Strona:Respha.pdf/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


huku, waliły się domy, walił się kościół, — Onufer skonstatował to w swej głowie:
— Wali się kościół, tak, tak, — powiedział sobie i trwał nieznużenie w kontemplacji jakby koniecznie oczekiwał tą drogą rozwiązania jakiegoś nadewszystko zajmującego go pytania.
Podniósłszy osłabłą głowę z ramienia Janki, ksiądz spojrzeniem ciężkim powiódł dokoła i po raz pierwszy napotkał wlepiony weń wzrok żebraka. W tem spotkaniu oczów, wejrzenie Onufera utraciło swój tępy wyraz i rozbłysło jasno wyrażoną ciekawością, a jednocześnie chyżo odepchnął się on od ściany i wsparłszy na ręku gotował się do wstania.
Zatrzymała go ręka księdza.
— I dokąd-że to, Onufer? Za ciężkie tam spadają jabłka, nie poradziłbyś im. Posiedź z nami, znajdziem ci tu strawniejszą renetkę.
Onufer znany był z zamiłowania do zbierania jabłek w cudzych ogrodach, ale ksiądz ani strofować go, ani ukłóć nie miał zamiaru, tylko widząc, że stary się żenuje, żartem tym chciał go roześmielić.
I Onufer dobrze żart przyjął. Rozdziawione usta jego zamknęły się zaraz i — rzecz dziwna — w dobrym jakimś i miłym uśmiechu; z tym uśmiechem i tryumfującem zadowoleniem w oczach, odwrócił się i popatrzył na Marcelego, jakby rzec chciał.
— Aha, co — czyja wygrana?