Strona:Respha.pdf/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wzruszeń i niepokoju, utulone, z przymkniętemi oczyma... Słodycz tej chwili czuje i dzwonnik kościelny i w ciszą jej zaczyna rzucać łagodne, miękkie na woływanie dzwonu na Anioł Pański.
Stało się. Oto już płynie Niewidzialna nad nam i, koło nas, przez nas przepływa. Niemal czujesz muśnięcie delikatnej szaty, zgarniającej tęsknoty, bóle i niepokoje. Płynie tak wolno, aby nie ominąć żadnej rzeczy i każdą upieścić przez chwilę, przez słodką, wymarzoną chwilę — ukojenia. Przez ten jeden moment — niema krzywd i cierpień. Wszystko przywiera najsłodszym z pocałunków do dobrej, niewidzialnej, kojącej dłoni, która równie miękko i pieściwie przesuwa się po zgorączkowanem czole człowieka i omszonym łbie starego domostwa. Pieści wszystko, przepływa i ginie, zostawiając za sobą ślad czaru, cudu bezbrzeżnej piękności.
Codzień o tej samej porze — czuję jej tchnienie i codzień tej ukochanej daję jakieś imię. Raz zwałem ją Tęsknotą świata, która ku jednemu morzu niesie potoki tęsknot wszystkiego, co istnieje. Niema rzeczy, w której nie tkwiłaby zaduma i upragnienie innego bytu. Ona zbiera te ciche, żałosne prośby i coś obiecuje. To znów zwałem ją Śmiercią, bo zdaje mi się, że najsłodszem i najlitośniejszem jest właśnie jej tchnienie. Zwałem ją Matką