Strona:Respha.pdf/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A ja go odszedłem! — zajęczał bezgłośnie. Boże mój, ja z nim jedno, błagam Cię o śmierć.
Janka z niedziecinną powagą wlepiła w niego oczy. Widziała część twarzy księdza, oko rozwarte i nieruchome, jakby patrzył i widział przez mur — i z pod oka spływający brózdą sznurek łez. Widok tych łez rozżalił ją i przypomniał jej własne, osobiste zmartwienie.
Opuściła główkę i zapłakała rzewnie.
Płakała swego pieska Burusia. Gdy uciekały, zawieruszył się, czy wystraszony wlazł gdzieś i ani go się było dowołać. A teraz staje jej przed oczami opuszczony, trzęsący się, skulony — gdy szuka jej dokoła biednem, stroskanem, wylęknionem spojrzeniem.
Naraz czyjaś ręka ujęła lekko jej podbródek i uniosła główkę do góry.
— Czego płaczesz Janeczko? — spytał ksiądz szeptem.
Ona również cicho odrzekła, patrząc nań szybko osychającemi oczkami.
— Pieska Burusia. Nieme stworzenie — takie dobre i nie wiem, gdzie się podział.
Po chwili zaś dodała:
— A ksiądz płacze swego kościoła?