Strona:Respha.pdf/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nic dziwnego — rzekł ksiądz, — chwila poważna, to i żywot cały staje przed oczami. A to i dobrze. Posłuchamy was.
W tej chwili huknęło znacznie bliżej i zaraz potem wyraźnie słyszeć się dał łoskot czegoś walącego się. Plebanja zadrżała, zabrzęczały wypadające szyby.
Milczenie zaległo na chwilę. Marceli szepnął:
— Musi w szkołę.
— Nim zaczniemy opowieści, — odezwał się ksiądz spokojnie, — pomódlmy się wpierw dzieci moje, boć co prawda śmierć lata nad nami. Spowiadaliście się już wszyscy, prawda?
— Wszyscy, księże.
Ukląkł i oni pouklękali.
— Panie Boże nasz, — zaczął — w tej ciężkiej chwili, może ostatniej żywota naszego, bądź miłosiernym nam grzesznym, odpuść nam winy nasze i umocnij ducha naszego...
I z dziwną mocą nasunęły mu się w tem miejscu słowa: —
...który wspólny i jeden w nas jest —
Wypowiedział je głośniej niż inne, jakby za kimś powtarzając — i ciągnął:
—... abyśmy go ochoczo w ręce Twoje oddali...