Strona:Respha.pdf/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jest przy gaśnięciu dnia jedna cudna chwila. Jej czar wszystko przenika; wszystko jej słodycz melancholijną wyczuwa. Martwe rzeczy — czyli te, których życia nie rozumiemy, widząc wieczną ich nieruchomość i przywartość do ziemi, odzyskują wtedy swą bezgłośną mowę. Na naszem wielkiem podwórzu, rozpostartem po zboczu wzgórka pod stopami starego kościoła — brzydkie, stare domostwa, wstydliwie stulone w gromadą dziadów wyżółkłych, chropawych jakichś, odrażających — śmielej na tę chwilę podnoszą swe omszone łby. Coś dobrego zbliża się ku nim, jakaś delikatna, tkliwa dłoń muślinem przedwieczornego zmroku zaciera ostrość ich konturów, wysmukla ich przyziemne, ociężałe postaci. Stary, siwy kościół — co przytłacza wzgórze i zdawało się, że zwali się na nas — teraz ledwie dotyka ziemi. We wszystkiem jest coś lekkiego, co bije ku górze; wszystkiemu wyrastają skrzydła tęsknoty; wszystko przywołuje kogoś już blizkiego. Ktoś płynie, ktoś się zbliża... Wiatr cały dzień trząsł drzewami, teraz ucichł. Wszystko czeka, bez