Złuda i rzeczywistość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Złuda i rzeczywistość
Pochodzenie Respha. Opowieści
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1920
Druk Jan Cotty
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ZŁUDA I RZECZYWISTOŚĆ.


W splocie ludzkiej doli trzy nici plączą się ciągle — zdolność wytwarzania złud, usiłowanie by je utrwalić, melancholja płynąca z bezowocności tych usiłowań.
Piękne złudy rodzą się na wysokości. Tworzy je człowiek czasu górnych swych lotów, w odepchnięciu od pastwiska prozy codziennej, rozpina je naprzeciw słońc. Ztąd malowność, tęczowość, promienność tych widzeń.
Ledwie jednak gdzieś, na wyżynie, rozepnie cudne widziadło, płonące barwami, które — wierzyć się chce, że kradzione są niebu, gdy już szukać poczyna gwoździków by swą tęczową złudę przybić do ściany, jak dywanik nad łóżkiem, — i mieć ją na codzień, na zawsze. Po ulatywaniach najgórniejszych zawsze w raca bezwład, ociężałość, usiłująca do czegoś przywrzeć, w coś wrosnąć. Byliśmy kiedyś drzewem, kamieniem, sennie snującą się w przestworzu mgławicą i zachowujemy pamięć tych bytów znieruchomiałych, cichych, przeobrażających się tak powolnie, że ich dziś jest bez końca, a jutro nie daje się wyczuć za wiekami. I teraz przesączamy się ciągle w ociężalszą od nas przyrodę i w tem przesączaniu się w powietrze, wodę, ziemię, coś nęci nas obietnicą spokoju przyrosłego, kamiennego, niezmiennością czucia i widzenia. Od złud górnych upadam y do przyziemnej — złudy trwałości ukształtowanych bytów — gdy płynie wszystko, nie trwa nic i wszelki kształt jest złudą, którą nieudolność naszego postrzegania osłania nieustanne przeobrażenia.
Z resztą — jest w nas i ślimak i mrówka i jaskółka pracowicie lepiąca swe gniazdko; jak one — musimy, chcemy i lubimy coś budować, a cóżby za budowniczy nie dbał o ozdobienie domu. Bierze więc młotek i gdzieś, na widoku, przybija — złudę.
I — niszczy ją. Tak giną cudne, różowe złudy miłości, gdy je utrwalać; tak giną inne, a śladem rozwianych leci łkanie melancholji, snuje się jej opar, podnoszący się z zniszczeń, śmierci wszelkich, gruzów, westchnień ostatnich, wszystkiego co ginie...
Jest złuda jedna — rzekłbym — najcudniejsza z wszelkich... Złuda twórczości. Najwięcej skupiająca blasków słonecznych, najbardziej królewska. Tworzyć — „z mułu ziemi“ — jak mówi Księga Święta... Tchnąć „dech żywota“, gdzie go nie było... Wywieść coś pięknego ze szpetoty... zaprawdę, tyle w tem rojeniu tęczowości, blasków purpurowych, czaru upajającego i jakiejś wiosennej krasy, że — warto być człowiekiem i takie śnić widzenia. Śnić. Bo nie co innego chrzci każde „dzieło“ jeno łza jego twórcy, łza nieziszczonego marzenia i nowej ku niepochwytnem u tęsknoty, a któryby nad „dziełem“ uniósł ręce w zachwycie i wołał: „otoś jest piękne, skończone, doskonałe“ — jużby młotkiem uderzał po zjawie.
Zkądże jednak ten wieczysty, uparty, nieuprzykrzony nawrót do złud, gdy złudami są tylko? To wspinanie się strąconych, setne razy zawiedzionych, rozżalonych? Bo, mimo wszystko, za temi złudami jest jakaś rzeczywistość. Czujemy ją i czujemy, że jakiś wzlot, jakiś chwyt rozpaczliwy, ostatni musi kiedyś zerwać zasłonę.
A gdyby bez targań — opadła? A może wcale jej niem a? Może prawdy nie widzimy dlatego tylko, że — jest prosta i od wieków stoi przed nam i? Boć dosyć pomyśleć Boga, jako dobro i jedyną rzeczywistość, by byt nasz przestał być zagadką i charakter rojeń naszych i złud jasnym się stał. Jeżeli Bóg jest dobrem — z wszelkiemi jego synonimami i dopełnieniami, jak piękno, miłość, cnota i t. d., których używamy dla określenia rzeczy jednej, lecz zbyt wielkiej by dała się zawrzeć w jednem słowie, o ile słowem tem nie będzie właśnie Bóg — i jedyną rzeczywistością, to i ja jestem rzeczywistością, gdy mam w sobie coś dobrego. Jeśli nie mam, jestem tylko rojeniem i w dodatku — szarem, bezbarwnem, uprzykrzonem i niepotrzebnem.
To co jest, nie może nie być i rzeczywistość nie może się stać nierzeczywistością. Bóg zatem nie może umrzeć i moja w nim tkwiąca cząstka jest nieśmiertelną; nie widzę zatem potrzeby frasować się co będzie ze mną po śmierci, gdy wiem, że to co jest jedyną istotną i rzeczywistą moją treścią nie może być zniszczone.
Rzeczywistość może być tylko jedną — i Bóg jest jeden i jednością — i my, spotykając się w dobrem, jesteśmy jedno. Wyczuć to, jest to posiąść prawdę równie prostą, jak słodką.
A złudy nasze? To widzenia, w których odbija się rzeczywistość. Mówimy, iż rozpinamy je naprzeciw słońc... Ależ tej poetycznej alegorji można dać nazwę konkretną — Bóg. On się w nich odbija. Mówimy, iż najcudniejszą jest złuda twórczości... Bo twórczość jest najwspanialszym z atrybutów Boga, że zaś nierozdzielnie się splata z najpłomienniejszemi i najbardziej malownemi — pięknem i miłością i splot ten odbija się w rojonej przez nas złudzie, — stąd więc tęczowość jej, i purpurowe blaski, czar upajający i wiecznie świeża wiosenność jej krasy... Martwić się, że to tylko marzenie? A któż wie, zaprawdę, czy cały świat nie jest — tylko marzeniem Boga!
Każdy katechizm poucza, że Bóg jest w niebie i na każdem miejscu. Gdy jednak pierwszej części tego twierdzenia ani zmysłami, ani najlotniejszem marzeniem uchwycić i uprzytomnić sobie nie zdołamy, to — natomiast — wszechobecność Boga, byt jego rozlewny i przenikający wszędzie, gdzie tylko serca i myśli choćby odrobinę rozchylają się ku dobremu, — nie czuje chyba ten, kto nie chce. A iluż czuje, lecz waha się zaufać swym czuciom i nazwać je. — Sądziłbym zaś, że powinnością jest każdego jak najgłośniej mówić o tem, gdzie i kiedy wyczuł Boga.
Ja o sobie mogę mówić tem śmielej, że dusza moja jest kaleką, sądząc właśnie po wielkiej trudności, z jaką to wyczucie we mnie nastąpiło. Bo co znaczy wyczuć Boga? Znaczy przedewszystkiem — stać się i poczuć się lepszym. Otóż — czy można przypuścić, żeby odbicia boskiego nie było w takich przeczarownych złudach jak poezja, muzyka, sztuka? Jest — lecz w tem wszystkiem ja go zrazu wyczuć nie mogłem. Tak bezpośrednio, w pulsowaniu żywem, w takiem władnem narzuceniu się świadomości mojej, oczom, wzrokowi myśli, żeby się krzyk wydarł: „Widzę go żywego, gdyż sam zmartwychwstaję“... — tam go nie wyczułem. Może ułomności to był skutek, garbu jakiegoś na duszy — czy daltonizmu duchowego, czy chwila nie nadeszła — dość, że coś mi Go przesłaniało w rzeczach, z natury swojej boskich.
Lecz gdy pewnego razu, mnie — mieszczucha, któremu miasto zardzawiło duszę — czyjaś dobra dłoń zaprowadziła do lasu i wiodła potem ścieżką w żadne, nadzwyczajne uroki nie wyposażonej wioski naszej, pod stropem czystym, cichym a modlącym się, — poczułem Go z tak nieprzepartą siłą, tak zmysłowo, jakby to właśnie Jego dłoń mnie wiodła i Jego głos pytał: „Widzisz — że mnie teraz“? I wtedy to dopiero mogłem ze łzami odpowiedzieć: „Teraz widzę Cię, Panie, jesteś koło mnie i we mnie“.
Uważałbym za słuszne pytanie takie: „Skoro widziałeś Boga, powiedz że jak wygląda“. Jest to pytanie nie tyle myśli, ile ócz wzwyczajonych do widzenia kształtów i barw, — więc nim na nie odpowiem, uprzytomnię sobie wpierw — co i jak widzimy.
Gdy patrzę na drzewo, widzę pewien kształt stały, wiem jednak z pewnością, że jest to raczej płynąca fala cząstek, w nieustannym będących ruchu i wymianie z otaczającem środowiskiem, fala, która jako kształt stały ani na chwilę nie da się pomyśleć. A więc to, co widzę, nie jest zgodne z tem co jest i co da się pomyśleć. Dalej — lubo oczyma nie widzę, lecz mogę sobie wyobrazić widzenie, któreby postrzegało ruch soków, obumieranie jednych cząstek, życie innych, przesączanie się ich zzewnątrz, oddech drzewa — i takie widzenie myśli istotnie jest we mnie, organem zaś jego jest poznanie. Tem, że nie widzę oczami krążenia soków w cale się nie trapię, podobnie jak tem, że w kształcie człowieka nie przegląda wątroba, kiszki, serce i nie unaocznia mi się przebieg procesów fizjologicznych. Przeciwnie, uważam za doskonałą i celową taką organizację oczu, która — nie wyłączając możności wzrokowego badania przedmiotów — bezpośredniego, czy drobnowidzowego, czy wielkowidzowego, czy przy pomocy jakichś odrębnych promieni — przystosowana jest do wytwarzania złud kształtów, to zaś daje nam możność rozpięcia nad całym widomym nam światem czarownej złudy piękna, w której — rozumiemy to z całą pewnością — odbija się Bóg i lubi się w niej odbijać, sam będąc pięknem. Istnienie zaś, o czem również jesteśmy upewnieni, widzenia osiągniętego drogą poznania, musi czynić nas ostrożnymi w twierdzeniu, że na tem koniec i już nie może istnieć żadne inne widzenie, nie objęte naszą świadomością i posiłkujące się nieznanym nam organem.
To powiedziawszy, wracam do pytania, jak wygląda Bóg? Gdy was ktoś zapytuje jak wygląda ta i ta osoba, co czynicie? Uprzytomniacie sobie w pamięci jej obraz, czyli analizujecie to wszystko, z czego powstał i w odpowiedzi na pytanie wyciągacie z rysów tych pewną syntezę. I ja tak postąpię. Przypomnę sobie na com patrzał, com widział i com myślał w chwili ujrzenia Boga i stąd musi powstać synteza Jego obrazu, jak przełamał się on w moich oczach i świadomości.
Otóż pamiętam, że patrzałem na niebo. Było czyste i głębokie. W szelka głębia chłonie naszą myśl, czy też myśl ma dar w siąkania w głębię, z wszystkich zaś widomych, jedno niebo, głąb bezdenna, tchnie bezpośrednio nieskończonością i chłonie myśl w bezkresy. Przypomniałem sobie, że gotyk naszych katedr jest uzmysłowieniem tego bezkresnego lotu i na myśl mi przyszły kopuły kościołów, o które obijają się modlitwy ludzi. Pomyślałem, że lubo bezkresne, jest to niebo dla oczu kopułą, ku której od tysięcy lat biją modlitwy ludzkie w słowach, westchnieniach, tęsknotach. — Gdy po raz pierwszy w świadomości człowieka wezbrała zgroza, lęk lub uwielbienie dla potęg przyrody, począł się modlić. Wszystko jedno, co wycisnęło pierwsze słowa modlitwy — chęć przebłagania kogoś. czy pozyskania sobie kogoś, czy dziękczynienie komuś, ważne jest, iż z chwilą gdy człowiek począł się modlić, posiadł prawdę — dziś już najstarszą na świecie, choć wciąż poszukiwaną — prawdę istnienia Boga. I odtąd nie mylił się. Czy czcił ogień, czy słońce, czy posąg — nie mylił się. Bo choć Bóg nie jest ogniem, ani słońcem, ale jest w jednem i drugiem; choć to — nie posąg, ale jest w akcie ludzkiej twórczości, odbija się w ludzkiej złudzie twórczej, a przedewszystkiem tkwi w potrzebie samej kultu, tkwi w marzeniu, bo sam wymarzył swój świat. — I czy tylko ludzkie modły biją o tę kopułę, czy nie wznosi się ku niej modlenie całej przyrody — bez słów, lecz w tęsknotach bardzo naszej pokrewnych? W tej kopule ujrzałem Boga. Nie był on sam ą kopułą, lecz bijącą od niej świętością. — Rzeczywistości jego brak kształtów i barw nic zgoła ująć nie zdołał, bo to właśnie są złudzenia; był zaś widomym, gdyż wskazał mi go wzrok myśli i ócz. Na cóż jeszcze patrzałem? Rosła tam przy miedzy młoda brzózka. Cudną była biel jej kory, w zruszającą wątłość płaczących gałązek, uroczemi — wiosenne, złotawe listeczki. W rozchyleniu jej młodych ramion był wdzięk nieopisany. Przypomniały mi się marmurowe posągi dziewcząt, trzy Gracje greckie. I ona była Gracją. Przypomniało mi się, jak patrzałem kiedyś na kąpiące się w rzeczułce dzieci; był tam chłopczyna, który stopy dopiero zamaczawszy w wodzie stał nad nią troszkę pochylony, po ciele jego przebiegał dreszczyk chłodu, skrzyżowane rączki położył sobie na ramionach i kulił je. Był prześliczny — a tak do niego podobną ta brzózka.
Czy ta brzózka była Bogiem? O nie, lecz jej czarujący wdzięk wspólny z wdziękiem marmurowego marzenia i żywego chłopczyny — był Bogiem. Widomym i pragnącym by go widziano. Bo to On jest tą Jednością, która w wdzięku i pięknie obejmuje i stula w jedno — wszystko, od kopuły nieba do drzewa, do szumów leśnych, marzeń zaklętych w marmury lub muzykę, do wiośnianej krasy ludzi...
Pomyślmy trochę nad jednem, co może nas pocieszy, gdy martwimy się, że śmierć zamknie nasze oczy i nic już widzieć nie będziemy.
Byt i życie to nie jedno. W pojęciu bytu mieści się i wiecznotrwałość, ponieważ byt nie może się stać niebytem; gdy w pojęciu życia tkwi jego skończoność w śmierci. Co żyje, to i umiera. Jedyny byt, to Bóg. Gdy więc poza Nim właśnie jest ta ciemnia głucha, milcząca, której tak się boimy, gdzie powstają, błąkają się i giną rozwiewne mary bytów urojonych, — czemuż po byt nie idziemy do Boga? Milej by Mu to było. Bo zaprawdę bytu nikomu On nie skąpi, rozsiewa nieustannie siebie — a więc Byt — i potem idzie po każdą swoją okruszynę, po drobiny Dobra, zgubione w bryłach występku, kału, błota. Rozrzuca Siebie i zbiera Siebie z drobin. I już każda drobina tak a ma byt wieczny. Daje go i tym, którzy Go nie widzą. Bo On widzi ich serca. Ale choć Bóg sam nas szuka i odpaść od Niego nie możemy, jeśli jedną bodajby cząsteczką w Nim tkwimy, — może, powiadam, milej by Mu było, gdyby nie zawsze szukać miał, gdybyśmy Mu czasem sami serca nasze ponieśli, nie targując się o byt, nie wypraszając nic, ot — poprostu dlatego, że słodko jest ustami, czy sercem przylgnąć do skraju choć szaty Dobrego.
Uczyńmy tak i nie martwmy się o cień śmierci. I za życia oczy widzące, mogą nie widzieć, przymknięte zaś śmiercią — widzą. — Widzenie, nie do oczów tylko jest przywiązane.
Mówił Tołstoj, nie pamiętam dobrze gdzie, zdaje się w jakimś liście, o sobie, że w życiu jego były trzy okresy: młodzieńczy — w którym niepohamowanie cieszył się osobistą radością życia, następny — kiedy zaprzątały go sprawy i służba społeczna — i ostatni kiedy wszystkie myśli jego rwały się ku Bogu i rzeczom duchowym. Sądzić by można, że żywot ludzkości nie innym biegnie torem. — Po okresach indywidualizmu i dzisiejszego budownictwa społecznego, nastąpi bezwątpienia budownictwo duchowe, kiedy nie będzie głodnych chleba i nie odzianych, łaknienie zaś Boga stanie się natomiast powszechnem. I wtedy, coraz bardziej przejrzyste opadną zasłony; myśl boska i oblicze Jego wyłonią się w całej swej prostocie i jasności — i zapewne wielu powie: „Widzieliśmy Go, dotykaliśmy się, głos Jego słyszeli i nie wiedzieliśmy, że to On“.
Czy to bardzo daleka chwila, czy dzielą nas od niej tysiącolecia powolnych przeobrażeń? Jeśli pomyśleć, że człowiek dziś jeszcze z wszystkich złych i dzikich bestyj jest najzłośliwszą i najokrutniejszą, że jest takim nie w wybuchowych tylko chwilach, naprz. czasu wojny, lecz zwyczajnie, co dnia; że żaden drapieżnik leśny przez swe życie nie zdoła wychłeptać tyle krwi, ile wytoczy jej człowiek cywilizowany, karmiąc się krwią i mięsem zwierząt; że on jeden zdołał zorganizować mord swoich, jako wojnę, a mord zwierząt — w przemyśle, fachach i handlu; że z drapieżników, on jeden hoduje swe ofiary... Tu pozwolę sobie odeprzeć wtręt, że i tygrys hodowałby sobie stada baranów, gdyby był przemyślniejszy. Tak, lecz jeśliby tygrysiątko lub wilczątko udało się wykarmić piersią krowy lub kobiecą, czy potem kiedyś rzuciłby się do mordu karmicielki? Wątpliwe, a raczej niewątpliwe — że nie. Tylko je den człowiek karmi siebie i swą dziatwę mlekiem istoty, której mięsem potem się nasyca. Tylko on jeden zdolny jest stworzenie, które pod dachem swym chował, które w oczy mu patrzało, głosu jego słuchało, z dłoni jadło, lgnęło doń ufnie — zabić! On jeden wreszcie morduje nie z głodu, na zimno, dla rozrywki! —
Gdy pomyśli się, że ten sam człowiek swą świadomość — wspaniały w swej pełni i jasności splot przeżyć, odczuwań, nastrojów — zdolen jest dobrowolnie zaćmić, wolę zaś — dar królewski — spętać wódką!.. Ze zorganizował nierząd i sferę uczuć, które w całej przyrodzie nic obrzydliwego nie mają, wepchnął w takie błoto, iż symbolem jego może być tylko chlew, z tem jednak zastrzeżeniem, że mieszkańcy jego bynajmniej nie lubują się w błocie i lezą w nie dlatego, iż nikt ich nie uwolni a same uwolnić się nie potrafią od pasożytów, błoto zaś sprawia ulgę cierpieniu skóry... Jeden tylko człowiek i w błoto lezie i pasożyty sam w sobie zaprowadza i gnoi swą duszę — z lubością!..
A jednak nie są to takie straszne rzeczy, dla wyjścia z których potrzebaby tysiącoleci. Gdyby jeden tylko człowiek dowiódł, że można zwyciężyć w sobie instynkt mordu, pijaństwo i lubieżność, już sprawa cała stałaby się tem, czem jest w istocie — sprawą woli i wychowania, a więc dwu potęg, które mogą tysiącolecia skrócić do przestrzeni jednego lub dwu pokoleń. Dalej, gdyby drobną część tylko tych wysiłków, woli zabiegów, wiedzy, techniki, kosztów — jakie pochłania spółczesna organizacja mordu, skierować inaczej — już dałoby się osiągnąć rozumne i sprawiedliwe spółżycie ze zwierzętami.
Tego progu zaś ludzkość żadną miarą ominąć nie zdoła; potykać się o niego będzie wszelkie budownictwo duchowe i dlatego przyjrzenie się spiętrzonym u progu tego zagadnieniom jest rzeczą, której do jutra odkładać nie można. Słyszałem zdania ludzi oświeconych, iż sprawy zwierząt winny następować po sprawach ludzi; co mówić o krzywdzie psa, gdy słychać łkanie człowieka; rzeczy społeczne, wciąż jeszcze nie rozwiązane praktycznie, są tej wagi, iż rozpraszać uwagę i rozstrzeliwać wysiłki w innych kierunkach jest nieomal zbrodnią, rzeczy zaś duchowe nie wydaje się by były w bezpośredniej zależności od sprawy spożywania befsztyku lub łagodzenia zajadłości walczących o byt gatunków i osobników zwierzęcych. Przedewszystkiem człowiek! Tak. Co prawda, wolałbym powiedzieć, przedewszystkiem Bóg, ale w sprawie osiągnięcia dobra — nieodłączność Boga od człowieka jest tak widoczną, że byłby to spór o słowa. Więc przedewszystkiem — człowiek i właśnie dlatego poprzedni pogląd nasuwa wątpliwości.
Czy my w istocie zdajemy sobie sprawę z natury dobra? Z bezwzględnej niemożności jednoczesnego w mieszczenia dobra i zła; że dobro ani złemi środkami osiągnąć się nie da, ani zezwolić na spółrzędność zła nie może. Lecz jeśli zło przerasta wszelką możliwość pokonania go i walka z niem staje się tylko utopijną? Takiego wypadku nie może być, gdyż zło sam o w sobie nie istnieje, jest tylko nieobecnością dobra, chaosem skotłowanych mar i widm, które takiem zostaje, póki nie spłynie weń dobro. Jak byt nie może być niebytem, podobnie dobro w żadnej swej cząstce, na najmniejszej przestrzeni swego wcielania nie może przestać być dobrem. Gdybyśmy raz zdali sobie z tego sprawę, nie próbowalibyśmy czystej idei wcielać w życie przy pomocy haniebnych środków. Psychologicznie można w zupełności zrozumieć niecierpliwość i pośpiech ludzi znękanych swoją czy cudzą niedolą (czasem tylko ambitnych, marzących o królewskim geście, któryby zmienił wygląd świata), gdy odrzucają środki pewne lecz powolne i imają się gwałtownych. Cóż kiedy ta niecierpliwość jest bezcelową i w skutkach podobną do drapania po miejscu dotkniętem egzemą. Jest nadto zbrodniczą, gdyż zabija ideę. W prawdzie w czystej idei tkwią pierwiastki nie mogące uledz zagładzie, ale idea, jako coś czynnego, rzuconego w wir społeczny, gdzie ma coś osiągnąć, zdziałać, stworzyć — umiera bezpowrotnie; niezniszczalne zaś jej pierwiastki — by mogły znów odegrać rolę czynną — muszą przejść przez nową, czystą retortę i wyłonić się w nowej, nieskalanej postaci. Ujęliśmy niezłomność praw fizycznych, czy podobna, byśmy ująć nie mogli niezłomności moralnych.
Prócz bezwzględnego niezgadzania się na zło — tkwi w dobrem równie bezwzględny nakaz. Odkąd w świadomości człowieka zarysowało się dobro, którego zaczątki prześliczne widzimy wyraźnie u zwierząt, przy pewnej zaś uw adze dostrzeglibyśmy i u roślin, duch jego zyskał prężność, pnącą się ku pełni dobra. W tem pięciu się żadne zakazy, żadne bezwłady — setki zaś ich czepiały się zawsze i czepiać będą nóg człowieka — powstrzymać go nie zdołają. To rzecz nakazu. Idzie mi bardzo o ten grunt, gdyż obcy mi jest zupełnie inny. Ludzie niekiedy ujawniają skłonność do ustępstw, gotowość — lubo najczęściej w postaci pobożnych życzeń — przyniesienia przyjemności zmysłowych w ofierze przyjemnościom duchowym. Otóż — ani o ofiary, ani o przyjemności tu nie idzie, lecz o nakaz, który spełnić muszę, bo jest on istotą tkwiącej we mnie cząstki dobra, z nią zaś związany jest mój byt.
Zakazy płyną z bezwładu, zalegającego na drodze wszelkiego postępu. Bezwład fuka, gdy go ruszać z miejsca i lubo ciężki, obfituje w fortele, byle nie dać się ruszyć. „Panie kochany — powie — zgadzam się by nie zabijać dorosłej krowy, ale takie małe, głupiuchne cielątko, które nie zdaje sobie sprawy z przyjemności życia, lub wreszcie starą krowę, gdy zbrzydł jej świat? Bo stara krowa napewno nie ceni życia — i choć mięso jej twarde i łykowate, ale z jakimś sosem“... Nie wiem jak ludzkość upora się ze sprawą zestarzałych zwierząt — czy uzna za możliwe skracać im życie, może pozwoli skracać też życie schorzałym i znużonym ludziom, w każdym razie ani jednych, ani drugich nie pozwoli spożywać.
Mówił mi ktoś: „Nie upieram się przy mięsie, ale gdyby mi powiedziano, że memu choremu dziecku potrzebna jest filiżanka rosołu, ja — com muchy nigdy nie zabił — własnoręcznie zabiję wołu i nie dam sobie przetłomaczyć, żebym miał źle czynić.“ Szkoda. Skoro filiżanki rosołu nie mogę uzyskać bez zabicia, zabić mi zaś nie wolno, więc — filiżanka rosołu nie istnieje, niem a jej śród środków, któremi mogą ratować moje chore dziecko. A czy mogę mu dać filiżankę mleka lub jajko? Nie wiem jak opowie się ludzkość, układając kodeks stosunków ze zwierzętami; sądziłbym, że biorąc mleko w okresie, gdy zwierzę nie karmi swego dziecka i na siebie wzamian wkładając troskę o ich życie, dach, strawę — lub biorąc jajko z warunkiem zapewnienia kurze trwałości jej gatunku i możności zaspokojenia w właściwym czasie potrzeby macierzyństwa — korzystam tylko z wymiany usług. Może się mylę.
Lecz co będzie, gdy lekarz się uprze i powie, że broń Boże nie mleko, nie jajko, lecz potrawka z kury, inaczej — Paweł umrze. A więc — Paweł umrze. Codzień umiera tysiące Pawłów i niema dziury w niebie. Będziemy opłakiwali Pawła; opłacze go jego rodzina, może wielu ludzi, może cała ludzkość, jeśli Paweł był genialnym człowiekiem, ale zapobiedz tem u smutnem u wypadkowi nie sposób — i jeśli przed skonem Pawła nie zjawi się kura i nie poprosi, żeby ją zabito, bo to ogromną sprawi jej przyjemność, gdy Paweł spożyje ją w potrawce, to potrawki z kury Paweł nie dostanie; jeśli zaś jest genialnym, a więc blizkim. Dobra — pierwszy kpić będzie z potrawki i wiele się nie zafrasuje, że dla braku jej, nieco prędzej pożegna się ze światem. Lecz — strata ludzkości? Nie przesadzajmy jej. Genialne Pawły odsłaniają Prawdę, która równie jak Dobro — odeń nieoddzielna — zawiera sama w sobie nakaz poznania. Czy ten genialny Paweł — czy inny, tego lub innego imienia — czy zbiorowy chwyt wielu niegenialnych, dość że uważnych badaczy, rąbek jej uchyli — wszystko to jedno. Praw da będzie poznaną, bo musi być poznaną.
Wspomniałem o naleganiu lekarza. Nie mniemam jednak, by lekarze i fizjolodzy mieli powiększać bezwład, zawisły kulą galerniczą u nóg człowieka. Przeciw nie. Życie nauczyło mnie jak i innych z a pewne, że śród tej grupy ludzi, pomawianych o materjalizm, są tak gorliwi propagatorowie Boga, wyznawcy w czynie, że nieraz przykładem świecić by mogli urzędowym jego sługom, w kapłańskich szatach. A dobrze, że tak jest, bo ludzkość zażąda od nich innych jeszcze prócz potrawki, zrzeczeń — wiwisekcji, wielu doświadczeń, surowic i t. d. Głos oburzenia, z jakim zawołają, że nie wolno im odbierać środków poznania i środków służenia ludzkości — zasługiwać będzie na najgłębszy szacunek, lecz nie na wysłuchanie. Ich względy — wysokie, lecz są wyższe. Dobro jest całością, która stula w sobie także i poznanie i humanitaryzm, lecz nie może być im podporządkowaną. Niektóre środki poznania, niektóre z humanitarnych — zastąpimy innemi, od tego właśnie mamy genialnych Pawłów.
Słowem, spraw a befsztyku tak się przedstawia. Jest to danie doskonałe, nierównie co do smaku i pożywności lepsze od mdłego, jarskiego kotlecika z kartofli lub kaszki zapiekanej. Majonez z ryby jest jednym z najcelniejszych pomysłów kucharki, a kieliszek starki przed tem lub wina potem, według zaś mego gustu szklanka pilznera — to rzeczy przednie. Gdybym mówił inaczej, byłbym faryzeuszem, kłamałbym i durzył innych. Cała bieda, że umieszczone na linji prężności ducha ludzkiego wyśmienite te rzeczy nie utrzymały się na niej i zostały zepchnięte, jako kategorja rojeń zmysłowych, zawadzających w uchwycie Rzeczywistości. O zepchniętych zaś — mowa skończona. Jeśli nie dla nas, którzy odchodzimy, to dla tych co przyjdą. My, wielowiekowej, martwej spuściźnie nałogów, możemy przeciwstawić tylko wolę; im — wychowanie ujmie bezwładu. Oni będą zgodni, my zapewne do końca będziemy się spierali.
Po próbach roztkliwienia widokiem słabego dziecka i Pawła na łożu śmierci, po próbach dowiedzenia niezbędności ofiar zwierzęcych dla pozyskania środków poznania i surowic leczniczych, — nasz fukający bezwład wytoczy setki innych argumentów. — Powie, że uzębienie nasze samo już wskazuje przynależność naszą do mięsożernych. Niestety, tak mało ludzi posiada własne zęby, iż jest to raczej spraw a dentystów... Powie, że przemysł, warunki ekonomiczne i handlowe przewrócone zostaną do góry nogami. Być może — lecz po to jedynie, by potem przywrócone zostały do pozycji bardziej normalnej. Zaklnie natenczas, że zwierzęta oszczędzane swą plennością wyprą — panie dobrodzieju — człowieka z powierzchni globu! Bajki. Plenność jest wyrazem trudnych warunków walki o byt, niosącej zagładę większości potomstwa, wyrazem troski przyrody o zachowanie gatunku; spadnie sama, lub zredukowaną będzie do normy niegroźnej dla innych gatunków i człowieka, gdy on będzie regulatorem stosunków w przyrodzie.
Dobro nie pozwala na kwietystyczne przyglądanie się stosunkom, w których kłębi się chaos nieobecności dobra. Musimy iść tam i nieść dobro. W otaczającej nas przyrodzie tylko o siłach kosmicznych możemy powiedzieć, że nie wiemy — czy, kiedy i jak zdołamy na nie wolą naszą reagować, świat zaś roślinny i zwierzęcy jest w rękach człowieka materjałem plastycznym, dającym się urabiać. Nie dość iż dobór naturalny może być zastąpiony sztucznym, możemy nietylko dobierać i utrwalać, lecz nadto wyprowadzać na jaw cechy pożądane, czyli wnieść w ów świat pierwiastki kształcenia i wychowania.
Czy praca w tym kierunku wymagać będzie jakichś od nas ofiar? Nie — gdyż jest w wysokim stopniu ponętną i z chwilą kiedy człowiek w przyrodzie stąpać zacznie nie jak zbój, pogromca i wyzyskiwacz, lecz przyjaciel, opiekun, nauczyciel — otworzy mu ona bezgranicznie piękne perspektywy. — Nie — raz jeszcze, bo nie może być mowy o ofierze jakiejś, gdy idzie o rozrost konieczny i nieunikniony naszego ducha. A rozrost ten zaprawdę jest bezkresnym. Stawiąc swą wolę rozumną i celową w miejscu okrutnych praw walki o byt, już zyska człowiek prerogatywy nieomal boskie. Bóg nie będzie mu zazdrościł, gdyż sam w nim będzie — i może w tedy właśnie ziści się jakieś Marzenie, które Bóg rozsnuł sobie na prapoczątku świata...
Będziemy nad ziszczeniem jego pracowali w ostanim okresie powszechnego budownictwa duchowego, które dalekiem nie jest, poczęło się już i niesie nam Ukojenie. Dymiące, purpurowe fale tego morza krwi, jakie dziś się wylewa, zastygną u stóp Ducha i może będą ostatnią naszą krwawą ofiarą. To będzie jutro.
Lecz my dziś cierpimy. Więc dziś pamiętajmy, że Boga nam nie szukać. Wieloimienny — Rzeczywistość, Byt, Dobro, Całość i Jedność on, marzyciel i twórca, Bóg słowem, — opływa nas jak żywioł, jak powietrze, którem oddychamy i dość nie opancerzać się bezwzględnem przeczeniem, zostawić szczelinę tę choć, którędy upływa wspólna nam wszystkim tęsknota — i On sam napłynie do świadomości naszej wspaniałym, roziskrzonym strumieniem...

Wołomin, 6 lutego 1915 r.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.