Strona:Respha.pdf/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z senną myślą Janki i Onufera, że widzi strzępki jakichś wspomnień w drzemiącej głowie Marcelego...
— To mój kościół zatem — pomyślał.
Szły chwile...
Czyjeś kroki i głosy słyszeć się dały.
— Trzeba księdzu powiedzieć — ktoś mówił za okienkiem piwnicy.
Otwarto drzwi.
— Księże proboszczu, bezpiecznie, ucichło; wojska odeszły ponoć aż pod Moczyborz. Ale kościoła nam popłakać, szkoły... Wieś spalona...
Wybiegli. Dniało. Gromadka popatrzywszy chwilę na ruiny kościoła rozpierzchła się — i ku gruzom podszedł ksiądz sam. Nie było gdzie wejść, wnętrza nie było. Ukląkł przy bocznej ocalałej ścianie i znów zapłakał. A myśli dziwne, niewłasne szły ku niemu.
„Czemu płaczesz księże? Kościoła? Jeśli kształtu widomego, toć złuda to tylko była; jeśli żywota, któryś tchnął w niego, to ten nie umarł“.
„Gorzkie łzy tej nocy przelałeś, ale czy i radość ci nie była dana?“
— Tak, Panie, — odpowiedział komuś w myśli — nigdym tak blizki nie był ludzi i tak jedno z nimi.
„I nic nad to nie czułeś, księże?“