Strona:Respha.pdf/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


W uchylone podwoje kościoła dziad dzwonnik w sunął swą siwą głowę. Nie przestępując progu, dłonią zastawiając się przed światłem dworu, usiłował przejrzeć mrok, zalegający nawę i w jedno zlany z zupełną w niej ciszą.
— Księże dobrodzieju — kilkakroć powtórzył prosząco.
Nikt nie odpowiedział.
Jeszcze raz, po chwili wyczekiwania, wywołał księdza, ile mógł najbłagalniej.
— A cóż ci tak pilno?
Ksiądz odezwał się bez zniecierpliwienia i spokojnie, tonem człowieka, który nie odpowiadał zaraz, bo chciał do punktu pewnego doprowadzić swe rozmyślania, czy modlitwę.
W tej chwili spruł powietrze dziwny, przejmujący dźwięk — coś z wycia, jęku i chichotu. Pocisk wybuchł na drugim końcu wsi.
Wolno, w pomroku zstępując z stopni ołtarza, przy którym długą chwilę spędził w zadumie, ksiądz pomyślał: