Wieczory drezdeńskie/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wieczory drezdeńskie
Data wydania 1866
Wydawnictwo Xięgarnia Zelmana Igla
Drukarz Drukarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



IV


Nie wiem czy się kto zastanawiał nad tem, jak różnie to, co się zowie cywilizacyą, przenika warstwy społeczne. Studya nad prawami przenikliwości... byłyby bardzo zajmujące... Jak są ciała mniej lub więcej przenikliwe dla płynów, będące lepszemi lub gorszemi przewodnikami elektryczności, tak i różne narody i klasy różne, chwytają rozmaicie i pochłaniają cywilizacyę, zużytkowują ją odmiennie.
Jedne z nich biorą ogładę zewnętrzną, drugie stronę jej wyłącznie utylitarną, inne kształcą się szczególniej religijnie aż do niewiary, inne — ale wyliczyć trudno. Począwszy od narodów, które się cywilizują przez wojskowość, aż do tych, które czerpią wykształcenie ze szkoły — skala jest rozległa i niepoliczonych stopni.
W jednych krajach kultura długo nie przechodzi nad powierzchnię, nad warstwy wyższe, w drugich przesiąka zwolna stan średni, w innych przejmuje od razu lud cały aż do spodu... Wszędzie skutkiem rozpowszechnienia światła jest zrównanie stanów i zatarcie różnic między niemi. Klasy mniej oświecone, dopóki są niemi, zawsze wydzielać się muszą i stać odrębnie.
A jak barwa, która na różnokolorowych tkaniach co raz się inną wydaje, tak i cywilizacya wszczepiona na coraz różnych materyałach, skutkuje coraz inaczej, wydając owoce rozmaite. Cywilizacya stara nabyta powolnie i młoda, choćby obie równej były wartości, charakter mają różny. Bez wątpienia najszczęśliwszym jest naród który zwolna, normalnie przychodził do ukształcenia gruntownego i którego ludowi dostępnem jest wszelkie światło... dowiedziona dotykalnie jego potrzeba.
Jedna oświata i jej rozpowszechnienie może na ostatek położyć tamę przewrotom społecznym i przejednać zwaśnione klasy społeczeństwa, w tradycyjnym boju z sobą trwające od wieków.
Wszędzie, gdzie gruntowna przeniknęła oświata, przyszło z nią braterstwo. W Saxonii, którą wycywilizował do pewnego stopnia przemysł i praca, różnice stanów na oko prawie nie istnieją. Jest pewien rodzaj respektu dla imion starej szlachty, ale wyjąwszy pamiątkę — widzimy, że żadnego nie mają przywileju, żyją jak inni obywatele, chłop czasem razem z nimi siada do stołu, a przy pożegnaniu i powitaniu wyciąga im rękę namulaną, nazbyt się nizko nie kłaniając. Czuje on już w sobie godność człowieka.
Rodzina panująca żyje tak skromnie, tak jest przystępną, że i ona wciela się prawie w spójne ciało kraju całego.
Pewni jesteśmy, że gdyby nieszczęście jakie spotkało Sasów i zmusiło ich do obrony ziemi, na której im żyć tak wygodnie, poszliby wszyscy jak jeden do szeregów...
Mylę się... mylę — jako jeden pełni oburzenia siedzieliby wszyscy unanimiter w domu...
Pomimo chorągwi niemieckich, na których Germanię malują z ogromnym mieczem, Turnvereinów, Schützenfestów, strzelań do tarczy i ptaków, mów, spiewów... Wort und That itp.... mimo różnych przy kuflu chętek patryotycznych — Niemcy nie mają już wcale ducha wojennego... Zabić kucharza na ulicy lub przechodnia na drodze gdy się ma szablę przeciw kijowi, to jeszcze, ale bić się na seryo... nie uważają za rzecz rozsądną... Cywilizacya ich warstatowa, przemysłowa, handlowa zabiła rycerstwo dawne.
Śmiano się długo z tego, że stary obyczaj zakazywał szlachcicowi łokciem mierzyć i rzemiosło sprawiać — szlachectwo było rycerskim zakonem (ginie też z innymi zakonami) — miało doskonałe przeczucie jeśli nie wiedzę, że łokieć, waga i rzemiosło wyżyłują je z rycerskiego ducha.
Przebiegając Niemcy można się o tem przeświadczyć. Im świetniej który kraj rozwija się pod względem przemysłu i handlu, tem mniej ma do oręża ochoty. Górale, mieszkańcy krain pół dzikich to jeszcze wojownicy, których walka z naturą ciągła usposabia do boju — spokojny rzemieślnik brzydzi się krwi rozlewem. W najlepszym razie z czeladnika robi się żołnierz nigdy rycerz.
Żywiołu poetycznego, marzycielskiego, awanturniczego, tak potrzebnego rycerstwu, brak tym ludziom zupełnie.
Wojna też w dniach dzisiejszych może być w potrzebach i konieczności rządzących, ale nie jest w duchu rządzonych, nie ma ona żadnej podstawy w pojęciach epoki. Chwilowo powody do niej dadzą się odgrzać w przeszłości — zrodzić się z potrzeb dzisiejszych logicznie im nie podobna. Widać już jutrzenkę dnia, gdy militarne państw przybory będą za osobliwość ukazywane po muzeach, a kulami działowemi wybrukują chyba rynsztoki. Jak się ten spokojny kształt urobi lepiej czy gorzej od dawnego, nie wiemy, ale że nań czas przychodzi, to pewna. Idziemy niechybnie do zupełnej metamorfozy społeczeństwa, które za sto lat zmieni się do niepoznania.
Wszyscy to czują, nie każdy pragnie i życzy sobie — ale żelazna konieczność.
Któryś z tutejszych gawędliwszych Sasów spytał naszego ziomka z zupełnie dobrą wiarą, jak Polacy, słaba garstka... porwać się mogła przeciw tak potężnemu nieprzyjacielowi?
— Kochany Michelu, odpad zagadniony sądząc że go nawróci — a gdyby — przypuśćmy, Prusacy was Sasów dusić zaczęli i przewodzić wam i...
Na wzmiankę o Prusakach, których tu (oddajmy sprawiedliwość Sasom) nie cierpią wszyscy — Michel cofnął się aż mocno zaczerwieniony i poruszył... ale się dużo zamyślił.
— Wszakżebyście się oburzyli, porwali w obronie niepodległości waszej? hę? dodał mówiący...
Sas dumał, popił piwa, zatrzasnął kufel z hałasem i głową rzucił.
— Ne–e! ne–e! Nie, rzekł, Prusacy są daleko silniejsi od nas... musielibyśmy siedzieć cicho i cierpieć; ale Donnerweter... klęlibyśmy łotrów co by wlazło!
Takie jest usposobienie Saxonii i krajów ucywilizowanych przemysłem i pracą...
Rolnik gdyby postradał w wojnie chatę, zbiór, bydło, powróci do zagona i do swojego chleba kawałka, warstat do pracy mu pozostał.
Mienie rzemieślnika, proletaryusza lada rozruch niszczy i niepowrotnie rozprasza; a przypuściwszy nawet żeby je uchował, niepokój kraju oddziaływa szkodliwiej na jego stosunki niż na zbyt płodów rozlicznych, które są pierwszej potrzeby. Korzec żyta i kartofli sprzeda się zawsze, towar zbytkowy tylko czasu pokoju... a jeźli jest przeznaczony za granicę, lada wstrząśnienie zapiera mu drogę do wyjścia.
Wojna wstrzymuje handel, płody rękodzielnicze idą do krajów, które ich potrzebowały drogami innemi, wyprzedaż się tamuje — choćby powrócił pokój trzeba szukać i wyrabiać nowych kupców i targów nowych.
Dlatego rzemieślnik i przemysłowiec drzy na samo wojny imie i woli poddać się nowemu panu siedząc za warstatem swoim, niż szukać innego zarobkowania i miejsca tracąc te, do którego nawyknął.
W tym świecie pracy na innych warstatach nie na roli, która jest także warstatem, najmniejsze zakłócenie stosunków codziennych wywiera wpływ niezmiernie szkodliwy. Rzemieślnik jeśli ustąpi na chwilę miejsce jego natychmiast jest zajęte, inne ręce już mu pracę odebrały, trzeba jej szukać dalej... Traci czas, traci wprawę, klientów swych itp. Dla tego rycerzem mu się zostać nie chce... Dopóki Turnvereiny zajmują mu przyjemnie kilka dni wrzawliwej przejażdżki, bardzo ochotnie słucha mów o niemieckim Vaterlandzie, ale gdy zaczną powoływać rezerwy, gdy od warstatów przyjdzie się na dłużej absentować, mruczy obywatel patryota, bo musi w ofierze ojczyznie dać życie nie tylko swoje na placu boju — ale całej swej rodziny, którą pracą rąk żywi. Jak skoro warstat stanął, robota przerwana... jeść nie ma co... a na głodno najtęższy patryotyzm nie wytrzyma... Rozumi się niemiecki, polski umie się obejść bez chleba, bez wody, bez obówia, bez wszystkiego... nawet bez nadziei i jutra!
Nic też bardziej pokojowo usposobionego nad fabryczne Niemcy... Obywatel który sto tysięcy talarów włożył w fabrykę, wcale w okolicy jej nie życzy sobie placu boju... Rolnikowi potyczka zabiera procent, najwięcej kapitał obrotowy — fabrykantowi wszystko... Tak samo Anglia, tak wszystkie kraje warstatowe, fabryczne, przeludnione, w których znaczniejsza część ludności zajęta jest rękodziełami, handlem i przemysłem, muszą być usposobień pokojowych.
Postęp materyalny działa zawsze jako lekarstwo dzielnie uspokajające.
Dodajmy za tem idący realizm wyobrażeń, przywiązanie się do rzeczywistości, a coraz wystygającego ducha...
Duch, idee powoli schodzą na coś zupełnie po za obrębem życia stojącego... na praktykę życia nie mają one wpływu stanowczego, mówią o nich, piszą, bawią się niemi, ale jak skoro przyjdzie ofiarami poprzeć przekonania... uciekają się do sofizmatów, aby czynu uniknąć...
Gdyby można obrachować na pewno, że każdy obywatel kraju zyska dziennie po kilka silbergroszów na patryotycznej wojnie — niechybnie usposobienie byłoby wielce bohaterskie, ale że jest pewność, iż w najlepszym razie wojna po kilka talarów wyciągnie każdemu z kieszeni — jakże nie przekładać i nie żądać pokoju...?... bądź co bądź!
W Prusiech rząd stara się przeciwko tym usposobieniom dobrze sobie znanym oddziaływać organizacyą wojskową, któraby wyrabiała prawdziwych żołnierzy, zapominających o warstacie, o domu, o handlu i interesach własnych; usiłuje przedłużyć służbę, aby wojak trochę o domu miał czas zapomnieć i nabrał ducha, żeby się wreszcie za coś innego już i lepszego od narodu uważał... ale... walka o ten budżet wojenny dowodzi, że się na doniosłości jego poznano.
Żołnierz niemiecki w ogóle nie jest wielce rycerskiego usposobienia, postawy, charakteru!, Francuzi zarzucają pruskiemu, że jest sztywny i bez życia, innym że im tylko brak szlafmyc, by na poczciwych bürgerów wyglądali. Saski naprzykład wojak nie kosztujący wojny, bo mu się nawet nie udało walczyć o Szlezwik i Holsztyn, zadomowiony, uobywatela się, można rzec, nawet czasu służby, ostyga i nosząc mundur duma już o tem co będzie robił gdy go zrzuci. Jest on w jego życiu wypadkiem, ale nie celem. Jest mu w służbie dobrze, do niczego mu ona nie przeszkadza, na wiele pomaga, daje opiekę, nie odbiera człowieczej samoistności, jest to więc chleb jak i drugi, nie długo trwały, ale zdrowy. Jakim sposobem ma się tu duch rycerski wyrobić? strzelaniem do celu czy paradą? W dnie świąteczne wolny od służby żołnierz z małżonką pod rękę lub z ulubienicą przy boku, idzie sobie na swoją piwa szklankę, z cywilnymi w przykładnej żyje zgodzie, a duma o przyszłem gospodarstwie. Muzyka jego pułku przygrywa mu w ogrodzie, cieszy się nią i chlubi, powraca do domu i kładzie w tak ciepłą pierzynę, jak gdyby nigdy nie miał spać na mrozie pod gołem niebem.
Przypatrzywszy się temu wojsku, widzisz i czujesz je anomalią jakąś i przesądem dożywającym ostatków zapożyczonego z przeszłości życia. Inaczej wcale wyobrażamy sobie wojaka, inaczej wygląda żołnierz francuzki, włoski, nawet rosyjski a najodmienniej szwajcarski...
Francuz już chyba urodził się na żołnierza jak Polak, raz otarłszy łzę po chacie i rodzinie zrasta się z mundurem, czwani się nim, czuje spadkobiercą bohaterów, coś mu mówi, że do wielkich przeznaczeń kieruje nim opatrzność, wojna go rozpromienia, bęben rozgorączkowuje, parada upaja, rana odniesiona spysznia. Włoch ma głęboko wpojoną ideę oswobodzenia całego kraju, dla którego walczyć jest gotów... jest ona pragnieniem, marzeniem, potrzebą, obowiązkiem w oczach wszystkich... dopóki tego nie wykona, ma cel przed sobą, któremu się poświęca chętnie.
Nie zaręczam czy z Włocha będzie najdoskonalszy żołnierz, ale ma ogień i ducha, nie jest to handlarz i warstatowy czeladnik, przemysł nie miał czasu przetrawić go do szpiku, co w nim jeszcze dzikiego, namiętnego się odzywa... Może nawet drapnąć z placu boju w wielkim upale, ale nazajutrz bić się będzie z nowym ogniem, jeszcze lepiej i zażarciej. Szwajcar jest chłodny, ale to jedyny może żołnierz z przekonania, kraj jego stoi na ramionach swych obrońców, każdy wojskowy czuje, że losy rodziny, domu, swobód krajowych, w jakiejś części na nim brzemieniem spoczywają.
Jest to rycerz przez rozumowanie, szlachetnie poświęcający się dla jasnego sobie celu... i tu każdy obywatel jest takim żołnierzem... Może nie być namiętnym, ale się da w miejscu zabić z krwią zimną głęboko przeświadczonego o obowiązku człowieka.
Francuz jest żołnierzem z temperamentu, Włoch przez uczucie, Szwajcar przez obowiązek, Anglik przez honor, Niemiec poczciwy jest nim tylko z konieczności. Wyjmuję junkrów pruskich, w których jest resztka krwi szlacheckiej, skwaśniała.
Nie ujmuję przez to bynajmniej narodowi niemieckiemu, o którego waleczności, odwadze i poświęceniu nie wątpię, ale Niemiec przedewszystkiem jest człowiekiem pracy spokojnej.
Walczy on na innem polu dla ludzkości, przędzie myśl i bawełnę, tka rozumowania i sukna, handluje kulturą i norymberszczyzną. Z ludów stałego lądu Niemiec najdalej zaszedł w ideę XIX weku. Ale, zrozumiejmy się, nie mówię, by przez to przeczuł wiek XX i do niego się zbliżył, dobrze mu w XIX...
Bardzo być może, iż cywilizacya wieku dziewiętnastego zmieni później kierunek i ducha, na dziś tylko jest taką, jaką ją sobie wyrażają Niemcy. A ponieważ literatura zawsze odbija usposobienia ogółu, więcej jeszcze od niej dziennikarstwo, można się łatwo przekonać z żurnalistyki, iż pokojowe skłonności przemagają w Niemczech.
Ostatnie wypadki w których wewnętrzne interesa Niemiec niezaspokojone, interesa idei poświęcone zostały materyalnym korzyściom zdobyczy nowego kraju, a w istocie idea abdykowała aby nie przyszło ją okupić zbyt drogo — są faktem wielkiego znaczenia.[1] Na jarmarku to potrzeba widzieć Niemca, aby go w całym ujrzyć blasku, we własnem jego żywiole; tu on wesół, czuje się panem, to jego uroczystość, to najmilsze zajęcie. Dzieci małe już się do handelku powoli wprawiają. Przed świętami Bożego Narodzenia ulice Drezna pełne są ubożuchnych handlarzy owych, sprzedających zabawki klejone z papieru, lepione z gałganków, szyte ze zrzynek. Gorączka, z jaką się tej zabawie oddają, rokuje już w nich przyszłych Wittingtonów... pracujących na merowstwo Londynu. Napadają przechodzących, ciągną za suknie, śmieją się, szaleją... ale domagają groszyka... Kto je widywał w innych roku porach, nie pozna.
W budkach tkaczy i innych fabrykantów i rzemieślników w czasie jarmarków nieraz ledwie dorosłe dziecko z doskonałą przytomnością umysłu całym zarządza już sklepikiem, wie ceny, umie przyjąć kupującego.
Dzieci póki są jeszcze dziećmi, wożone na wózkach, noszone na rękach, pieszczone, używają słodkiego wypoczynku, ale zaledwie lat doszły i siły do zajęcia, już pracować zaczynają.
Tu także czas jest groszem, a grosz wszystkiem. Widuje się chłopięta w stosowanych kapeluszach i przy pałasikach, ale i ci mali wojownicy, ręczę, woleliby za straganem zarobić silbergrosza, aby rozpocząć walkę życia — o zebranie kapitału.
Piszemy to zaprawdę bez gniewu, bez myśli uchybienia narodowi niemieckiemu; niech każdy wnijdzie w siebie a uzna, że tak jest.
Kobieta zakochana... to przecie istota zdolna do największych poświęceń...
Opowiadano mi o jednej, która zajęta mocno ziomkiem naszym, zmuszonym przez policyą opuścić Drezno, wykrzyknęła z gorączkowym zapałem...
— Wyjeżdża! a ja go tak kocham... tak kocham... jestem gotową sprawić sobie nową suknię i odprowadzić go... do pierwszej stacyi.
Jeśli tak mówi gorąca miłość, jakże musi mówić obojętność, a nawet mniej płomieniste uczucie.?
Zasadą, myślą główną, na której wyrosła ta cywilizacya tak dziwnie zlodowaciała, była, i jest uczciwa praca. Ale jak z najpiękniejszej zasady, gdy się ją posunie do krańców, mogą wyrosnąć skutki niespodziewane; jak wiara mająca podnosić do Boga rodzi fanatyzm krwawy, jak miłosierdzie umie się zmienić w bezsilną rozrzutność, tak zacna praca zwrócona tylko ku materyalnemu zbogaceniu się z pominięciem ważniejszych celów życia, wyrodziła to samolubstwo bojaźliwe, małoduszne, a w przyszłości — wycieńczające.
Stoją po miastach niemieckich wszędzie liczne posągi wielkich ludzi, których czci Germania jako wyrazicieli myśli swej i posłannictwa narodowego; niech dzisiejsi wnukowie tych wieszczów i filozofów spojrzą w czyste, aureolą otoczone uwielbione oblicza Schillera, Herdera, Goethego, Körnera, Jean-Paula, Kanta... na którego bądź z tych jenjalnych Prometeuszów, których wydała Germania... i niech spytają jaką myślą tchną dzieła tych nieśmiertelnych? Czy żywot dzisiejszy potomków zgadza się z prawdami przez ojców głoszonemi? czy prawdy pieśni i xiąg są przewodniczkami żywota? czy to co kieruje sprawami powszedniemi Niemiec w 1863–1865 roku, wskazane zostało przez wodzów cywilizacyi i wieszczów przyszłości!
O! smutna byłaby odpowiedź!
Nigdzie między narodem a duchem wieszczów straszniejszej nie ma przepaści... pieśń i życie płyną na dwie strony przeciwne...
Niemcy dzisiejsi stoją na mogile przeszłości, która być wcale inną obiecywała, inne idee, programy, natchnienia; serca nie biją wtórem do pieśni proroczych; czoła nie jaśnieją myślą, która tak wysoko po nad świat wyniosła owych wielkich marzycieli!
Inni ludzie, inne czasy, inne pragnienia... tam była walka z rzeczewistością tu pokorna z nią zgoda... ideały Schillera uleciały w niebiosa. Zwyciężona Germania nie śmie i spojrzeć ku nim; z okiem wlepionem w ziemię pracuje na czarny chleba... przepraszam... na biały chleba kawałek.
Posągi niezrozumiałe, niewytłumaczone chorągwie, bezpłodne zapały; nazajutrz po uroczystości wielkiej i laurowych wieńcach wraca się do rachuby dziennej z troską na czole. Na tle rzeczywistości zimnej wszczepione polityczne namiętności pędzą na bezdroża dla mrzonek potęgi, której żaden naród nie pozyskał przez państwową siłę, ale przez moc ducha, jaki go ogrzewa.
Niemcy czterdziesto milionowe pod jednem berłem nie byłyby większe, ani szczęśliwsze, ani świetniejsze niż być mogą wielką sfederowaną rodziną ożywioną jednem uczuciem.
Ale tego to uczucia (domyślicie się łatwo) braknie codzień bardziej; palą się głowy nie serca... wolą Szlezwik i Holsztyn, niż postęp wewnętrzny, któryby im dał więcej nad nie. Trudno się jaśniej tłumaczyć, milczmy.

3 września 1864.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.
  1. pisano w 1864.