O zmierzchu (Brodowski, 1920)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł O zmierzchu
Pochodzenie Respha. Opowieści
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1920
Druk Jan Cotty
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
O ZMIERZCHU.


Jest przy gaśnięciu dnia jedna cudna chwila. Jej czar wszystko przenika; wszystko jej słodycz melancholijną wyczuwa. Martwe rzeczy — czyli te, których życia nie rozumiemy, widząc wieczną ich nieruchomość i przywartość do ziemi, odzyskują wtedy swą bezgłośną mowę. Na naszem wielkiem podwórzu, rozpostartem po zboczu wzgórka pod stopami starego kościoła — brzydkie, stare domostwa, wstydliwie stulone w gromadą dziadów wyżółkłych, chropawych jakichś, odrażających — śmielej na tę chwilę podnoszą swe omszone łby. Coś dobrego zbliża się ku nim, jakaś delikatna, tkliwa dłoń muślinem przedwieczornego zmroku zaciera ostrość ich konturów, wysmukla ich przyziemne, ociężałe postaci. Stary, siwy kościół — co przytłacza wzgórze i zdawało się, że zwali się na nas — teraz ledwie dotyka ziemi. We wszystkiem jest coś lekkiego, co bije ku górze; wszystkiemu wyrastają skrzydła tęsknoty; wszystko przywołuje kogoś już blizkiego. Ktoś płynie, ktoś się zbliża... Wiatr cały dzień trząsł drzewami, teraz ucichł. Wszystko czeka, bez wzruszeń i niepokoju, utulone, z przymkniętemi oczyma... Słodycz tej chwili czuje i dzwonnik kościelny i w ciszą jej zaczyna rzucać łagodne, miękkie na woływanie dzwonu na Anioł Pański.
Stało się. Oto już płynie Niewidzialna nad nam i, koło nas, przez nas przepływa. Niemal czujesz muśnięcie delikatnej szaty, zgarniającej tęsknoty, bóle i niepokoje. Płynie tak wolno, aby nie ominąć żadnej rzeczy i każdą upieścić przez chwilę, przez słodką, wymarzoną chwilę — ukojenia. Przez ten jeden moment — niema krzywd i cierpień. Wszystko przywiera najsłodszym z pocałunków do dobrej, niewidzialnej, kojącej dłoni, która równie miękko i pieściwie przesuwa się po zgorączkowanem czole człowieka i omszonym łbie starego domostwa. Pieści wszystko, przepływa i ginie, zostawiając za sobą ślad czaru, cudu bezbrzeżnej piękności.
Codzień o tej samej porze — czuję jej tchnienie i codzień tej ukochanej daję jakieś imię. Raz zwałem ją Tęsknotą świata, która ku jednemu morzu niesie potoki tęsknot wszystkiego, co istnieje. Niema rzeczy, w której nie tkwiłaby zaduma i upragnienie innego bytu. Ona zbiera te ciche, żałosne prośby i coś obiecuje. To znów zwałem ją Śmiercią, bo zdaje mi się, że najsłodszem i najlitośniejszem jest właśnie jej tchnienie. Zwałem ją Matką Boską, tą, do której w jakimś pełnym bzu i innego pachnącego kwiecia kościołku, w majowy, przedwieczerz, śpiewano: „Dobranoc, przeczysta lilija...“ Zaprawdę, nie wiem, jak ona się zwie, ale wiem, że jest, że jest dobra — i że nie może być większego szczęścia, niż ostatniem tchnieniem przylgnąć do jej szaty i ulecieć z dobrą Istotą, która pieści nawet kamienie...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.