Strona:Respha.pdf/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— I z Tobą jedno się stali, — znów głośniej, z mocniejszem wzruszeniem, za kimś powtórzył.
— W ostatniej zaś od nas ofierze przyjm jeszcze raz modlitwę, którą Syn Twój ułożył, a my bez zmiany, jak z ust Jego wyszła, powtarzamy... —
— Z cudnych najcudniejszą, — znów mimowoli wtrącił — i ciągnął:
— Ojcze nasz, któryś jest...
Skończył, ale nie w stawał z klęczek i dłońmi zasłonił twarz. Coś łkało w nim i — jak ongi dobry Syn człowieczy — czuł wstępujący weń ból ofiarny. Jakoż piekielny huk rozdarł powietrze i wszystko się zatrzęsło. Gdyby ucho księdza nie złowiło jęku sygnaturki, gdyby potężny łoskot nie w skazał co się wali, poznałby i tak po przeszywającym sercu bólu „kogo“ ugodził pocisk. — Chwila — i znów to samo, tylko dłuższy potem i cięższy łoskot na łoskot, trzask na trzask. W kupę waliły się mury, sklepienie, wiązanie dachu. Wszystko to takie stare było, takie zwiotczałe.
— Boże! — zajęczeli ludzie. Wszyscy nie wyłączając Janki, zrozumieli, że ugodzony został i umiera stary kościół, ale nikt żadnego więcej nie dodał słowa; jak jeden pojęli, że tylko milczenie należy się bólowi księdza.
On na kolanach posunął się ku ścianie i twarz ukrył u muru.