W piwnicy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł W piwnicy
Pochodzenie Respha. Opowieści
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1920
Druk Jan Cotty
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
W PIWNICY.


W uchylone podwoje kościoła dziad dzwonnik w sunął swą siwą głowę. Nie przestępując progu, dłonią zastawiając się przed światłem dworu, usiłował przejrzeć mrok, zalegający nawę i w jedno zlany z zupełną w niej ciszą.
— Księże dobrodzieju — kilkakroć powtórzył prosząco.
Nikt nie odpowiedział.
Jeszcze raz, po chwili wyczekiwania, wywołał księdza, ile mógł najbłagalniej.
— A cóż ci tak pilno?
Ksiądz odezwał się bez zniecierpliwienia i spokojnie, tonem człowieka, który nie odpowiadał zaraz, bo chciał do punktu pewnego doprowadzić swe rozmyślania, czy modlitwę.
W tej chwili spruł powietrze dziwny, przejmujący dźwięk — coś z wycia, jęku i chichotu. Pocisk wybuchł na drugim końcu wsi.
Wolno, w pomroku zstępując z stopni ołtarza, przy którym długą chwilę spędził w zadumie, ksiądz pomyślał:
— Ostatni raz!
I zaraz się zgromił. „Tylko nie być babą“!
Ale u drzwi, na progu jeszcze się zatrzymał. Nie było tam już nikogo. Dziad znikł, jakby zmiótł go granat lub strach rozwarł pod nim ziemię.
Wyprostowany, z twarzą zwróconą ku ołtarzowi, do piersi przyciskając jakiś ztamtąd wyjęty przedmiot, zapatrzył się ksiądz w wysłaną cieniami nawę. Dwanaście lat w mury te i sprzęty wsiąkał i przepoił je sobą tak, że i one z kolei poczęły ku niemu promieniować bezwładną miłością kamieni i rzeczy. Nieme i nieruchome tchnęły teraz na odchodzącego skargą, wyrzutem, żalem. Czuł jak po taflach zimnych posadzki rozsnuwa się ich ciężka, bezwładna tęsknota, którą sam w nich wzbudził, i zbiega mu do nóg, kuli się u nich, nie daje mu poruszyć się z miejsca.
— Nie odchodź!
Zacisnął usta. Ból wyrył na jego twarzy dwie gotowe dla łez brózdy, ale na łzy nie czas był jeszcze.
Na plebanji niepokojono się. Strzały padały coraz gęściej. Mała dziewczynka, która z swą ciotką, komornicą ze wsi, tu z innymi ukryć się przybyła, ofiarowała się biedź po księdza.
— Ja najprędzej przelecę i nic mi się nie stanie i przyprowadzę go, — tłumaczyła starszym, gdy zaś nie przestawali się spierać — kto ma iść, wymknęła się sama i pobiegła.
Za nią pogonił głos ciotki:
— Janka, ani się waż. Wracaj! Zaraz mi się wróć! Ksiądz głos ten usłyszał i zobaczył biegnącą dziewczynką. Z lękiem rzuciwszy okiem w górę, czy tam śmierć nie chichocze już na spotkanie małej, zatrzasnął drzwi za sobą, podbiegł, uchwycił dziecko na ręce i za chwilę był na plebanji. — A powietrzem już sunął chichotliwy, potępieńczy głos i znów gruchnęło w któreś z opustoszałych domostw wioski.
W niewielkiej, sklepionej piwniczce na plebanji — prócz starego służącego księdza, jego kucharki i dziada dzwonnika — z obcych schroniło się czworo ludzi: wdowa komornica z Janką, bezdomny żebrak zwany „Onufer“, który przygodnie znalazł się na ten czas we wsi i stary gospodarz, jeden z zamożniejszych, Marceli Madziak. Synowie jego, zięciowie z żonami, dziećmi, dobytkiem, węzełkami pouciekali, on ruszyć się nie chciał i bardzo się cieszył, że i ksiądz do ucieczki namówić się nie dał.
Pachniało ziemniakami, kapustą, ziemią, pleśnią, grobem trochę. Okienko zatkał ktoś rogoża, pewnie by nie widzieć krwawych odblasków łuny. Światło dawała świeca, postawiona na beczce. Dla księdza przyniesiono taburet. Kobiety siedziały na przyniesionej z werandy ławeczce. Mężczyzni przykucnęli na ziemi.
Taburet został nie zajęty. Ksiądz usiadł na pęku rogóż, pod tylną ścianą piwnicy, po środku jej, mając z jednej strony „Onufera“, z drugiej — nieodstępną Jankę.
— No, dzieci moje, — rzekł głaszcząc włosy dziecka — jakże my tu czas sobie skracać będziem? Janeczka pewnie nie zechce próżno siedzieć, naobiera nam kartofli, — ale gdzie je ugotować, to już nie wiem.
— A to lepiej napieczem w sionce, — rzekł ktoś.
Janeczka zrobiła zafrasowaną i smutną minkę, poczem z pod oka spojrzała na księdza w nadziei że ją zapyta o powód strapienia. Ale ksiądz przeoczył jej frasunek i spojrzenie. Dziwnie od spokoju jego mowy odbijał palący się w oczach żar bólu i niepokoju.
— Ale, ale, — mówił dalej z uśmiechem, — cóż się martwić o czasu skrócenie. Toż m am y naszego Marcelego. Kronika trzech ćwierci wieku. Co tam macie dla nas na myśli do opowiedzenia, Marceli?
— Co jeno zechcecie państwo kochani, — rzekł stary. A powiem księdzu proboszczowi, że oto — jak godzinę tu już siedzę, to tyle mi się naprzypominało... Siedzę, a precz myślę, a przypominam. Jezus kochany, — jakby z ziemi wstawało, jakby powietrzem leciało, pełno czegoś i kogościś koło mnie...
— Nic dziwnego — rzekł ksiądz, — chwila poważna, to i żywot cały staje przed oczami. A to i dobrze. Posłuchamy was.
W tej chwili huknęło znacznie bliżej i zaraz potem wyraźnie słyszeć się dał łoskot czegoś walącego się. Plebanja zadrżała, zabrzęczały wypadające szyby.
Milczenie zaległo na chwilę. Marceli szepnął:
— Musi w szkołę.
— Nim zaczniemy opowieści, — odezwał się ksiądz spokojnie, — pomódlmy się wpierw dzieci moje, boć co prawda śmierć lata nad nami. Spowiadaliście się już wszyscy, prawda?
— Wszyscy, księże.
Ukląkł i oni pouklękali.
— Panie Boże nasz, — zaczął — w tej ciężkiej chwili, może ostatniej żywota naszego, bądź miłosiernym nam grzesznym, odpuść nam winy nasze i umocnij ducha naszego...
I z dziwną mocą nasunęły mu się w tem miejscu słowa: —
...który wspólny i jeden w nas jest —
Wypowiedział je głośniej niż inne, jakby za kimś powtarzając — i ciągnął:
—... abyśmy go ochoczo w ręce Twoje oddali...
— I z Tobą jedno się stali, — znów głośniej, z mocniejszem wzruszeniem, za kimś powtórzył.
— W ostatniej zaś od nas ofierze przyjm jeszcze raz modlitwę, którą Syn Twój ułożył, a my bez zmiany, jak z ust Jego wyszła, powtarzamy... —
— Z cudnych najcudniejszą, — znów mimowoli wtrącił — i ciągnął:
— Ojcze nasz, któryś jest...
Skończył, ale nie w stawał z klęczek i dłońmi zasłonił twarz. Coś łkało w nim i — jak ongi dobry Syn człowieczy — czuł wstępujący weń ból ofiarny. Jakoż piekielny huk rozdarł powietrze i wszystko się zatrzęsło. Gdyby ucho księdza nie złowiło jęku sygnaturki, gdyby potężny łoskot nie w skazał co się wali, poznałby i tak po przeszywającym sercu bólu „kogo“ ugodził pocisk. — Chwila — i znów to samo, tylko dłuższy potem i cięższy łoskot na łoskot, trzask na trzask. W kupę waliły się mury, sklepienie, wiązanie dachu. Wszystko to takie stare było, takie zwiotczałe.
— Boże! — zajęczeli ludzie. Wszyscy nie wyłączając Janki, zrozumieli, że ugodzony został i umiera stary kościół, ale nikt żadnego więcej nie dodał słowa; jak jeden pojęli, że tylko milczenie należy się bólowi księdza.
On na kolanach posunął się ku ścianie i twarz ukrył u muru.
— A ja go odszedłem! — zajęczał bezgłośnie. Boże mój, ja z nim jedno, błagam Cię o śmierć.
Janka z niedziecinną powagą wlepiła w niego oczy. Widziała część twarzy księdza, oko rozwarte i nieruchome, jakby patrzył i widział przez mur — i z pod oka spływający brózdą sznurek łez. Widok tych łez rozżalił ją i przypomniał jej własne, osobiste zmartwienie.
Opuściła główkę i zapłakała rzewnie.
Płakała swego pieska Burusia. Gdy uciekały, zawieruszył się, czy wystraszony wlazł gdzieś i ani go się było dowołać. A teraz staje jej przed oczami opuszczony, trzęsący się, skulony — gdy szuka jej dokoła biednem, stroskanem, wylęknionem spojrzeniem.
Naraz czyjaś ręka ujęła lekko jej podbródek i uniosła główkę do góry.
— Czego płaczesz Janeczko? — spytał ksiądz szeptem.
Ona również cicho odrzekła, patrząc nań szybko osychającemi oczkami.
— Pieska Burusia. Nieme stworzenie — takie dobre i nie wiem, gdzie się podział.
Po chwili zaś dodała:
— A ksiądz płacze swego kościoła?
— Tak, — szepnął. Pochylił się ku niej i przez chwilę stara głowa bezwładnie wsparła się na wątłem ramieniu dziewczynki.
... Był tu człowiek, który od początku trwał w jednem ciągle uczuciu, nie frasując się o wypadki. To był żebrak Onufer.
Brzydki, z twarzą niegoloną, krzaczasto na brodzie i po bokach porosłą krótkim, twardym włosem rdzawo rudym, miejscami brudno siwym, z głową niechlujną od lepiących się po łysinie starganych kosmyków, siedział on koło Marcelego na ziemi, z podkulonemi kolanami, o ścianę plecami oparty. Gdy ksiądz usiadł z drugiej jego strony, Onufer odrzucił się od ściany i zrobił ruch do w stania, a i Marceli targnął go za kapotę, nakłaniając do odsunięcia się. Nie wstał jednak i wrócił do poprzedniego położenia z tą zm ianą, że od Marcelego zupełnie odwrócony a przodem do księdza podany zapatrzył się na niego, otworzywszy przytem usta.
I odtąd twarz jego o tępem wejrzeniu i niezawartych ustach już nie zmieniła wyrazu jakiegoś nieporadnego zdumienia.
Zbliżając niekiedy wargi dla zebrania śliny i znów je rozchylając patrzał on na księdza nie spuszczając zeń oka może dlatego, że ani razu nie spotkał się z jego spojrzeniem. — Ziemia drżała od huku, waliły się domy, walił się kościół, — Onufer skonstatował to w swej głowie:
— Wali się kościół, tak, tak, — powiedział sobie i trwał nieznużenie w kontemplacji jakby koniecznie oczekiwał tą drogą rozwiązania jakiegoś nadewszystko zajmującego go pytania.
Podniósłszy osłabłą głowę z ramienia Janki, ksiądz spojrzeniem ciężkim powiódł dokoła i po raz pierwszy napotkał wlepiony weń wzrok żebraka. W tem spotkaniu oczów, wejrzenie Onufera utraciło swój tępy wyraz i rozbłysło jasno wyrażoną ciekawością, a jednocześnie chyżo odepchnął się on od ściany i wsparłszy na ręku gotował się do wstania.
Zatrzymała go ręka księdza.
— I dokąd-że to, Onufer? Za ciężkie tam spadają jabłka, nie poradziłbyś im. Posiedź z nami, znajdziem ci tu strawniejszą renetkę.
Onufer znany był z zamiłowania do zbierania jabłek w cudzych ogrodach, ale ksiądz ani strofować go, ani ukłóć nie miał zamiaru, tylko widząc, że stary się żenuje, żartem tym chciał go roześmielić.
I Onufer dobrze żart przyjął. Rozdziawione usta jego zamknęły się zaraz i — rzecz dziwna — w dobrym jakimś i miłym uśmiechu; z tym uśmiechem i tryumfującem zadowoleniem w oczach, odwrócił się i popatrzył na Marcelego, jakby rzec chciał.
— Aha, co — czyja wygrana?
Ale Marceli spoglądał w inną stronę — i żebrak usadowił się jak wpierw pod ścianą, tylko na nic i na nikogo więcej nie patrzył. Podrapał łysinę, potarł krzaczystą brodę, skrzyżował potem ręce na skulonych pod brodą kolanach, oparł na rękach głowę i najspokojniej do drzemki się gotował próżen trosk, frasunku, pytań. Raz tylko podniósł głowę i coś nosem pociągnął.
Przyszło mu na myśl:
— Czy ksiądz o renetach mówił tak sobie tylko, czy też naprawdę tutaj je ma?
Ale nos nie wykrył obecności renetek.
Poczem uspokoił się Onufer zupełnie. A przedtem — ot co go dręczyło. Powiedział sobie, że ksiądz usiadł przy nim nie widząc go. Co zaś zrobi, gdy go tuż przy sobie zobaczy? Im dłużej, skutkiem nieuwagi księdza, nie odbierał na pytanie odpowiedzi, tym bardziej go ono przejmowało, tem większej nabierało wagi. Otrzymana wreszcie odpowiedź — ręka, zatrzymująca jego ramię, i żart — napełniła go czemś dobrem, co uczuwa się przed snem beztroskim....
Armaty precz słychać było, ale pociski w pobliżu już nie padały.
Ludzie spokojniej poczęli oddychać i oddali się rozważaniu nieszczęścia, w postaci zburzenia kościoła. Fakt dokonany z każdą minutą odsuwał się w przeszłość. Kobiety coś szeptały. Marceli odezwał się półgłosem, bardziej do siebie:
— W Moczyborzu, po spaleniu, odbudowano w dwa lata. Parafja sam a sobie, bez niczyjej pomocy.
Ksiądz wstał, podszedł do drzwi omijając nogi siedzących na ziemi i wyszedł przeprowadzony milczącem i spojrzeniami.
Bawił niedługo. Wróciwszy, zaraz na wstępie odezwał się:
— Kupa gruzów! Boczne ściany trzymają się — i to jedna jakby trochę pochylona.
I wrócił na swe miejsce.
Chwile mijały. Coraz dalej szło w noc.
Przygasała świeca. Ucichły szepty. Wsparta główką o kolano księdza uśpiła się Janka. Z drugiej strony twardo usnął żebrak. Zdrętwiał mu kark od pochylania głowy, odrzucił ją na ścianę, a po niej coraz to zsuwał się niżej. Gdy dotknął ramienia księdza, ten ujął głowę Onufrego i na drugiem kolanie swojem ją położył.
Z wyżyn bólu myśl jego opadała w tę ciasną, skuloną w murach piwniczki rzeczywistość i rozlewała się po duszach kilku obecnych, w siąkała w nich dziwnie rozlewna, dziwnie łatwo wszędy przenikająca. Nie spał, a zdawało mu się, że się stapia z senną myślą Janki i Onufera, że widzi strzępki jakichś wspomnień w drzemiącej głowie Marcelego...
— To mój kościół zatem — pomyślał.
Szły chwile...
Czyjeś kroki i głosy słyszeć się dały.
— Trzeba księdzu powiedzieć — ktoś mówił za okienkiem piwnicy.
Otwarto drzwi.
— Księże proboszczu, bezpiecznie, ucichło; wojska odeszły ponoć aż pod Moczyborz. Ale kościoła nam popłakać, szkoły... Wieś spalona...
Wybiegli. Dniało. Gromadka popatrzywszy chwilę na ruiny kościoła rozpierzchła się — i ku gruzom podszedł ksiądz sam. Nie było gdzie wejść, wnętrza nie było. Ukląkł przy bocznej ocalałej ścianie i znów zapłakał. A myśli dziwne, niewłasne szły ku niemu.
„Czemu płaczesz księże? Kościoła? Jeśli kształtu widomego, toć złuda to tylko była; jeśli żywota, któryś tchnął w niego, to ten nie umarł“.
„Gorzkie łzy tej nocy przelałeś, ale czy i radość ci nie była dana?“
— Tak, Panie, — odpowiedział komuś w myśli — nigdym tak blizki nie był ludzi i tak jedno z nimi.
„I nic nad to nie czułeś, księże?“
Z wstającem nad ciche pola słońcem jasność się po myślach jego rozlała i wykrzyknął radośnie:
— I Tyś tam był z nami, Panie, za jedno z nami!
— Księże proboszczu, księże proboszczu, — wołał srebrny głosik — Buruś się znalazł!
Na rękach niosła Janka skowyczącą z radości psinę.

Ksiądz głęboko westchnął. Wstał. Przycisnął dziecko do piersi, a pies pełen szczęścia, że żyje i jest śród ludzi, oblizał różowym języczkiem obie twarze — księdza i dzieweczki.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.