Więzień (Geffroy, 1907)/LXXXI-CI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustave Geffroy
Tytuł Więzień
Wydawca Polskie Towarzystwo Nakładowe
Data wyd. 1907
Druk Drukarnia A. Rippera
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. L'Enfermé
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


LXXXI.

Od tego to zgromadzenia w sali balowej w Prado, datuje się istnienie Centralnego Związku Republikańskiego, później zwanego powszechnie klubem Blanquiego, mimo protestów ze strony twórcy, który wielokrotnie wykazywał, że klub nie może być własnością jednego, poszczególnego człowieka, jak naprzykład za dawnych rządów pułk wojska był własnością panującego.
Przewodniczącym klubu był Blanqui, zastępcami: Thorè i Durrieu. Na miejsce zebrań obrano salę Konserwatoryum. Od pierwszych zaraz dni tłumy cisnęły się do klubu. Wchodziło się bramą od rue Bergére, a ludzie szli gęsiego jak do teatru, cisnąc się pomiędzy murem, a drewnianą balustradą otaczającą chodnik. Co wieczora od pół do ósmej zbrojni klubiści w czerwonych krawatach strzegli wejścia. Członkowie klubu zajmowali miejsca w parterze i orkiestrze i oni jeno mieli prawo przemawiać i głosować. Publika płacąca za wstęp, przysłuchiwała się rozprawom. Byli tam zwolennicy, przyjaciele, przeciwnicy, wreście prości ciekawscy, których pełno na każdym spektaklu, gdzie pogromcy grozi w każdej chwili, że rozszarpany zostanie przez lwa. Pośród nich był też Henryk Rochefort, piętnastoletni podówczas student. Na scenie, po lewej stronie umieścili się przy stole, pokrytym zielonem suknem, protokolanci i sekretarze, po prawej stawał mówca. Najczęściej przemawiali: Hipolit Bonnellier, Arnoult Frémy, Alfons Esquiros literat, Routier de Bullemont skarbnik prefektury policyi, Malapert adwokat, Savary powroźnik i wreszcie sam Blanqui.
Na słowa Blanquiego czyhali wszyscy. Gdy wstąpił na scenę czyniła się głęboka cisza. Wszyscy nastawiali uszu, by usłyszeć jego ostry głos, zrozumieć słowa jasne, logiczne, poprawne, konkretne w dyskusyi i poparte energicznym ruchem rąk, ubranych zawsze w czarne rękawiczki. Przeciwnicy i dowcipnisie: twierdzili, że cierpi na wyrzuty skórne, albo trąd. Ale Blanqui nosił żałobę po żonie i pod rękawiczką ukrywał zazdrośnie obrączkę ślubną, symbol wiary zaprzysiężonej miłości, której węzłów śmierć zerwać nie zdołała.
Osięgnął odrazu wielki wpływ.
„Potężnym był niezmiernie jako mówca — pisze o Blanquim Alfred Delvau. — Głos jego ostry, przejmujący, donośny i metaliczny, a mimo to, stłumiony chwilami, jak brzęk tam-tamu, gorączkę niecił w duszach słuchaczy... Miał umysł matematyka, opierał się zawsze na danych konkretnych, z upodobaniem przytaczał ścisłe cyfry, fakty historyczne... Wymowa jego zarówno jak i charakter, to nie ogień skryty pod popiołami, to przeciwnie zamróz lodowy pod stosem gorejącym. Nieraz rozczarowanie ogarniało wszystkich, gdy Blanqui milczał, ograniczając się do słuchania jeno, gdy siedział zamyślony, ledwie widzialny, a klub rozbrzmiewał paplaniną, w której wyładowuje się energia tylu ludzi, wyzwala ich żądza czynu. W chwilach, gdy mówca publiczny rzuca frazesy, wywołujące burzę oklasków, gdy dowodzi jak koniecznem i jak łatwem zarazem jest zmienić w mgnieniu oka postać świata, w owych chwilach bliskim jest bardzo wiary, albo nawet wierzy, że on to sam różdżką czarodziejską dokonał owej tajemniczej zmiany. Siada tedy na swem krześle, uradowany, spokojny i ogarnia go błogość wierzącego. Takim bywa mówca szczery. I szczęśliwym się czuć powinien, jeśli z nastroju owego natychmiast nie wyrwie go następny mówca, jeśli słuchając nie dostrzeże głupoty jego, płytkości i upojenia własnemi słowami. Ale niestety dzieje się tak niemal zawsze. Niepodobieństwem jest zmienić człowieka. Zebranie publiczne posiada swe zakamarki zakulisowe, swą rutynę teatralną, swych bohaterów dramatycznych, ojców szlachetnych, swych komików. Któż nie dostrzegł tego wszystkiego, któż nie widział aktorów przed występem, podczas niego, lub po zejściu ze sceny, jak chciwie pożądają wyłącznej sławy, walczą o efekt, niby do mety z wysiłkiem zdążają do końca spektaklu, okryci potem, zziajani, zawistni. Nie łatwe zadanie ma polityk zmuszony z tych różnolitych pierwiastków stworzyć organizm i wykrzesać zeń czyn. To też Blanqui spostrzegł niedługo, zaraz może pierwszego dnia, jak trudną rzeczą jest stworzyć armię i kierować nią, jak bezsensownem jest chcieć wykonać zapomocą tej armii plan z góry nakreślony i że nierównie łatwiej w omroce celi więziennej skonstruować sobie i wymarzyć wielki dramat ludzki, jak wbrew ciągłym przypadkowym przeszkodom, przeprowadzić go w rzeczywistości. Wszystko wymyka się z rąk, rozprasza i ograniczyć się jeno trzeba na tem, by jak najwięcej ocalić z tego, co się uważa za swe przeznaczenie, by skombinować wyśnione ideje z niezmiennym biegiem rzeczy.
Blanqui podjął się próby, wykrzesania jedności z tej anarchii. Musiał dobyć wszystkich sił i zwrócić całą siłę woli jużto w kierunku powstrzymania niewczesnych napędów, gdy widział jasno bezowocność wysiłku, jużto w kierunku zogniskowania w jedno rozprószonych sił i pchnięcia ich naprzód, gdy dostrzegł nadarzającą się sposobność zwycięstwa. Rozpoczęła się na dobre długotrwała, męcząca walka między jego zimną, stalową wolą, a kaprysem tłumu. Ale nie mógł, wobec tej ruchliwej, zmiennej jak woda masy, zastosować dawnych metod organizacyjnych, niepodobieństwem było wznawiać instytucyę hierarchiczną i tajemniczą dawnych, tajnych stowarzyszeń i went węglarskich, gdzie hasło zna kilku jeno, słuchają wszyscy, a rozkaz ostateczny jest tajemnicą aż do ostatniej chwili przed czynem. Metody te znikają same z siebie wobec wolności, topnieją jak cienie na zalanych jasnem słońcem ulicach. Tam to trafiiłoby może do dusz wybrańców, masa z natury rzeczy nie odczuwa kontaktu psychicznego z wtajemniczonym arcykapłanem wolności. Zresztą za republiki Blanqui sam dążył da akcyi jawnej.
Zdolności umysłowe jego usposabiały go przy tem bardziej do dzierżenia władzy, do kierowania czemś co jest, niźli do buntowania się, knucia spisków. Widział jasno, więc ze szczytu społecznego, byłby niewątpliwie w jednej chwili dostrzegł drogi po jakich się toczyć ma rydwan państwa, byłby wybornym mężem stanu. I chociaż dziwnem się to wyda zrazu, po bliższem zastanowieniu każdy przyzna słuszność zdaniu, że właśnie umysł krytyczny Blanquiego był mu najlepszą kwalifikacyą, gdy szło o wybranie drogi pośredniej pośród grożących niebezpieczeństw. Dowodzi tego choćby jego interwencya w Prado i cala polityka w roku 1848. Łączył w sobie rozwagę, zamiłowanie do strategicznych operacyj z instyktownem, bezwolnem niemal pożądaniem czynu. Prócz tego jeszcze, i to właśnie tłumaczy natychmiastowy, bezgraniczny wpływ jego w roku 1848, posiadał zdolność przeczuwania wydarzeń, instynkt logiki faktów, i niemal nieomylnym był w tym kierunku. Wszystko to są zdolności, które normalnie trwać, rozwijać się i wzrastać mogą jeno u steru rządów. Blanqui w sali Konserwatoryum jest jeno zmarnowanym politykiem. Tam nie może prowadzić polityki, któraby miała jakieś znaczenie i konsekwencye. Ta może jeno na śmiech obalać i powoływać do życia ministerstwa kilkugodzinne, a energia jego wyczerpuje się na zwalczanie takich wniosków naprzykład jak wniosek obywatela Thouarsa, który chciał, by obradowano w bluzach. Obywatel Thouars, w istocie nazajutrz przyszedł w niebieskiej, robotniczej bluzie i odchodząc zostawił ją w garderobie.

LXXXII.

Owe drobiazgi i głupstwa spaczyły najzupełniej pogląd ogółu, na to co się działo w klubie i ciekawi cudzoziemcy przepłacający nieraz krzesła w sali Konserwatoryum, w nadziei dziwacznego widowiska, odchodzili rozczarowani. Dzienniki reakcyjne zapewniały, że cały czas bywa tam poświęcany liczeniu głów wrogów, a słuchaczy traktuje się dyskusyami na temat przywrócenia stempli, utrzymania dawnej magistratury, wyboru komisarzy republiki, zagarnięcia domenów państwowych, stworzenia gwardyi ruchomej i t. p. Tymczasem Blanqui nawoływał do ostrożności i liczenia się z najbliższymi, możliwymi wypadkami, żądał czynu, nie słów, wskazywał na konieczność odsunięcia terminu wyborów, a wreszcie rozwijał ideje proklamowane w r. 1830, to jest emancypacyę pracy i nowy porządek społeczny.
Ale to nie znaczyło nic. Przeciwnicy nie przestawali twierdzić, że cały czas obrad kluba schodzi na domaganiu się głów nieprzyjaciół i legenda ta utrwalała się z dniem każdym. Blanqui na tem tle, w oczach wszystkich wyrósł na potwora i taką to już opinią miał odtąd cieszyć się u mieszczaństwa paryskiego i prowicyonalnego. Nic innego o jego charakterze i roli nie wiedziano i nie chciano wiedzieć.
Zresztą nietylko w sali Konserwatoryum, wrzało podówczas, nietylko tam zjawiały się i znikały dziwaczne pomysły, nietylko tam posługiwano się ekscentrycznym językiem i dopuszczano błazeństw rozlicznych. Aby zrozumieć wybryki objawiające się na jednem miejscu, trzeba objąć okiem stan umysłowości całego Paryża ówczesnego. Trzeba wziąć na uwagę, że czasu pierwszych miesięcy nowego porządku rzeczy, równocześnie niemal, otwarto dwieście piędziesiąt klubów, a liczba ich szybko wzrastała i niebawem doszła do pięciuset. Upodobanie w gromadzeniu się, adoracya parlamentaryzmu ogarnęły lud, to też oddawano się temu z rodzajem nabożeństwa, wspominano czasy dawnych swobód, marzono o jakiejś nieziszczalnej republice. Z zapałem mianowano sekretarzy protokolantów, prezydentów, kwestorów, skarbników, usta nawiano komisye obradujące w permanencyi, komitety wykonawcze, uchwalano regulaminy i statuty. Podobny szał układania wszystkiego w formułę prawną opanował także stowarzyszenia kobiece, nauczycieli szkół, służących nawet, zbiegów politycznych, artystów i literatów. W każdej dzielnicy, wszędzie, gdzie jeno można było ustawić kilka ław dla audytoryum i trybunę dla mówcy, organizował się zaraz klub, odbywały się zgromadzenia ludowe i manifestacye.
Klub zainstalowany w gmachu opactwa przy rue du Dragon, przesłał rządowi tymczasowemu kwotę: jeden frank i dwadzieścia pięć centimów, jako swój datek na potrzeby republiki. W klubie „de l’Emeute revolutionnaire“ przy ulicy Mouffetard liczba 69, gdzie prezydował Palanchon, wraz z Blanquim wmięszany w aferę z prochem z roku 1836, klubiści noszą czerwone, frygijskie czapki, a posiedzenia zamykane bywają refrenem pieśni:

„Chapeau bas devant la casquette,
A genoux devant l’ouvrier!“

W klubie Franklina, rue des Tournelles, również czerwonego koloru czapki, krawaty i przepaski, a sala ozdobiona drzewcami lanc na których zatknięto czapki frygijskie. W klubie wojennym „des Hommes sans peur“ przywódcami są mistycy.
Towarzystwem „des Droits de l’Homme et du Citoyen“, mieszczącem się w Palais National i przy rue Saint Martin, kieruje komitet centralny: Barbés, Huber, Napoleon Lebon, Villain i inni, zaś wydziałami tegoż towarzystwa zarządzają komisarze obwodowi i szefowie sekcyj. Owo „stowarzyszenie praw człowieka i obywatela“ wskrzesiło, przetwarzając równocześnie na jawną, metodę organizacyjną dawnych, węglarskich związków tajnych i przywróciło znaczenie i cześć staremu regulaminowi, który nakazywał każdemu ze spiskowców posiadać fuzyę, naboje i odznakę klubową. I tutaj ujrzały światło dzienne i zostały uwiecznione w protokołach różne, arcydziwaczne wnioski. I tak naprzykład: obywatel Garat domagał się, by rząd utworzył sanitarny kordon wojskowy wokoło mieszkań bogaczy, których się równocześnie skazuje na wymorzenie głodem. Obywatel Hubert, powroźnik z ulicy Saint-Louis-au-Marais żalił się wobec zgromadzonych na zmarłego prefekta policyi, Gabryela Delesserta, który zjawia mu się co nocy jako wilkołak, albo gniecie go zmorą, wreszcie rekord wziął zdaje się obywatel Duvivier, który pewnego dnia rozwiązał radykalnie wszystkie zawiłe kwestye społeczne wnioskiem, w którym domagał się „usunięcia“ wszystkich ludzi powyżej trzydzieści lat wieku liczących, a to ze względu, iż są oni zarażeni obyczajami czasów dawnych i jako tacy niezdolni do twórczej pracy przy budowie, od fundamentu nowego gmachu państwowego. Zwracał się w konkluzyi do samych skazańców, by dla miłości ojczyzny i świata, filozoficznie położyli koniec swemu życiu. Ale poważnem zadaniem towarzystwa stało się niebawem zwalczanie wpływu Blanquiego i paraliżowanie podjętej przez niego akcyi.
Wymieńmy jeszcze dla całości obrazu z pośród stowarzyszeń żeńskich, klub-legion Wezuwianek przy ru e Sainte-Apolline, którego regulamin wymagał od wstępującej: piękności, wieku od 15 do 30 lat najwyżej i życia w celibacie. Reżyserem tego klubu był obywatel Borme młodszy, wynalazca wielu machin wojennych wyrzucających w ciągu sekundy trzysta paczek, mieszczących mnóstwo kul mitrajlezowych. Borme również wsławił się oczywiście w klubie — genialnym wynalazkiem straszliwego ognia, którym spalić można było z łatwością każdą flotę nieprzyjacielską. Posiadał również sekret pewnego sposobu, zapomocą którego dwa tysiące obywatelek potykać się mogło zwycięsko z piędziesięciu tysiącami żołnierzy wrogiej armii.

LXXXIII.

Zerwała się w duszach ludzkich burza, słychać zmieszane głosy, łkają ludzkie serca, w różnych językach, o swym bólu znać dając, rozbrzmiewają gwary ras wszelakich, wszelakich zawodów, pomruk starców, bas głęboki brodatych robotników, sopran kobiet. Ani sposobu pojąć znaczenia codziennych żądań, domagań się, formuł abstrakcyjnych filozofów humanitarnych, zapewnień wynalazców przeróżnych systemów. Począł się jakiś dziwny kiermasz myśli, ogłuszające wrzaski i zgrzyty walczą o lepsze z pieśniami słonecznemi. Piotr Leroux tłomaczy kwadraturę koła, Considerant zaleca falanster, Cabet obiecuje ziemski raj Ikaryi, Louis Blanc przewiduje niepowodzenie organizacyi pracy, Proudhon krytykuje republikę, przerażony zbyt szybkiem tworzeniem się republiki socyalnej, straszny, jasnowidzący, zrozpaczony przebiega i pustoszy pola utopii, Blanąui przewiduje konieczność czynu i jego równocześnie grozę i niebezpieczeństwo.
Cały ten chaos, wszystkie gwałtowne enuncyacye przywódców, niepewne ruchy i wrzaski tłumów, pojmujemy dziś, gdy wiele czasu minęło, a wszyscy, wówczas żywi spoczywają w grobach. Z odległości patrzymy i wiemy, co znaczył rok 1848. Jest to epoka definitywnego wystąpienia ludu na arenę świata. Wówczas to po raz pierwszy ozwał się ten chór anonimowy, wówczas głos jego wybił się ponad wszystkie inne. Tłum wstał i wynurzył się z ciemnic historyi, krzykiem oznajmił, że czuje, że świadomy jest swej nędzy i że śni mu się sen złoty lepszego świata.

LXXXIV.

Jeżeli chcesz lepiej niźli ze zbioru dokumentów i rozpraw historyków poznać ów rok 1848, to wpatrz się w twarz starca, który ten czas pamięta. Musiałeś go spotkać w życiu. Pamiętasz zapewne rysy jego, ze śladami zmęczenia bezustanną pracą, troską o nędzny zarobek dla utrzymania życia konieczny, zatarte wiekiem. Wpatrz się dobrze w tego robotnika, którego od młodości do grobu praca nęka, posłuchaj, co mówi i jak mówi. Na pomarszczonej twarzy młodemi pozostały oczy, są to naiwne oczy dziecka. Promienie światła biją po przez wpół otwarte, obwisłe powieki. A głos.... w głosie jego przebija jakieś wielkie, nieuzasadnione zaufanie, wiara, że wszystko jest dobre. Gdy jeno ktoś wymówi czarodziejskie słowo, gdy wspomni: rok 48, oczy te, mimo rozczarowań tyloletnich rozbłysną, jak gdyby padł na nie snop jasnych promieni jutrzenki, głos starca stanie się rześkim, wesołym, jakby miał dobrą wieść ogłosić, czujesz, że doznał ulgi, że mu lat ubyło. Nie zapomniał i już nie zapomni, że był to rok nadziei, chwila, która miała zmienić na lepsze dolę jego własną i dolę blizkich i w sercu zachował głęboką wdzięczność dla losu, za tę mglistą obietnicę, za ten promień słońca co rozświetlił drogę jego życia. Gdy posłyszy nazwiska ludzi owego czasu, powtarza je z nabożeństwem i opowiadać poczyna nie troszcząc się o to, co my współcześni sądzimy. Wszyscy mają prawo do jego serca, kojarzy ze sobą przeciwników i mówi o wszystkich, jak o jednej wielkiej falandze bohaterów zjednoczonych w gigantycznem, wspólnem dziele. Łączy ze sobą ludzi najskrajniej różniących się od siebie, z rozczuleniem wspomina tych nawet, którzy kazali doń strzelać... Ach! Lamartine! Co za poeta!... A Wiktor Hugo... Ach!... Ledru Rollin!. Trybun!... A Proudhon... Barbés... Blanqui Louis Blanc ha, ha, ha... mały Louis Blanc... Ukochał wszystkich zarówno jest apostołem głoszącym, wzajem wykluczające się ich słowa... jakąś dziwną, anielską metodą sprowadza jedność, harmonię między ludźmi i ideami i stwarza z rozczulającą chytrością nową filozofię historyi... nową i jedynie dobrą filozofię, która wykazuje, że wszystkie, sprzeczne nawet ze sobą wysiłki, wbrew woli nawet ludzkiej zdążają do jednego celu.

LXXXV.

Ale w bieżącej polityce, w wysiłkach poszczególnych i codziennych niema owego wzajemnego zrozumienia się umysłów, nie może człowiek wznieść się do uczynienia ofiary ze swego ja i dla rządów ówczesnych miarodajną jest formuła wypowiedziana przez Bérangera w rozmowie z Marrastem:
— No i cóż — spytał poeta — znowu wszystko utknęło?
— Ha, cóż chcecie obywatelu! Różnice naszych przekonań psują wszystko.
— Ej! Powiedz pan raczej: Podobieństwo naszych ambicyj....
Nie ulega wątpliwości, że chęci mieli wszyscy ak najlepsze, ale ludzie, których losy postawiły u steru, nie byli w możności rozwikłać problem u społecznego, który zjawił się tak nagle. Nie dorośli wszyscy do tego zadania. Przedewszystkiem nie byli przygotowani, nie przeszli szkoły doświadczenia, a powtóre uparli się godzić sprzeczności, pogodzić się w żaden sposób nie dające. A lud nie mógł i nie chciał czekać. Posiadającym nie przyszło nawet do głowy, że można czegoś ustąpić, zrzec się, czy to w zakresie przywilejów, czy też stanowiska społecznego i majątku. Kwestya w rezultacie redukowała się do tego, że jedni posiadali za mało, albo nawet nie posiadali nic, a drudzy za wiele i że koniecznie trzeba znaleść sposób podziału, niezwłocznie przywrócić równowagą społeczną, znaleść formułą nowego życia. Nie znaleziono jej i to stanowi tragedyę roku 1848.

LXXXVI.

Z samego zaraz początku wszystkich pociągnął za sobą ów wir straszliwy. Rząd nowy usiłował posługiwać się zrazu tem wszystkiem, co dostał w spuściźnie po obalonym, to jest armią, klerem, administracyą policyą i t. p. Gdy minęła burza i rozrzucono barykady okazało się, że trzeba porozumieć się z resztą kraju, wybadać czego chce Francya. Wahano się i szukano sposobów, a przez ten czas ludzie, którzy wynieśli w górę na barkach rząd nowy, czekali sparci o karabiny. Przez parę pierwszych dni Lamartine łagodził gniew, usypiał zniecierpliwienie akordami swej dźwięcznej harfy, rozbrzmiewającej harmonijnymi tonami wśród zgiełku. Ale nie samą się jeno żyje muzyką. Chleb ma też swoją poezyę i takiej poezyi co dnia ludowi trzeba. Jestto rzecz zarówno zbytkowna jak i użyteczna ów dobry chleb, wzmacnia siły, raduje oczy, zaspakaja smak i powonienie, wabi złocistą skórką, zapachem ośrodki, srebrzystą mąką nęci. Ażeby dać ludowi ową biesiadę artystyczną zapowiedziano studya nad kwestyą pracy, stworzono komisyę luksemburską i zaproszono Ludwika Blanc, by objął przewodnictwo. Był to eksperyment dziwny, ale Blanc podjął się zadania, przechodzącego siły ludzkie i komisy a poczęła urzędować. Ale ledwo się zabrano do rzeczy, rząd 26 lutego ustanowił warsztaty narodowe. Była to próba fatalna, na oślep podjęto najkonieczniejsze instalacye, by zaspokoić najgłodniejszych i najmniej cierpliwych, była to maskarada pracy i zarobku, dekoracya teatralna jeno. W rzeczywistości z dnia na dzień spodziewano się, że wybuchnie wojna domowa.

LXXXVII.

Spokój był jeno chwilowym. Przez kilka pierwszych dni, reprezentanci klas gotujących się do boju, to jest mieszczaństwo u steru rządów i mówcy klubowi patrzyli sobie bacznie w oczy. Nie brakło nawet prób pojednania. Barbés, de Flotte, Raspail, Cabet i Sobrier naradzali się z Lamartinem. Także i Blanqui rozmawiał pewnego dnia z ministrem spraw zagranicznych. Lamartine w ten sposób opisuje wydarzenie:
„Blanqui sam przyszedł pewnego ranka, wydał się dobrowolnie w me ręce i to tegosamego dnia, kiedy, jak głoszono miał knuć spiski na moje życie. Rozmawialiśmy w tonie żartobliwym. Nie wierzę, by ludzie władający bronią intelektualną mieli używać sztyletów. Blanqui zaciekawił mię bardzo, bardziej jeszcze niźli trwożył przedtem. Poznałem w nim jedną z owych osobistości przeładowanych elektrycznością, których mnóstwo w naszych czasach. Musi żyć w ciągłym ruchu, inaczej zginąłby z nadmiaru energii. Jest chory na rewolucyę, przyznał to sam. Na twarzy jego widne ślady cierpień fizycznych i moralnych, ale nie widać tam zapamiętania, raczej smutek i żal. Rozmawiał z wielką subtelnością. Ma umysł o rozległych horyzontach. Wydał mi się człowiekiem bezdomnym, który wśród chaosu poszukuje światła i drogi znaleść w ścisku nie może. Szkoda, żem go nie mógł częściej widywać, pewny jestem, że oddałby był niezmierne przysługi republice. Ale rozmawialiśmy raz tylko“.
Blanqui prawie nie wspomina o tem widzeniu się z Lamartinem, który jak się zdaje mówił za siebie i gościa, co go uwalniało od szerokich wywodów i objawienia swych istotnych przekonań. Ale nie całkiem fantastyczne są słowa ministra co do użyteczności Blanquiego w roli funkcyonaryusza republiki. Prawdopodobnie przeczuł w nim siłę. Tylko dla ułożenia się i pogodzenia co do różnych punktów, koniecznemi były częstsze wizyty, a Hipolit Castille miał słuszność twierdząc, że czasu pełni rewolucyi, Blanqui oddałby koronę cesarską Japonii, za kąt na poddaszu paryskiem.
Do niczego przyjść nie mogło, i to nie z powodów błahych, jak brak częstszego widywania się. Przyczyny tkwiły głębiej. Sytuacya była tego rodzaju, że wszelkie ugodowe wysiłki polityków naprzód skazane były na niepowodzenie. Tłumy nie troszczyły się o formuły, chciały odpowiedzi jasnej i kategorycznej, w kwestyi życia i śmierci. Nastał czas okropny, a grozą napełniły się serca wszystkich, którzy przeczuwali walkę bratobójczą. Truchleli obaj myśląc o najbliższej przyszłości, zarówno Blanqui, jak Lamartine. Przez całe cztery miesiące rewolucyi, każdej godziny zawsze wszystkie wysiłki kierują się ku jednemu. Przywódcy ludu, agitatorzy i ci, którzy piszą i mówią, by wyrazić niejasne instynkty mas, wszyscy z trwogą cofają się przed ostateczną decyzyą i cały czas i siły zużywają na powstrzymanie tłumu, rwącego się nad brzeg przepaści. Rzeczy stają na ostrzu miecza cztery razy: 17 marca, 16 kwietnia, 15 maja, aż wreszcie nadchodzi czerwiec. Obraz owej walki czerwcowej znajdzie czytelnik niebawem na kartkach tej książki, posłyszy gromy i ujrzy błyskawice, teraz całą widownię zapełniają skłębione masy bez wodzów i planu, rwące się naprzód, pod biczem ślepej, dzikiej siły instynktu.

LXXXVIII.

Blanqui był kierownikiem manifestacyi 17 marca. Przezorność nakazywała mu domagać się odroczenia wyborów, w celu uzyskania czasu dla zorganizowania plebiscytu. Rozumiał on dobrze sytuacyę stworzoną przez antagonizm społeczny klas, które dla krótkości oznaczono onego czasu nazwami: burżuazya i lud — prowincya i Paryż. Poinformowany jest dobrze o odpływaniu za granicę kapitałów, chowaniu pieniędzy, niemożebności pracy zarobkowej. Środki zaproponowane w celu zaspokojenia długów publicznych, powstrzymania obiegu bonów. Wie on dobrze, że kroplą w morzu są rzeczy takie jak: przymus obiegu banknotów państwowych, sprzedaż dyamentów koronnych, wywłaszczenie lasów, stanowiących część dawnej listy cywilnej i realizacya reszty pożyczki uchwalonej jeszcze czasu monarchii. Podatek, 45 centimów od franka, który wprowadzono bezpośrednio po czterech kontrybucyach wojennych oburzył do żywego każdego chłopa, posiadającego choćby zagon ziemi. Przeprowadzać w takiej sytuacyi wybory znaczyłoby to tyle, co zmieść z widowni republikę i reformę społeczną zabić w zarodku. Ponieważ raz się chwycono metody rewolucyjnej, trzeba więc uszanować logikę faktu i dać nowemu rządowi czas do okazania, iż stoi na wysokości zadania i zasługuje na zaufanie. Stąd wynika konieczność odroczenia wyborów.
Odroczenia tego domaga się Blanqui natarczywie, odbywa się nawet wielka demonstracya, w której bierze udział przeszło 200.000 osób. Tłum zalewa bulwary, powiewają w wietrze sztandary przeróżnych korporacyj i klubów, wśród których widnieją chorągwie Polski, zjednoczonych Włoch, Niemiec, Irlandyi. Deputacya udaje się na ratusz i stawia żądanie cofnięcia wojska i odroczenia wyborów. Lamartine w niejasnych słowach obiecuje, Louis Blanc, wahający się po czyjej stronie stanąć, z ludem, czy z rządem, wreszcie nie ma odwagi pójść za swym odruchem pierwszym i okazuje się rządowcem, a Proudhon czyni słuszną uwagę, że odnośnie do manifestantów używa tychsamych określeń co Guizot. Dołącza więc swe obietnice do obietnic Lamartina. I wszyscy nagle stają po stronie ich obu, przeciw Blanquiemu, Ledru Rollin, Barbés, Cabet, Sobrier... Deputacya w końcu odchodzi, a obietnic dotrzymano w brzmieniu ich dosłownem, nie zaś właściwym sensie. Odroczono wybory, ale na jakże krótki czas! W dniu 17 marca upłynął ostatni moment, kiedy zbiorowy czyn mas, mógł jeszcze zmienić tok wydarzeń. Czyn jednak nie nastąpił.

LXXXIX.

Pomiędzy 17 marca, a 16 kwietnia zdarzyło się coś bardzo ważnego w życiu Blanquiego. W dniu 31 marca znaczenie i wpływ jego nagle zostają podkopane, przestają niemal istnieć. Ukazuje się, w powstałem bardzo niedawno temu piśmie „Revue retrospective” artykuł publicysty Taschereau o Blanquim, który świadczy, że tenże popełnił zdradę względem swego stronnictwa.
Mógł on z łatwością naprzód przewidzieć swe dalsze losy czytając cienki zeszyt pisma. Artykuł nosił tytuł: Afera 12 maja. Było ostrzeżenie, w którem nazwisko wykropkowane jeno, nasuwała ciągle sama jego treść. Blanqui zebrał się w sobie, zacisnął pięści, postanowił walczyć, ale zdaje się, że obojętny wyraz twarzy skrywał omdlenie energii w jego duszy. Gmach życia zarysował się u samych podstaw, popłynęły potoki łez smutku, których szmeru nikt z ludzi nie słyszy. Teraz z oddali czasu, radosnemi wydały mu się porażki na barykadach, słodkiem mu się zdało konanie w Mont-Saint-Michel opromienione wizyą drogiej zmarłej.
Ale czytać musiał do końca, by poznać stan rzeczy. Oto co zawierał artykuł Taschereau.
Zaczynał się niejasną insynuacyą co do pochodzenia pewnych dokumentów, paczki papierów zabranych podczas walki z gabinetu Guizota. Niektóre z nich, jak twierdził autor, wpadły w jego ręce. Jak się to stać mogło, nie wspomina, zapewniając jeno, że je złoży do archiwum państwa.
Bezpośrednio po tym w stępie dowiadujemy się o „Deklaracyi złożonej przez *** ministrowi spraw wewnętrznych“ i otrzymujemy wskazówkę, że w oryginale nazwisko nie jest zaznaczone gwiazdkami. Ale nie można tego na razie opublikować. „Deklaracya“ nosi datę 22, 23 i 24 października r. 1839. Tegoż miesiąca i roku Blanqui został aresztowany.
Od pierwszych zaraz wierszy na scenę występuje Blanqui. Zeznający, o którym artykuł pisze w trzeciej osobie, oświadcza, o czem w szyscy w r. 1839 wiedzieli, że „Societe des Families“ zostało założone w r. 1835, że myśl założenia go powstała czasu wielkiego procesu politycznego w kwietniu.
„Ja byłem jego założycielem“ — mówi ów zeznający.
Cóż za pośpiech, co za chęć dziwna wybicia się na plan pierwszy, jaka zmiana w człowieka skrytym i tajemniczym, zgoła inne mającym przyzwyczajenia. Owo twierdzenie, owo zerwanie maski od pierwszych zaraz słów, zwierzeń tego rodzaju, jest nieomylną cechą denuncyacyi. Ciąg dalszy usprawiedliwia w całej pełni powyższe twierdzenie.
Odnośnie do Pépina i Fieschiego, znajdujemy szczegóły ścisłe w tym sensie: „Pożegnawszy się z Pépinem, udałem się do Barbésa, który nie wiedział jeszcze o niczem. Że nie byłem poinformowany o zamierzonym zamachu świadczy fakt, że tegoż samego dnia posłałem na bulwary syna mego z mamką, by dziecko przyjrzeć się mogło paradzie wojskowej“. Oczywisty to donos policyjny, na który składa się szereg zeznań prawdziwych i opisów wymyślonych, mieszanina, w której skład wchodzą rozporządzenia policyjne i fragmenty raportów przeróżnych agentów. Blanqui na śledztwie, pytany o sprawę Fieschiego mógł wedle wszelkiego prawdopodobieństwa odpowiadać tak, jak był wydrukowane w artykule. Również mógł podobnie starać się zmylić tropy policyi odnośnie do list, znalezionych przy rewizyi w jego mieszkaniu. Co do tego czytamy: „Nigdy nie istniały listy członków stowarzyszenia. Władza jest w błędzie sądząc, że znalazła je u mnie. Są to jeno spisy osób, które zostały polecone do przyjęcia i ja miałem zadecydować dopiero o ich wstąpieniu“. Wskazania nazwisk przywódców nie można nazwać donosem. Cały Paryż wiedział co robią Raisant, Lamieussens, Martin Bernard i Blanqui. Rozróżnienie tych przywódców od osób niższych rangą nie całkiem odpowiada rzeczywistości. Dalej oświadczenie co do zdrady jednego z członków, nazwiskiem Teissier, który był urzędnikiem prefektury policyi, potem wstąpiwszy do towarzystwa stał się przyjacielem Lamieussensa i skorzystał z tego, by zdradzić zamierzony atentat, owo zeznanie dowodzi, iż rzecz znaną była policyi z innego jeszcze źródła. Wspomina nawet o tem na innem miejscu akt odnośny, mówiąc o spisku: „Policya nie mogła o tem nie wiedzieć“. Zaraz obok znajdujemy zdanie: „Próby strzelania do celu, które odbywały się u mnie“... i wyjaśnione jest w dalszym ciągu, że nie szło tu o jakieś złe zamiary przeciw osobie króla, chciano się jeno przekonać o doniosłości strzelb myśliwskich.
Im dalej tem wyraźniej występuje charakter dokumentu Taschereau. Ilekroć jest tam mowa wprost o Blanquim, zbieranina owa, której od biedy usiłowano nadać charakter jednolity, przybiera formę protokołu. Blanquiemu zadają pytania, on odpowiada, zbija twierdzenia, tłumaczy się. Naprzykład ustęp, w którym miał mówić: „Stowarzyszenie nie brało udziału w rozruchach z początkiem kwietnia u bram Izby posłów i w ulicy Saint Denis“.
W ten sposób ze szczegółów raportów, odnoszących się do powstania 12 maja sfabrykowano coś co miało naśladować zeznania osobiste. Dokument Taschereau jest fabrykatem biurokraty, to jasne jak słońce. Ale musimy przyjrzeć mu się bliżej i przejść go od samego początku.
Niektóre ustępy obliczone są wprost na przysporzenie wrogów Blanquiemu: Odnośnie do Raisanta, miał zeznać: „Uważano go za narzędzie Lamieussensa i to go bardzo gniewało“.
O Lamieussensie czytamy: „Narzucał swą przyjaźń wszystkim, posiadającym więcej majątku jak inni i wybitniejsze stanowisko“.
O Barbésie: „Jest to jeno pionek. Choć posiada wiele energii, nie nadaje się na przywódcę. Był głównym sprawcą wszystkich naszych klęsk 12 maja. Nie bił się jak oficer, ale jak żołnierz“.
O samym dniu 12 maja znajdujemy takie zeznania: „Nadszedł 12 maj. Oto powody, które nas skłoniły do akcyi. Przedewszystkiem przesilenie ministeryalne,... potem ciężka kryzys handlowa i przemysłowa,... wreszcie żądza walki, ogarniająca wszystkich“... Takie to zeznania. A wszędzie pełno drobnostkowych szczegółów, dat, odnośników ledwo widocznych, a jednak świadczących o falsyfikacie lepiej, niż wszystko inne.
„W marcu 1839 roku liczyliśmy na to, że“... Jakto, w marcu 1839? Tego powiedzieć nie mógł. Czyż mógł w ten sposób wyrażać się o rzeczach ledwo miesiąc temu zaszłych? Byłby powiedział poprostu: „W marcu!“, nie dodając zgoła zbytecznego roku... Podobnie czytamy dalej: „W kilka miesięcy potem, 22 października 183944... Naprawdę, jest to dokładność zbyt wielka i wskazuje, że fałszerz był lichym psychologiem.
Wszystko o czem było wyżej, są to zeznania z pierwszego dnia śledztwa. Nazajutrz, 23 października, miał Blanqui opowiadać o powstaniu 12 maja. Są to ogólniki, które post factum łatwo można było odtworzyć. Mowa tam o tych co się bili i co się bić nie chcieli, o studentach, robotnikach, o niebezpieczeństwie i bezpożyteczności rekrutowania z pośród żołnierzy członków tajnych stowarzyszeń i t. d. W reszcie znowu osobisty charakter przybierają owe zeznania: „Pod koniec lipca objąłem znowu przewodnictwo“... Otóż Blanquiego aresztują w październiku i akt Taschereau każe mu zeznawać tegoż miesiąca, w czasie między uwięzieniem, a wyrokiem deportacyi. Stąd widać raz jeszcze, że „dokument“ został umyślnie sfabrykowany na podstawie raportów policyjnych. Bo jeśli to wszystko jest prawdą, to Blanqui, nawet przyznając się do swej roli przywódcy, nie mógł pragnąć ocalenia się. Wszak nie był jeszcze wcale skazany.
To co teraz następuje, mogłoby w pobieżnem przejrzeniu wydawać się obciążającem. Zbadajmy przeto lepiej. Idzie tu o oświadczenie, że towarzystwo przeżyło dzień 12 maja, dalej szczegóły odnośnie do grup i nazwiska naczelników.
I tak: „Grupa pierwsza. Naczelnik Geoffroy, garbarz“. Co prawda zaraz potem następuje dopisek: Geoffroy obwiniony był o stosunki z policyą, zagrożono mu sądem i wykluczono, a oddział jego się rozprószył“.
Podobnie grupy: druga, trzecia, piąta, szósta i siódma oznaczone są jako rozwiązane. Z istniejących mowa o czwartej, grupie krawców... 75 do 80 ludzi... naczelnik... Avon... Grupa ósma... kucharzy... 30 do 35 ludzi... naczelnik... Gorat... Grupa dziewiąta... ślusarzy... naczelnik Chèry... i grupa dziesiąta... kapeluszników... stu ludzi pod wodzą Dechampsa. Następują zeznania podobne o innych, odosobnionych grupach, w ostatnich czasach tu i owdzie potworzonych, ale nim przejdziemy do komentowania tej części deklaracyi, skończmy ten szkic.
Zeznania trzeciego dnia śledztwa, 24 października odnoszą się do tego samego, jest tam mowa o braku pieniędzy w „towarzystwie pór roku“, o braku amunicyi, o stosunkach z armią... i nagle niespodzianka. Blanqui nie mówi już o sobie w pierwszej osobie, ale w trzeciej i oznacza się literą B.
„Oto jakim był projekt ucieczki obywatela B.: Podjął się zorganizować stowarzyszenie, ale chciał bezpośrednio po dokonaniu tego udać się do Szwajcaryi, do kantonu Ticino. Po dwu, czy trzech miesięcznym pobycie za granicą, byłby stracił wszelki kontakt i nie mógł nikt od niego żądać, by brał na siebie odpowiedzialność za kierownictwo“
Któż to mówi? Oczywiście nie Blanqui. Redaktor tedy raczył zdradzić owego incognito, sam dostarczył dowodu potępiającego. Zapomniał się.
Rzecz cała kończy się rozprawą, nie pozbawioną zresztą sensu o widokach powodzenia partyi bonapartystowskiej. Wogóle wszystko to bardzo pięknie się przedstawia, jest nawet w zasadzie prawdziwe, tylko tego nie mógł zeznać Blanqui i twierdzenie takie, choć z pozoru śmiałe, jest za nierozsądne, by je brać seryo a sprawy nie zmienia napuszysta enuncyacya Barbésa. który zaraz po ukazaniu się artykułu, zwracając uwagę na szczegółowe dane co do grup i naczelników, miał się wyrazić, że dwaj jeno ludzie znali na wskróś tajemnicę organizacji towarzystwa, to jest on i Blanqui. Wypadałoby tedy, wobec niepodobieństwa podania w wątpliwość uczciwości Blanquiego twierdzić, że denuncyantem był Barbés...
Są to wszystko dzieciństwa i szkoda czasu na rozsądzanie. Wystarczy przypomnieć sobie, że klasyczną metodą rządu w owym czasie, było wchodzenie w kontakt bezpośredni ze spiskowcami, w każdym klubie roiło się od szpiegów, agentów, prowokatorów, zdrajców. Pełno ich było w każdej grupie. Czyżby więc jedno tylko „Society des Saisons“ miało być wolne od tego rodzaju nieproszonych gości.
Prawdziwie tajne, w całem owem „tajnem“ towarzystwie były jeno, zamiary, plany, postanowienia, obawy, bole i nadzieje skryte w sercu i głowie Blanquiego, a to wszystko, nawet zdradzone, nie mogło nikogo więcej, prócz niego samego skompromitować. Co do reszty organizacyi, bądź to w części czy w całości znało ją więcej ludzi, tajemnica właściwie nie istniała nigdy. Ciągle spotykamy się z nazwiskami ludzi różnych zawodów, pochodzących z różnych dzielnic, mnóstwo naczelników grup, co chwila w dziejach onego czasu natrafiamy na członków, mniej, lub więcej wtajemniczonych, którzy równocześnie mają stosunki z policyą, zajmują się zarazem konspirowaniem i zdradą. Jakże można nie brać pod uwagę przypadku tak typowego jak sprawa Lucyana de la Hodde, inteligentnego spiskowca i zręcznego szpiega?... A rzeczy podobne zdarzały się co dnia. Pojąć doprawdy trudno, że głupstwo podobne mógł ktoś traktować poważnie, że zaciężyło ono strasznie na życiu Blanquiego. Czyż mogło ono ostać się wobec oczywistych zalet jego charakteru, świadectwa poświęcenia ukaranego długoletnią katorgą. Bezpłodną zdaje się praca badania szczegółowego owego paszkwilu, skleconego niezdarnie, jednakże dostał on się przed kratki sądowe i został poddany skrupulatnej analizie.

XC.

Choćby dokument, ogłoszony przez Taschereau został sporządzony w r. 1839, jak zeznali w procesie wytoczonym Blanquiemu przez „Revue retrospective“ świadkowie dowodowi: Pasquier, de la Chauvinière, Zangiacomi, Frank Carré, Passy, a zwłaszcza Dufaure, fakt ten nie osłabia ani trochę wątpliwości, gdyż one wynikają z badania samego dokumentu, a nie mają nic wspólnego z jego datą. Śledztwo przeprowadzone w lipcu r. 1848 stwierdziło wyraźnie, że akt nie był pisany przez Blanquiego, ani przez niego podpisany, a dalej, że był to jeno odpis, a oryginału w żaden sposób odnaleźć się nie udało. Prócz tego dowiedziono, że nie była to rzecz dyktowana, ale odpisywana. A tu oryginału brak... wniosek jasny.
Odnaleziono dalej autora owego odpisu w osobie byłego sekretarza prezydyum dawnej Izby Parów. Ale na tem się też skończyło. Lalande na śledztwie zeznał, że nie może w żaden sposób przypomnieć sobie jak wyglądał dokument, z którego sporządzał kopię, nie wiedział nawet, czy były to notatki luźne, i kto je pisał, czy przeciwnie był to akt gotowy i przepisany na czysto. Były kanclerz Pasquier także nie dostarczył bliższych informacyj. „Jeśli — mówił — pan Lalande w istocie sporządzał odpis tego akta, prawdopodobnie pisał w swoim gabinecie, przytykającym do mojego. Czyż więc ja mu poleciłem? To bardzo możliwe, ale doprawdy nic a nic nie pamiętam... i twierdzę stanowczo, że w pamięci mej, odnośnie do wyglądu inkryminowanej deklaracyi nie pozostało ni śladu wspomnienia. Nie wiem czy był to oryginał, czy sam był odpisem.“
„Fakty historyczne“ niestety często opierają się na takich przypuszczeniach, „możliwościach“, półsłówkach, zastrzeżeniach, wynikających z użytej w porę wymówki: „nie pamiętam“.

XCI.

W czasach Blanquiego, żądza wybicia się na powierzchnię, kierowania losami świata nie pozwalała na solidarność wobec wroga, nawet rewolucyonistom tradycyjnie nieskazitelnym, drapującym się w powagę i surowość na wzór spiżowych i marmurowych posągów starożytności. Korzystał z tego nieraz wróg i pęk rózg historycznych rozpadał się na kruche pręty. I tym razem zazdrość, zawiść i łatwowierność dokonały swego, a deklaracya ogłoszona przez Taschereau znalazła wiarę. Z pośród wielu grupujących się niedawno dokoła Blanquiego, przyjaciele Barbésa i Martin Bernarda odsunęli się pierwsi, jedni demonstracyjnie, inni milczkiem. Nie wyciągnął ręki, by ich zatrzymać i przekonać. Zamknięty w sobie, z pogardą patrzył na niedawnych zwolenników, którzy nie chcieli już weń wierzyć. Pozwolił im dowoli rzucać obelgi, bez drżenia patrzył jak odchodzili. Stawił czoło samemu jeno Taschereau. Tego samego dnia, w którym pojawiła się „deklaracya“ napisał do „Gazette des Tribunaux“ i „Journal des Debats“ owe dwa listy, za które mu Taschereau wytoczył proces, a w kilka dni później, 14 kwietnia ogłosił plakat pod tytułem: „Odpowiedź obywatela Blanquiego“. Jestto w istocie arcydzieło zwięzłości i wymowy, a równocześnie goreje w niem każde słowo. Człowiek lodowaty zadrżał, a czytelnika przejmują dreszcze. Nie opuszcza go duma, ale jaśnieje pełnym blaskiem, rzuca w tłumy okrzyk, w którym zawarł całą gorączkę myśli twórczej i ból męczeńskiego serca. Niechże i tu znajdzie miejsce mały ustęp, niech zajaśnieje kilka słów płomiennych, dziś już skrytych pod popieliskiem, jakiem czas zasuwa wszystko.
Wspomniawszy w kilku słowach o dacie sfabrykowania owego paszkwilu i jego pochodzeniu, ironicznie mówi o powodach, które sprawiły, iż falsyfikat ten mógł znaleść wiarę. Jestto forma dokumentu, gdzie wszędzie występuje w pierwszej osobie, jakby sam zeznawał:
„Jakże oprzeć się magicznemu wpływowi, owych, ciągle powtarzających się słów: Ja... Mnie... Czyż nie przekonują, że przemawia sam spotwarzony? To on! — zawoła każdy.. — wszakże mówi, opowiada...“
Przywodzi potem różne fakty historyczne oparte na podobnem złudzeniu, potem obalone, dowodzi, że rzecz pozornie dyktowana, w rzeczywistości była przepisywana z brulionu, że nie jestto jego styl, i że wreszcie sam oryginał, tak ważny nie został odnaleziony.
„Niema także podpisu! Czyż to możliwe? Jakto? Oto jeden z najstarszych, najzaciętszych wrogów leży plackiem u stóp zwycięzcy zdany na jego łaskę, otwiera swą duszę, przetrząsa zakamarki pamięci, oddaje się cały... i ów zwycięzca wierzy mu na słowo? Nie żąda żadnej gwarancyi? Nawet prostego podpisu?“
„A nazajutrz podlec ten wstaje i zjawia się wyniosły, dumny przed Izbą Parów. Biczuje sędziów swoich słowami, biczuje ich milczeniem i w obliczu pełnego trybunału dowodzi konieczności rewolucyi. Upokarza publicznie tych, którym wczoraj drżący całował stopy. Jakże pogodzić ów przejaw nikczemnego tchórzostwa z dnia 22 października, gdy mu nic nie groziło, z brawurą wobec grozy śmierci, dnia 14 stycznia?“...
„Oszczerstwo zawsze liczyć może na dobre przyjęcie! Zawistni i łatwowierni roskoszują się niem. Nie trzeba się wysilać nawet. Byleby zabiło... mniejsza o prawdopodobieństwo. Nawet widoczny absurd nie obniża jego wartości. Ma w sercu każdego tajnego obrońcę... zazdrość. Od jego ofiar jeno ludzie domagają się racyj i dowodów, oszczerstwo od nich wolne i może bezkarnie w jednej chwili zdruzgotać długie życie poświęceń, czystości i cierpień. Wystarczy jedno słowo“.
„Zdrajca“. Ale gdzież powody. Czy szło o uratowanie życia? Każdy wie dobrze, że mi nic nie groziło. Szafotu nie ustawiono dla mnie pierwszego zaraz dnia, pod wpływem zemsty, czyż mi mógł zagrażać po ośmiu miesiącach, gdy szał przeminął, gdy o mnie zapomniano? Czyż nie mógłbym był przynajmniej zaczekać i zdradę odłożyć na czas istotnego niebezpieczeństwa, a jeśli już strach rzucił mnie, jak brzmi oskarżenie, do stóp wrogów, to czemuż, pytam, przypisać, że nie zdruzgotali mnie do reszty moralnie wydzierając pogróżkami podpis, co się równałoby śmierci?
„Czyż uzyskałem choćby zmniejszenie małe ciężaru mych kajdan? Niech na to odpowiedzą kazamaty Mont-Saint-Michel i cele więzień w Tours.
„Któryż z mych współtowarzyszy tak wielką jak ja wychylił czarę męki? Przez rok żyłem ze świadomością, że kobieta droższa mi nad wszystko kona zdała odemnie w rozpaczy, a potem cztery lata strasznego sam na sam w mrokach kaźni więziennej, z pozagrobową zjawą tej, która odeszła bezzwrotnie. Oto były cierpienia, tom przetrwał w onem piekle dantejskiem. Wyszedłem z ciemni, włosy wyniosłem posiwiałe, serce mi zamarło i ciało męka pochyliła do ziemi, a oto wokoło rozbrzmiewa krzyk: Śmierć zdrajcy! Ukrzyżuj go!“
„Sprzedałeś za judaszowe złoto twych braci-pisze człowiek, będący zaufańcem rozpustników, stojących u steru władzy. Czyż trzeba złota gdy się je czarny chleb nędzy i pije gorycz życia? I cóż to uczyniłem z owem złotem? Mieszkam na poddaszu, wydaję 50 centimów dziennie, a całego majątku mam dziś 60 franków. Więc to ja jestem zdrajcą? Ja, wlokący się z trudem ulicami, zmęczony i chory w wytartem ubraniu, jam sprzedawczyk? I mnież to, biednego Joba, wypuszczonego z więzienia swych niedawnych chlebodawców ze czci obdzierają lokaje Ludwika Filipa, przeistoczeni w świetne, barwne efemerydy republiki, co ledwo tykają stopami dywanów ratusza?“
„O synu człowieczy, co zawsze dzierżysz w rękach kamień, byś kamienował niewinnych, gardzę tobą!“
Blanqui w dalszym ciąga omawia dowody, owe zdradzone fakty, które znało tysiąc pięćset osób i przywodząc jeden jedyny ważny zarzut, to jest wyliczenie nazwisk członków „towarzystwa pór roku“ zreorganizowanego po 12 maja przypomina, że pośród spiskowców znajdywał się jeden prowokator i jeden prokurator królewski. W reszcie wykazuje tuzin grubych omyłek, odnośnie do faktów i dat, zwraca uwagę na notatkę policyjną, w której nagle piszą o nim w trzeciej osobie... on... zamiast... ja i ustęp ten kończy słowami: „O dziwna, opatrznościowa omyłka, która przykuła do ofiary zbrodniczą rękę skrytobójcy, na świadectwo dla wszystkich “.
Dodaje jeszcze:
„Dość słów o oszczerstwie, przypatrzmy się oszczercom. Czas postawić ich pod pręgierz. Ta mała broszurka, ich cios mistrzowski, nie był ciosem próbnym. Nienawiść ich ma już swą historyę, ma lat piętnaście“.
„Wybiła godzina publicznej rozprawy, wygrały ją bębny lutowego powstania. Na koniec trzeba wywieść na słońce spory, które długo kotłowały w mrokach“.
„Portret mój nie ma zaszczytu figurować w kolekcyi, którą miłosierna ręka odkryła w pyle muzeum policyjnego. By zapełnić tę lukę kreślę go tutaj. Niech wszyscy ujrzą mnie takim, jak im mnie przedstawiali setki razy moi skryci wrogowie dawni, dzisiaj otwarci przeciwnicy i sędziowie: Blanqui, człek ponury, zmienny, dziki, arbitralny, sarkastyczny o wielkiej ambicyi, zimny, nieubłagany, druzgocący bez litości ludzi, po których stąpa brutalnie. Serce jego kamienne, wola stalowa“.
„Sylwetka nie zbyt ponętna. Ale niema cieniów na tym portrecie. Zwracam się do tych wszystkich, którzy znali moje życie prywatne. Niech powiedzą, czy istnienie me nie było jednem pasmem głębokiego, szczerego przywiązania, w którem czerpałem ustawicznie siły do coraz to nowych walk politycznych. Śmierć, łamiąca to przywiązanie zadała cios jedyny, jaki mógł zdruzgotać me serce. Wyznaję to jawnie. Wszystko inne, nie wyłączając trucizny oszczerstwa osuwa się po mnie jak pył uliczny wiatrem miotany. Strzepuję go z ubrania i idę dalej“.
„Obłudnicy, którzyście chcieli przedstawić mnie potworem moralnym, otwórzcie, jak jam to uczynił podwoje waszych domostw, obnażcie swe serca. Czyż śmiecie to uczynić? I cóżby znaleść można pod nikczemną maską hipokryzyi? Brutalizm zmysłowy, przewrotność duszy... nic więcej! Groby pobielane! Podniosę kamienie i okażę światu waszą zgniliznę!“
„To, żem nieugięty rewolucyonista, że żyję poświęceniem dla idei, to was razi, i to ścigacie oszczerstwem. Pragniecie powalić na ziemię bojownika wytrwałego... A sami cóż zrobiliście w ciągu lat czternastu? Gdzie spojrzyć, klęski! W roku 1831 stałem z wami w jednem szeregu, samotnym się na placówce ujrzałem w r. 1839, a teraz, w 48 idę przeciw wam!“
Następuje opis rozlicznych perypetyj działalności od 24 lutego, wahania się ustawicznie, zakusy porozumienia z rządem tymczasowym, bezpłodne narady z Lamartinem 17 i 22 marca, potem puszczenie w obieg fałszywej „deklaracyi“, wreszcie jej publikacya w piśmie Taschereau, a wszystko w reasumpcyi końcowej zamknięte słynną, rzuconą w twarz wrogom obelgą: „ Wstecznicy jesteście nikczemnikami!“.
U spodu afisza widnieje protest opatrzony piędziesięciu podpisami dawnych członków „Societé des Families“ i „Soc. des Saison“. I nie byli to jedyni ludzie. Dnia 1 kwietnia, w sali klubu w Konserwatoryum wrzało wszystko oburzeniem. Jeden gest Blanquiego, a wszyscy rzuciliby się na oszczerców. Ale Blanqni nie uczynił tego gestu.
Partya blankistów nie poniosła z tej racyi żadnych niemal strat, pozostała, czem była przedtem. Silniej tylko rozgorzała zawiść przeciwników i przybyło wrogów. Barbés i jego przyjaciele, przyjęli bezkrytycznie, ochotnie niemal zarzut zbrodni, dotykający niedawnego jeszcze ich przywódcę i towarzysza broni. Poznałem dokładnie źródło owej starej nienawiści. Wpadł mi w ręce odpis długiego, piętnastoćwiartkowego listu Barbésa do Ludwika Blanc. Nosi on datę 6 czerwca, pisany był w więzieniu w Nimes i miał za zadanie poinformować o różnych rzeczach autora „Historyi dziesięciu lat“. Ale autor zeń nie skorzystał. Poza szeregiem faktów i opisów, mogących interesować czytelnika, jestto długa i nudna filipika przeciw Blanquiemu, wytwór maniaka trapionego zazdrością, którego nie opuszcza żądza i pretensya odegrania roli dowódcy sił zbrojnych. Marzy mu się generalstwo, układanie planów, podpisywanie rozlicznych, powstańczych proklamacyj. List ów pełen jest ordynarnych dowcipów i uwag ironicznych, ze szczegółami opisuje wahanie się, bladość twarzy i niepewność woli Blanquiego w decydującym momencie walki, walki której pragnął. Ale zapomina Barbés dodać, że walki tej twórcą i organizatorem był Blanqui, że namówił do działania, pchnął do czynu samego Barbésa, który wycofał się do Carcassonne, że wreszcie poświęcił dla tejże sprawy swe życie rodzinne, rozłączając się ze żoną i synem. Jeśli tedy w decydującym momencie, w porównaniu do spokojnego, rozgadanego Barbésa, wydawał się bladym, milczącym, to chyba jeno podziwiać należy niezłomną wolę, co pogardziła wątłem ciałem i wydała je na rany, ból i grozę śmierci. Jednem słowem „deklaracya“ Taschereau odświeżyła dawne urazy, nasyciła starą, wiecznie łaknącą zawiść. Powitano ją radośnie. A jednak posiadamy ciekawą enuncyacyę Ludwika Combes w tej sprawie:
„Czy mimoto Barbés był odrazu pewny zdrady Blanquiego, czy może raczej zrazu nie wierzył, a tylko pod wpływem otoczenia, pod sugestyą dawnych, budzących się zawiści skłaniał się zwolna do nieprawdopodobnego przypuszczenia? Oto fakt. Seigneurgens, stary republikanin, pamiętający początki najpierwszych związków tajnych, entuzyastyczny wielbiciel Barbésa, nieco oziębłej usposobiony dla Blanquiego, ale w żadnym razie nie wróg jego, opowiadał mi w Belle-Ile, że spotkawszy Barbésa właśnie w sam dzień publikacyi dokumentu, zapytał go, co myśli o najświeższej, wielkiej senzacyi. Barbés, jak zawsze szczerze oświadczył, iż nie wierzy, by Blanqui miał być zdrajcą. Dodał jeszcze, że nic łatwiejszego, jak sfabrykować taki „dokument“. Seigneurgens zmarł około dwanaście lat temu, ale zaręczam za wierne przytoczenie słów jego. Zresztą nie ulega wątpliwości, że mówił to wielu innym, którzy mogą poświadczyć“.
Jakkolwiek było, faktem jest, że ani Barbés, ani Martin Bernard i ich zwolennicy nie przestali zwalczać przez całe życie Blanquiego. Ankieta ogłoszona w tej sprawie przez zbiorową komisyę klubów, w chaosie ówczesnych wydarzeń nie doprowadziła do niczego i tylko Proudhon, jako referent postawił wniosek pogodzenia się. Skończyło się więc wszystko, a każdy pozostał przy swojem zdaniu. I dopiero później, gdy Blanqui po odsiedzeniu rozlicznych kar więziennych spotkał się z inną, nową generacyą polityczną, oszczerstwo pierzchło, zatarło się, zamgliło, wobec świeżych dowodów bohaterskiego poświęcenia. Ale jad potwarzy wżarł się w jego duszę, wywarło wielki osmucający wpływ oskarżenie, o którem zda się nikt już nic bliższego się nie dowie.

Tymczasem w szybkiem tempie następują po sobie pierwszorzędnego znaczenia wypadki i do nich zwrócić się musimy.

XCII.

Czternastego kwietnia Blanqui ogłosił swą odpowiedź na paszkwil Taschereau, szesnastego udał się na Pola Marsowe, gdzie zebrał się tłum robotniczy dla omówienia sprawy wyboru sztabu i oficerów gwardyi narodowej. Drugie zgromadzenie obradowało w Hipodromie. Tu i tam poruszano kwestyę wyborów parlamentarnych. Zanosiło się już na dobre na atak na ratusz. Nie wiele brakło a ponowiłyby się demonstracye z 17 marca. Nie nastąpiło nic podobnego, ale rządowi tymczasowemu napędzono strachu. Tłum stanowczą przybrał pozycyę, tu i owdzie przechodząc nawet do akcyi zaczepnej. Barbés na czele 12 legionu staje po stronie rządu. Z rozkazu Ledru-Rollina rozbrzmiewają trąbki, gwardya narodowa Paryża i przedmieść i gwardya ruchoma otaczają gmach, gdy tłum z Pól Marsowych zdążył pod ratusz, musiał milcząco wtłoczyć się w szpaler wąski najeżony bagnetami. Wieczór upłynął na demonstracyach na rzecz „idei ładu i porządku“. Dzień ten święcono jak dzień zwycięstwa. Nazajutrz nastąpił przegląd wojsk, w dzień potem odbyła się uroczystość rozdania sztandarów, jedzono, pito, wznoszono toasty, burżuazya pokumała się z armią, a Blanqui nabył przekonania, że najbliższa przyszłość będzie smutną. Wszystko to wydało mu się zapowiedzią bliskich represaliów zwróconych przeciw proletaryatowi i w rzeczy samej nastąpiły liczne aresztowania, a po przychwyceniu ludzi niewygodnych rządowi... wybory.
Oczywiście wybrano samych niemal wsteczników i zaraz, na samym początku ery prawodawczej nastąpiły zaburzenia w Rouen, gdzie brutalnością odznaczyła się prowincyonalna gwardya narodowa. Była to przygrywka do zajść czerwcowych, strzelano na oślep, mordując i raniąc kobiety i dzieci, dobijano rannych, rozpuszczono zagony po wsiach i urządzoną wielką obławę, w której czynny udział brało mieszczaństwo miasta Rouen, próbując celności swych strzelb myśliwskich.
W zawierusze ideje ustępują na plan dalszy, a przyszłością, jak zawsze w takich czasach kierują najśmielsi, najbezwzględniejsi.

XCIII.

Po zebraniu się Izby, wyraźniej zarysowała się sytuacya zarówno w Paryża, jak i całym kraju. I oto natychmiast przejawił się fakt, który stwierdził i nad którym łzy wylewał Proudhon, mianowicie, okazało się, że przywódcy i ogół w swych poglądach i pożądaniach niezmiernie wyprzedzili warunki ekonomiczne, które stworzyły powoli i tworzą grunt pod założenie republiki socyalnej. Po silnem pchnięciu naprzód, jakiego doznała Francya w r. 1848, nastąpiło cofnięcie się wstecz. Ale twórcy rewolucyi, nie chcieli tem u wierzyć, sądzili, że można iść przebojem, zawierzyć fali, która ich dotąd niosła, dążyć siłą woli coraz dalej i dalej. Codzienne życie upływało im w gorączce nie chodzili po ziemi, zamieszkali krainę, w której ideje traciły charakter utopij, a poczynały stawać się rzeczywistością. Czyż można opuszczać taki raj? Nie mogli wierzyć, że wszystko to znikłoby w jednej chwili, gdyby doń zastosować miarą użyteczności. Żyli w stolicy świata, a wśród cudnych dekoracyi Paryża marzenia ich natychmiast nabierały życia i było to jakby bezustanne czarodziejskie widowisko, bajka o życiu, szczytna i dziecinna zarazem. Toteż oburzały się ich serca na samo przypuszczenie, że sen cudowny skończyć się może. Utopiści roku 1848 podobni byli całkiem do republikanów roku 1830. którzy nie mogli pojąć, iż cały trud ich był daremny i, że bezpośrednio nazajutrz po upojeniu tryumfem zwycięstwa stawali się zwyciężonymi.
Nie ulega wątpliwości, że myśleć tak, jestto nie mieć najlżejszego pojęcia o konieczności powolnego rozwoju, ale jakże żądać tego od poetów i tłumu, który idzie za nimi zwartą masą, niecierpliwie domagając się wszystkich zmian na lepsze, które jeno jako możliwość, w oddali wieków widzi ekonomista, historyk, filozof... Niecierpliwość i parcie naprzód ku niepodobieństwu jest zresztą samo w sobie jednym z czynników ewolucyi. Nie można oczekiwać, by cała ludzkość rozumowała i metodycznemi etapami posuwała się ku temu, co wedle programu stać się powinno. Życie nie jest maszyną, nie znosi ruchu jednostajnego w warunkach pewnych i określonych z góry. Jest burzliwe, eksplozywne, a fatalizm jego ulega nieobliczalnym komplikacyom. I stało się też w r. 1848, że republikanie i socyaliści, pałając pożądaniem utrzymania się przy sterze rządów, zachowania w swych rękach owoców zwycięstwa, przyspieszali jednocześnie katastrofą, parli do rozwiązania, nieuniknioną czynili zmianą formy rządu, a to przez swą gorączką jaką zarazili społeczeństwo. Musieli przegrać sprawą, bo żyjąc w bezustannem napięciu woli i wyobraźni usiłowali urzeczywistnić w ciągu krótkiego bardzo czasu to, co miało być dziełem wieków całych. Musieli zostać ofiarami, ofiarami szlachetnemi i lekkomyślnemi zarazem, dobrowolnie zapełnić sobą rozpadliny i rowy, by wyrównać drogę dla pokoleń późniejszych. Zginęli za Jutro. Historycznie, rolę ich da się określić już dzisiaj bardzo dobrze. Postawili problem pracy i pauperyzmu w całej jego nagości, w sposób niedwuznaczny. Od tej pory problem ten usunąć się nie da, stoi jak kolos kamienny i cień rzuca na wszelkie rządy całego świata i jedynie rozwiązany być może, pominąć go nie można. Kwestye ściśle polityczne, zmalały, stały drugorzędnemi, zależnemi od każdorazowej klęski danej grupy rządzących, kwestya socyalna zawładnęła wszystkimi umysłami. Narodził się sfinks i odtąd rósł z dniem każdym, cielskiem swojem zaćmiewając słońce, głową sięgając wysoko ponad ziemię.

XCIV.

Tylko uwzględniając ten fakt, można zrozumieć, czem był dzień 15 maja. Inaczej na pierwszy rzut oka wyda się prostą manifestacyą, teoretyczną zresztą, na rzecz Polski.
Polska, była powodem ogólnie znanym, wszyscy o niej krzyczeli, w jej imię tłumy się gromadziły, chciały rewindykować jej prawa istnienia. Masa robocza, owa armia bezbronna, czarna, płynęła ulicami zatrwożonego Paryża przebywającego jedno z najokropniejszych przesileń handlowych i przemysłowych, szła na Zgromadzenie Narodowe, które wzbraniało się przyjąć petycyi. Tłum chciał odzyskać siłą zaprzeczone mu prawo inicyatywy, prawo stawiania żądań i z prawa tego chciał uczynić użytek na rzecz narodu gnębionego. Kto patrzy jeno na to, co mu się bezpośrednio przed oczy nasuwa, zdziwi się niewątpliwie, że ci, którzy mieli tyle najniezbędniejszych spraw własnych rozwikłać, tracili czas na interweniowanie w sprawie Polski, że domagali się wielkiej, europejskiej wojny, mającej na celu przywrócenie państwowości narodowi rozdartemu na trzy części. I stąd to zrodziły się zarzuty, że demonstracya ta, mająca cechę kosmopolityczną była jeno czczym objawem bezpożytecznej sympatyi, jakąś wprost bezrozumną awanturą.
Ale tak sądzić mogą jeno ci, co nie pojmują rzeczywistego znaczenia 15 maja. Zapał jaki ogarnął masy, był symptomem ważnym i znamiennym dla najbliższej przyszłości. Tkwiło w tem wspomnienie wielkich wojen republiki i cesarstwa, przejawiała się idea międzynarodowa, lud zdrowym instynktem odczuwał jaką jest rola Francyi w Europie i czuł potrzebę zwiększenia terytoryum rewolucyą objętego. Sentymentalny ten epizod mógł stać się ważnym i koniecznym etapem w uzyskaniu jedności Europy i całego cywilizowanego świata.

XCV.

A teraz przypatrzmy się pochodowi. Zaczynał się na placu Bastylli, tam był punkt zborny, i wzrastał po drodze. Uroczysty był i poważny, nic nie zakłócało porządku. Płynął jak rzeka do Madeleine, tam nareszcie rozlał się w jezioro przyjąwszy w siebie liczne dopływy. Tysiącami przybywało uczestników, co niepokoiło nawet Raspaila. W przeddzień demonstracyi, Blanqui w klubie ostrzegał przed nią i odradzał. Wieczorem, gdy nie ulegało wątpliwości, że się odbędzie, postanowiono przyłączyć się do petycyonujących. I tak się stało. Klub stanął na czele pochodu, a Blanqui solidaryzując się z nim poprowadził tłumy. Na placu Zgody utworzyło się morze, a od jego ruchliwych czarnych fal jaskrawo odbijały białe mury parlamentu. Tentent stąpania tysięcy, rozgwar zmieszanych głosów przeniknął do sali obrad. Mówca na trybunie zamilkł, posłowie poczęli się niespokojnie poruszać i wstawać z ław. Niestety już zapóźno. Nie zabezpieczono się wcale, a teraz mowy już nie było o jakichś środkach ochronnych. Generał Courtais głównodowodzący gwardyą narodową, który miał powierzoną sobie ochronę pałacu, chciał w drodze pokojowej usunąć trudności i za jego to sprawą postanowiono wpuścić wysłańców tłumu. Ale nacisk mas był tak wielki, że poczęli wchodzić wszyscy, wyłamano drzwi i jeszcze przed delegatami, niosącymi petycyę zapełniły się loże dla publiczności przeznaczone, rozwinięto sztandary i zabrzmiały okrzyki: Niech żyje Polska! Niektórzy, zręczniejsi przesadzili balustradę galeryi, spuścili się na rękach i skoczyli na dół do sali obrad.
Jednocześnie niemal otwarły się drzwi boczne i w progu stanęli Sobrier, Raspail i Blanqui. Posłowie zadrżeli. Nastała chwila trwogi, oszołomienia, po ogarnięciu izby nikt w pierwszej minucie nie wiedział co będzie. Wyobraźnia nasunęła obrazy straszne. Kałuże krwi, ciała wyrzucane przez okna, głowy sterczące wysoko ponad tłumy, zatknięte na ostrza lanc i żerdzi. Ale w dniu 15 maja nie popłynęła krew. Cała energia zdobywców wyładowała się w słowach samych jeno.
Przez zbitą masę ludzi przecisnął się do trybuny Raspail i z jej wysokości, wśród wrzawy odczytał petycyę, a prezydent Buchez, chcąc zyskać na czasie i mieć za sobą nowe legiony gwardyi, po które posiano, wypowiedział kilka słów, niemal zgodę na żądanie wyrażających. Dziwną jest petycya ułożona i odczytana przez Raspaila. Stwierdza ona, że młoda armia wstydząc się swej bezczynności czeka jeno na znak przyzwolenia ojczyzny, by iść po święte i szlachetne zwycięstwa, wskrzesić dzieje słynnych walk cesarstwa, iść na bój i dać wolność całej ludzkości. Wzywając do zwycięskiej wojny, kończy się zdaniem: „Bóg da nam tryumf i wówczas nastanie sprawiedliwość na ziemi“.
Tłum żąda, by mówił Blanqui. Barbés pierwszy ze swej ławy poselskiej z gestem zniecierpliwienia wzywa wszystkich, by wyszli. Ale już Blanqui blady i zdecydowany, owładnięty gorączką onego wielkiego dnia, a mimo to panujący nad sobą i zdający sobie sprawę z tego co powie, wstąpił na trybunę. Ręką obciągniętą w czarną rękawiczkę uczynił gest ku swym zwolennikom, potem ku wrogom i posłom. Uczyniła się wielka cisza. Przemówił.
Zrazu mówił o Polsce i ilekroć wspomniał naród daleki, znajdujący się w stanie opłakanym, szarpany przez orły Rosyi, Prus i Austryi, tyle razy zrywa się huragan oklasków w odpowiedzi. Ale po chwili Blanqui zręcznym zwrotem przechodzi do spraw innych, porzuca sprawę Polski, przypomina krwawe zajścia w Rouen, domaga się sądu nad sprawcami rzezi, amnestyi dla ofiar. Nakoniec porzuca Rouen i przystępuje do problemu pracy i nędzy, zwraca uwagę na to, że lud przez trzy miesiące cierpiał głód cały się oddawszy na usługi republice i przechodząc do spraw ogólnych zapewnia, że kwestyą społeczną zająć się poważnie trzeba, że bliskim jest czas, kiedy wszystko tej najważniejszej rzeczy ustąpić będzie musiało. Uświadamia sobie, że na trybunę, z której przemawia zwrócone są oczy całego kraju, wie, że słów jego nie sam już klub słucha, że zapisują je skrzętnie stenografowie, by rozpowszechnić po miastach, gminach, pałacach, za granicą. Stara się więc być sprawiedliwym, rozumnym taktykiem, mężem stanu, którego wzrok obejmuje całokształt przejawów społecznych, a jednocześnie protest jego jest energiczny, śmiały. Odpowiada na ciągle powtarzane zarzuty, jakoby agitacya po placach publicznych i klubach była winną trudnościom i przełomom w handlu i przemyśle, godzi się na te zarzuty, ale dowodzi, iż nie jestto przyczyna zasadnicza, główna, otwiera słuchaczom oczy na prawdziwe, socyalne źródło owych kryzysów.
Ale przerywają mu ciż sami, których najżywotniejszych spraw broni. Wybuchają okrzyki: Polska, Polska! Mów o Polsce! Musi tedy powiedzieć, że przygodnie jeno poruszył kwestyę kapitału i pracy, że głównym na dziś problematem jest kwestya polska. Ostatnie jego słowa giną w rozgwarze, schodzi z trybuny i zanurza się we wzburzonej toni ciał ludzkich. Raz jeszcze dowódca musiał usłuchać swych żołnierzy, poddać się ich woli. Przez chwilę przelotną jeno danem mu było żyć złudzeniem, że mówi poprzez nich, wskazuje im drogę, uczy jak owładnąć losami i złą dolą, pokierować dziejami ludzkości.
Chwila ta minęła i teraz już Blanqui, jak zresztą wszyscy, sądząc, że manifestacya się skończyła, wzywa do spokoju. Demonstranci skłonnymi się okazują do posłuszeństwa i nawet sala w trzech czwartych się opróżnia, gdy nagle wpada nowa fala z Huberem na czele. Huber stawia znowu wszystko na ostrzu miecza, żądając, by 300.000 ludzi parami przedefilowało przed trybuną. Dyskusya została na nowo otwarta, a Barbés, który wraz z Ludwikiem Blanc, wyszedł ze sali podczas przemówienia Blanquiego wraca i z kolei zabiera głos. Rzuca się, jak szalony, żąda, by bezzwłocznie wysłano armię na pomoc Polsce, nałożono miliard podatku na bogaczów, wycofano wojsko z Paryża i grozi, że jeśli Izba nie uchwali tego ostatniego wniosku, ogłosi wszystkich posłów za zdrajców i wrogów ojczyzny.
Jest kwandrans na czwartą. Nagle słychać bębny bijące na alarm. Zrywa się burza, krzyżują się interpelacye. Barbés jeszcze bardziej rozgorączkowany wdziera się ponownie na trybunę i pyta kto rozkazał bić w bębny na alarm. Żąda, by sprawcę ogłoszono zdrajcą, wrogiem ojczyzny i wyjęto z pod prawa. Warkot bębna zbliżył się, potem zwolna przycichł w oddali, a równocześnie ktoś powiadomił prezydenta, że byle trzymał się w tym chaosie przez kwandrans, gwardya narodowa przybędzie i położy wszystkiem u koniec. Za chwilę pojawił się na sali czerwony jakobiński sztandar przewiązany czarną krepą, a Huber dwukrotnie z trybuny wśród krzyków oznajmił, że z woli ludu rozwiązuje Zgromadzenie Narodowe.
To sprawę zakończyło. Posłowie poczęli wychodzić, manifestanci także, zdawało się, że masa teraz ruszy na ratusz, gdzie trzeba będzie jeno wyrzucić przez okno akta rządu, by stworzyć nowy rząd prowizoryczny. Wszyscy niemal wyszli, tak, że gwardya narodowa, przybywszy o trzy kwandranse na piątą wraz z drugim batalionem gwardyi ruchomej miała jeno za zadanie powyrzucać ze sali obrad i z galeryi kilku spóźnionych demonstrantów dyskutujących najspokojniej o tem co zaszło. Niebawem powrócili posłowie, otwarto na nowo posiedzenie, ale na to jeno by je formalnie zamknąć. Uczynił to Lamartine, a potem na czele gwardyi ruszył do ratusza.
W ratuszu tegoż wieczora aresztowani zostali Barbés, Albert, Borme i Thomas. Sobriera przychwycono w Café Orsay, Raispaila w mieszkaniu syna. Aresztowano również i zaskarżono generała Courtais głównodowodzącego sekwańską gwardyą narodową. Huber zaraz po aresztowaniu wypuszczony na wolność, zniknął z widowni. Wogóle tego dnia aresztowano przeszło czterysta osób. Izba wydała sądom Barbésa i Alberta, nie zgodziła się natomiast wydać Ludwika Blanc. Oaussidière złożył mandat poselski i podał się do dymisyi ze stanowiska prefekta policyi. Blanqui nie pojawił się w ratuszu, znikł i przez dwa tygodnie nie wiedziano gdzie się podziewa. Rozkaz aresztowania go podpisali 22 kwietnia wszyscy członkowie rządu tymczasowego z wyjątkiem Alberta i Ludwika Blanc. Cauler w pamiętnikach swoich opisuje na jakie trudności natrafiano w poszukiwaniach za Blanquim. Nie mogła go policja znaleść, choć mieszkał u Flotta, przy rue Boucher, a każdej nocy czuwali nad jego bezpieczeństwem uzbrojeni klubiści. Dopiero przekupstwem i zdradą dowiedziano się gdzie chodzi i przebywa. Aresztowany został 26 maja przy rue Montbolon 14, podczas gdy obiadował z Flottem i Lacambrem. Prosił jeno, by mu pozwolono skończyć jeść, uścisnął dłonie przyjaciół i poszedł z agentami.
W ten sposób, jak rząd sądził, wszystkich przywódców przyłapano, a organizacyę rewolucyjną zniweczono.

XCVI.

Winowajców osadzono w Vincennes. Ale w czasie od aresztowania ich, do dnia stawienia przed sąd zaszły ważne wypadki na widowni politycznej.
Przedewszystkiem czerwcowe rozruchy i fatalny upadek rewolucyi, która przedwcześnie wybuchła... pochód ulicami Paryża 50.000 bezbronnych nędzarzy, bunt głodnych, i kwestya pauperyzmu rozwiązana strzałami i upustem krwi. Była to najokropniejsza jaką historya pamięta walka dwu klas współżyjących dotąd, walczących razem za różne ideały. Data ta znaczy wiek nowy, stanowi erę nową. Odtąd istnieje pośród ludu stronnictwo wrogie, nie dbające o hasła, o formuły republikańskie, o patetyczne napisy na pomnikach i aktach publicznych, o jakiekolwiek zmiany form rządu. Wśród dziecinnej ludności i łatwowiernej, której wystarczają chimeryczne proklamacye ciągle powstających i padających republik, ciągłe mgliste frazesy, o trw ającem jakoby wiekuiście braterstwie ludzkiem, jawi się i na tej glebie kiełkować poczyna realny, konkretny socyalizm, który się domaga dla każdego człowieka praw do życia, warunków rozwoju fizycznego i umysłowego. Z zamętu czerwcowego wyłoniło się owo twierdzenie kategoryczne, rozbrzmiał potężnie głos instynktu, rozpłomieniły się serca żądzą prawdziwej, istotnej sprawiedliwości. Tłum anonimowy co walczył i przegrawszy zapadł na nowo w cienie nie miał ni przywódców, ni programu, a nikt z tych, co przeciw niemu toczyli bój, nawet wielcy poeci, nawet ludzie, którzy mogli stanąć na czele mas i przyspieszyć świt nowego jutra, ci nawet nie wiedzieli: „Czego chcą oni“, co stargawszy cugle niewoli porwali się na bieg szalony, ku nieosięgalnemu, a tak realnemu jednak prawu życia. Wszyscy myśleli, iż to rewolta marnych kreatur, niezrozumiały ryk dzikich ludzi. Nikt nie zrozumiał, że nędzarze pałali żądzą wydobycia się z ciemności, że zwierzęcym wrzaskiem, domagając się krwi i śmierci wyrazić usiłowali swe pożądanie słońca i nadzieję szczęścia.
Jakże można było kierować taką rewolucyą? Nikt nie przywodził tej armii idącej pod sztandarem śmierci, nie dyktował żywiołowi formuł wybuchu, ni wodza tam nie było, ni komitetu rewolucyjnego. Każda dzielnica sama z siebie dostarczyła swego kotyngentu, ludzie jednego zawodu utworzyli pułk i pułki te walczyły zaraz na miejscu u drzwi domów i pracowni. Organizacya przyszła sama z siebie i bez żadnych wysiłków. Najśmielsi, najbardziej zdecydowani, bez głosowania, bez wyboru, ni protekcyi zostali kapitanami tej armii nędzarzy. Z mozołem szukając pośród rumowiska faktów historycznych, ledwo gdzieniegdzie napotkać można na jakieś nazwisko, obojętne zresztą dla całokształtu rzeczy. Znamy paru z tych, co zwoływali ludzi, kierowali marszami i dawali rozkazy ze szczytu barykad. Na przedmieściu Poissonnière jawi się Legenissel mówca klubowy, Benjamin Laroque literat w okręgu Saint Lazare. Powroźnik Voisambert przywodzi w rue Planche-Mibray, a mechanik Barthêlemy w rue Grange-aux-Belles. Na przedmieściu Saint-Antoine odznaczyli się Pellieu, Marche, Delacollonge, na placu Wogezów mechanik, Racarri w ulicy Thorignych, książę Fouchecourt, dawny gwardzista królewski, w rue de Jouy, Touchard, dawny montaniard, w dzielnicy Saint Paul, kapelusznik Hibruit... a w końcu przy barriere d’ltalie lokator bez zajęcia, Lahr, były artylerzysta i Wapereau, handlarz koni.

Oto nazwiska. Nie mówią nic. Bezimienny bohater, to tłum spragniony życia. Trudno go określić. Jasnych konturów niema, ani czasu swej egzystencyi na ziemi, ani nawet w grobie, wspólnym dole pełnym ciał, jakiemuś podobny żałobnemu korowodowi szaleńców, co z pieśnią rozpaczy dąży ulicami miasta-olbrzyma bez celu, bez nadziei. Oto co się ujawniło w rewolucyi czerwcowej i już nie zniknie nigdy, z powierzchni ziemi.

XCVII.

Przywódcy niedawni a teraz ofiary, ludzie, którzy znali formułę rewolucyi, mieli w duszy tragedyę rozruchów, klasycy ulic i placów, nie mieli żadnego, ni pośredniego, ni bezpośredniego udziału w zajściach czerwcowych. Zamknięci w Vincennes, wysilali jeno napróżno myśli, wolę swą radziby byli posłać poprzez mury, tam na pole walki, ale nie wiedzieli nawet dobrze co się dzieje. Trudno o ścisłe wieści w więzieniu. Natężywszy słuch, rozeznać mogli jeno szmer głuchy, płynący od strony miasta, ale wnet i ten odgłos znikł wśród rozłogów równi, a więźniom pozostało jeno poczucie bezsiły i świadomość, że znowu jeden wielki okres walk o wolność zamknięty został tym wybuchem, że nastąpi teraz rzeź winnych i niewinnych, a oni sami zostaną skazani na ponowne wytrącenie z pośród żywych.
Nazwiska ich wspominano jednak. Przez cały ów tragiczny tydzień oczekiwano Barbésa, rozeszła się bowiem wieść, że uciekł z więzienia. Żałowano też Blanquiego, żałowały go gorzko masy wierzące instynktownie w jego zmysł organizacyjny, a i on wzajemnie opłakiwał, że traci sposobność wyładowania energii. Nie zabliźniona była jeszcze rana po ciosie skrytobójczym Taschereau, a teraz czuł, że nadchodzą czasy ziszczające mieszczańskie ideały, że w zupełności zatracone zostaną zdobycze roku 48. Miałby był co mścić, gdyby ponury i nieugięty mógł stanąć na czele armii desperatów i straceńców. Ale przeznaczenie chciało, by cały zapał i oburzenie, które tlały w jego duszy, poszły na marne. Do celi zamku w Vincennes, gdzie był zamknięty dobiegło jeno echo kanonady, i huk gromów ostatecznej katastrofy, a niby pomruk dalekiego grzmotu burzy letniej nadpłynął i zaszemrał w liściach drzew parku odwiecznego, pogłos upadku przedmieścia Saint-Antoine. Więźniowi wolno jeno kąsać własne, bezczynne ręce. Skazany jest na bezruch i milczenie i wyjść ma stąd wraz z innymi dopiero w marcu 1849, by stanąć w obliczu trybunału sądowego „la Haute-Cour de Bourges“.

XCVIII.

Trybunał ów który sądził obwinionych o rewolucyę 15 maja został ustanowiony w listopadzie, to jest w sześć miesięcy po inkryminowanej sprawie. Jak z natury rzeczy wynikało, był to dorywczy wymiar sprawiedliwości i w samej zasadzie gwałtem było, iż przedłożono tej instytucyi do rozstrzygnięcia delikt daleko starszej daty. Ale próżne były reklam acye oskarżonych, żadnego rezultatu nie dały narady i dyskusye prawników. Zresztą na widowni politycznej zaszły wypadki udaremniające w szelką opozycyę. Lud w czerwcu zmuszono do milczenia, Ludwik Napoleon był prezydentem republiki, a w powietrzu wisiała zmiana formy rządu. Każdy czuł, że nadeszły czasy nowego cesarstwa. Sumienia sędziów nie mogły tego wszystkiego nie odczuć i żaden z nich nie zdawał sobie sprawy, ani z winy oskarżonych, ani z samego tekstu prawa, które zmienić mógł dzień następny. Otwierało się szerokie pole dla interpretacyi, zwyciężeni zaś, w tych warunkach mniej, niźli kiedykolwiek mogli liczyć na ludzkie traktowanie.
Jaką będzie rozprawa, łatwo było można z góry przewidzieć... nasamprzód historya rewolty 15 maja, opowiadana przez dwudziesta ludzi od początku do końca, z tysiącem przeróżnych zmian, najsprzeczniejsze dane co do powodów jej samego przebiegu i skutków, dalej korowód świadków dowodowych i odwodowych, wyścigi retoryczne adwokatów, prokuratora i prezydenta, dyskusya polityczna oskarżonych ze sędziami, chaos słów, których tragizm miesza się z komizmem wiekuistej głupoty ludzkiej... oto wszystko.
Blanqui i Barbés pobledli, wychudli, to skutek dziewięciomiesięcznego więzienia. Ale energia ich budzi się ze snu w zetknięciu ze sędziami. Dobry, mądry i zdolny polityk Raspail mówi spokojnie, z umiarkowaniem, widocznem jest, że radby godzić, łagodzić i jak najkorzystniej dla współwięźniów zeznawać. Ubrany ceremonialnie we frak przypomina majestatycznego, uczonego i wymownego aptekarza...
Mówi: „My filologowie“... a potem: „Jeśli panowie osądzicie, żem ubliżył republice, rozkażcie, by przyniesiono ołtarz wolności! Chcę w płomienie tlejące na nim włożyć tę oto rękę. Niech spłonie, jeśli sprzeniewierzyła się w czynach nakazom mojej woli. Tak uczynię i błogosławić was będę za wyrok“.
W śledztwie zeznaje: „Kwestya polska, jest mi sprawą poniekąd osobistą“. Ale prawdziwa jego werwa i dowcip południowca przejawia się gdy może złośliwie wmieszać do rozprawy medycynę i lekarzy. Opowiada, że został aresztowany w mieszkaniu syna swego przez legion medyków.
„Patrzymy — mówi — przez okno i oto widzimy 10-ty legion naszej zacnej gwardyi narodowej, jak panowie wiecie składający się niemal całkowicie z bohaterskich uczniów Eskulapa.
„Wsadzono mnie do doróżki — mówi dalej. — Patrzę, a tu na koźle siedzi lekarz“. Jakiś świadek oświadcza, że jest lekarzem, a Raspail zwraca się doń zaraz: „Nie umiem znaleść słów, by panu doktorowi wyrazić mą wdzięczność za gotowość, z jaką porzuciłeś swą cenną praktykę, w celu złożenia zeznań przeciwko mnie“.
Barbés jest oburzony, śmiały, oskarżenie traktuje z pogardą, posiada wszystkie zalety demokraty, ale niestety niemożliwie dużo gada i przeważnie na wiatr. Na początku audyencyi oświadczył, że odmawia odpowiedzi na wszelkie pytania, nie miesza się do dyskusyi, a mimoto ciągle wplata niezmiernie długie mowy, bezdennym przesiąkłe retoryzmem. Na ogół z jego gadaniny wynika, że dlatego wziął udział w manifestacyi, by nie dozwolić Blanquiemu kierować nią wyłącznie. Dnia 14 maja w mieszkaniu Ludwika Blanc dowodził, że koniecznem jest przeszkodzić Blanquiemu i zmniejszyć w ten sposób rozmiary i doniosłość manifestacyi, do której masy prą instynktownie. Dnia 15 maja ostentacyjnie wychodzi z sali obrad parlamentu podczas przemówienia Blanquiego.
Blanqui przyjął wyzwanie, kilkakrotnie wstaje, przemawia, odpiera zarzuty, wogóle w imieniu wszystkich obwinionych stawia czoło prokuratorowi.
„Blanqui (Ludwik August) lat 42, publicysta, urodzony w Nizzy (Sardynia), zamieszkały w Paryżu, rue Boucher 1. 1 “. Oto co figuruje w akcie oskarżenia na czele spisu winowajców. Człowiek ten blady jest teraz, wynędzniały, włosy ma krótko ostrzyżone, a rudą przyciętą brodę okrywać zaczyna siwizna. Wygląda na starca, ale bystrej jego uwadze nic nie ujdzie, w dykusyi jest ścisłym, nieubłaganym. Zaczyna od wniesienia zażalenia w sprawie braku wszelkiej łączności w przytoczonym materyale dowodowym, potem zwraca się do świadków, zmusza ich do zeznań, otacza siecią pytań, prowadzi do sprzeczności. Ciężkie chwile przy tej okazyi mają restaurator Dagneaux i prefekt policyi Carlier. Zbija z tropu prezydenta rzucając mu ostre odpowiedzi na jego insynuacye, mówi gwałtownie, kryjąc się jeno tam, gdzie przekracza wszelkie granice, w mgłę ironii, a w następnej zaraz chwili ciska gromy w przeciwników, silnym, spokojnym, ostrym głosem, jakby trafnymi rzuty miażdżąc ich w proch. W chwili, gdy ma stanąć do zeznań nowy świadek, prosi bardzo przewodniczącego Berengera, by polecił swym świadkom, zaraz z początku mówić istotną prawdę, a pomijać prawdy, których ich wyuczono w przedsionku sądowym, wreszcie podkreśla zeznanie pułkownika dragonów Goyona, tymi słowy:
„Słyszeliśmy tedy panowie wykład teoretyczny sztuki mordowania więźniów“. Dreszcz wstrząsa słuchaczami, gdy udowadnia, że Huber jest agentem policyi i, że odegrał poleconą sobie rolę prowokatorską rozwiązując Zgromadzenie Narodowe, dalej że Borme, ów pozorny dekadent i fantasta jest zausznikiem Ludwika Napoleona, a jego klub stanowi legion pogotowia kontrrewolucyjnego i jest na żołdzie pretendenta. Dotyka w ten sposób niemiłosiernie bolączki, wskazując kto skorzystał właściwie z 15 maja, z rewolucji, której opierał się z wszystkich sił. W wymownych słowach odkrywa tajne przejścia, kędy ku swym celom przeciska się bonapartyzm i mówi głośno, pierwszy, kto kierował właściwie wybuchem. Ale wszystko to poniekąd zwiększa winę samego Blanquiego. Człowiek, tak dobrze zdający sobie sprawę z najbliższej przyszłości nie powinien był uledz sugestyi i nie grać 15 maja roli mimowolnego sprzymierzeńca cezaryzmu. Lamartine, poeta, jaśniej patrzył na rzeczy, snadź przeczucia jego wyraziściej mu się przed oczyma rysowały na tle nienawiści, jaką pałał do Napoleona. Pod sam dopiero koniec przemówienia podejmuje Blanqui swoją obronę. Opierając się na prawie i istotnym sensie ustaw, nie boi się sądu nad sobą, choć złość ludzka w akcie oskarżenia zrobiła zeń jakiegoś djabelskiego maniaka konspiracyjnego. Obrona Blanquiego podobna jest raczej do śledztw a prowadzonego przez prokuratora rewolucyi. Oto wyjątek:
„Stałem zawsze w pierwszym szeregu, a jednak ciosy padające nie trafiały we mnie. Stałem z twarzą obróconą ku wrogom sprawy ludu nie odpowiadając na pociski, a pociski te dla mnie przeznaczone, poprzez moją osobę padały w samo serce rewolucyi. Oto moja obrona, w tem leży mój honor, i to uczucie które mi dziś duszę napełnia, poczucie obowiązku spełnionego wśród najstraszniejszych warunków i doświadczeń życiowych, ze spokojem i wytrwałością. Niedługo nadejdzie dzień spełnienia owych, dziś zamglonych i dalekich ideałów, dzień wielkiego rozczarowania dla was panowie, a chociaż słońce wschodząc dnia onego oświeci jeno kazamatę, w której głębi konał będę może... cóż to znaczy? Wszak więzienie było dotąd przez lat 12 mojem mieszkaniem. Wywabiła mnie zeń zwycięska rewolucya... teraz gdy padła zgnębiona wracam do mrocznej celi“.
Stwierdza upadek rewolucyi, zgadza się na oczekujący go los. Potem prostuje się, oczy jego rozbłyskują ogniem i Blanqui donośnym głosem rzuca klątwę na zwycięsców, wykazując korupcyę ludzi, stojących u steru, kwalifikując cały rząd jako bandę rabusiów, żyjącą z oszustw, kradzieży, wszetecznictwa. Mówca zapowiada, że jak z jednej strony zamarło sumienie, a pozostała jeno gorączka użycia, tak z drugiej skończyła się cierpliwość i palący jad nędzy doprowadził tłumy do rozpaczy. Nastał czas ogólnego zamętu, czeka nas niebawem chaos zupełny i klęski niezmierne, jeśli nie przystąpimy do zasadniczych reform społecznych. Blanqui podobny Jonaszowi woła: „Jeszcze dni czterdzieści, a porażę Niniwę ogniem. Jeno w pokucie jeszcze ocalenie, Niniwe przywdziej wdowie szaty, głowę posyp popiołem, albowiem zmógł się nad tobą gniew ludu, a wnuki mogą nie znaleść fundamentów twych gmachów przepotężnych!“
„Jakaż zmiana nastałaby w całej umysłowości narodu, gdyby rząd nagłym ruchem zmiótł całe to robactwo, łażące po społeczeństwie, gdyby usunął chciwość z całej hierarchii urzędniczej, wykorzenił cynizm, a nauczył gorliwości i poświęcenia, gdyby przedajność ustąpiła miejsca uczciwości i bezinteresowności, gdyby urzędy publiczne przestały być ohydnemi synekurami, i przemieniły się w placówki, gdzie stoją straże wierne.“
„Przykład dany z góry działa pewnie i szybko. Wstrzemięźliwość i surowość obyczajów mogłyby równie dobrze być zaraźliwemi, jak korupcya. Za inicyatywą klas rządzących objąćby mogły całe społeczeństwo.“
Potem przechodzi do dyskusyi i nagle wraca mu humor. Krytykuje manifestacyę 15 maja i tłumaczy, że tłum rewolucyjny nie jest pułkiem, który słucha rozkazów, ale żywiołem, który wolę swą narzuca.
„Ale dodać tu muszę jeszcze jedno. Pan prokurator przedstawił mnie łaskawie jako manekina. Ponoś wbrew własnej woli poszedłem na czele tłumu, bezwolnie wkroczyłem do sali obrad, wstąpiłem na trybunę, a wkońcu bez własnej chęci wypowiedziałem długą mowę. Jestto bardzo dowcipne, ale zarazem niema sensu. Być może, że działały tu i inne względy, ale mówiłem z najzimniejszą krwią i za słowa me biorę odpowiedzialność. Polityk szybko oryentuje się w sytuacyi i wie co ma począć, gdy uczuje jeno stopnie mównicy pod nogami. Tak się stało i ze mną i mimo, że wokoło działy się głupstwa, ja głupstw żadnych nie mówiłem i nie uważałem ich za stosowne mówić“.
Podkreśla dalej charakter niewinny demonstracyi, zapewnia, że gdyby miano naprawdę obalić rząd i parlament, inaczej wzięto by się do rzeczy, że on i jego towarzysze, mający pewną wprawę w urządzaniu rozruchów i konspirowaniu, nie pletliby przez trzy godziny andronów, ale na ostro się wzięli do roboty.
„Wiemy jak się to robi!“ — woła. I zaraz rozpoczyna wykładać teoryę obalania rządów, opisuje, jak się wyłamuje drzwi, wkracza do sali obrad, wypędza posłów, z wyraźną rozkoszą kreśląc obraz tego wszystkiego co stać się mogło.

XCIX.

Dnia 2 czerwca, w ostatni dzień rozprawy nastrój się zmienia. Komizm, jaki chwilami przebijał wśród zeznań, wynikał z sytuacyi, ustąpił miejsca tragedyi. Wybuchają tłumione z dawna nienawiści, rozbrzmiewają obelgi, klątwy. Przewodniczący zwraca się do Blanqaiego z zapytaniem, czy ma coś jeszcze nadmienić ku swej obronie, po replice prokuratora generalnego Barocha, który pod koniec rozprawy dnia poprzedniego przedstawił szczegółowo całą jego działalność polityczną.
Blanqui powstał i rzekł:
„Nie potrzebuję wychodzić z tej sali i szukać poza jej murami dowodów, na to, że nienawiść zaciekła ściga mnie. Wydano mi wojnę, wrogowie moi skupili się pod czarnym sztandarem. Walka wre na śmierć i życie“...
Przewodniczący chce mu przerwać.
„Nie przeszkadzaj mi pan mówić!“ — woła Blanqui i ze swego punktu widzenia oświetla dzieje 12 maja roku 1839. Gdy uczynił wzmiankę o Barbésie, tenże zadrżał i krzyknął: „Nie mów pan o mnie!“. Blanqui ciągnie dalej, rozpłomienia się i oświadcza, że wiadomy dokument Taschereau został sfabrykowany na radzie rządu tymczasowego.
Przewodniczący ledwo mógł się końca doczekać, zaraz też z pośpiechem udziela głosu Barbésowi, a współobwiniony, towarzysz broni wstaje i poczyna oskarżać. Zdaniem jego Blanqui jest winnym, ale nie nazywa go po nazwisku, zadawalniając się jeno frazesami jak: „Zrobiono to a to... podobno... jeden z współoskarżonych moich... pewien osobnik... Słuchający tego wszystkiego Flotte krzyczy na Barbésa: „Upadlasz się pan!, a Barbés reaguje obelgą: „Tobie także mam coś powiedzieć mój panie! Jesteś pachołkiem pewnego indywiduum, a chcesz wmówić we wszystkich swój republikanizm. Na to Flotte: „Czekajno pan, czekaj, już ja cię zdemaskuję!“
Takie i tym podobne wykrzyki rozlegają się po sali, aż Blanqui musi interweniować, stawić czoło roznamiętnionemu Barbésowi.
Mówi, a w zwięzłych jego słowach czuć, że chce panować na sobą i nie da się unieść, oddech jego krótki, na czoło występuje pot kroplisty. Niezmiernie przykrą jest ta sytuacya, ta walka współwinnych w obliczu wspólnych wrogów, ale zarazem niezmiernie ciekawą jest konfrontacya dwu tak różnych indywidualności. Zwróceni są do siebie, siedzą blisko na jednej ławie, jeden czuje oddech drugiego, a oczy obydwu miotają ciosy zabójcze. Któżby przeczył Barbésowi, że zachowuje się jak przystało na bojownika i męczennika wielkiej sprawy, traktuje sędziów z góry, mówi wybornie. Radzibyśmy jeno, by był mniej dogmatyczny, bardziej ludzki, by ten odważny człowiek był sprawiedliwszym. Nie wszystko załatwia się wyklęciem, nieomylność nie jest właściwością człowieka. Kiedy się po latach bada popielisko faktów historycznych, nie należąc ni oficyalnie i uczuciowo do żadnego z współczesnych stronnictw, gdy się widzi, jak ci wszyscy biedacy walczyli, cierpieli, znosili prześladowania, trudno zgodzić się na tę łatwość sądzenia, jaką się odznaczał Barbés, na jego ekskluzywność i gorączkę. Trudno wprost wymódz na sobie wyrok potępienia na Blanquiego wobec takich marnych, zgoła niedostatecznych dowodów.
Owa podejrzana szmata Taschereau miałażby być wystarczającym motywem doraźnego potępienia człowieka który przecierpiał już dwanaście lat więzienia, a teraz na nowo Bóg wie na jak długo miał zniknąć ze świata żywych? Cóż za okropna, cóż za ciasna polityka! Jestto barbarzyństwo godne najciemniejszych sekciarzy wieków średnich, bezmyślność zaciekłości, co zapominać każe o idei i rzuca ludzi na ludzi, by się pozagryzali na śmierć.
Nie ulega wątpliwości, że Barbés poświęcił wszystko, oddał od razu, bez sprawie swą przyszłość, pieniądze, spokój, życie umysłowe, widoki szczęścia rodzinnego, swobodę osobistą działania, wolność, zdrowie, to znaczy oddał życie... ale pamiętajmy, że i Blanqui złożył na ołtarzu w ofierze to samo.

C.

Pogodził ich wyrok jednaki i dobrze się stało. Znacznie przystojniej im cierpieć razem jak toczyć bój w obliczu sędziów. Mimo protestu Lamartina, człowieka bezstronnego, uczciwego męża stanu, który nie chciał uznać za wynik spisku wypadków 15 maja, a jeno traktował je, jako instynktowną manifestacye skrajnych partyj, którą wywołała poprostu sytuacya, mimo takiegoż protestu, podobnie nawet brzmiącego, który złożył Ledru-Rollin, gdzie z logicznie zszeregowanych faktów i ich następstwa wyprowadzony był zgoła inny wniosek, a przedewszystkiem jasno było udowodnione, że właśnie dopiero owo bicie bębnów na alarm nasunęło manifestantom myśl rewolucyi i ustanowienia nowego rządu, mimo to wszystko zapadł wyrok zasądzający. Barbés i Albert, wobec obciążającego faktu, że byli posłami, skazani zostali na deportacye, Blanqui na 10 lat cytadeli, Sobrier na 7, Raispail na 6, a Flotte i Quentin na 5 lat wiezienia.
Jednych, a pośród nich Barbésa wywieziono na Belle-Ileen-Mer, inni, wraz z Blanquim zostali osadzeni w Doullens.

CI.

Doullens, gdzie uwieziono skazańców procesu w Bourges leży w departamencie Sommy. Cytadela została zbudowana w XVI. wieku. Dochodzi się do niej długą ulicą białą, zimną, która przechodzi zwolna w drogę, wznoszącą się ku górze, ujętą w żywopłoty ostrokrzewu. Naprzód ukazują się oczom fortyfikacye i dopiero gdy się minie wielki most zwodzony, wyrastają, jak z pod ziemi budynki. Przeważnie zbudowane są z cegły, a barwa ich różowa, wypełzła, o tonach liliowych charmonizuje z zielenią wysokich topol i trawników.
Budynek główny otaczają inne, niegdyś rezydencye pańskie, koszary wojskowe, wysokie i niskie, stare i nowe, a środkiem biegną uliczki wąskie, tu i owdzie zaułek bez wyjścia, słowem dziwnie to smutny konglomerat, kędy żyją, chodzą i pracują więźniowie. W takiem to otoczeniu spędził Blanqui dziewiętnaście miesięcy. Poznał wszystkie podwórza, zakamarki, trawniki i mury, ale z jednego jeno punktu mógł widzieć co się dzieje na zewnątrz, z najwyższego terasu cytadeli, gdzie wzdłuż zębatych blanków snuły się bezustannie straże. Stamtąd dojrzeć mógł drogę, którą tu przybył i którą kiedyś mógł wrócić do świata, dalej, na drugim planie samo miasto, zbiorowisko śpiczastych dachów, barwy stalowo szarej i czarnych kominów, przetykanych tu i owdzie kępami drzew, po których rozeznawał pory roku, kilka małych stawków, zamarzłych w zimie, domki mieszczan, otoczone powycinanemi w deseń gazonami, na których mieniły się tęczowo grządki z kwiatami, wreszcie długie, proste linie topól, aleje kasztanowe, sterczące ponad szczyty dachów dwie wieże, jedną kończystą, drugą zakończoną kopułą i fasadę kościoła, zbudowanego z cegieł, na którym widniał zegar. Byłem raz w Doullens i poznałem owo odosobnienie na jakie skazany jest tam człowiek, widziałem spokojnie wznoszące się w górę dymy, obojętnie, martwo patrzące okna, roztropnie trzymającego się na uboczu miasteczka, ukołysanego monotonią życia codziennego. Blanqui wiódł wzrokiem za latającemi ponad łąki wronami, słyszał, jak spadają z murów kamienie w głębokie rowy więzienne i pojął, jak nieubłagalnym jest obrót skazówek tego zegara, znaczących miarowe następstwo godzin, w ciągu których nic się nie dzieje.
Ale tam właśnie, w środowisku, kędy życie zda się bezcelowem, mimo prześladowań, dyskusyj, często pogróżek i klątw codziennych, Blanqui snuje dalej swe myśli i notuje je w zeszycie. W Doulens powstały szkice krytyczne i wspomnienia o Ludwiku Blanc, Caussidièrze, Ledru-Rollinie, dalej rozprawa o katolicyzmie i protestantyzmie, a w końcu plik zwięzłych, źródłowych danych przeciw Robespierrowi.
Widziałem regestr w biurze więziennem, gdzie zapisany jest dzień uwięzienia Blanquiego wraz z wzmianką co do kary i winy: „Dnia 6 kwietnia 1849, dziesięć lat więzienia, wyrok trybunału sądowego w Bourges, z powodu zamachu, mającego na celu obalić lub zmienić rząd, wolny będzie 2 kwietnia 1859“.
Odnośnie do osoby więźnia znalazłem tam co następuje: „Wiek, lat 43, wzrost 1 m. 43, włosy czarne, siwe? brwi czarne, czoło wydatne, oczy wypukłe, szare, nos orli, okrągły, usta małe, podbródek spiczasty, twarz owalna, cera blada“.
W końcu jeszcze datę i miejsce, kiedy i gdzie został przeniesiony:
„Wydany z urzędu i odstawiony do wozu więziennego, w celu przewiezienia na Belle-Ile-en-Mer, skutkiem rozporządzenia ministeryalnego z dnia 18 października, na dniu 20 października 1850 roku.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gustave Geffroy i tłumacza: Franciszek Mirandola.