Zaklęta księżniczka/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zaklęta księżniczka
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1885
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Zawczasu w niedzielę Maks się znajdował u fryzyera. Nie wyznał mu jak chwila ta była dlań ważną i wielkiego znaczenia, ale fryzyer, człowiek przebiegły odgadł przy nadzwyczajnych rozmysłach przy zwierciadle i układaniu czupryny. Dołożył też starania aby klijent jego był zadowolonym. Z wielkim stylem, elegancyą i prostotą wykonał zadanie swe artysta... z dumą na nie spoglądał... Maks w krawacie lazurowym, ujętym w wielki pierścień złocisty, w rękawiczkach dwuguzikowych, obcisłych z chusteczką kafową w ręku, z laską o gałce złocistej i misternie wyrzynanej posunął się pieszo ulicą Długą ku Dominikanom.
Dla czego wybrano ten kościół, tak mało arystokratyczny, tak zawsze pełen osób klasy nie dystyngowanej! pojąć nie mógł pan Maks i tłómaczył chyba tem, że chciano się ukrywać?
Dzwoniono na sumę, gdy się zbliżył do wnijścia. Mieszczan rozmaitego kalibru tłoczyło się mnóstwo... ścisk był wielki, a w dodatku po bokach oblegało nieznośne żebractwo... Na samej prawie drodze, dziad bez nóg, na czółenkach, z twarzą wyżółkłą, bladą, z głową wypełzłą, ręce z różańcem do góry podnosząc żebrał w niebo głosy... Napadł tak zaraz na elegancko ubranego panicza, prosząc, zaklinając, modląc aby dał choć grosik nieszczęśliwemu, piszcząc tak nieznośnie, że pan Maks zniecierpliwiony, aż się nań ofuknął! Bo jakże mógł ten głupi żebrak wymagać, ażeby ręką ujętą w dwuguzikową rękawiczkę sięgał dla niego po grosz do portmonetki... w ciasną kieszeń!
— A! nie krzyczże, trutniu jakiś! zawołał zmuszony stać dla ścisku kawaler. To nieznośne tałałajstwo... że to tego do szpitalów nie pozabierają.
Żebrak uważnie popatrzał i zamilkł.
Mieszczanin wąsaty dobył z sakwy trzygroszniak i wsunął mu go w rękę — naści mój Wojciechu — a zmówcie zdrowaś za duszę mojej żony, i nie zważaj, że eleganty was do szpitala wysyłają.
— Niech mu tam Bóg odpuści... rzekł żebrak.
— A bo czegoż wrzeszczy! odezwał się zwracając kawaler... napadają formalnie ludzi... tego nigdzie nie ma tylko u nas... od czegoż są szpitale i instytucye dobroczynne...
Tak się tłómaczył Maks, zwrócony do mieszczanina, który drwiąco kiwał głową.
— A żebyś jegomość poprobował ino w szpitalu poleżeć, rzekł mieszczanin, dopierobyś coś o tem wiedział.
I splunął, a Maks odwrócił się i począł cisnąć, ale jak na toż, nie sposób było tłum przebić a tu mieszczanin i żebrak takiemi go kłuli oczyma... i łachmany mu tak śmierdziały, a od mieszczanina wódka, że perfumowaną chustynką sobie musiał ciągle nos zatykać.
— Patrzcie no, jak temu gagacikowi śmierdzi między nami, mówił drwiąc mieszczanin do żebraka Wojciecha... a nam on też nie pachnie... Czuć go jakiemś mydłem... I począł się śmiać. Żebrak niemy oczy wielkie wytrzeszczając ciągle się Maksowi przyglądał, ale już go wcale o jałmużnę nie prosząc, ani też się odezwał — ot tak, gawronił się na ładnego chłopaka, któremu pilno było dostać się do kościoła. Wreszcie zator ów ludzki we drzwiach jakoś się przerwał i pan Maks o mało nie padł, gdy nagle popchnięty z tyłu znalazł się w szerszej kruchcie. Tu musiał przedewszystkiem poprawić strój, ociągnąć surducik, buty otrzepać... kapelusz ująć z wdziękiem włosy uregulować i — spojrzawszy w kościół, obrać pozycyę.
Z natury rzeczy wypadało mu, przychodząc na okaz stanąć w miejscu wybitnem, gdzieby mógł być łatwo postrzeżonym. Obrał więc ołtarz na prawo, na przeciw ławek, i myślał oprzeć się o kolumnę jakąś, tak aby mógł jedną nogę zgiąć i nadać postawie więcej wysmukłości, a razem pewne wygięcie figurze i liniją malowniczą. Widywał podobne figury na portretach; kapelusz, chusteczka, ręce z rękawiczkami zawczasu miały nadane sobie role i miejsce wyznaczone. Żałował tylko, że w kościele nie było zwierciadła... Udało mu się, acz nie bez trudu, zdobyć pozycyę żądaną, cisnąc powoli jakąś starą babinę, która na pół klęczała, na pół leżała, modląc się na różańcu... Pchał ją tak nieboraczkę, że w końcu mu ustąpiła... Zabrawszy miejsce, pan Maks ustawił się, uśmiechnął melancholicznie, dobył małą bardzo, ale ślicznie oprawną książeczkę nabożną (pożyczoną od Cioci, która mu doradziła) i trzymając ją opak, udawał że się modli — kiedy nie kiedy bystre jego oko, przechadzało się po kościele. Osób było pełno, ścisk ogromny, ale nawet przypuściwszy, iż interesowane o Teklę osoby — mogły być przebrane skromnie, nie umiał pan Maks odkryć nikogo... coby myśli jego odpowiadał.
Patrzała nań z niezmierną uwagą staruszka, w kapeluszu odwiecznym nakształt futerała, pomiętym i bezbarwnym, z jednem okiem przewiązanem chusteczką czarną, ale była ubrana tak, że ją za żebraczkę wziąść można było. Z drugiej strony otyły w kapocie jegomość, typ rzeźnika bogatego oparty na lasce ze srebrną skówką, modlący się na zatłuszczonej książce... przypatrywał mu się długo także... ale — fe!!
W pierwszej ławce siedziała pani jakaś w kapeluszu z ogromnem piórem strusiem, zbrukanem i posmolonem, ubielona i uróżowana... w atłasach przeszłowiecznych, elegancyi zbutwiałej... Straszna tym wdziękiem, do jakiego zdawała się rościć prawa. Przez lornetkę w perłową macicę oprawną... ona też przyglądała się Maksowi... Wdzięczyła się może nawet trochę, na wpół do Pana Boga, na wpół do niego... ale... Maks nie mógł przypuścić... a! nie...
Były i inne postacie różne, które z kolei przyglądały się elegantowi z pewną uwagą, żadna jednak z nich nie przypadała bohaterowi do jego idei. Godnym jedyna pani w czarnej sukni, bardzo miłej twarzy, która niby jakoś typ panny Tekli przypominała — siedząca w pierwszej ławce, tak była zatopioną, iż nie rzuciła okiem na niego.
Przegląd mężczyzn nie był wcale zadawalniający... Mieszczan, sług, urzędników niemajętnych znajdowało się najwięcej, fizyognomie pospolite, nosy kartoflowe i rubinowe, usta szerokie obwisłe, uszy białe odstające, łysiny patetyczne... nigdzie tego kroju arystokratycznego twarz, jakiego szukał młodzieniec... nigdzie...
A jednak gdzieś w tym tłumie, w tej ciżbie... musiał się znajdować ten ktoś co nań patrzał i admirował go...
Widział naprzeciw Ciocię, zatopioną na pozór w książce, w istocie biegającą jak on zdesperowanemi oczami — i nie mogącą znaleść słowa tej nieszczęśliwej zagadki.
Panu Maksowi, pomimo jego zaufania w sobie, stanie to pod pręgierzem w czasie sumy i kazania wydało się nadzwyczaj długiem. Nie wypadało mu zatem wychodzić pierwszemu, chciał aby mu się napatrzano do woli. Schował tylko książeczkę i przybrał postawę jeszcze bardziej malowniczą i posągową...
Zaczęli już pobożni wysuwać się z kościoła, gdy z drugiej strony umieszczona Ciocia Baronowa przysnęła się do siostrzeńca z uśmiechem.
— Wiesz — szepnęła mu na ucho — tak dalece nic dystyngowanego nie postrzegłam, że w głowę zachodzę... Przypuściwszy nawet, że ci państwo, ta pani czy ten pan... przebrali się... jabym zaraz rysy i krew poznała.... Tu same, same mieszczaństwo chodzi. Nie przypuszczam mistyfikacyi.
— I ja też — rzekł młodzieniec — ale kościół duży... nie bardzo jasny... Ja także nic podobnego nie mogłem dostrzedz.
— Zakazane figury — dodała ciotka. — Podaj mi rękę i chodźmy.
Maks był posłusznym, środkiem kościoła pociągnęli zwolna, z powagą jaka krwi Rabsztyńskich przystała... Mnóstwo ludzi już było wyszło, jednakże we drzwiach ścisk był jeszcze.... a Ciocia zasłaniała sobie nos aby nie wąchać mieszczan, przeciw których specyficznej woni, miała rodowe uprzedzenie. Potrącani nieco — wysunęli się wreszcie na schodki, ale tu, wrzawliwiej niż wprzódy, żebractwo upominało się o jałmużnę i ów obrzydliwy kaleka na czółenkach... podsunął się pod sam łokieć panu Maksowi, tak że nań ofuknąć się znowu musiał... Pani Baronowa nie mająca też w zwyczaju dawać żebrakom nic, aby ich w występnym próżnowaniu nie utwierdzać — ze wstrętem odwracała się od natarczywych dziadów, Maks powtórzył głośno swą uwagę, że policya powinnaby to wszystko pozabierać do szpitalów.
Żebrak pomimo tak dobitnej odprawy, nie przestawał wpatrując się dziwnie w pana Rabsztyńskiego, naprzykrzać mu się jękliwym głosem...
— Daj grosik.... paniczyku — nieszczęśliwemu kalece....
— Pójdźże ty mi precz! mówię ci! — wykrzyknął młodzian oburzony, i popchnąwszy bezwstydnego dziada, aż się pochylił — ciotkę i siebie ocalił od tego oblężenia łachmanów...
Na ulicy dopiero odetchnęli swobodniej.
— No, cóż ty mówisz? — odezwała się Ciocia.
— Ale ja — ja — się tylko dziwuję — odezwał się Maks — żeby nas posłali do takiego kościoła, gdzie nikogo nie ma przyzwoitego. Jeszcze to dobrze, że nas tu nikt nie widział... bo by sobie ludzie Bóg wie co pomyśleli.
Domawiał tych słów gdy śmieszek usłyszeli za sobą. Niezmiernie ciekawa pani z Villamarinich z mężem — wcisnęła się też była do Dominikanów i właśnie wyszła z kościoła.
— Moja Baronowo — zawołała — moja droga pani — czyście co dostrzegli?
— A! to kochana pani! Ale ani ja ani Maks... nic podobnego — nic a nic.
— Tak — ja... zupełnie nic.
— A pani? — spytała baronowa naczelniczkę pensyi.
Ta ruszyła w milczeniu ramionami.
— Wzrok może mam krótki, ale doprawdy...
— No to ja — jak się zowie, byłem szczęśliwszym, — rzekł zbliżając się głosem zniżonym i pełnym przejęcia pan Filipowicz. Tak jest! o! ja mam oko, nie chwaląc się, trafne i szczęśliwe.
Żona powtórzyła ramionami zaprzeczenie.
— Na uboczu — jak się zowie — mówił, niezważając na to Filipowicz, osłoniony cieniem, za filarem, stał — jak się zowie, średnich lat mężczyzna... Postać uderzająca, znakomita, dystyngowana... pyszna!
— Gdzie? gdzie? — posypały się głosy... — z której strony?
— Z lewej! za filarem! tak jest — z wzrastającem przejęciem mówił profesor. Widziałem jak oczyma kogoś szukał i jak je potem wlepił z attencyą w pana Maksa... Wystrzegał się — jak się zowie — aby go nie odkryto — oglądał udawał że nie patrzy — ale ja mam oko!
Profesor głośno się rozśmiał, pani z Villamarinich syknęła...
— Ale proszęż cię!...
— Ja go nie widziałam! — zawołała Baronowa.
— Ani ja — wtórował Maks.
— A ja — ja rękę daję — gotówym... no — gotówym zakład trzymać — rzekł Filipowicz, że to był... tak — to był... ten ktoś.
— Jakże wyglądał? — pytała Baronowa.
— Mój Boże! to trudno, jak się zowie, określić słowy. Miał w sobie coś, coś — co zdradzało wielką rasę... ród...
W tej chwili mężczyzna przystojny, lat średnich, ubrany skromnie, zbliżył się, a Filipowicz żonę tak za rękę uszczypnął wskazując go, że krzyknęła. Odskoczył profesor... Nieznajomy szedł zwolna, oczy wszystkich były w niego wlepione — gdy wśród tego uroczystego milczenia z tyłu ozwało się nawoływanie:
— Panie Wołczek! panie majstrze!
Nieznajomy się odwrócił na tego majstra — wszyscy oprócz Filipowicza śmiechem parsknęli.
Nie stracił jednak przytomności profesor.
— To nie ten — rzekł z powagą — omyliłem się, nie ten.. Tamten był — bez wąsów...
Pani z Villamarinich ramionami ruszyła. Poszeptawszy coś z Ciocią, pan Maks uznał za właściwe grzecznie prosić pani naczelniczki pensyi na małe śniadanie, tam gdzieby ona sama wybrała...
Filipowicz niemający głosu, niespokojnie zaczął spoglądać — w obawie aby dumna jejmość nie odrzuciła bardzo mu ponętnego zaproszenia. W istocie wymawiała się z początku, ale naleganiu baronowej uległa i poszli wszyscy na lekkie śniadanko do Bouquerel’a...
Maks był w urządzaniu podobnych przyjęć, męzkich czy mieszanych, prawdziwym mistrzem... a że Baronowa zgodziła się ponieść kosztów połowę, obmyślił zaraz — naprzód, wstępną przekąskę... lekkie drobiazgi... dalej nic jak, kurczęta, szparagi i coś słodkiego. Dla pań i mężczyzn miał być szampan...
Wyprzedziwszy nieco resztę towarzystwa, wpadł Maks zaraz zamówić osobny gabinet, który szczęściem, wolny się znalazł. Pani z Villamarinich nie była nieprzyjaciołką smacznych takich niespodzianek, lubiła jeść, a sam Filipowicz doznawał niewypowiedzianie błogiego uczucia, pojąć się samą wonią kuchni Bouquerel’a, nie przypominającą wcale... wyziewów jego stołu administracyjnego, w którym zawsze tłustość barania przyskwarzona, brała górę.
Chodził zacierając ręce, dwa razy potajemnie z Maksem wódki się napił, czuba zatarł i wydał się małżonce nieznośniejszym niż kiedykolwiek swoją butą, która nawet karcącemu go wzrokowi nie ulegała. Zamiast pokornieć, uśmiechał się do jejmości i szedł napierając się ją w ręce całować, co ją do niecierpliwości doprowadzało.
— A już! szepnęła cicho.
— A nie! odparł śmiało Filipowicz. Jak się zowie, jako żywo — nie — i że nie — to nie...
Dwie panie rozmawiając po cichu, z pomocą Filipowicza, tak oczyściły stół z kanapek, przekąsek, śledzi, iż w końcu poznać nie było podobna co na talerzach spoczywało. Ale tuż szły — szampan w lodzie, dwie głowy poważne — wyglądające z dwu wazonów potem okrytych — kurczęta i szparagi.
Omlecik z konfiturami — miał stanowić epilog.
Kurcząt było — tu się okazała dystynkcya i delikatność uczucia Maksa — nie czworo — takby postąpił parafianin — ale pięcioro... aby mogło coś niedojedzonego (comme il faut) pozostać... W tem go wszakże omyliła rachuba, bo połowę kurczęcia ostatniego przygarnęła nieznacznie pani z Villamarinich, a drugą pochwycił brutalsko Filipowicz, który zdawało się jakby ze trzy dni nie jadł. Baronowa smutnie na to spojrzała, bo czuła że ta połowa jej się właściwie należała, ale czego dla ukochanego siostrzana nie mogła uczynić przywiązana ciotka!
Z omletem około którego z początku były protestacye, że go nikt już jeść nie będzie, nie może, stało się to co z kurczętami — okazał się osobliwszej dobroci... konfitury były przedziwne... i zjedzono je do dna.
Natychmiast po spełnieniu tego obowiązku, pani z Villamarinich wstała niespokojna czegoś, szepnęła mężowi aby sam poszedł po dorożkę, i pomimo proźb aby dłużej spoczęła, natychmiast odjechała pod pozorem że Instytutu na czas tak długi opuszczać nie może. Filipowicz zaś po cichu oświadczył Maksowi, ubolewając nad tem iż żonie musi towarzyszyć — iż powodem istotnym było słabe zdrowie, jego pani, nie nawykłej do śniadań z szampanem zwykle przyprawiającym ją o mdłości...
Ciocia Baronowa odeszła też wprędce, zostawiając rachunek do zapłacenia siostrzeńcowi, który miała później indemnizować. Niemiłe to na nim uczyniło wrażenie, ale smutnej konieczności poddać się musiał, i poszedł układać się z panem Bouquerel’em o wpisanie przynajmniej części tego wydatku, na dość już znaczny rachunek...
Że mu się to nad spodziewanie gładko powiodło jakoś, a nad przyszłością i jej następstwami zbyt trwożliwie nie zwykł się był zastanawiać, w humorze więc poprawionym wyszedł podśpiewując w bramie hotelu, i tu przez chwilę się zatrzymał z cygarem w ustach. Nie tylko go to nie kompromitowało, ale dawało mu pewien chic, że widocznie śniadał u Bouquerel’a — o czem przechodzący ulicą łatwo z twarzy i cygara przekonać się mogli.
Gdy tak stał sobie rozmyślając jeszcze o kościelnej przygodzie i o osobach podejrzanych o stosunek z panną Teklą — które przypominał, na trotuarze ukazał się wcale przystojny, ale bardzo skromnej powierzchowności młodzieniec.
Była to jak wiemy niedziela; wedle starego obyczaju, nadchodzący ubrany widocznie staranniej niż we dni powszednie a pomimo to prawie ubogo, choć chędogo. Surducik dobrze zachowany, czysty, nowy, leżący nieźle, nie był pierwszej mody, reszta stroju nie raziła ani elegancyą przesadzoną ani zaniedbaniem. Było nawet dosyć smaku w tym ubiorze skromnym a starannym... Twarz miał, mimo młodości, bardzo poważną i zamyśloną, poznać a raczej domyśleć się w nim łatwo człowieka co nawykł sam o siebie się starać i troszczyć, za co zawczasu dojrzał nie mając czasu wyszumieć w młodości.
Twarz trochę bladą, jakby od pracy, pięknych zresztą rysów, ożywiało dwoje oczów ciemnych, z których pojęcie bystre patrzało. Około niewielkich ust igrało pół uśmiechu smutnego zarazem i ironicznego. Szedł zwolna, niedzielnym krokiem przechadzającego się i odpoczywającego. Pan Maks zdaleka go ujrzawszy, przybrał postawę raźną, pańską, imponującą, wziął się w bok, i począł puszczać dym z cygara w sposób wyzywający... Oczy zmrużył... głową potrząsał. Młodzieniec podszedłszy ku niemu, popatrzał nań, stanął i uśmiechnął się.
— Maks! ani chybi po śniadanku u Bouquerel’a...
— A, to ty, kochany Emilku! Jak się masz... słowo honoru, jakoś zdaleka nie poznałem.
— Toby i zblizka mogło się trafić, rzekł z uśmiechem spokojnym Emil... rzadko się widujemy, żyjemy w dwóch różnych sferach.
Maks się potwierdzająco uśmiechał, jakby mówił: Cóż na to poradzić — tak jest!
— Jakże się powodzi Emilowi? odezwał się protekcyonalnie.
— Nie skarżę się. Wiesz że w biurze ministerstwa... mam miejsce. Na początku to mi starczy — awansu prędkiego się nie spodziewam, z czasem i to przyjdzie. Głodu nie cierpię, do oszczędności nawykłem...
— Co? i zawsze piszesz ten dykcyonarz swój, rozśmiał się ruszając ramionami Maks. Jak Boga kocham... dykcyonarz!... cha! cha!
— Z ogromnym zapałem! zawołał Emil, i nie uwierzysz jak mnie to robi szczęśliwym.
— Jak Boga kocham! dykcyonarz robi go szczęśliwym! a to... I począł się śmiać. Emil patrząc nań śmiał się także.
Maks jednak po śniadaniu miał głos silniejszy, głębszy, i górował nad biuralistą, patrząc nań z góry...
— Panie Maksie — odezwał się gdy wesołość się nieco uśmierzyła — miałbym mój drogi prośbę do ciebie.
— A no!! aby nie o pieniądze — odezwał się Maks ręce kładąc do kieszeni, bom goły jak święty turecki.... a dziś niedziela i nikogo w domu, żeby pożyczyć...
— Wszakże pamiętasz ze szkół, odparł z wymówką Emil, że nigdy u nikogo nic nie pożyczałem.
— A to prawda — rzekł Maks — znowu wracając do śmiechu.
— Oto, wiesz co? Bywasz podobno na pensyi u Filipowiczowej.
Maks spoważniał i jakby uląkł się nieco...
— Albo co? albo co? spytał.
— Ale nic, nie bój się — to do mnie nie należy czy ty tam tańcujesz, czy panny bałamucisz... Jest to dla mnie rzecz zupełnie obojętna. Jabym chciał się poznać z państwem Filipowiczami. Jak na dziś, nie mam w tem żadnej myśli — ale na przyszłość, któż wie, możebym u nich lekcye mógł znaleść. Mam dużo wolnego czasu.
Spuścił oczy Emil i laseczką coś począł kreślić po kamieniach, Maks stał w protektorskiej postawie.
— Jużci to pewna że bywam u Filipowiczów bo mnie tam ciocia Baronowa wprowadziła — począł powoli — i jestem u nich dobrze położony... ale to tam wcisnąć się trudno! widzisz.. Naprzód by trzeba Filipowicza parę razy prosić i nakarmić a podpoić, a potem znowu... wkręcić się do pani... To baba, powiadam ci, jak fasa pełna fumów...
Ruszył ramionami i splunął.
— Gdyby nie ciocia Baronowa — powiadam ci, dodał, i jabym się tam nigdy na tę pensyą nie dostał. Ale z kądże ci ta myśl przyszła?
— Mieszkanie naprzeciwko, okna w okna... tylko że oni na pierwszem, a ja na trzeciem piętrze. Dogodnem by mi było, tylko przez ulicę lekcyę dostać, i dawałbym nie drogo.
— Ja cię zapoznam z Filipowiczem — odparł Baron — czemu nie — koledzy jesteśmy... radbym usłużyć, nie każdy jest w takiej jak ja pozycyi że się bez pracy obejść może.
— Tak jest! potwierdził trochę ironicznie Emil — tak jest.
Jeden Maks protekcyonalnie się puszył, gdy niespodziana zaszła zmiana dekoracyi. W ulicy ukazała się amerykanka, pięknemi parą koni zaprzężona, którą powoził sam właściciel, z przepysznemi angielskiemi bakenbardami, za nim z powagą angielską, z rękami na piersiach złożonemi, w kapeluszu z kokardą, zajmował z tyłu miejsce groom — egzemplarz przepyszny!...
Pan i sługa wycięci się zdawali z angielskiej ryciny. Powożący z takim szykiem rozparty był, tak trzymał lejce, tak miał zatknięty bicz, włożony kapelusz, postawione nogi, wściubioną chusteczkę do kieszonki na piersiach, że aż miło nań patrzeć było. Groom znowu gdyby drewniany był, sztywniejszym i głupszym wydaćby się nie mógł.
W chwili gdy ekwipaż ten nadjeżdżał, z wyżyny amerykanki spojrzał na Maksa jej właściciel i uśmiechnął się mu, zupełnie z tą samą dozą protekcyi, z jaką Maks patrzał na Emila. Rabsztyński stracił wnet swą pychę i stał się maluczkim, a nawet nie pożegnawszy towarzysza, poskoczył do amerykanki, w której mu miejsce ofiarowano. Z twarzy jego widać było jak go to uszczęśliwiało. Już na wsiadaniu Emilowi głową tylko skinął... skoczył na stopień, konie się osadziły trochę, groom drgnął i amerykanka wolnym truchtem posunęła się dalej ulicą.
Emil pozostał sam, popatrzał z pewnym rodzajem politowania i zwolna pociągnął dalej.
Kilka słów należy od nas panu Emilowi Drażakowi.
Był on jedynym synem dzierżawcy, z sąsiedztwa Rabsztyńskich. Złe czasy i wypadki, okoliczności od woli ludzkiej niezależne, rodziców Drażaka przywiodły do zupełnego ubóstwa. Zmarł zagryzłszy się ojciec, pozostała matka żyła dla syna aby go wychować. Macierzyństwo spotęgowało jej siły, dało jej instynkt, moc, rozum, nawet środki wyprowadzenia Emila na świat zbrojnym i gotowym do wszelkiej walki z życiem. Pracowała ona dla dziecka i nauczyła go miłości pracy. Chłopak był roztropny, bieda nauczyła go cierpliwości i wytrwania, tak, że gdy matkę utracił, a sam pozostał, nie poszedł żadną drogą krzywą. Znalazł skromne zatrudnienie, zastosował życie do położenia milcząc, cicho wytrwale, wybijał się powoli ku górze.
Miał już parę tysięcy złotych pensyi i parę lekcyi jakichś, które mu w pomoc przychodziły. Żył nadzwyczaj oszczędnie, stołował się miesięcznie u Rzepczaka, odzienia oszczędzał, zabaw unikał — a, najszczęśliwszym był, gdy mógł zająć się swoim dykcyonarzem.
Tak było w istocie — szczęście pana Emila stanowił idealny dykcyonarz geograficzny i historyczny kraju. Do niego zbierając materyały, spisując je na karteczkach, porządkując, poprawiając... doznawał rozkoszy jakie praca tego rodzaju dać może, gdy kto ją weźmie za cel życia. Śmiano się z tego, Drażak i sam nawet śmiać się był gotów, i nic go to od dalszego ciągnięcia roboty nie zrażało. Wkręcał się do biblijotek, wertował dzieła, częstokroć nadaremnie przerzucał stosy tomów, nim znalazł co dla swego dykcyonarza, ale gdy mu się trafiło na śmietnisku odkryć perłę, miał takie szczęścia chwile, iżby mu ich nie jeden pozazdrościł.
Nie darmo wszakże ma się lat dwadzieścia kilka! Młodości niepodobna utopić nawet w głębinach takiego słownika jak Marerego i Bayla!! Emil musiał czasem odpoczywać i oknem wyglądać. Naprzeciw była pensya pani z Villamarinich wdowy Montant, secundo voto Filipowiczowej. Wprawdzie okna jej sztorami były pozasłaniane, a gdy się otwierały, pannom dorastającym surowo zakazanem było wyglądać w ulicę; ale — z jednego okna pokazywała się twarzyczka świeża, okolona włosami jasnemi, ładna, zamyślona, smutnawa. Oczy tej twarzyczki czasem, z roztargnienia zapewne, zwracały się ku oknu trzeciego piętra... a wejrzenie Emila ciekawie śledziło owo oblicze w złotych ramach włosów.
Zrazu gdy się wejrzenia spotykały, natychmiast właściciel i właścicielka ich, pierzchali... Panna pilnie czytała... Emil chodził z grubemi książkami po swoim pokoju, i tylko w pewnych danych chwilach ukazywał się w oknie. Zwolna jednak oswoiły się niebieskie oczy z ciemnemi, a ciemne z niebieskiemi, tak że się już siebie bać przestały, owszem spotykały się spokojnie, jak dobrzy starzy znajomi... ledwie bym nie powiedział że się witały.
Dalsza historya oczów pierwszego piętra i wejrzeń trzeciego nie jest nam bliżej znaną — i nikomu też w świecie nie była wiadomą. Tylko przyjaciółka panny Tekli poczciwa Maryanna Rzepczakówna zobaczywszy raz przypadkiem w oknie pana Emila, z wielkim zapałem napaplała o nim ogromnie wiele swej Tekluni. Córka restauratora, u którego Drażak się stołował, choć się w nim może nie kochała, miała dlań sympatyę, szacunek, uwielbienie nadzwyczajne... Był to jej ideał.. Jego chłód, jego powaga, dobrotliwy uśmiech, grzeczność przyzwoita, czyniły na dziecięciu takie wrażenie, jak bóstwo na Bajaderze w słynnej poezyi Goethego.
Opowiadała o panu Emilu, podowiadywawszy się nie wiem jak tyle pięknych rzeczy, że potem... oczy z piętra na piętro strzelały coraz ciekawiej — i stało się — że pan Emil poprosił aby go w jakikolwiek sposób zapoznał z Filipowiczami... a Rabsztyński raczył mu to przyobiecać... nie domyślając się wcale, co mu groziło.
Po owej pamiętnej niedzieli i śniadaniu, które pani z Villamarinich odchorowała — bo, jak to Filipowicz zawczasu przewidywał — zawsze jej wino szampańskie szkodziło — a miała słabość do niewdzięcznika!! po tej tedy niedzieli — oczekiwano jakiegoś skutku w poniedziałek i słówka od mecenasa Borusławskiego. Tymczasem Mecenas cały ten dzień przesiedział w kancelaryi, wieczorem poszedł spokojnie na swoją partyę szachów — i wcale o sobie znać nie dał na pensyę.
Nie nalegano, napewno już spodziewając się że wtorek coś przyniesie. Rano tego dnia przygotował nawet administrator śledzia i przekąskę, na wypadek przybycia Mecenasa, ale Mecenas się nie zjawił, i wieczorem na herbatę także.
Filipowicz utrzymywał, że niezmiernie był zajęty, że zresztą widzenie się z osobami, wysoko w hierarchji społecznej położonemi, nie było tak łatwem, wymagało może pewnych ostrożności, i że zapewne zjawi się we środę... Tego dnia, już pani z Villamarinich zaczynała prychać, i mówiła że nieprzyzwoitem było ludzi trzymać le bec dans eau, niecierpliwiła się, gniewała. Mąż czynił jej uwagi, całował po rączkach, a to nie pomagało. Owszem im ją więcej uspakajano, tem się stawała niespokojniejszą.
Gdy we środę po ósmej godzinie wieczorem, znikła wszelka nadzieja przybycia pana Borusławskiego, Filipowicz ofiarował się nazajutrz pójść do Mecenasa i zręcznie go wybadać. Rozgniewana pani zakazała mu ten krok bez jej zezwolenia uczynić pod karą najwyższej swej indygnacyi, znajdując że nie powinni byli okazywać niecierpliwości. Filipowicz był posłuszny, a czwartek zszedł zupełnie tak jak dnie poprzedzające. Przybyła na herbatę ciocia Baronowa, która tego dnia miała upartą czkawkę, i ciągle się ratowała miętowemi cukierkami, których woni znowu nie mogła znieść pani z Villamarinich zaczynała się już lękać — Maks chodził pogrążony w myślach — w całej pensyi odbijał się zły humor jej naczelników. Nie umiano sobie wytłómaczyć milczenia.
Jedna panna Tekla była jakoś spokojną, a nawet, dosyć wesołą.
W piątek, widząc że już dłuższa cierpliwość do niczego nie doprowadzi, administrator postanowił ukradkiem udać się do Mecenasa.
Nie była to rzecz łatwa, gdyż pani utrzymująca kassę, ścisłą także kontrolę miała nad godzinami małżonka i oddalić mu się nie dozwalała, bez ważnych powodów. Musiał więc skłamać i wykazać niezbędną potrzebę porozumienia się z rzeźnikiem, dostarczającym mięsa do kuchni. Od niejakiego czasu stosunek jego do kości, fatalniej coraz się zmniejszał... Kości brały górę, a płaciło się za nie jak gdyby zawierały najpożywniejsze części. Gotowano z nich wprawdzie buljony, lecz za drogo one kosztowały. Filipowicz uchwycił tę administracyjną potrzebę, aby pod jej pozorem dobiedz do Mecenasa.
Skłonił go do tego i pan Maks, który był bardzo zgryziony. Filipowicz więc puścił się szybkim krokiem wprost do kancelaryi. Lecz, nie wiodło się nieborakowi — minuty miał wyliczone, a w pokoju przed kancelaryą dwóch klijentów czekało, mających prawo poprzedzić go na posłuchanie. Ale — cóż miał czynić — siadł cierpliwie. Próba skaptowania dwuzłotówką wytartą starego sługi, zupełnie się nie powiodła.
Biło pół do dwunastej, gdy nareszcie wpuszczono go do pokoju z meblami czarnym włosieniem okrytemi. Borusławski w okularach siedział nad papierem, zobaczywszy go, wstał, przywitał, na zegar spojrzał, ale — co już było złym znakiem — zdawał się nie domyślać nawet, po co przyszedł profesor.
Filipowicz, zawsze porywczy, nie siadając nawet chwycił go za rękę.
— No cóż, co? Mecenasie, dobrodzieju, jak się zowie? Czekamy! palimy się — rozciekawieni jesteśmy... jaka też rezolucya?
Borusławski obie ręce zwolna począł podnosić, spodnia warga mu się wydęła, zrobił minę dziwną, czmychnął, i nie powiedział.
— Więc — jakże — tego — jak się zowie? Widzieli go w kościele? hę? zapytał profesor.
— Myślę że widzieli — rzekł Mecenas.
— I jakże się podobał, bo, jużcić, nie można powiedzieć... jak się zowie — tego...
Profesor wymownym ruchem dopełnił niedokończonego frazesu — a Mecenas powtórzył pierwszą swoją mimikę niezrozumiałą.
— Więc cóż?
— A — nic — nic — tak — niemam żadnej odpowiedzi — rzekł cicho Borusławski, jakoś widocznie zmieszany.
Filipowicz przyskoczył i gwałtownie pochwycił go za ręce obie.
— Na miłość Bożą! Mecenasie dobrodzieju — co to ma oznaczać?
— Ja — niewiem co to ma znaczyć! rzeki spokojnie Borusławski.
— Ale, przecież — znając osoby — czyli osobę — jak się zowie — zawołał profesor — pan musi domyślać się, wnioskować... dorozumiewać, apretendować?
— Nie wiem, istotnie nic — nie wiem — rzekł chłodno Mecenas.
— Przecież, panie Mecenasie, żywo bardzo począł profesor — czynię go samego sędzią... kazano się młodzieńcowi, gdyby na musztrę stawić na okaz do kościoła, poszedł, stał... — jak się zowie... tydzień niemal upływa... głucho...

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie.
Co to będzie, co to będzie?

Ze swej cytaty Filipowicz uszczęśliwiony tak się zaczął śmiać głośno, że w kancelaryi widać uważało się za nadużycie — iż Borusławski aż na drzwi spojrzał niespokojny — to profesora od dalszego wybuchu wstrzymało i głos nawet zniżył, pytając:
— Cóż tedy?
Borusławski ramionami ruszył, ale przyparty pytaniami, rzekł wreszcie:
— Pozwól sobie powiedzieć kochany profesorze, że — jeśli wam panna Tekla nie przykrzy się, cóż macie znowu za interes spieszyć się z pozbyciem jej? hę?
Profesor aż podskoczył.
— Nam! panna Tekla, przykrzyćby się miała! Ale — któż — co za powód mógł myśl taką poddać — my ją kochamy, wielbiemy, my byśmy się z nią nigdy rozstawać nie chcieli! Nam, żeby ona ciężyła! Mój Boże! jak się zowie — darujesz pan! co za idea! Lecz jej szczęście, jej los, jej przyszłość, jej dolę mamy jedynie na względzie, na uwadze, w konsyderacyi.
Profesor gdy bardzo chciał być wymownym, używał zwykle do przesytu tej krasomówczej figury.
Borusławski znudzony widocznie oddarłszy od papieru kawałek, zwijał go w palcach i rozwijał niecierpliwie...
— Być bardzo może — odezwał się, jakby chcąc pozbyć się natręta, że — chcą się rozpytać, dowiedzieć, stan majątkowy... to wszystko wymaga czasu...
— A a a! rzekł Filipowicz — to rozumiem... Między nami mówiąc (tu się obejrzał) majątek piękny, a co się tyczy długów, jak się zowie... może jakie i są — to zrażać nie powinno. Płaci się pannie dług młodości!
Tu rozśmiał się Filipowicz, a Mecenas już się do jakichś zabierał papierów. Pan mi daruje.
Zbywał go widocznie.
— Więc mamy czekać cierpliwie? pytał żywo Filipowicz.
— Ja myślę — ja myślę! zakończył Borusławski i postąpił ku drzwiom — co zniewoliło i gościa do wynoszenia się z pokoju. Zaczął szastać mocno nogami, kłaniać się, ściskać, i z zafrasowaną bardzo twarzą, wyleciał z kamienicy.
Jakim sposobem i zkąd mógł dowiedzieć się pan Maks Rabsztyński o bytności swojego przyjaciela u Mecenasa — trudno dobadać, dosyć że znalazł się tuż na trotuarze i zdumionego powitał, rozbrajającem słowem na ucho...
— Śledzia i porteru!
Rozśmiał się administrator, ściskając go.
— Poczciwe, szlachetne serce... słowo honoru... Przy Miodowej, jak wiadomo, naprzeciw Sprawiedliwości, jest taka przyjemna dziurka, gdzie się zawsze znajdzie śniadanko skromne, napój orzeźwiający i arkusz czystej biły, do otarcia palców, a choćby i łez po przegraniu sprawy. Tu weszli.
Przed śledziem napili się wódki... wódka nigdy dla polskiego żołądka zbyteczną nie jest.
— No cóż? spytał Maks.
— Dyabli go wiedzą! zawołał profesor. To sfinks... ja mówię — to sfinks... to zamknięta — z pozwoleniem — bestya — ten Mecenas... (Tu głos zniżył). Zdaje się że chcą wprzódy nim coś powiedzą, o majątku dokładniej... jak się zowie... tego...
Podano śledzia, i profesor resztę zjadł z nim, ale Maks zrozumiał połowiczne wyrażenie, i przybrał postawę niemal draśniętego człowieka.
— A! niech sobie śledzą! rzekł, czego oni mogą wymagać — panie dobrodzieju? czego? (Poruszenie zaczynało czynić go wymownym). Majątek jak wół! odłużony! To właśnie czego potrzeba! Płacę długi, bodaj i posagi siostrom, intabuluję się z posagiem panny Tekli — i są spokojni! Prawda? Czego mogą lepszego wymagać? hę?
Rozumowanie było tak przekonywające, jasne i dobitne, że Filipowicz, pierwszą szklankę porteru wypiwszy, uścisnął go i zawołał:
— Jasne jak słońce! słowo daję! jasne jak... co się zowię... i tego...
— Hm! mruknął z głębokiem przekonaniem Filipowicz.
Byłby może co powiedział profesor, ale w tejże chwili zbliżył się skromny młodzian, pan Emil, i szepnął na ucho Maksowi.
— Bądź łaskaw mnie zaprezentować panu profesorowi Filipowiczowi.
Odmówić nie mógł Rabsztyński.
— Mojego szkolnego kolegę — i przyjaciela, pana Emila Drażaka — mam honor.
— Bardzo mi przyjemnie! rzekł profesor.
— Od dawna życzyłem sobie mieć szczęście zbliżenia się do pana profesora — odezwał się Emil, chwytam tę zręczność.
— A bardzo! jak się zowie! odparł rozczulony Filipowicz — bardzo — tego.
— Ale — prawdę rzekłszy — nie rozumiał dobrze, na coby temu panu zdała się jego znajomość i myślał może o tem, kiedy Emil podchwycił.
— Gdy już jestem tak szczęśliwy — to pozwolą panowie — pan profesor — wypić jeszcze buteleczkę porteru ze mną.
— Jakiś bardzo zacny człek — pomyślał profesor — przyzwoity w obejściu się.
Podano porter. Rozmowa się ożywiła, pan Emil przyznał się, że rad był ze światłych uwag profesora korzystać, pracując nad dykcyonarzem. Filipowicz z którego światła nigdy nikt nie miał ochoty czynić użytku, nawet pensyonarki, które go nie słuchały, uczuł się pochlebnie połechtanym.
Skończyło się na tem, że gdy po śledziu porterze wyszli, a Maks kwaśny pospieszył do Ciotki, pan Emil ofiarował się przeprowadzić profesora... i w ciągu podróży na Nowy Świat, ujął go niezmiernie... Zgadało się nawet i o tem, że gdyby kiedy lekcye jakie ciężkiemi były dla strudzonego administratora — pan Emil przez gwałtownie dlań powzięty szacunek — gotów by je był za niego — dawać darmo!!
Po porterze częstokroć serce się otwiera — i nie dziw, że rozstając się Filipowicz z Emilem byli w najlepszym świecie stosunku. Profesor mówił sobie po cichu że — skarb znalazł, bolał tylko nad tem, że żona jego i panna Eufrozyna, tak były względem młodzieży niedowierzające.
Gdy wrócił i zmuszony został prawie natychmiast stawić się przed żoną, śledczego oka nie uszły porterowe kolory i pewien rodzaj ekscytacyi nerwowej jakiej uległ profesor.
— A już...
— Ale nie...
— Kiedy ja mówię!
Profesor westchnął tym despotyzmem przygnębiony.
— Jak można tyle czasu strawić u rzeźnika?
Filipowicza twarz przybrała wyraz dyplomatyczny.
— Byłem u Mecenasa! rzekł śmiało zatarłszy włosy.
I stanął wyzywająco, ręce włożywszy pod poły.
Pani z Villamarinich stała chwilę niema. Cóż on mówi? co mówi?
— Hm! ba! żeby on gadał — odezwał się Filipowicz. To Metternich! to Macchiavel! Nie mówi nic — a ostatecznie, wiesz duszko, co mi powiedział? Ipsima verba.
— Co co? cóż to znaczy! przerwała pani brwi ściągając.
— Po łacinie — jego właściuteńkie słowa. Czy państwu pilno pozbyć się panny Tekli?
Pani zmilczała długo.
— A no, tak! ma słuszność — między nami mówiąc — dodał profesor cicho. Bierze się jakie tysiąc złotych więcej od niej niż od innych... a prezenta... Maks wielkiej rzeczy nie da, a Baronowa też.. więc po cóż się dla nich sakryfikować?
Gospodyni milczała długo... nie raczyła odpowiadać.
— A zdaje się — dokończył profesor, że oni przeciągają odpowiedź, chcąc stan majątku pana Rabsztyńskiego na czysto mieć... Ma długi... e! ma długi! dodał zbliżając się do żony — ale tłómaczył mi bardzo jasno, że nie może być nic szczęśliwszego nad to... Spłacają długi i wchodzą z posagiem na majątek. Ot co!
Wejście Baronowej, która na chwileczkę chciała, pozdrowić przyjaciołkę, przerwało rozmowę. Filipowicz się wymknął, idąc gorliwie administrować. Po wódce i porterze był nieubłaganym — zaglądał do rądlów, egzaminował tłustość zbieraną w garnki dla zastępowania masła... domyślał się kontraband kucharki, hałasował. I tą razą dostało się służbie straszliwie... lecz, po za plecami śmieli się z biedaka i figi mu pokazywali. Nikt go tak bardzo nie brał na seryo.
Przyjaciołki, niemające dla siebie tajemnic, siadły na kanapce i długo rozmawiały po cichu... Obie były zafrasowane. Baronowa szczególniej ubolewała nad losem Teklusi.
A gdy się to działo w salonie i kuchni, na trzeciem piętrze na przeciwko w otwartem oknie, stał z rękami na piersiach założonemi zamyślony autor przyszłego dykcyonarza, i patrzał na owe okno pierwszego w którem mu się czasem ukazywała w promieniu główka i oczy lazurowe... i smutny uśmieszek.
Stał tak, gdy okno pierwszego piętra zapuszczone i zamknięte otworzyło się powoli... ostrożnie pokazała się w niem twarzyczka jasna... potem siadła panna Tekla i zaczęła patrzeć ku górze, a Emil ku dołowi — i tak się okrutnie zatopili w tej niemej rozmowie... że panienka nie posłyszała ani otwierających się drzwi, ani wchodzącej na palcach Marysi Rzepczakównej.
Ciekawe dziewcze zdala stanęło po cichutku za Teklą i za jej wejrzeniem pobiegło oczyma ku górze... zobaczyło Emila... twarz Marysi śmiertelną się bladością okryła, potem ognistym rumieńcem, potem potarła dłońmi po twarzy, wróciła do drzwi, i — postarała się hałaśliwie niby wejść, aby przyjaciołce nie uczynić przykrości i wstydu.
Marysia miała dobre serce i delikatność wrodzoną, której nauczyło ją może właśnie to grubijaństwo co ją otaczało w dzieciństwie. Nie dała po sobie poznać wcale, że odkryła tajemnicę: czule drżąco, prawie ze łzami uściskała przyjaciołkę, siląc się na wesołość, gdy w istocie serce się jej ściskało.
— Musiałam trochę otworzyć okno — odezwała się zmieszana nieco Tekla, bo tak dziś gorąco.
— Gorąco — gorąco! machinalnie wachlując się odezwała Marysia. Cóż u ciebie słychać?
— Nic a nic...
— Mecenas nie dał znać? spytała Rzepczakówna, która zarówno jak Tekla o wszystkiem wiedziała, bo się panie wypaplały.
Tekla się uśmiechnęła spokojnie.
— Ten poczciwy Borusławski, rzekła, myślę, że się bardzo spieszyć nie będzie. Ja mu powiedziałam całą prawdę. Uważałam z niego jednak, że uważają to za konieczność — ale, może przecie nie zmuszą!
— Przynajmniej nie za pana Maksa! żywo poczęła Marysia — to lalka... a w dodatku wiem bo słyszałam od osób co dobrze wiedzą — ten Maks nie ma nic... wszystko stracił.
— A to chwała Bogu! w ręce uderzając zawołała Tekla... tem lepiej — tem lepiej!
Marysia długo popatrzyła jej w oczy... i uściskała ją jakoś rzewnie.
— Kochasz innego? szepnęła jej na ucho.
— Ja? zmiłuj się! poczęła czerwieniąc się sierota — ja...
— Ale przedemną, przed całym światem, tajemnica — nieprawdaż?...
Przed światem, to dobrze — a przedemną, nie, bo ja cię kocham — no — i jabym się może na co przydała.
Niezmiernie poruszona Tekla zerwała się z siedzenia.
— Zkądże to wszystko? zaczęła niespokojna... proszęż cię...
— Mój palec... choć go małym paluszkiem nazwać nie mogę, śmiejąc się i pokazując duże ręce swoje — rzekła Marysia — mój palec mi to powiedział.
Tekla stała jeszcze zmieszana i milcząca gdy z nowym uściskiem przypadła do niej Marysia — miała w oczach łzy.
— A! tak! ja wiem... wy się z Emilem kochacie... ja wiem, nie zapieraj się to byłoby napróżno! Tak powinno było być — musiało. Dwie takie śliczne dusze przeczuć się i pokochać musiały.
Tekla zakryła sobie oczy i jak złamana rzuciła się na krzesło... nie mówiąc nic, serce jej biło mocno, tchu brakło...
— Zkądże moja Marysiu... niech Bóg uchowa — ja nic nie wiem... Ja go nie znam — tylko przez ciebie.
— I przez okienko... szepnęła Rzepczakówna.
Na to, oprócz rumieńca nie było odpowiedzi a Marysia jak w gorączce, mówiła żywiej coraz...
— Emil, ty wiesz, codzień do mojego ojca przychodzi do stołu, bo u nas się stołuje... widuję go spotykam... Mogę mu powiedzieć co każesz, odnieść ci co on mi poleci.
— A niech Bóg broni! odezwała się Tekla chwytając ją za ręce. Zlituj się... ja nie chcę...
— A zbliżyć się przecie potrzeba, kiedy już... znacie się dawno i szukać sposobów...
— Przynajmniej nie ja pierwsza — oburzyła się Tekla.
— To prawda... masz słuszność, ale że też ten człowiek nie miał odwagi nigdy mnie o to zaczepić?
— Ależ miłość powinna być tajemniczą, między Bogiem a temi co się kochają — przerwała ośmielając się Tekla, czyż ty nie czujesz tego że...
— Czuję, rozumiem! zrywając się i biegając po pokoju zaczęła Marysia — wszystko to prawda... Nie ma sensu w tem co mówię — a — takbym was chciała widzieć szczęśliwych!!
Złożyła ręce i oczy podniosła ku niebu.
Teraz Tekla pobiegła ją uścisnąć i popłakały się w swych objęciach. Marysia nie powiedziała już słowa... siadły obok siebie i dumały. Po chwili dopiero Rzepczakówna cicho poczęła znowu pochwały Emila.
— Takiego drugiego nie ma — mówiła — ojciec mój, wszyscy co się z nim spotykają, szanują go i kochają. A dobry jest... a miłosierny, a rozumny i dowcipny. Parę razy z drugiego pokoju słyszałam, gdy się rozgadał z artystami, którzy do nas też przychodzą gdy im pieniędzy zabraknie... Umie wiele... ja myślę, że wszystko umie.
— Ale ty bo się sama w nim kochasz! nagle zawołała Tekla.
Marysi krew uderzyła do twarzy.
— Ja? krzyknęła — ja? albom ja to pomywaczka godna takiego człowieka? ja? A! moja Tekluniu... moje serce za młodu uwiędło... ty nie wiesz jaką była przeszłość moja, póki mi nieszczęścia, łzy nie otworzyły oczów. Ja? ale ja nigdy kochać nie będę w życiu — bo — ja tego nie umiem. Nadto wcześnie widziałam wszystko...
Zapłakała Marysia, i wnet oczy otarła żywo.
— Taką jak mnie widzisz, dodała — jestem dumną gdyby szatan... dla tego kochać nie będę. Ale ty, aniele mój czysty, ani zrozumieć tego nie potrafisz, ani trzeba abyś to pojmowała... ty marz — śnij i kochaj.
— Moja droga Marychno — przerwała Tekla smutnie. Tobie się zdaje, że ty jesteś nieszczęśliwszą ode mnie. Ale ty masz ojca — dom — ty nie chodzisz jak ja w ciemnościach, ty wiesz kim jesteś — a ja? a ja?
I popłakały się dziewczęta i ściskały się jeszcze i szeptały znowu.
Tym co te dni młodości przeżyli, co zapomnieli jak naówczas przyjaciel drogi, jak zwierzanie się potrzebne, jak wymiana uczuć i myśli konieczna — wyda się może dziwnem to zbliżenie dwóch istot... i nienasycone pragnienie wypowiadania sobie co po duszy się błąka... Dla Tekli i Marysi były to przecież najszczęśliwsze życia chwile — i tęskniły po tem za sobą, a czekały ich powrotu licząc godziny...
Stanęło na tem przecież, że się Tekla do wszystkiego przyznała. To wszystko właściwie było niczem — patrzyli ku sobie i uśmiechali, on czasem kładł rękę na sercu, ona na czole... Trzymała raz kwiatek w ustach... i pan Emil o mroku podsunął się na trotuar, a kwiatek jakoś spadł mu na ręce i on go ucałował. Widziała to i uciekła. Marysia słuchała chciwie, musiała poprzysiądz tajemnicę, i zaręczyć, że nawet sama o tem zapomni. Potem zakazem jej było zbliżać się do Emila, zaczepiać go... mówić z nim, wywoływać... jakieś stosunki, wszystko to Marysia przyrzekła, ale co myślała — niepodobna było odgadnąć. Czasem miewała śmiech ironiczny jakiś...
W kilka dni potem Marysia wiedziała pierwsza i pobiegła o tem dać znać przyjaciółce, że pan Emil poznajomił się z profesorem, że Filipowicz pod niebiosa go wynosił, i że było niejakie podobieństwo do — przypuszczenia pana Emila do dawanie geografji w niższych klasach... Tekla rozumiała równie dobrze jak Rzepczakówna, do czego to zmierzało. Rumieniła się mocno i mówiła, że się nadzwyczaj lęka.
— Czego bo ty się masz bać! odparła Marysia — gdybym ja była na twojem miejscu! o! o! ręczę ci inaczej by i żwawiej rzeczy poszły... Zmusiłabym go do oświadczenia się, potem napisała do Mecenasa — i uparła przy swojem... i postawiła na tem... Borusławski poczciwy wziąłby cię w protekcyą.
— Cicho! cicho! co pleciesz! co pleciesz! zamykała jej usta rumieniąc się panna Tekla. Proszęż cię... już nie mówmy o tem...
Po czwartej czy piątej buteleczce porteru i szklance ponczu... na które Filipowicz narażał się nieoględnie — pan Emil został wprowadzony jako bezpłatny (dla wprawy własnej) nauczyciel geografji klas niższych — i — w wynagrodzeniu dostał zaproszenia na wieczorne herbaty. Pani z Villamarinich uznała go — skromnym i przyzwoitym młodzieńcem.
— Daleko większy filut, niżelim się spodziewała, mówiła Marysia do przyjaciółki — prawda że w takiej sprawie przebacza się przebiegłość — a jednak... filut chłopiec.
Tekla usta jej zamykała, rumieniąc się niespokojna.
Aż w kilka tygodni — wieczorem na herbacie, gdy wyszła do saloniku, (o mało nie upadła w progu) zobaczyła pana Emila we fraku, bawiącego pannę Eufrozynę, która go ciekawie zdawała się decyfrować.
Tego wieczora jednak wcale się nie zbliżyli do siebie i ledwie patrzeć śmieli, aby się straszna tajemnica nie wydała.
Nieśmiałość pana Emila — zjednały mu starszych pań wielką sympatyę i pochwały.
— Bardzo poczciwy i przyzwoity! mówiła panna Eufrozyna — a co wiadomości!
— O, nie głupi! powtarzała gospodyni — i to lubię że z taktem... Choć to żadnej wielkiej familji, ledwie szlachcic — a jednak coś ma wcale szlachetnego.
Filipowicz tryumfował i ręce trzymał pod połami, a mówił sobie w duchu. A co? ha? a kto go wam w ulicy złapał...? Bo ja mam oko? jak się zowie. Ale te baby — żeby kiedy człowiekowi sprawiedliwość oddały — jeszcze się to nie okazało!!
Maks i ciocia Baronowa, często przybywając na pensyę, dowiadywali się czy nie było co od Mecenasa, Borusławski milczał, Filipowicz nie śmiał się upominać — a młodzieniec zakochany poczynał się niecierpliwić!
Choć panna była śliczna nie tyle mu może szło o nią jak o to, że interesa były w bardzo złym stanie i że wszyscy mu radzili ożenienie.
— Przecież raz — niech się coś zdecyduje — mówiła Baronowa — jeżeli im dla takiej sieroty bez nazwiska Rabsztyńskiego mało! a! no!... jak sobie chcą! niech szukają czegoś lepszego, a nas uwolnią... Rabsztyński też sobie znajdzie, może i coś nad to piękniejszego!!
W istocie jednak panu Maksowi trudno coś znaleść było — nadto znano i jego — i księgi hypoteczne.
Restauracya pana Teodora Rzepczaka znajdowała się przy jednej z uliczek przecinających Nowy Świat, a była bardzo skromną. Na lewo znajdował się szynczek, dziś odseparowany, z którego wyrosła w prawo para pokoików, dla dostojniejszych gości, którzy zdrowym, gospodarskim stołem tanim zadowolnić się mogli. Szkodziło to po trosze reputacyi jadalni, że naprzeciw znajdował się ten szynk często wrzawliwy, a Rzepczak nie miał odwagi pozbyć się go zupełnie, choć córka o to prosiła, bo sprzedaż wódki, piwa i trunków różnych więcej często przynosiła, niżeli stołownicy, z któremi więcej daleko było zachodu i kłopotu.
Rzepczak był zresztą prostym bardzo, czynnym, gadatliwym, krzykliwym człekiem, którego niemal jedyną cnotą było, że serce miał dobre i dziecko swe kochał. Od młodu w pracy, nawykły do niej, w szynku i restauracyi, gdzie mu się gęba przez cały dzień nie zamykała, od świtu do nocy się kręcił, śmiał — na prędce to przeskakując, to popijając, to licząc, to stękając. Przebył on czasy różne, biedy, długi, komorników, wyrzucanie na bruk... zawsze wstając na nogi, nie tracąc odwagi nigdy... Mały, krępy, z włosem trochę pokręconym na głowie i znacznie przerzedzonym, poczciwy Rzepczak sumiennym był, litościwym, ale rozumu miał tyle tylko, ile na powszednią potrzebę nieuchronnem było. Wyrozumiały nader na słabości ludzkie, sam im ulegał, bo i napić się lubił, i owdowiawszy, nie zawsze pokusom płci pięknej opierać się umiał, i karty go niekiedy pociągały. W gruncie jednak czuł gdy zgrzeszył i szedł potem bić się w piersi u Ś. Krzyża a na klęczkach Boga prosić o przebaczenie. I ot tak ciągnęło się życie.
Ani powierzchowność restauracyi pana Teodora, ani wytworna kuchnia jej nie zalecały, ale gospodarz był uprzejmy, ceny nizkie i potrawy zdrowe a czyste. Z tego powodu kilku uboższych urzędników, biuralistów, trochę młodzieży uczącej się i artystów chodziło się tu w kątku przekarmiać. Ceremonji nie było żadnej. Dwoje dosyć zabrukanych dziewcząt chałaśliwie posługiwało, poufale z gośćmi rozmawiając, sam Rzepczak miał nadzór zwierzchni.
Ponieważ bielizna bardzo prędko plami się pstrzyła, stoliki przyjęto za zasadę okrywać ceratą. Serwetki goście mieli znaczone kółkami, fajans był niekoniecznie dobrany, szkło nie jednakie... a w pokoikach nie wytwornie wyglądało. Goście często nadużywali białych firanek, z czasem więc zawieszono czerwone, które to nadużycia cierpliwiej, nie dając znać po sobie — znosiły.
W ogóle, sciśle potrzebnych sprzętów nie brakło, zbytku żadnego niebyło — goście znali się wszyscy, każdy miał swoje miejsce, swój kołek do powieszenia rzeczy, a nadzwyczaj bardzo rzadko trafił się ktoś nieznajomy. Jeżeli gościa chciał uczcić Rzepczak, przychodził doń na rozmowę i zagadywał się chętnie. Humor miał wesoły. Do przymiotów należało i to że — kredytował chętnie i długo. Tracił na tem czasami, ale miał za zasadę ufać ludziom, dobierał twarze które mu się podobały, do tych się zbliżał, a inne omijał milczący, i tym, choć nie mówił, dawał do zrozumienia żeby byli regularnemi. Codziennie tu w jednych godzinach zgromadzając się między sobą się też znali i składali rodzaj bractwa, które poufale u pana Rzepczaka gospodarzyło.
Czasem ktoś odezwał się z żądaniem jakiejś potrawy, a rzadko gospodarz jej odmówił, jeżeli mu była przystępną. Szczególniej sławne tu były barszczyki zabielane, kapuśniaczki, bigosy, sztuka mięsa z kwiatkiem i baranina z nieuchronnym czosnkiem.
Wyziewy tych potraw, mogły głodnemu czasem sprawić przyjemność, ale w poobiednich godzinach złączone z dymem złych cygar i wonią naprzeciw będącego w szynczku, składały atmosferę nie zbyt przyjemną.
Za restauracyą miał izdebkę swą gospodarz, która służyła mu za sypialnię, biuro, skład i po części śpiżarnie kosztowniejszych zapasów. Za tą znajdowała się jeszcze mniejsza Marysi, w której ledwie obrócić się było można, ale też ona, oprócz wieczora mało w niej siedziała.
Jednego dnia wcześniej jakoś przyszedłszy z pensyi, zdawała się na coś czatować, kilka razy przeze drzwi wyglądając. Ojciec zląkłszy się czy się jej co nie stało, poszedł niespokojny zapytać.
— A co tobie Maryś, że dziś o tej porze przychodzisz? Czy co chowaj Boże na pensyi?
— Nie ma nic, ojczuniu — nie ma nic... Zapomniałam seksterna... lekcyi nie ma, tom przybiegła, zaraz powracam.
— A możebyś coś przetrąciła? spytał ojciec.
— Jeść mi się nie chce.
— E! Nie wierz gębie — Połóż na zębie, rzekł śmiejąc się ojciec — to stare poczciwe przysłowie.
— Do prawdy mi się nic a nic jeść nie chce — później, ojczuniu.
Rzepczak stał we drzwiach, zdało mu się, że córka była czegoś zafrasowaną. Przewracała papiery niespokojnie.
— A, nie kłamiesz ty — jakaś — rzekł nieodchodząc — bo, jakby co było z temi Filipowiczami, to lepiej mów odrazu. Opijają mnie... odzierają a jakby jeszcze ci źle było, niech ich kroćset...
— Daję ci ojcze słowo — nie ma nic.
Przybiegła to mówiąc, poklepała go po ramieniu i pocałowała. Rzepczakowi się twarz rozjaśniła. Tymczasem goście się na obiad zbierali i wesołe ich głosy słychać było z restauracyi. Drzwi się otwierały, dziewczęta śmiały się, talerze pobrzękiwały. Marysia nastawiała ucho bacznie. Rzepczak wyszedł przyjmować swoich klijentów.
Było już pięciu, gdy szósty wsunął się pan Emil Drażak i powitawszy się z poprzednikami, zajął miejsce swoje w kątku. Obok, przy tym samym stole siedział malutki, prawie karlego wzrostu, siwy staruszek, urzędnik także, który już się emerytury dobijał. Ciekawa to była postać... wyschła, wymęczona, z pargaminową twarzą, a mimo kilkudziesięcioletniej niewoli u biura, pełna życia, werwy, wesołości i dowcipu. Stary kawaler, Piotr August dwóch imion Hustakiewicz, miły był tu wszystkim, nawet dziewczętom, z któremi po młodemu żartował, przynosząc z sobą do restauracyi, niczem nie zamącony humor przedziwny.
Zwano go Radzcą — był nim w istocie, pensye też pobierał cale niezgorszą, ale zmuszonym był do stołowania się oszczędnego, bo naprzód skąpym był niezmiernie, a — powtóre chorował na kolekcyonowanie autografów. Dwie namiętności do grosza i do papierów walczyły w nim i często go czyniły uboższym niż był w istocie.
— Pana Drażaka — dobrodzieja! odezwał się Hustakiewicz, który już zajadał sztukamięsę — rekomenduję barszczyk, palce oblizywać... sztuka mięsa dosyć krucha. Co u pana słychać?
— U mnie, odparł Drażak, ale u mnie zwykle nie słychać nic? a u pana Radzcy?
— Źle. Wyrwał mi z przed nosa P. W... autograf Jana Karola Chodkiewicza... rzekł Radzca — w krótce się niczego dokupić nie będzie można za temi zapaleńcami.
List z obozu w Inflantach... cale ciekawy.
I westchnął.
— A jakże tam dykcyonarz? dodał, bo to także choróbsko jak moja. I mam tego za... co nie ma choroby podobnej, znak to złej głowy.
— Dobrze to nam — odezwał się Drażak, nie mającym żony ani dzieci, ale ci którym Bóg dał rodzinę nie potrzebują tych opiatów.
Rozśmiał się staruszek.
— Słowo daję — masz słuszność, to są opiaty... tak! tak! rodzi się z nich namiętność jak u Chińczyków do opium. To prawda.
Drzwi się pocichutku otworzyły, i zdala panna Rzepczakówna rzuciła okiem na Drażaka... ale zaledwie go zobaczywszy, wnet je zamknęła za sobą. Pan Emil jednak spostrzegł ją, ruszył się czegoś niespokojny, i jakby zmiarkowawszy usiadł, oka nie spuszczając z tych drzwi, w których mu się ukazała.
W tej chwili przyniesiono ów barszczyk i służąca zaleciła, aby jadł póki gorący.
Od drugiego stołu zalatywały nowiny, o pogrzebie generała R., który się właśnie odbył dnia tego, o wspaniałym karawanie, muzyce i liczbie osób, które mu towarzyszyły.
— Widzieliśmy te wspaniałości przez okno, odezwał się Radzca. Gdyby generał co był człowiekiem gospodarnym i oszczędnym, wstał a zobaczył co mu to za pogrzeb sprawiono — umarłby iterum iterumque z rozpaczy. Do czego się to zdało?
— Świadczy o poszanowaniu dla zmarłego — przerwał profesor Dygalski od drugiego stołu z powagą.
Radzca szydersko nań spojrzał.
Pan Emil ciągle oczy miał ku owym drzwiom skierowane, a jadł — nadzwyczaj powoli, mimo zalecenia sługi, a barszczyk mu zastygał. Można go było nawet posądzić o to iż zwlekał umyślnie by się dać innym wyprzedzić. Sługa przyniosłszy mu przedwcześnie sztukamięsę, przez życzliwość dla młodzieńca, nakryła mu ją talerzem.
— Gdyby tak mnie panno Basiu — odezwał się Radzca, ręczę że nie miała byś tej konsyderacyi, aby mi ciepło zachować stawinogę — a dla młodego...
— A cóż?? śmiejąc się odparła otyła Basia — a pewno? Pan Radzca sobie radzi i je prędko, a młody ma o czem myśleć, to mu stygnie — toć litość trzeba nad nim mieć!
Przyklaśnięto Basi, która starego zwyciężyła.
— Młodość ma swe prawa — odparł Hustakiewicz — i przywileje — immunitates, tak... tak...
Emil jadł powoli zamyślony. Profesor Dygalski już wstał po pieczystem, zęby wykałał i ozwał się do gospodarza, który w tej chwili wszedł.
— Szanowny panie Teodorze — pieczyste było dyable, dyable twarde!!
— Ooo!! rzekł Rzepczak — twarde! a piekło się długo... Proszę!
— Musiał kogut być stary kawaler jak ja... oderwał się Radzca, myśmy wszyscy twardzi do zgryzienia.
— Nie — panie to była stara kwoczka — odezwał się Rzepczak.
— Jeszcze gorzej! przerwał Hustakiewicz, stary kogut może był do skruchy powołanym, ale stara kwoka...
Spojrzał na Emila.
— Waćpan panie Regestratorze, jako młodzieniec faworyzowany, przez niewiasty, winien byś stanąć w ich obronie? rzekł pochylając się do niego... hę?
— Same się one bronią — odezwał się Emil... a ze mnie zły adwokat.
Profesor Dygalski zapalił cygaro, wziął kapelusz, skłonił się towarzystwu i majestatycznie wyciągnął z restauracyi. Radzca, który się spieszył zawsze, w krótce też obiadu dokończył... dwóch panów milczących walczyło z twardym owym kogutem, Emil dopiero powoli odkrywał sztukamięsę. Służąca co mu chciała usłużyć dobrze... już była przyniosła trzecie danie.
— Czy panu się jeść nie chce? spytała.
Emil nie wiedząc zapewne czem się tłomaczyć, mruknął że go zęby bolą. Wnet, jak Stańczykowskich czasów posypały się rady.
Basia radziła gorczycę na twarz, Rzepczak pijawki, jeden z gości laudanum, inny jakiś specyfik apteczny, który tylko u jednego na Pradze farmaceuty znaleźć było można... Emil myślał już pewnie o czem innem. Drzwi w głębi otworzyły się po raz drugi i zamknęły.
Radzca wyszedł. W pół godziny potem gość jeden zniknął, Emil udawał że je pieczyste. U drugiego stołu drzemał z cygarem w ustach nieznośny Malusiński, podstarzały emeryt, który nie wiedząc co robić ze zbywającym czasem, za długo zwykle przesiadywał w restauracyi, mało co mówił i ziewał. Emil na niego spoglądał, jakby go nagląc do wyjścia, ale to nic nie pomagało. Spazmatycznem swem ziewaniem nabawiał wszystkich rozdrażnienia — i nieustępował.
Emil wreszcie porzucił pieczyste, poprosił o kawę, która u Rzepczaka wcale była nieosobliwą — zapalił cygaro, dobył książkę i z ukosa patrząc na drzwi czytał.
Malusiński usnął; lecz sen ten właśnie poobiedni którego doktór mu się obawiać kazał jako bardzo niezdrowego, spędził go wreszcie i zmusił wyjść z restauracyi.
— A pan nie idzie? spytał w progu Emila.
— Nie — ja — kawę piję — odparł Drażak i począł się przechadzać po obu pokojach pustych. Drzwi uchyliły się znowu, wyjrzano.
Nie było nikogo.
Marysia wyśliznęła się z pokoju szybko, obejrzała trwożliwie, papier jakiś podała panu Emilowi, dała mu znak tajemniczy — i znikła właśnie w chwili gdy ojciec wchodził drugiemi drzwiami. Drażak zaledwie miał czas włożyć do kieszeni, przybrać najniewinniejszą w świecie postawę.
Stary pan Teodor wszakże, bywały człek, z okiem bardzo wprawnem, już był coś najrzał i przewąchał, domyślał się znać czegoś, ale nie dając po sobie poznać, poszedł co rychlej porządkując coś w szafie. Spojrzał tylko na Emila i pomyślał:
— E! tędy to ichmość chodzicie! Wiem już dla czego Maryś z pensyi się wyrwała. Nie głupim.
Jeszcze się ten monolog nie skończył, gdy Emil, który dotąd bardzo się zwolna obracał, jakby go co ukłuło, wyniósł się niezmiernie pospiesznym krokiem. Stary Rzepczak natychmiast wpadł do pokoju córki.
— Słuchaj ty, Maryś — odezwał się — czy to tobie się widzi że ojca starego okpisz? hę?
— Albo co? odparła spokojnie córka.
— A toć ja oczy mam. W jakichś jej mościanka konszachtach z panem Emilem, hę? Ja się w to nie mieszam... to twoja sprawa, a no przestrzegam, on się nie ożeni, a romanse się płaczem kończą... Czy ty tego nie wiesz?!..
— Wiem, odezwała się Marysia — ale romansu nie ma — niech ojczunio będzie spokojny. Mnie to nie w głowie.
— Pocóż kłamiesz? krzyknął Rzepczak zakładając ręce na piersiach — już ci słowa nie rzekę. To twoja rzecz, dzieckiem nie jesteś... po co.
Marysia z pół wesołą, pół smutną twarzą przyszła do ojca.
— Ojczuniu, rzekła — co prawda to prawda, przyniosłam mu i oddałam liścik... ale nie odemnie.
— A! do kroćset, to jeszcze gorzej! zawołał Rzepczak — żebyś już choć szczęśliwą była — ale za cudzy miód pokutować... co tobie takiego?
Marysia śmiejąc się ściskała go.
— Już ty mi się nie łaś — rzekł — to licha warta sprawa.
— Oni się pożenią — szepnęła dziewczyna wzdychając — nie ma w tem nic złego. Gdybym nie była o tem przekonaną, nie podałabym im ręki.
Ojciec, nawykły córce ulegać, popatrzał i zamilkł.
— Mnie to tam nic do tego — odezwał się — ty wiesz, ja tobie ufam, bo rozum masz — a jak się zaplączesz i z pensyi cię wygnają...
Zadumała się Marysia, łzy jej w oczach stanęły, nie odpowiedziała nic, schwyciła książki, raz jeszcze pocałowała ojca i wybiegła.
Dnia tego na pensyi była narada walna. Baronowa z Maksem przyszła nalegać o jaką determinacyę i znalazła w pani z Villamarinich nie dawną swą przyjaciółkę od serca, ale — dyplomatkę. Filipowicz stał przy żonie, jako korpus rezerwowy.
— Ale ostatecznie — mówiła siedząca na kanapie Baronowa — proszę cię, najlepsza przyjaciółko moja — wyróbcie decyzyę jakąś. Co mówi mecenas?
Nie dając odpowiedzi, okiem zmierzyła wystrojonego młodzieńca naczelniczka pensyi, skinęła na przyjaciółkę i zabrała ją z sobą do gabinetu.
O ile salon odznaczał się pewną elegancyą — gabinet był z nim w rażącej sprzeczności. Stosy książek powiązanych sznurkami, cukier w głowach, butelki na ziemi, na kanapie dwie sztuki jakiejś materyi, w drugim kącie miednica nie wylana... pantofle tylko co rzucone, suknia czarna z białą podszewką na kołku — wszystko to chaotyczny obraz przedstawiało.
— Przepraszam baronowę — a, co to tu za nieporządek! ale tyle, tyle rzeczy na głowie... Człowiek waryuje... Chciałam pomówić na osobności...
Zbliżyła się do ucha.
— Tu wszystko, jak się zdaje, zależy od Teklusi? a ta...
Zrobiła ruch wyrazisty...
— Nie może być ażeby się jej Maks nie podobał? proszęż cię? Maks? spytała Baronowa.
— Ja się też wydziwić temu nie mogę — to rzecz niepojęta. Charakter tej dziewczyny taki, zimna nadzwyczaj zimna. Ja nie wiem! My z naszej strony, baronowo dobrodziejko, nawet z narażeniem się osobistem, staraliśmy się — przyznasz to — czyniliśmy co mogli.
— Ale czyż podobna, ażeby Maks na niej nie uczynił żadnego wrażenia! z urazą powtarzała Baronowa...
Pani z Villamarinich milczała — potem jakby z innej beczki poczęła żywo.
— O ile się dało nagliliśmy na Mecenasa, aż do natręctwa... i — prawdę rzekłszy, przeciw własnemu interesowi, co on nam dał uczuć — bo nam za pannę Teklę bardzo dobrze płacą.
— Ale toby się dało wynagrodzić, moja droga — odezwała się szybko Baronowa — my byliśmy do tego zawsze przygotowani.
Pani z Villamarinich cofnęła się nieco urażona.
— Kochana Baronowo — nie mówmy o tem.
— Przepraszam cię — ja chcę zaręczyć cię...
— Owszem, pomóżcie nam tylko... my... my...
Tu zaczęło się ściskanie i długie szepty i narady.
Gdy w gabinecie tak się umawiano czy roztrząsano, panna Eufrozyna z polecenia wyższej zwierzchności wprowadziła pannę Teklę do salonu, w którym Maks znajdował się z Filipowiczem.
Profesor zaledwie ujrzał ją we drzwiach, porwał się jakby go co kolnęło i zawołał do panny Eufrozyny:
— Pani raczy ze mną wyjść na chwileczkę.
Dali sobie znak jakiś oczyma i wyszli, Maks został sam na sam z panną Teklą, która bynajmniej nie zdawała się tem zmieszaną.
Daleko większy niepokój okazywał elegant, który zbliżał się do niej, starając się ukazać w jak najkorzystniejszem świetle.
Był też tego dnia ubrany smakownie jak nigdy czarny tużurek leżał na nim jak ulany, kamizelka wykrojona odsłaniała śnieżnej białości szmizetkę, haftowaną nadzwyczaj misternie, krawat był ponsowy, rękawiczki bismarkowskiej barwy, a buciki lakierowane szyte białym jedwabiem, mogły iść choćby na wystawę. Woń, która tego dnia atmosferą nadzwyczaj silną otaczała pana Rabsztyńskiego, była mieszaniną ambry i patchuli.
Panna Tekla popatrzała na niego obojętnie i — usiadła.
— Tak dawno nie miałem szczęścia widzieć pani?
— Dawno? spytała panna z niedowierzaniem.
— Przynajmniej, mnie się ten czas wydał — wielkim.
— Pan się nudzi w Warszawie!
— A! nie pani, ale gdy jej nie widzę...
Panna Tekla popatrzała i rozśmiała się — ruszyła zlekka ramionami. Maks — pozbawiony odpowiedzi, zakłopotał się o ciąg dalszy rozmowy. Czas był krótki, lada chwila mógł wrócić Filipowicz, albo z gabinetu Ciocia Baronowa z panią z Villamarinich, a dzień ten był przeznaczonym na „wynurzenie uczuć.“
Musiał więc, choćby nie bardzo zręcznie — wynurzać.
— Oddawna — odezwał się, spuszczając oczy skromnie — od dawna mogła pani uważać z jaką czcią dla niej i uwielbieniem jestem. To się wyrazić nie daje... Nie mogę dłużej się powstrzymać — pani pozwoli... abym dziś — niech pani wierzy...
Tu się splątał trochę. Panna słuchała z uwagą, ale Maks dostrzegł że nawet się nie zarumieniła, co w takich wypadkach jest prawie nieuniknionem.
— Mojem nieodmiennem postanowieniem, dodał — jest — jest — jeżeli pani dozwoli — starać się o jej rękę...
Chwilę pana Tekla namyślała się milcząca.
— Jestem panu bardzo wdzięczną — rzekła — ale pan wiesz że rodziców moich nie znam, o pochodzeniu mem, nie mam wiadomości. Byłoby ze strony pana zbyt wielką ofiarą...
— Pani, przerwał Maks — żadna ofiara dla niej, nie wyda mi się zbyt wielką.
— Jeszcze raz mu dziękuję — odezwała się Tekla. Ja nie chcę iść za mąż.
— Więc pani mnie... odrzuca! zapytał Maks zarumieniony.
— Będę szczerą i otwartą — chłodno odezwała się sierota. Ja jestem stworzoną i do innego świata i do życia innego niż te do którego pan przywykłeś.
— Ja się zastosuję.
To mówiąc kapelusz podniósł Rabsztyński, oczy do góry zwrócił.
— Pani — zawołał — nic nie żądam tylko słowa jej, czy miałem szczęście w jej oczach... reszta... niech pani wierzy. Jeżeli jej serce pozyskać potrafię.
— Nie — panie — stanowczo i prędko — wstając odezwała się Tekla — nie, panie — zwodzić pana nie chcę, ani mu czynić nadziei. Świetniejszy los pana czeka... tego mu życzę.
Żywo zakręciła się i wybiegła! Maksowi w gardle zaschło — stał sam jeden porzucony w salonie z rozpaczą w duszy i gniewem...
W tem wszedł — Filipowicz i zbliżył się do niego na palcach...
— A cóż, oświadczyłeś się?
Rabsztyński milczał.
— Jakże?
Z miny już mógł odgadnąć że źle poszło.
— Czy może być? co? jak się zowie — od kosza dała.
— A tak!! zawołał wybuchając Maks i gwałtownie prostując się począł chodzić po salonie — a tak!
Ruch ten i głos Filipowicza (wszystko było ukartowane) wywołał dwie panie z gabinetu. Zobaczywszy ciocię, Maks się zbliżył do niej.
— My tu już nie mamy co robić — dostałem odprawę, zawołał.
Osłupieli wszyscy. Pani z Villamarinich ręce załamała.
— Czyż może być??
— Tak jest, z bólem i ironiją rzekł piękny Rabsztyński — no — tak — nie wiem przyczyny — nie rozumiem, ale odprawę mi dano.
Wśród milczenia powszechnego, Filipowicz przybrał heroiczną postawę, wystąpił na środku salonu, i rzekł z powagą, palcem na pierś własną wskazując.
— Kiedy tak — nie mam już co taić i nie mam co! jak się zowie! Winowajcą jestem — ja!
Zdumienie powszechne.
— Nikt inny — ja — ciągnął Filipowicz dalej. Tak! Jasnem mi jest teraz wszystko. Panna Tekla kocha się, a ja sam, oślepiony, zbyt ufny, prostoduszny, wprowadziłem do domu tego człowieka... który, odgrzany na mem łonie, dziś ciosem je takiem rani!!!
Nie wierzyłem oczom, acz je mam bystre... nie przypuszczałem takiej niewdzięczności.
— Ale któż? co? jak? zawołała sama pani. Pleciesz...
— Nie plotę... nie! jam winien... widziałem wejrzenia — spotykania, konszachty, posądzałem tę pomywaczkę, którąśmy z miłosierdzia przyjęli o pośrednictwo. Bystre miałem oko. Tak jest. Romans formalny egzystuje między panną Teklą, a Emilem Drażakiem.
Stał się rumot w salonie, jak gdy naprzykład żyrandol ze świecami spadnie z sufitu na ziemię. Pani z Villamarinich rzuciła się na kanapę, Baronowa na fotel, Maks zapłonął gniewem.
— To ja sam winienem! przerwał — ja, bom był tak głupi żem panu tego złoczyńcę, tego zdrajcę zaprezentował.
Filipowicz przyjął to wyznanie mimiką godną pierwszego artysty Burgu — głowę pochylił, ręce pochylił, oczy spuścił w ziemię, zdawał się mówić.
— Któż ci winien, żeś...
— Ale to się tak nie skończy — wyzwę i zabiję...
— Zlituj się... życie narażać! krzyknęła Baronowa... Maksiu! błagam cię...
Pani domu mdlała prawie.
— Panu Emilowi, dziś, natychmiast dam odprawę — dodał Filipowicz.
Zamilkli wszyscy pod tym ciosem, jedna gospodyni miała przytomności dosyć, by zapytać męża.
— Ale zkądże! jakże ty o tem wiesz, a jeśli wiedziałeś, dla czego nie mówiłeś wcześniej?
— Obser-wo-wa-łem! rzekł Filipowicz.
— Ale to ci się śni! zaprzeczyła pani, ja cię znam. To bałamuctwo — to przypuszczenie.
Filipowicz obrażony, nie odpowiedział, poszedł do zwierciadła, i boleśnie uśmiechnął się sam do siebie.
Panie zaczęły szeptać... potem żegnać się — Maks zamilkł, profesor już ust nie otworzył i Baronowa sparta na ręku siostrzeńca opuściła ten dom, w którym tak długo pokładała nadzieję.
Gdy małżeństwo sam na sam pozostało, pani z Villamarinich, nie przedłużając rozmowy o drażliwym przedmiocie, przypomniała tylko mężowi jego obowiązki administracyjne i odprawiła go hetmańskiem ręki skinieniem.
Ofiara nieszczęśliwa, Filipowicz wyszedł z kluczami i rezygnacyą.
Pani domu przeszła się razy parę po salonie, spojrzała w zwierciadło na wyraz swej twarzy, i przyobleczona spokojem wielkim, wyszła, wprost do pokoiku panny Tekli. Panna Sierocińska siedziała zadumana w otwartem oknie.
Postrzegłszy panią, wstała i podała jej krzesło... Pani z Villamarinich siadła, przybierając najdobrotliwszą fizyognomię.
— Moja Tekluniu droga, odezwała się słodko — ty wiesz, że ja cię kocham jak własne dziecię, że ci życzę w świecie najlepiej. Pragnęłam twojego szczęścia, losu, ułatwiając zbliżenie się z młodzieńcem takiej familji jak Rabsztyński... Więc ty go nie chcesz?
— Panu Maksowi wdzięczną jestem — ale ja nie mam dla niego...
— Moja panno Teklo... bądź więc ze mną otwartą jak z matką... ktoś inny zyskał to serce...
Zarumieniła się bardzo mocno panienka, zdawała wahać czy ma skłamać czy otwarcie się przyznać, i bez wielkiego namysłu, odparła.
— Być może.
Był to szept bardzo cichy.
Pani z Villamarinich zamilkła.
— Ale jakimże sposobem... gdzie — kiedy, u nas nikt nie bywa...
Tekla zmilczała, tłomaczyć się już więcej nie chciała. Napróżne było naleganie czułe.
Trochę obrażona a bardzo niekontenta, opuściła wreszcie pokój naczelniczka.
W całej pensyi panował jakiś dziwny stan rozciekawienia, bieganiny, szepty, podglądania. Ciekawe oczy panienek, uszy ich delikatnym obdarzone słuchem, chwyciły coś, domyślano się reszty. Czuły towarzyszki Tekli, że jakaś katastrofa się gotowała. Filipowicz w istocie chciał natychmiast dać odprawę Marysi, ale po namyśle wstrzymał się ze względów administracyjnych. Marysia zaraz po wyjściu naczelniczki wsunęła się do pokoju Tekli.
Zaczęły żywo szeptać z sobą.
Rzepczakówna z sali słuchała całej sceny w salonie, wiedziała o obwinieniu Emila i siebie za pośrednictwo. Przybiegła przerażona, zapłakana... spowiadając wszystko przed przyjaciółką.
Ta ani na chwilę nie straciła przytomności. Wysłuchała opowiadania, uściskała Marysię.
— Ja dłużej tu pozostać nie mogę, rzekła — zatrzymaj się — piszę list do opiekuna. Ciebie, coś się dla mnie poświęciła nie opuszczę.
Emil sam zaniesie pismo do Borusławskiego — niech się dzieje co chce — ja tu nie mogę pozostać...
Energiczne dziewczę siadło przy stoliku i w pół godziny dwa listy były gotowe. Marysia założyła je za gors i wyśliznęła się z pokoju.
W korytarzu spotkał ją Filipowicz, stanął, zdawał się chcieć coś powiedzieć i wstrzymał się — zawsze ze względów administracyjnych.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.