Strona:Respha.pdf/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ale Marceli spoglądał w inną stronę — i żebrak usadowił się jak wpierw pod ścianą, tylko na nic i na nikogo więcej nie patrzył. Podrapał łysinę, potarł krzaczystą brodę, skrzyżował potem ręce na skulonych pod brodą kolanach, oparł na rękach głowę i najspokojniej do drzemki się gotował próżen trosk, frasunku, pytań. Raz tylko podniósł głowę i coś nosem pociągnął.
Przyszło mu na myśl:
— Czy ksiądz o renetach mówił tak sobie tylko, czy też naprawdę tutaj je ma?
Ale nos nie wykrył obecności renetek.
Poczem uspokoił się Onufer zupełnie. A przedtem — ot co go dręczyło. Powiedział sobie, że ksiądz usiadł przy nim nie widząc go. Co zaś zrobi, gdy go tuż przy sobie zobaczy? Im dłużej, skutkiem nieuwagi księdza, nie odbierał na pytanie odpowiedzi, tym bardziej go ono przejmowało, tem większej nabierało wagi. Otrzymana wreszcie odpowiedź — ręka, zatrzymująca jego ramię, i żart — napełniła go czemś dobrem, co uczuwa się przed snem beztroskim....
Armaty precz słychać było, ale pociski w pobliżu już nie padały.
Ludzie spokojniej poczęli oddychać i oddali się rozważaniu nieszczęścia, w postaci zburzenia kościoła. Fakt dokonany z każdą minutą odsuwał się