Strona:Józef Ignacy Kraszewski-Wieczory drezdeńskie.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


witaniu wyciąga im rękę namulaną, nazbyt się nizko nie kłaniając. Czuje on już w sobie godność człowieka.
Rodzina panująca żyje tak skromnie, tak jest przystępną, że i ona wciela się prawie w spójne ciało kraju całego.
Pewni jesteśmy, że gdyby nieszczęście jakie spotkało Sasów i zmusiło ich do obrony ziemi, na której im żyć tak wygodnie, poszliby wszyscy jak jeden do szeregów...
Mylę się... mylę — jako jeden pełni oburzenia siedzieliby wszyscy unanimiter w domu...
Pomimo choragwi niemieckich, na których Germanię malują z ogromnym mieczem, Turnvereinów, Schützenfestów, strzelań do tarczy i ptaków, mów, spiewów... Wort und That itp.... mimo różnych przy kuflu chętek patryotycznych — Niemcy