, jest mi bardzo... dobrze...
Westchnęła.
— Cóż to westchnienie znaczy? mówił poważnie Borusławski, odprowadzając ją zwolna od drzwi salonu. Coś mi powiada Filipowicz, o jakimś panu, jakże się zowie! Rabsztyńskim...?
— A! śmiało podnosząc oczy odezwała się panna Tekla, cóż o nim mógł mówić pan Filipowicz?
— No — to się łatwo domyśleć — że się o pannę Teklę chce starać, że się w niej kocha... dał mi też po trosze do zrozumienia, że panna patrzy nań okiem dosyć łaskawem.
Zimno i spokojnie uśmiechnęła się zagadnięta, ruszając białemi ramionami.
— Ja wcale nie mam ochoty na niego patrzeć — odezwała się szczerze panna Tekla.
— A! to znowu co innego — mówił Mecenas, zmienia to nieco postać rzeczy... Ale, pozwolisz się spytać, czy — gdyby z innych względów partya się wydała stosowną, bo o zamążpójście dobre nie łatwo — a za mąż pójść przecie trzeba, żeby samą nie zostać na świecie — czy — w takim razie... wstrętu byś panna nie miała? Jakże?
Panna Tekla pomilczała nieco...
— Proszę pana Mecenasa — wstręt... rzekła spokojnie, nie mogę powiedzieć ażeby wzbudzał we mnie, ale sympatyi najmniejszej. Przyznam się opiekunowi, że mi się wydaje... trochę dziecinnym, trochę płochym...
— A! a! odparł Mecenas — to dobrze wiedzieć. Lecz, między nami, kochana panno Teklo — jeżeli innych wad nie ma, imię poczciwe, majątek dostateczny...
Panna Tekla spuściła oczy.
— Czyż to tak pilno wydać mnie? spytała.
— Nic a nic — uczynisz jak będziesz wolała, mówił Borusławski, ale jesteś sama — położenie smutne, które w tej chwili zmienić się nie może... To siedzenie na pensyi — nie jest miłe... czas by już z niej wyjść — gdzież, dokąd i samej?
Łzy się zakręciły w oczach biednej sieroty.
— A! mój drogi panie, rzekła, czyżem ja na wieki skazana żyć w tem osamotnieniu i ciemności? Czuję nad sobą dobroczynną, opiekuńczą rękę, a ta nie chce; nie śmie czy nie może mi się dać ucałować i oblać łzami!! Maż tak na wieki być? A! toby było nad wszelki wyraz okropne, smutne, bolesne. Jabym nigdy nie mogła być szczęśliwą...
Schwyciła rękę Mecenasa i poczęła łzami ją oblewać, Borusławski starał się ją uspokoić.
— Wierz mi panno Teklo, rzekł, że to co się dzieje z tobą, jakkolwiek przykrem być ci może, dla twojego dobra się czyni... a gdy przyjdzie chwila w której — bez szkody dla niej, tajemnica, odsłonioną być będzie mogła, ani chwili dłużej ci co cię kochają — nie zostawią cię w tem smutnem położeniu...
To mówiąc ścisnął jej rękę... cały przejęty i smutny... Tekla ocierała łzy.
— Męztwa potrzeba i cierpliwości — dodał — wszystko to, mam nadzieję, dobrze się skończy. Tymczasem wielki ciężar mi spadł z serca, słysząc, że panna moja kawalerem się nie zajęła. To lepiej, to stokroć szczęśliwiej. Zobaczymy więc i z zimną krwią wyważemy wszystko... Proszę tylko pamiętać o tem, że pozycya na świecie potrzebna... i że — zamążpójście dla osoby niemającej rodziny... nadzwyczaj ważnem się staje, dając jej to właśnie na czem jej zbywa.
Tekla westchnęła po cichu z rezygnacyą, nie odpowiadając nic.
Właśnie Filipowicz po cichu drzwi uchyliwszy badał czy już wnijść może nie przerywając rozmowy, gdy Mecenas nań skinął, a panna pożegnawszy go wejrzeniem serdecznem, wymknęła się drugiemi drzwiami.
— Otóż — jak się zowie — rzekł z tajemniczą miną, zbliżając się Filipowicz, stanęło na tem, krawatka niebieska ujęta pierścieniem z turkusem, rękawiczki brązowe glansowane, chustka w ręku batystowa kafowa ze szlakiem szerokim białym... będzie Mecenas pamiętał?
— A jakże! roztargniony począł powtarzać Borusławski, krawatka kafowa, rękawiczki niebieskie, chustka... nie pamiętam...
Filipowicz w ręce plasnął z rozpaczy i ofiarował się zanotować dosyć skomplikowane oznaki, po których poznać było można pana Maksa — jakoż wprowadził Mecenasa do swojego pokoju i tu podał mu na piśmie rejestr żądany.
Borusławski schowawszy go do kieszeni, zaraz á langlaise, chciał się usunąć, nie żegnając nikogo i ledwie namówiony przez gospodarza, że to jego żonie wielką by przykrość uczyniło, dał się uprosić do pokazania jeszcze w salonie...
Wszedł tu jednak na krótką chwilkę, wziął zaraz kapelusz, i zimno dosyć pożegnawszy wszystkich, z jedną panną Teklą rozstał się serdeczniej, szepcząc jej do ucha: Męztwa — męztwa i... ufności w Bogu! wszystko to się dobrze skończy...
Po wyjściu jego i panna Sierocińska wysunęła się do swego pokoiku, oświadczając pannie Eufrozynie, iż ją głowa boli, i prosi o pozwolenie zostania u siebie.
Było to, prawdę rzekłszy na rękę wszystkim, bo mogli teraz obszernie i otwarcie pomówić o dziwnem żądaniu Mecenasa.
Począwszy od pani do stojącego na ostatnim szczeblu pana Filipowicza, byli wszyscy tego zdania, iż wymaganie to najlepiej wróżyło, że było oznaką nieochybnego przyjęcia, iż rodzice panny i Mecenas zapewne się musieli dowiedzieć co to byli Rabsztyńscy, jaką Maks miał ciotkę i t. d. i że szło jedynie o to, jak on wyglądał... Ażeby zaś mieli tak dystyngowanego młodzieńca nie ocenić, na pierwsze wejrzenie się w nim nie zakochać szalenie... a o tem nikt nawet nie pomyślał, przypuścić nie śmiał. Dosyć mu było pokazać się by zwyciężył.
Ciocia ściskała Maksika, pani z Villamarinich rzucała nań wejrzenia wesołe, panna Eufrozyna śmiała się z radości, chustką sobie zasłaniając usta dla braku niektórych zębów i fizyognomji niezdrowej tych, które jej pozostały...
Filipowicz tak ważną w tem wszystkiem odegrawszy rolę, ręce śmiało włożył pod frak i o nieszczęsnej łojówce całkiem zapomniał. Tryumfowano. Ciocia się unosiła nad poetycznością i zagadkowością tego wypadku, tej mszy w kościele, na której obiecywała sobie być koniecznie i śledzić pilno, zdala, kto na Maksika zwracać będzie wejrzenia. Tym sposobem nawet, któż wie? przypuszczano że tajemnica się wydać może...
Maks był dziwnie zamyślony i spoważniały — szło mu rzeczywiście o rzecz ważną, czy wypadało dać się ufryzować na ten akt tak uroczysty, tak w życiu jego obiecujący być stanowczym, lub tylko pięknie uczesać i rozdzielić włosy? Lekkie ufryzowanie zdawało mu się nietylko nieszkodliwem, ale niemal koniecznem. Włosy się poetyczniej układały... nadawały fizyognomji wyraz idealniejszy...
Późno w noc za wychodzącą Ciocią i Maksikiem, drzwi kamienicy się zamknęły.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.