Wędrówki Rycerza-Harolda/Pieśń II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor George Gordon Byron
Tytuł Wędrówki Rycerza-Harolda
Podtytuł Romanca
Pochodzenie Poemata
Data wydania 1895
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jan Kasprowicz
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


PIEŚŃ II.

I.

Rzuć, modrooka niebianko, swe progi —
Lecz dziś twe źródło wieszczów już nie poji
Tu twój przybytek, pomimo pożogi,
l’omimo wojny stał i dotąd stoji,
Choć czas tak wrażym jest dla chwały twojéj:[1]
Ale od ognia, ciężkich lat i stali
Groźniéj tych ludzi straszne berło broji,
W których się nigdy święty żar nie pali,
Co zacnym rozkazuje, by cię miłowali.

II.

Grodzie ateński, ty starcze stuleci![2]
Gdzie twych potężnych duchów tłum wspaniały?
Znikł... w snach przeszłości wątłą skierką świeci.
Pierwszy w pogoni ku celowi chwały,
Doszedł i przeszedł... czém dziś tryumf cały?
Szkolną powieścią, podziwem godziny!
Miecze rycerzy, gdzież się dziś podziały
Wraz z szatą mędrców?! Twoich twierdz ruiny
Otacza z mgłami wieków cień potęgi siny.

III.

Chodź, dziecię rana! chodź do tego grodu,
Lecz urn bezbronnych niech nie dotkną dłonie;
Spójrz na to miejsce — wszak to grób narodu,
Przybytek bogów, których blask nie płonie:
Giną religje i bóstwa; na tronie
Zeusa Mahomet dziś zasiadł. Tak! wiary
Nikną z latami, a ta myśl w ich zgonie:
Niczem kadzidła i krwawe ofiary,
Zaś człek to syn zwątpienia i śmiertelnéj mary!

IV.

Związan ze ziemią, w niebo zwraca oczy —
Nie dość ci wiedzieć, nieszczęśliwe dziecię,
Żeś jest? Ten byt twój czyż tak jest uroczy,
Że chcesz żyć znowu? że tęsknota rwie cię,
Sam nie wiesz dokąd, by nie na tym świecie,
Lecz gdzieś w obłokach dalsze snuć koleje?
Troska cię przyszłych mąk i uciech gniecie,
Spójrz! zważ ten proch swój, zanim się rozwieje:
Ta urna więcéj powie-ć, niźli kaznodzieje!

V.

Lub bohatera rozkop grób ów dumny;
Śpi on samotny tam, gdzie to wybrzeże:[3]
Padł: nad nim, ginąc, płakał naród tłumny;
Dziś się w żałobie nie łzawią rycerze?
Nikt z wojowniczych czcicieli nie strzeże
Miejsc, gdzie półbogi mieli swoje włości,
Niech dłoń twa z gruzów czaszkę tę zabierze!
Czyż to świątynia, w któréj bóstwo gości,
Gdy nawet robak czuje wstręt do zgniłéj kości?

VI.

Ten łuk złamany przy strzaskanéj ścianie!
Puste pokoje! portal, co się kruszy!
Duma tu ongi miała swe mieszkanie,
Tu kościół myśli, tu był pałac duszy:
Tu w tych bezocznych jam posępnéj głuszy
Ongi bywało, rozum, dowcip świeci,
Gniew się potęgą nieugiętą puszy!
Co święty, mędrzec, lub sofista skleci,
Czyż gmach ten odbuduje, czyż w nim życie wznieci?

VII.

Cnię-ś rzekł, najmędrszy pośród Ateńczyków:
„Że nic nie wiemy, to wiemy jedynie.“
Nieuniknionych cóż się bać wyników?
Każdy ma ból swój, lecz człek słaby ginie
Od téj męczarni, co z urojeń płynie.
Bierz, co ci fatum, co los przynieść może;
Spokój Acheront da nam w swéj krainie:
Tam sytych uczta nie dręczy w złéj porze,
Lecz cisza ściele wszystkim upragnione łoże.

VIII.

Lecz gdy — jak święci wierzyli — istnieją
Za tym padołem jakieś duchów światy
Na wstyd sofistom oraz saducejom,
Zbyt dufającym w wątpliwe dogmaty,
Jak błogo łączyć hymn, w modły bogaty,
Z temi, przez których lżejsze te kajdany;
Głos znów usłyszéć, zbawion od zatraty;
Ujrzéć twarz mędrców z Samos, z Baktryjany,[4]
I innych, którzy prawdy uprawiali łany!

IX.

Ty, w którym miłość uszła z życiem razem,
Mnie każąc żyć tu i kochać daremnie —
Złączon z mém sercem! czyś ty wiecznym głazem,
Gdy myśl o tobie nie zamiera we mnie?
Dobrze! — niech serca mego próżną ciemnię,
Że się znów ujrzym, sen rozjaśnia żywy:
Jeśli młodości pamięć nie zadrzemnie,
Przyszłość niech wiedzie, na jakie chce, niwy,
Mnie szczęścia dość, gdy tylko duch twój jest szczęśliwy.[5]

X.

Niech na tych głazów wypocznę olbrzymie —
Nieporuszone kolumn to posady;
Synu Saturna, tu ongi twe imię[6]
Tron miało przedni! Dziś tutaj bez rady
Szukam, gdzie dawnych twoich świątyń ślady!
Fantazji oko wznieść z gruzów nie umie
Tego, co padło od czasu zagłady —
Żal niepotrzebny w tych filarów tłumie:
Tu nuci Grek, tu siedzi muślemin w zadumie.

XI.

Pośród rabusiów świątyni, na górze,
Gdzie Pallas jękła, ostatnie zmuszona
Swéj dawnéj władzy opuścić przedmurze,
Któż był najgorszym, najgłupszym? Że z łona
Twego on wyszedł, niech cię wstyd pokona,
O Kaledonjo!... Co wolnością żyło,
Nie zniszczy Anglja, w wolności zrodzona!
Lecz ów mógł strzaskać ołtarze i siłą
Przez morze wlec, co z wstrętu głąb swą rozpieniło.[7]

XII.

Jeszcze się niecnie chełpił Pikt ów świeży,
Że, czego Turczyn, Got i czas nie zburzył,[8]
On zmógł; jak skały ojczystych wybrzeży,
Twardy miał umysł i sercu nie służył
Ten, co myśl powziął i ręki swéj użył,
Aby Atenom zabrać ich ostatki:
Ich syn, zbyt słaby w obronie, zanurzył
Jeszcze się bardziéj w boleści swéj matki[9]
I dziś dopiéro poznał kajdan ciężar rzadki.

XIII.

Jakto? w brytyjskiéj mam ogłosić mowie,
Że Albjon szczęście brał z Aten boleści?
Że w jego imię darli pachołkowie
Pierś ich, Europa ma-ż słyszéć te wieści?
Wolną Brytanję, panią mórz, bezcześci
Łup nędzny, ziemi skrwawionéj wydarty!
Ta, któréj imię tak gnębionych pieści,
Dziś ręką harpji kradnie, co zażarty
Oszczędził czas, tyranów nie uniosły warty!

XIV.

Gdzie był twój puklerz, przed którym, Pallado,
Pierzchnął Alaryk z swéj morderczéj drogi?[10]
Gdzie syn Pelcja? Piekło go swą zdradą
Nie powstrzymało, gdy w dniu strasznéj trwogi
Porzucił ongi ciemne Hadu progi!
Czemuś go z rąk swych nie puścił, Plutonie,
By przed nim uciekł wtóry zbój złowrogi?
Bezczynnie kroczył on, gdzie Stygu błonie,
A w grodu kochanego nie stanął obronie!

XV.

Zimne to serce, Grecjo, gdy nad tobą;
Jak przy kochanki nie cierpi mogile
Martwe to oko, gdy łzawą żałobą
Nie zalśni, patrząc na ołtarze w pyle,
Kruszone ręką brytyjską, co tyle
Świętych zabytków winna raczéj bronić!
Kraj swój rzucili snać w przeklętą chwilę,
Aby z twéj biednéj piersi krwi uronić
I z twoich bóstw szczątkami na północ pogonić!

XVI.

Lecz gdzież jest Harold, ponury po fali
Morskiéj wędrowiec? Nie wiele dlań męki
Było w téj trosce, która innych pali;
Kłamne kochanek nie trapią go jęki,
Na pożegnanie druh mu nie dał ręki;
Gdy, zimny przybysz, w dalsze śpieszył strony:
Twarde to serce, co nie drży na wdzięki,
Lecz Harold, z dawnych uczuć wyzwolony.
Bez skarg kraj rzucał, wojną i zbrodnią splamiony.

XVII.

Kto po wód ciemnym żeglował przestworze,
Miał nieraz widok, przepełen ponęty:
Wiatr świeży wieje, jak świeżym być może,
Fregata zwinna, biały żagiel wzdęty,
Znikają wieże, maszty, brzegów szczęty,
Wspaniała fala pnie się po krawędzie;
Jak tłum łabędzi wokół mkną okręty;
Najcięższy statek sunie w pierwszym rzędzie,
A wały się kędzierzą w swym radosnym pędzie.

XVIII.

A wewnątrz, patrzaj! mały światek wojny!
Rozpięte siatki, opatrzone działa,
Wokół się krząta tłum gwarny i rojny,
Już są u góry — komenda zagrzmiała!
Cyt! retman krzyknął, w krzyk załoga cała:
Lina się ślizga w rękach marynarzy;
Kadet, co wiedzy żądliwością pała,
Świśnie — źle, dobrze, jak mu się wydarzy,
I w lot kadetów ciżba — każdy na swéj straży.

XIX.

Pokład jak szklany, bez najmniejszéj zmazy,
Na nim porucznik spełnia wartę... Oczy
Zwróć tam ku miejscu, z którego rozkazy
Daje dowódca: poważnie on kroczy;
Tłum go się boi; do słów nie ochoczy,
Rzadko się rzuca, milczeniem nastawa
Na ścisłą karność, bez któréj nie zoczy
Zwycięstw ni chwały; lecz Bryta do prawa
Przywiązan najtwardszego, bo mu siłę dawa.

XX.

Dmij, wietrze, dmij! twój wiew niech statek nagli!
Aż słońca promień ostatni zastygnie;
Bryg, strojny w flagi umniejszy wnet żagli,
Niech go leniwszy żaglowiec doścignie!
Nim się z téj zwłoki nieszczęsnéj wydźwignie,
Niedołężnemu na nic wiatr dobrany!
Iléż straconych mil, nim dzień znów mignie!
Stać tak bezczynnie, gdy czynne bałwany!
Dla niedobitków zwijać ten żagiel rozwiany!

XXI.

Miesiąc już zeszedł... smugi światła płyną
W ten cudny wieczór po tańczącéj fali;
Na lądzie chłopiec wzdycha wraz z dziewczyną,
I my, wysiadłszy, będziem tak wzdychali!
Czasem się jakiś Aryjon pochwali
Tą szorstką nutą, co majtków przykuwa:
Skoczni słuchacze wokół się zebrali,
Na znaną modłę ten i ów pofruwa,
Swobodny, jak na lądzie, troski nie uczuwa.

XXII.

Cieśnina Kalpy! spójrz na te urwiska!
Afryka tu z Europą patrzą na się:
Kraj czarnookich i Maurów siedliska
W świetle Hekaty w jednakiéj lśnią krasie:
Jak blask ten igra na Hiszpanji pasie,
Jakże odsłania skały, złomy, bory —
Ostro, a przecież giną w zmrokach, zda się;
Zaś Maurytanja swe cienie — potwory,
Z gór szczytów rzuca groźnych aż po wód zapory.

XXIII.

Noc; my toniemy w myślach śród jéj czarów,
Żeśmy kochali, choć miłość dziś głucha;
Serce, żałując oszukanych żarów,
Marzy bez druha, że ma jeszcze druha.
Któżby się lękał starości obucha,
Gdy młodość rozkosz i miłość przeżyła?
Gdy dusza bliźniéj duszy już nie słucha,
Nic do burzenia nie ma śmierci siła!
Ach! jeszcze raz być dzieckiem! o młodości miła!

XXIV.

Wsparty na statku zbryzganéj poręczy,
Patrzéć w Dyjany krąg, w głębiach odbity!
Duch się nadziei widmami nie męczy,
Bezwiednie goniąc każdy rok przeżyty...
Komuż raz w życiu nie lśniły błękity —
Bo nikt zupełnie opuszczon nie bywa —
Którym hołd składa, z łez i wspomnień zwity?!
Gryzący bólu! Ta pierś nieszczęśliwa,
By zrzucić ciężar z serca, daremnie się zrywa.

XXV.

Siadać po skałach, dumać nad przepaścią,
Zaszywać w bór się ciemny a głęboki,
W strefy, gdzie człowiek nie sięga swą właścią,
Gdzie śmiertelników nie dotarły kroki,
Na niedostępne piąć się gór opoki,
Z bezdomném stadem dzikich zwierząt sadzić,
Patrzéć z nad urwisk na rwące potoki,
To nie samotność, to znaczy prowadzić
Z Przyrodą rozhowory, o jéj skarbach radzić.

XXVI.

Lecz wśród krzykliwych, rojnych tłumów ludzi
Czuć, słyszéć, patrzéć, posiadać, używać,
Mieszkańcem ziemi być, który się nudzi,
Nie zaznać szczęścia i nie uszczęśliwiać,
Pogardzać nędzą, w dostatki opływać,
Nie miéć człowieka, co cię sercem raczy,
Co po twéj śmierci chciałby mniéj się zrywać
Z śmiechu niż gładkich tłum wyzyskiwaczy,
To znaczy żyć sam na sam; to samotność znaczy.

XXVII.

Szczęśliwsze bożych pustelników życie,
Tych, których widzisz na Athos, jak w chórze
Czuwają w wieczór na olbrzymim szczycie,
Co tonie w niebios i w głębin lazurze,
Że kto skierował dotąd swe podróże
I choć godzinę w świętem miejscu bawił,
Chciałby pozostać na uroczéj górze;
A że mu szczęścia tego los nie sprawił,
Znów świat ten nienawidzi, który tam zostawił.

XXVIII.

Lecz rzućmy trakt ten, jednostajny, znany,
Choć śladów jazdy nie zostawia wcale,
Te kołowania, cisze, burze, zmiany,
Kapryśne wiatry i kapryśne fale;
Porzućmy majtków radości i żale
W lotnéj, objętéj morzem cytadeli,
Zaduchy, wiewy po świeżym krysztale,
Te opadania i wzrosty topieli:
Pewnego dnia „ląd“ krzykną i — wszyscy weseli...

XXIX.

Wyspy Kalipsy omijamy z cicha,
Siostrzane morza Śródziemnego panie;[11]
Tu znużonemu niebo się uśmiécha,
Choć zmilkło pięknéj bogini płakanie,
Śledzącéj tego na tych urwisk ścianie,
Którego ziemska więzi białogłowa;
Stąd na srogiego Mentora wezwanie
Syn jego skoczył w głąb, a nimf królowa,
Że obu pozbawiona, żal podwójny chowa.

XXX.

Czas jéj władania i sławy nie wieczny:
Ale, młodzieńcze, nie żyw zbytniéj wiary,
Tu dziś ziemianka tron ma niebezpieczny,
Nowa Kalipso roztacza swe czary!
O cudna Florens! Serce jeśli żary[12]
Ma jeszcze w wnętrzu, dla ciebie otworzę:
Lecz nie! mnie straszą wsze związki; ofiary
Na twym ołtarzu niegodnéj nie złożę —
Czuć dla mnie chwilki bólu twoja pierś nie może!

XXXI.

Tak myślał Harold, gdy w oczy téj pani
Spoglądał, blask swój topiąc w jéj promieniu,
Bez innéj myśli, prócz podziwu w dani.
Amor w niejakiém stawał oddaleniu.
Dawniéj podlegał uczuć jego tchnieniu,
Lecz dziś już wiernym sługą nie był pono,
Nie szukał miejsca przy jego ramieniu,
Więc bożek, darmo chcąc go na swe łono
Nawrócić, władzę swoję miał już za straconą.

XXXII.

Dla Florens sprawą było nieodgadłą,
Że ten, krórego chęć do każdéj bierze, —
Jak powiadano — zniósł jéj ócz zwierciadło,
Gdzie inni kłamnie widzieli lub szczerze
Wyroki, prawa, swe nadzieje świeże —
Czego tam piękność od swych sług wymaga;
Że wieść się w żadnéj nie sprawdziła mierze,
Jako w nim żarów wielka jest odwaga,
Dla których każda chętna, choć się czasem wzdraga.

XXXIII.

Snać nie wiedziała, że to serce młode,
Które chłód pychy milczącéj otaczał,
W sztuce uwodzeń miało swą metodę.
Siećmi on swemi nieraz świat uraczał
I od pościgu przenigdy nie zbaczał,
Jeśli coś było godnego ścigania.
Lecz dziś już Harold sztuk swych nie zaznaczał;
A choć do ócz tych z miłością się słania,
W płaczliwych rój kochanków zamieszać się wzbrania.

XXXIV.

Nie znasz ty kobiet, sądząc, człeku miły,
Że tu wzdychaniem spełnisz swe nadzieje;
Cóż dla nich serca, gdy je raz zdobyły?
Niech każdy oczom lubéj hymn swój pieje,
Lecz niezbyt kornie, bo wnet go wyśmieje
I wszystkie górnych jego słów zalety!
Skąpy w umizgach — ten, kto raz zmądrzeje;
Pewność i śmiałość to lep na kobiety:
Na przemian kol i głaskaj, a staniesz u mety.

XXXV.

Stara to prawda, czas ją wypróbował;
Najgorzéj wyszedł ten, kto ją przetrawił;
Gdyś wszystko zyskał, k’czemuś chęć skierował,
Za twe zabiegi nędzny los się zjawił:
Sterałeś młodość, cześć w błocie-ś zostawił —
Te są owoce spełnionéj miłości!
A gdyś się wszystkich nadziei pozbawił,
Nieuleczalny rak w twém wnętrzu gości,
Gdy miłość przez się nie ma uroków w swéj włości.

XXXVI.

Daléj! nie można zrywać pieśni toku!
Trzeba się spotkać z gór niejednych grudą
I brzeg niejeden zostawić na boku!
Za melancholją śpieszym, nie za złudą —
Ku takim krajom i ku takim ludom,
O jakich nie śnił nikt w swéj słabéj głowie!
Śpieszym ku nowéj Utopji cudom,
Gdzie człek, czem być ma lub winien, się dowie,
Gdy jeszcze czemś być mogą zepsuci ludkowie.

XXXVII.

Droga Przyroda jest najlepszą z matek!
Choć wiecznie zmienna, słodkie ma oblicze;
W jéj nagiéj piersi karmi mam dostatek,
Syn nieodłączny, choć przez jéj słodycze
Nie rozpieszczony! Cudna, gdy jéj dzicze
Ominie ręka, co, gładząc, zohydzi;
W dzień i w noc śle mi swych uśmiechów znicze,
Choć tam ją widzę, gdzie inny nie widzi,
Choć wciąż jéj szukam — zwłaszcza, gdy los ze mnie szydzi.

XXXVIII.

Ziemio Albanji! tyś Skandra kolebką,[13]
Téj gwiazdy starców i celu młodzieży;
Tu i imiennik jego siłą krzepką
Postrach, bywało, pośród wrogów szerzy:
Ziemio Albanji, ty dzika macierzy
Surowych mężów, daj tu spocząć oczom!
Krzyż tu ustąpił, a z meczetów wieży
Blade się smugi z półksiężyców toczą
Na grody, które gaje cyprysowe mroczą.

XXXIX.

Czajld Harold wyspę bezpłodną ominął,
Skąd Penelopa bałwany śledziła;[14]
Potém się przed nim pomny szczyt przewinął
Ustroń miłości, Lezbijki mogiła.
Przecz pieśń niezmarła, Sofo! nie zbawiła
Twéj piersi, w ogniu niezgasłym skąpanéj?
Wieczne dającéj życie życia siła
Znikła! (byt wieczny jeśli lutniom dany,
Jedyne niebo, dokąd niech tęsknią ziemiany!)

XL.

W greckiéj jesieni wieczór iście boski
Leukadji witał Czajld przylądek skalny;[15]
Tęsknił do niego, rzucał pełen troski:
Dużo on widział miejsc, gdzie bój wrzał walny:
Lepanto, Akcjum, Trafalgar fatalny,[16]
Lecz był bez wzruszeń: widać pod niesławną
Zrodzony gwiazdą, nie był zbyt zapalny
Do krwawych bitew; lalką dlań zabawną
Syn Marsa, a do zbójów miał odrazę dawną.

XLI.

Lecz dziś ujrzawszy, jak swe światło ciska
Wieczorna gwiazda na opoki skronie,
Tego zwiedzionéj miłości schroniska,
Niezwykły ogień uczuł w swojém łonie,
Gdy dumny statek zwolna krajał tonie,
Okryty cieniem dawnéj smutku góry,
On chłonął w siebie tęskne wód harmonje
I choć zamyślon, wzrok miał mniéj ponury
I mniejsze pośród czoła wybladłego chmury.

XLII.

Banek szarzeje, z nim Albanji wzgórza;
Łańcuch sulijskich skał i Pind rodzimy,
Napoły we mgle, w śnieżnych łzach się nurza —
W zmrok i purpurę odziane olbrzymy.
Ale wnet mgławe odsłonią nam dymy
Gniazda mieszkańców onych gór; tu kąsa
Wilk swoję zdobycz, tu orły ujrzymy,
Tutaj od wilków dzikszy człowiek pląsa,
Tu orkan naokoło mrącym rokiem wstrząsa.

XLIII.

Teraz się Harold samotnym nazywał;
Na długo żegnał wszelką chrześéjan mowę;
Teraz do brzegów nieznanych przybywał,
Co strach i podziw obudzać gotowe.
Do walki z losem miał on piersi zdrowe,
Choć niebezpieczeństw nie był zbyt łaknący;
Widoki dzikie, lecz widoki nowe,
Uprzyjemniały drogi trud nużący:
Wiatr mroźny zapomniany oraz skwar piekący.

XLIV.

Tu krzyż czerwony — bo jeszcze on stoi,
Choć go rzezani spotwarzają kaci —
Pychą opasłych klechów już nie broi:
W równéj tu wzgardzie ksiądz i tłum współbraci!
O zabobonie w jakiéjbądź postaci —
Krzyża, księżyca, proroków, fetyszy,
Pod jakiém godłem świat ci hołdem płaci,
Stratą-ś ogółu, zyskiem szajki mniszéj!
Któż złoto wiar odróżni od błota okpiszy?

XLV.

Patrz! golf Ambracji! Świat tu się przed laty
Wymknął kobiecie, miluchnéj niebodze!
Tu na okrętach wiedli buf bogaty
Królowie Azji oraz rzymscy wodze[17]
Na bój niepewny, co krwią mścił się srodze;
Tu Cezar drugi zatykał swą dłonią[18]
Zwycięskie godła, dziś — czczy pył na drodze!
Niesforni władcy! ludzkie łzy was gonią!
Czyś, Boże! ziemię stworzył, by ci grali o nią?

XLVI.

Od brzegów skał tych, co sterczą ponure,
Aż w illiryjskich nizin okolice
Harold niejednę przebył wzniosłą górę,
Śród ziem czyż znanych w dziejowéj kronice?
Tak pięknych dolin i w głośnéj Attyce
Nie ujrzysz często! Nawet mniéj jest śliczną
Tempe urocza; Parnas, choć ziemicę
Tak uświęconą posiadł i klasyczną,
Nie zrówna się z tych brzegów pięknością rozliczną.

XLVII.

Przebył Pind ciemny, Acheruzji źródła,[19]
Ominął miasto stołeczne téj ziemi:
Witać Albanji pana chęć go wiodła,
Co tutaj rządzi prawy bezprawemi;
Na wodzy bowiem dłońmi skrwawionemi
Trzyma on lud swój burzliwy, niesforny;
Lecz nieraz, kręty, twierdzami skalnemi,
Wyzywa władcę górski rój oporny
I szydzi — chyba tylko, gdy dasz złoto, korny.[20]

XLVIII.

Klasztorna Zico! mały lecz uroczy[21]
Kawałku ziemi! wejść na twe krawędzie,
A naokoło, gdzie zwrócimy oczy,
Tęczowych blasków rajski czar się przędzie:
Skały i rzeki, lasy, góry wszędzie!
Z tém wszystkiém błękit w harmonję się składa.
Tam dołem potok w głośnym szumi pędzie:
Jak on z tych urwisk znów na głaz ten spada,
Co duszę twą upoi, lecz i strachu zada.

XLIX.

Przez gaj, wieńczący wzgórze, skryte w krzaki,
Co, gdyby przed niém nie pięły się zblizka
Dumniejsze odeń różnych gór zygzaki,
Byłoby godne dumnego nazwiska,
Klasztor swych białych murów blask przeciska.
Mnich tutaj mieszka, mniéj skąpy dla gości
I mniéj surowy; u jego ogniska
Przybysz jest miły; a niechaj z tych włości
Nie wraca, nie zażywszy natury piękności.

L.

Niech tu wypocznie w największéj spiekocie:
Świeżą jest zieleń odwiecznego drzewa;
Tu go ochłodzi wiatr w najlżejszym locie —
Od samych niebios powiew ten zawiewa —
Przed nim dolina! niech tu rozkosz miewa,
Dopóki może; ostry promień wcale
Tu nie dociera, chorób nie rozlewa;
Wzrok tu niech pielgrzym, rozłożon niedbale,
Topi w rana, w południe, w wieczora krysztale.

LI.

Tutaj się ciągnie, olbrzymi i mgławy,
Amfiteatru wulkaniczném kołem,[22]
Łańcuch Chimary od lewéj do prawéj.
Niżéj dolina wre życiem wesołem:
Szum drzew, bek stada, huk potoków, czołem
Chwiejące świerki! Tu Acheront ciemną
Wije się falą, ongi — grobu dołem!
Jest-li to piekłem, co błyszczy przede mną,
Plutonie! to Raj dla mnie żądzą jest daremną.

LII.

Czar ten nie skłócon żadnych miast widokiem.
Nawet Janina, choć tak niedaleka,
Gdzieś za pagórki skryła się przed okiem.
Chaty tu rzadkie, rzadko ujrzysz człeka;
Po skałach trawkę, którą zjadła spieka,
Kóz dogryzają gromady; w kapocie
Białéj pastuszek stad rozpierzchłych czeka,
O głaz oparłszy swoje członki kocie,
Lub kryje się przed burzą krótkotrwałą w grocie.

LIII.

Ach! gdzież, Dodono, twoich gajów cisza?
Prorocze źródła i wyroczni głosy?
Gdzie drżała echem odpowiedź Jowisza?
Gdzie ołtarz tego, co gromem niebiosy
Wstrząsał i ziemię?... Straszne! straszne ciosy!
Płaczesz, że kruche życia twego zręby?
Głupcze! twym losem są i bogów losy!
Chciałżebyś przeżyć marmury i dęby,
Gdy ludy, mowy, światy niszczą czasu zęby?...

LIV.

Góry znikają i Epir już ginie;
Oko od urwisk chętnie się odrywa,
Ażeby spocząć w łagodnéj dolinie,
Którą już wiosna zielenią obszywa.
I pośród nizin mnogi czar spoczywa:
Tam długą wstęgą pędzi strumień rwisty,
Las nad brzegami pieśń wierzchołków śpiéwa,
A cienie jego tańczą w wodzie szklistéj,
Lub śnią w miesięcznych blaskach ciszy uroczystéj.

LV.

Słońce już zaszło za szczyt Tamerytu,[23]
Szeroki Laos grzmiał już swemi spady,[24]
Już cienie nocy spłynęły z błękitu,
Gdy Harold ujrzał, krocząc w rzeki ślady,
Jak meteorów błyszczące gromady,
Las minaretów w Tepaleńskim grodzie,
Co ponad falą wznosi swe posady;
A wiatr, jęczący na parowów spodzie,
Gwar ludzi słał, wytrawnych w wojennym zawodzie.[25]

LVI.

Minął haremu milczące arkana,
I przez rozległe, w łuk wygięte dźwierze
Zoczył siedzibę potężnego pana:
Noc jego wszystko w równéj głosi mierze!
Z niezwykłych zbytków usłał on swe leże,
Dwór naokoło ruch i życie wznieca;
Rzezańce, goście, derwisze, żołnierze!
Na wewnątrz pałac, na zewnątrz forteca,
Schronienie gmach ten ludziom różnych ziem zaleca.

LVII.

Konie w bogatych rzędach, tłumy zbrojne
Zuchwałych jeźdźców, kołem otaczają
Wielki dziedziniec, gotowi na wojnę.
Tam korytarze lśnią się barwną zgrają,
Czasem przez bramę, aż echa zadrgają,
Wysoko-czuby Talar mknie z kopyta,
Maur, Grek, Albańczyk tutaj się mijają
Z Turkiem — o, spojrzyj, co za dziwna świta —
Aż bęben im ogłosi: pora dnia przebyta!

LVIII.

Albańczyk w krótkim do kolan spódniku,
W zawoju, z strzelbą nasadzaną w dłoni,
W złocistéj kurtce, zawsze pełen szyku;
W czerwonych szarfach męże Macedonji;
Delhowie w groźnéj czapicy na skroni
I z szablą krzywą; Greczyn żywy, giętki,
Czarnych rzezańców tłum z nubijskich błoni,
Brodaty Turek, w języku nie prędki,
Zbyt możny, by srogości nie uczuwał chętki:

LIX.

Wszyscy widoczni; jedni, zbici w koło,
Patrzą, jak barwny obraz się przewija;
Tutaj muślemin w modłach schyla czoło;
Ten puszcza dymy, grze znów tamten sprzyja;
Tutaj Albańczyk dumnie wszystkich mija;
Tu cichy szczebiot Greka cię uderza.
Tam w niebo głos się uroczysty wzbija:
Muezzin woła, aż się trzęsie wieża:
Tu bogiem Bóg! Bóg wielki! daléj! do pacierza!...

LX.

Była to właśnie ramazanu pora,
Co na dzień cały nakłada pokutę;
Lecz gdy przeminął długi zmierzch wieczora,
Życie zawrzało, jak z więzów wyzute;
Panować jęły znów biesiady sute —
Czerń sług wciąż w ruchu, zgina się zastawa;
Balkony puste, jak gdyby zepsute,
Za to w pokojach ciżba, gwar i wrzawa;
To z paziem, to znów z jakimś niewolnikiem sprawa.

LXI.

Tu głos kobiety nie zadźwięczy uszom;
Odcięta, w kwefie, pod osłoną straży,
Jednemu ciałem oddana i duszą,
Więziona w klatce, o wyjściu nie marzy.
Ku swemu panu miłością się żarzy,
Szczęśliwsza jeszcze w swéj trosce matczynéj.
(O święta trosko, cóż ciebie przeważy!)
Sama téż losem kieruje dzieciny,
U łona, które nie zna innych żarów winy.

LXII.

W komnacie, bitéj marmurem, gdzie z środka
Strumieniem w górę tryska woda żywa
A z nią się wokół leje świeżość słodka,
Gdzie miękkość sofy do spoczynku wzywa,
Ali, mąż boju i grozy, spoczywa.[26]
W tych jego rysach zoranych latami,
Jakaś czcigodna szlachetność pokrywa
Łagodniejszemi dzisiaj promieniami
Stek czynów, co tam drzemiąc, hańbi go i plami.

LXIII.

Nie to, że siwéj nie są godne brody
Żądze, młodzieńczéj odpowiednie chwili:
Miłość lat nie zna — Hafis dał dewody
I piewca z Teos, a prawdę nucili —
Zbrodnia, szydząca, gdy głos cierpień kwili,
A która starcom jak najmniéj się godzi,
Kły jemu dała tygrysie; a czyli
Tak się nie dzieje, że krew z krwi się rodzi;
A co się z krwi poczęło, jeszcze krwawszém schodzi?[27]

LXIV.

Śród rzeczy nowych dla ucha i oka
Zmęczony pielgrzym spoczynku doznawał,
Patrząc na przepych wyznawcy Proroka;
Lecz wnet go nużył i wstrętem napawał
Ten gmach, kryjący zbytków, bogactw nawał,
Gdzie syta wielkość chroni się przed wrzaskiem;
Skromniejszy miłym byłby się wydawał,
Lecz spokój gardzi sztucznych uciech blaskiem,
Rozkoszy rdzeń niszczeje w zbytkowaniu płaskiem.

LXV.

Dzikie są dzieci Albanji, lecz w cnoty,
Choć niezbyt gładkie, pierś ich również płodna;
Któryż wróg kiedy widział ich odwroty?
Gdzież trwałość w boju, co ich hartu godna?
Jak te ich twierdze, tak i oni do dna
Twardzi w burzliwéj ciężkich dni potrzebie;
Ich gniew zabija! przyjaźń niezawodna!
Dla wodza każdy duszę z trzew wygrzebie,
Gdy męstwo albo wdzięczność każe krew lać z siebie.

LXVI.

Czajld na nich patrzał w zamku naczelnika,
Jak każdy w wojnie widział blask swój wszytek;
I późniéj jeszcze raz się z niemi styka,
Będąc w ich mocy, na morzu rozbitek:
Zły człek z chwil takich czyni zły użytek:
Lecz ci pod własną strzechę go zaproszą;
W mniéj dzikich ludziach mniejszy serca zbytek
Przed twém nieszczęściem rodacy się spłoszą:[28]
Mało dusz jest na świecie, które próby znoszą.

LXVII.

Tak się zdarzyło, że o skalną Suli
Rzucon był statek nawałnicą srogą:
Pusto naokół, świat się w zmroki tuli:
Walczyć z wiatrami, czy ląd dotknąć nogą,
Długo majtkowie zdobyć się nie mogą,
Drżąc, by się zdrada skrycie nie podniosła;
Wreszcie dobili, lecz przejęci trwogą,
Czy ci krwawego nie poczną rzemiosła,
W których mściwość ku Turkom i ku Frankom wrosła.

LXVIII.

Nie! bratnią ręką wiódł ich Sulijota
Wskroś skał i bagien; z piersi zdrój mu trysnął
Szczerszy, niż ma go układna hołota:
Rozgrzał przy ogniu, wodę z szat wycisnął
Napełnił kubki, czystą lampką błysnął,
Podał jedzenie, czem chata bogata —
Rzadką szczodrotą na każdym zawisnął:
Rzeźwić znużonych, koić żale brata,
To wstyd dla złych, a przykład dla szczęśliwców świata.

LXIX.

A kiedy przyszło, że Czajld z własnéj chęci
Na długo żegnał te ich górskie kraje,
A w krąg szalały coraz to zawzięciéj
Ogniem i mieczem rozbójnicze zgraje,
Wówczas, chcąc przebyć Akarnanję, daje
Głowę swą w ręce téj wiernéj drużynie,
Mającéj twarde wojny obyczaje,
I z nią wnet dotrze, gdzie Acheloj płynie,
I daléj, aż w etolskiéj wypocznie krainie.

LXX.

Gdzie się w samotną Utraikej przelewa
Tłum fal znużonych i do snu układa,
Zielonych gajów jak ciemnieją drzewa!
Skroń ich na głębi cichą pierś opada,
Gdy cichy wietrzyk północą zagada
I toń całuje, nie marszcząc jéj lica;
Noc tutaj była Haroldowi rada,
Tu go nie jeden jéj widok zachwyca,
Tu biła mu nie jedna rozkoszy krynica.

LXXI.

Ognie na równych zapłonęły brzegach,
Naokół krążą czasze, pełne wina;[29]
Gdy kto znienacka stanie w tych szeregach,
To z osłupienia naraz drżeć zaczyna:
Nie przejdzie cicha północna godzina,
A narodowy harc już na jéj tropie:
Każdy Palikar szablę precz odpina[30]
I dłonią w dłonie klaszcząc, chłop przy chłopie,
Zawodząc dziko, ziemię w dzikim tańcu kopie.[31]

LXXII.

Z upodobaniem i bez żadnéj wzgardy
Spoglądał Harold, stanąwszy na boku,
W obraz zabawy niewinnéj, acz twardéj:
Jakaś niezwykłość była w tym widoku;
Ten barbarzyńców szał, nie bez uroku,
Ta gra płomieni na obliczu dzikiem,
Te szybkie ruchy, ognie w ciemnem oku,
Włos spadający kędziorów bezlikiem,
Do wtóru pieśń pół-nutą a na poły krzykiem:[32]

1.

Twój bęben, doboszu, doboszu ty mój!
To radość walecznych, to rozkaz na bój!
Na znak twój od razu ślą synów, jak mur,
Chimarja, Illirja i Suli z swych gór.[33]

2.

Od wszystkich mężniejszy suljocki jest człek,
W téj guni włosistéj, w koszuli, jak śnieg;
Już wilkom i sępom swe stado on zdał
I pędzi w doliny, jak potok ze skał.

3.

Czyż wrogom przebaczy Chimaryji syn,
Gdy druhom zapomnieć nie może ich win?
Hej! strzelbo, nie chybiasz, gdy mścić się ty chcesz,
Pierś wroga to cel jest najlepszy, więc mierz!

4.

Macedonji dziatwa niezwalczon to huf:
Jaskinie swe rzucił i rzucił swój łów!
Na szarfach czerwonych czerwieńsza tam ciecz,
A wojny nie koniec, a w ręku drży miecz!

5.

A korsarz pargijski, co uczy wśród mórz
Płód Franków, jak miłym zbójecki jest nóż,
Porzuca na brzegu swe wiosło i pram
I łupy zdobyte zaciąga do jam.

6.

Rozkoszne bogactwo — nie wzdycham ja doń,
Co chłystek kupuje, zdobywa ma broń;
Zdobywa dziewicę, co długi ma włos,
Z rąk matki odbija, płaczącéj na los.

7.

Hej! kocham ja liczko urocze tych dziew:
Pieszczota ich uśpi, ugłaska ich śpiew;
Méj lubéj rozkażę gęśliczkę tu znieść,
O ojca jéj zgonie niech zabrzmi nam wieść.

8.

Pomnicie Prewizę, jak upadł jéj gród?[34]
Jak szalał zwycięzca, jak jęczał tam lud?
Z pod dachów płonących braliśmy nasz łup,
Gotując raj dziewkom, bogaczom zaś grób!

9.

Nie mówię, co litość, nie mówię, co strach!
Kto sługą Wezyra, nie kąpie się w łzach:
Od czasu, jak księżyc Proroka jest znan,
Niż Ali, nasz basza, gdzie większy był pan?

10.

Syn Muchtar, ten czarny, nad Dunaj dziś w lot,
Giaur płowy buńczucznych przerazi się rot;
Gdy krwawi Delhowie przeprawią się w pław,[35]
Niewierni zajęczą: ty Boże, nas zbaw!

11.

Wyciągnij kord baszy, mieczniku ty mój!
Doboszu, twój bęben to rozkaz na bój:
Wy góry, skąd śpieszym ku brzegom tych mórz,
Ujrzycie zwycięsców, lub nie wrócim już!

LXXIII.

Grecjo! zabytku przebrzmiałego świata![36]
Żywa, choć zmarła, wielka, choć ugięta!
Któż dziś twe dzieci wezwie do bułata,
Ażeby zerwać twe tak dawne pęta?
Nie takich synów przeszłość twa pamięta:
Rycerze śmierci, padli z swéj ochoty
Gdzie Termopilów mogiła ściśnięta.
Gdzież ten waleczny, co z brzegów Euroty
Skoczywszy, znów cię zbudzi z grobowéj martwoty?

LXXIV.

Duchu swobody! Gdy z tobą na Fyle[37]
Stali, Trazybul i jego drużyna,
Mogłeś przewidzieć tę straszliwą chwilę,
W któréj attycka zgliszczała równina?
Dziś nie trzydziestu tyranów cię zgina,
Lecz wszelki nędznik w twojéj ziemi włada;
Syn twój nie wstanie, lecz gnuśnie przeklina,
Gdy pod razami z rąk tureckich pada:
Rzezaniec w słowie, w czynie, do kajdan się składa.

LXXV.

W wszystkiem, prócz w rysach, jakie dzisiaj zmiany!
Patrząc na żar ten, co w ich oczach płonie,
Możnaby mniemać, że twój niekiełznany
Ogień, swobodo, jest także w ich łonie!
O owéj chwili w snach nie jeden tonie,
Która ojczyste dziedzictwo mu wróci,
Lecz w swych westchnieniach po obce on bronie
Sięga, sam złości wroga nie ukróci,
Z służalstwa kart nazwiska swego nie wyrzuci.

LXXVI.

Słudzy dziedziczni! azaż nie wiadoma,
Że ten, kto pragnie wolną stąpać nogą,
Miecz podnieść musi własnemi rękoma?
Czyż Gall, lub inny da wam wolność drogą?
Nie, oni dumę zbója skrócić mogą,
Lecz nie zbudują swobody ołtarzy.
Cienie helotów! wstańcie przeciw wrogom!
Grecjo, masz państwo, tylko zmień mocarzy!
Dni chwały twéj minęły, został wstyd, co parzy.

LXXVII.

Gród, który giaurom ongi zabrał Allah,
Giaur znowu wydrze ottomańskiéj złości;
Seraju dzisiaj niedostępna hala
Przyjmie znów Franków, swych dawniejszych gości,[38]
Lub Wehabitów płód ten, co świętości[39]
Z grobu Proroka zdarł w krwawym zapędzie,
Przywieją wiatry od zachodnich włości,
Tylko swoboda tutaj nie zasiędzie,
I sługa tu po słudze wiecznie jęczeć będzie.

LXXVIII.

Lecz tu wesoło — nim się post rozpocznie,
Co, jak w ich świętéj napisano wierze,
Z grzechów śmiertelnych zbawia ich niezwłocznie,
Gdy w dzień się głodzą, w noc szepcą pacierze.
Ale Pokuta nim się w wór ubierze,
Każdy ma prawo rzucić precz swe żale,
Nieco się skrycie pocieszyć. I szczerze
Każdy téż pędzi na maskowe bale,
Szaleje z pstremi tłumy w skocznym karnawale.

LXXIX.

Strumień rozkoszy gdzież weseléj płynie,
Niż tu, Stambule, ongi ich korono![40]
Choć turban kala sofijską świątynię,
Choć Grekom święte ołtarze zwalono!
(Ach! znów ich dola szarpie moje łono!)
Ongi tu piewcy snuli pieśni hoże,
Dziś wszyscy radość tu udają pono,
Jednak w uwięzi oko nigdy może
I ucho tak nie było, jak tu przy Bosforze.

LXXX.

Na brzegu ciżba wesoła wciąż rosła...
Bez przerwy tony swe muzyka zmienia,
Echo takt niesie, który biją wiosła
Śród wyśpiewanych fal słodkiego drżenia;
Królowa morza śle swój hymn z sklepienia,
A gdy przelotny wiew poruszy falą,
Kształt jéj w zwierciedle wód tak rozprzestrzenia
Blask, od jéj tronu odbity, że palą
Snać się wały, aż wokół brzegi się krysztalą.

LXXXI.

Niejeden kaik mignie w chyżym locie;[41]
Na brzegu tańczą dziewice téj ziemi;
Któż o spoczynku myśli lub powrocie?
Tu dłoń się z dłońmi spotyka drżącemi,
Tęskliwe oko z oczy tęskliwemi,
Uścisk z uściskiem: któraż pierś się wstrzyma?
Ty nam, miłości! chwilami swojemi
(Niechaj się mędrzec albo cynik zżyma)
Nagradzasz lata bólu, który nas się ima.

LXXXII.

Ale w téj ciżbie skocznéj maskarady
Czyż niéma serca, co, cierpiąc tajemnie,
Przez kostium zdradza skrytych bólów ślady?
O! dla serc takich szumiące wód ciemnie
Są echem tego, ku czemu daremnie
Żal się kieruje, a źródłem zgryzoty
I wzgardy tłum ten, rozbawion przyjemnie!
Jakże-ż je rażą czcze, głośne chichoty,
Jak chętnie-by zmieniły w całun te pozłoty!

LXXXIII.

Tak czuć powinien Grecji syn prawdziwy,
Jeśli go jeszcze mają greckie chaty —
Nie rycerz w gębie, co znosi, leniwy,
Spokój służalców, narzeka na straty,
Z gładkim uśmiechem wita swoje katy,
A zamiast miecza dźwiga sierp usłużny!
Najmniéj cię kocha, Grecjo, kto bogaty
W skarby jest twoje, kto ci krew jest dłużny
I ród i wielkich przodków, od których tak różny!

LXXXIV.

Lacedemonu gdy się męstwo wznieci,
Epaminondas gdy do Teb zawita,
Gdy duch przenikać będzie Aten dzieci,
A męże rodzić helleńska kobiéta,
Wtedy dopiero wstaniesz, czcią okryta!
Aby wznieść państwo, trza wieków roboty;
Chwila je zburzy, pożogami syta!
Lecz człek czy wskrzesi, chwało, blask twój złoty?
Czyż czasom wbrew i losom z grobu zbudzi cnoty?

LXXXV.

Jednak jak piękną jesteś w dniu żałoby,
Ty, coś półbogów i bogów ziemicą!
Śnieg gór i zieleń łanów do téj doby[42]
Głoszą, Przyrody żeś ulubienicą!
Świątynie, k’twoim nachylone licom,
A które niemal proch twych wojów kryje,
Dziś zaoruje wieśniak swą radlicą:
Wszystko, co ludzki ma początek, gnije,
Wszystko znika, prócz chwały, która w pieśniach żyje.

LXXXVI.

Tam! nad jaskinią samotne kolumny
Na los zwalonych sióstr się jeszcze żalą;[43]
Ołtarz Trytonji wieńczy jeszcze dumny
Skały Colonny, co się w morzu palą.[44]
Tam grób jakiegoś woja czyż ocalą
Od zapomnienia ta nietknięta trawa
I szare głazy, co się w ziemię walą?
Jedynie obcy wędrowiec tu stawa
I tak, jak ja, westchnieniu swemu folgę dawa.

LXXXVII.

Lecz niebo szkli się to samo bez przerwy,
Te same skały, pola, cudne gaje,
Oliwka płonie, jak za dni Minerwy,
Hymet, jak dawniéj, swe młody wydaje,
Pszczoła w budowie wonnych twierdz nie staje,
Swobodnie krążąc między swemi góry;
Apollin złoci długie, długie maje,
Lśnią w jego blaskach mendelskie marmury,
Precz sztuka, wolność, sława, został wdzięk natury.

LXXXVIII.

Gdziekolwiek stąpniesz, tam ziemia jest święta,
Ni szczypta poszła na cele bez cześci;
Wielka włość cudów wokół rozwinięta;
Tu się zmieniają w prawdę muz powieści,
Oko aż słabnie, tak się wciąż tu pieści:
To snów najrańszych wstają nam obrazy!
Ten szczyt, to błonie, ten las, co szeleści,
Szydzą z tych potęg, co zwaliły głazy
Tych miast: gród Aten upadł, Maraton bez skazy!

LXXXIX.

Ta sama ziemia, słońce niezmienione,
A tylko inni słudzy, inne pany;
Wielka włość cudów wokół rozwinięta;
Gdzie ongi Persów tłum, na rzeź skazany,
Pod miecz Hellady kładł się, pokonany.
W dniu dawnéj sławy, kiedy się zmieniły
W magiczne hasło maratońskie łany:
Wymów, a naraz — obozy, wojsk siły,
Bój i pościg zwycięzców w oczach twych odżyły.

XC.

Med, jak ucieka z łuki złamanemi,
Greczyn, jak za nim krwawą dzidzą żenie;
Nad niemi góry, tu łan wód i ziemi;
Śmierć mknie na przedzie, na tyłach zniszczenie;
Dziś cóż zostało tutaj po téj scenie?
Jakiż w tém miejscu pomnik przypomina
Uśmiech wolności, Azji łez strumienie?
Urna strzaskana, grobowca ruina
I pył, co się z pod kopyt twego konia wszczyna.[45]

XCI.

Jednak ku szczątkom twéj zgasłéj wielkości
Niejeden pielgrzym w zadumie dziś bieży;
Z wiatrem iońskim przybywa tłum gości
Witać ojczyznę piewców i rycerzy;
Twoja kronika i twój język szerzy
Cześć twą śród młodych rzesz niejednych błoni,
Ty chlubo starców, nauko młodzieży.
Pieśniarz cię uczci, mędrzec ci się skłoni,
Gdy Pallas wraz z muzami swą mądrość odsłoni.

XCII.

Z obczyzny tęskni pierś do swéj ziemicy,
Gdy ją tam krewna dusza oczekuje,
Ale niech błądzą tutaj samotnicy,
Z wzrokiem ku ziemi, która z niemi czuje.
Wesołych uciech Grecja nie gotuje,
Kochanek smętku oby tu przychodził,
A że swój rzucił dom, nie pożałuje,
Gdy pośród Delfów będzie kroki wodził
Lub pól, gdzie Pers z Greczynem w krwi, konając, brodził.

XCIII.

Ten niech się zbliża ku tym świętym błoniom,
W pokoju mierzy czarowne pustynie,
Ale niech chciwą nie niweczy dłonią
Onych zabytków, co i tak w ruinie,
Bo nie w tym celu wzniesiono świątynie;
Niechaj to uczci, co czciły narody,
A wtedy hańba na kraj nasz nie spłynie,
Ty zaś w téj ziemi, która wiek twój młody
Karmiła, znajdziesz życia i miłości gody.

XCIV.

A ty, coś schlebiał pieśnią swojéj dumie,
Wysnutą z lutni, co tak mało waży,
Pomnij, że głos twój rychło przebrzmi w tłumie
Wrzaskliwych doby ostatniéj pieśniarzy:
O zwiędły wawrzyn ich rój się nie swarzy —
To nie dla ducha, który przestał miewać
Czucie dla chwalby i nagany wrażéj,
Gdy zgasły serca, co mogły ogrzewać...
Dziś kochać niéma kogo, a więc komu śpiewać?

XCV.

Zbyt prędko uszłaś, miłowana, miła!
Coś mi swą młodość z miodem sercem dała,
Czegoby inna dla mnie nie zrobiła!
Coś mną niegodnym gardzić nie umiała!
Czém dzisiaj byt mój, gdyś ty być przestała?
Nikt nie powita wędrowca, gdy wróci!
On płacze doby, która się rozwiała:
Po co tu była, gdy dziś serce smuci?
A jemu po co wracać, gdy znów dom swój rzuci?

XCVI.

O miłująca, miła, miłowana!
Ten ból jak ciężar swój na przeszłość składa!
Jak lgnie do owych wspomnień moja rana!
Lecz czas pamięci twojéj cios swój zada.
Wszystko mi wzięła, śmierci, twoja zdrada,
Matkę i druha i więcéj, niż druha:
Strzał twój, jak wówczas, nigdy tak nie pada,
W trop za boleścią biegła boleść głucha
I kradła rozkosz życia, która tak jest krucha.

XCVII.

Mam się pogrążyć między tłum nieznośny,
Iść tam, gdzie spokój wzgardliwie się zżyma,
Gdzie woła uczta i śmiech, darmo głośny,
Co, kłamiąc sercu, policzki wydyma?
Osłabiać ducha, choć w nim sił już niéma?
Na twarz, przymusem ściągniętą, dobywać
Zadowolenie, choć gniew ledwie wstrzyma?
Śmiechem łzom przyszłym brózdy wyorywać?
Ustami skrzywionemi szyderstwo zakrywać?

XCVIII.

Czem ból najgorszy, który starość czeka?
Najgłębsze zmarszczki cóż wyżłobić może?
Z kart życia stracić drogiego człowieka!
Jak ja, samotnym zostać w tym przestworze!
Przed smagającym niechaj się ukorzę,
Że zwiał nadzieje, że serca rozdzielił!
Płyńcie, dni puste! wolne macie łoże,
Odkąd méj duszy radość czas spopielił
I w młode moje lata zło starości wcielił![46]





Przypisy

  1. Część Akropolis zburzoną została podczas oblężenia weneckiego wskutek wybuchu, jaki nastąpił w magazynie prochu. (Na najwyższéj stronie Lykabettu, jak naoczny świadek opowiadał Chandlerowi, ustawili Wenecyanie r. 1687 cztery moździerze i sześć dział, któremi bombardowali Akropolis. Jedna z tych kul zniszczyła rzeźbę na zachodnim szczycie Partenonu. (W r. 1667 — powiada Hobhouse — „zabytki, których dzisiaj pozostały w Akropolis zaledwie ślady, znajdowały się w jako tako zachowanym stanie. Tę wielką świątynię można było wówczas nazywać jeszcze całą; przemieniona na kościół chrześcijański, stała się późniéj meczetem, w każdym razie najpiękniejszym w świecie. Dziś nawet ta część, która się oparła zniszczeniu, rodzi uczucia podziwu i czci w najobojętniejszym nawet widzu; te same uczucia budzą się w nas na widok olbrzymiéj masy ruin, rozsianych na miejscu, w którém stała owa świątynia“).
  2. Wszyscy możemy odczuć lub wyobrazić sobie ów żal, jaki ogarnia widza, patrzącego na zwaliska grodów, które onego czasu były stolicami państw; refleksye, jakie one w nas wzbudzają, zbyt są codziennemi, aby je tutaj powtarzać. Stałość człowieka, oraz próżność najlepszych jego przymiotów, patryotyzmu, który ojczyzną zachwycać się każe, i poczucia siły, aby stać na straży swéj ziemi, nigdzie nie ujawnia się wyraźniéj, aniżeli w przypomnieniu tego, czém Ateny były ongi, i w pewności, czém są dzisiaj. Ta arena walki potężnych i wielkich stronnictw i mówców, podnoszenia się i poniżania tyranów, tryumfów i kar wymierzanych dowódcom, stała się dzisiaj widowiskiem drobnostkowych intryg i ciągłych wichrzeń pomiędzy kłótliwemi ajentami panów i szlachty brytyjskiéj. „Szakale, sowy i węże pośród zwalisk Babilonu są zapewne mniéj hańbiącemi, aniżeli tacy mieszkańcy. Turcy mają podbój na uniewinnienie swego uciskania, Grecy zaś ucierpieli tylko wskutek przypadłości wojny, co się zdarza i najwaleczniejszym; lecz, jak nizko upadli ci potężni, jeżeli dwóch malarzy pomiędzy sobą walczyć może o przywilej obrabowywania Partenonu i tryumfowania na przemian, stosownie do treści następujących po sobie fermanów. Sulla mógł Ateny ukarać, Filip poddać je pod jarzmo swoje a Kserkses spalić; nędzny zaś badacz starożytności i jego wstrętni ajenci przybyli tutaj, aby je hańbić! Przed częściowém swém zniszczeniem przez pożar podczas oblężenia weneckiego był Partenon świątynią, kościołem, meczetem, pod każdym względem był on więc godnym czci; zmieniali się jego wierni, on atoli był zawsze miejscem nabożeństwa, uświęconém trzykrotnie; jego zhańbienie jest zatem świętokradztwem podwójném.
    Ale —
    „Man, proud man,
    Drest in a little brief authority,
    Plays such fantastic tricks before high heaven
    As make the angels weep.“ B.
  3. Nie zawsze było zwyczajem u Greków palić ciała umarłych; wszczególności wielki Ajaks pochowany był w ziemi. Po większéj części uważano wszystkich wodzów po śmierci za bogów; do rzędu zapomnianych należeli zaprawdę ci, przy których grobie nie urządzano igrzysk dorocznych albo uroczystości poświęconych ich pamięci, jak to uczyniono dla Achillesa, Brazydasa etc., a w końcu nawet dla Antynousa, którego śmierć tyle była bohaterską, ile haniebném było jego życie. B.
  4. Pitagoras i Solon.
  5. Stancę tę pisał Byron w Newstead, w październiku 1811, posłyszawszy o śmierci szkolnego w Cambridge towarzysza, młodego Eddlestone’a. P. Tł.
  6. Kościół Jowisza olimpijskiego, gdzie jeszcze szesnaście kolumn zostało; pierwotnie było ich do stupięćdziesiąt. Kolumny te należały, jak przypuszczają niektórzy, do Partenonu. B.
  7. Okręt rozbił się na Archipelagu. B.
  8. Patrz notę A, dotyczącą uwożenia dzieł sztuki z Aten. B.
  9. Z listu d-ra Clarke pisanego do Byrona, podał tenże jako komentarz do słów powyższych następującą uwagę: „Gdy ostatnią z metop zabierano z Partenonu i gdy przytém robotnicy lorda Elgina zrzucili wraz z górną częścią budowy jeden z tryglifów, patrzący na to znieważanie gmachu, Disdar wyjął lulkę z ust i otarłszy łzę, zawołał do Lusieriego błagalnym głosem: Τελοσ! (skończcie) — ja byłem przytem.“ — Wzmiankowany Disdar był ojcem obecnego Disdara. B.
  10. Według Zozyma, Achilles i Minerwa odparli Alaryka od murów Akropolis; inni atoli twierdzą, że król Gotów prawie tyle narobił tutaj złego, co i magnat szkocki. Patrz u Chandlera. B.
  11. Gozza ma oznaczać starożytną wyspę Kalipsy. B.
  12. Pani Spencer Smith, dla któréj autor zabawił kilka miesięcy na wyspie Malcie. O pobycie swoim i o lady Florens znajdujemy w jednym z listów Byrona, pisanym do matki, następujące uwagi:
    „List ten posyłam przez ręce nadzwyczajnéj kobiety, o któréj musiałaś zapewne słyszéć. Jest to ta sama pani Spencer Smith, któréj ucieczka z rąk władz francuskich posłużyła margrabiemu de Salvo za przedmiot do powieści.
    „Podczas podróży morskiéj rozbił się statek, na którym płynęła; — jedném słowem, życie jéj, od dzieciństwa począwszy, było tak pełne nadzwyczajnych wypadków, że w powieści nawet wydałyby się zbyt przesadzone. Urodzona w Konstantynopolu, gdzie ojciec jéj bar. Herbert był ambasadorem, nieszczęśliwa w pożyciu z mężem, umiała jednak uniknąć wszelkich podejrzeń, uwłaczających jéj charakterowi. Niedawno, na odgłos zbliżających się wojsk francuskich, opuściła Tryest i mieszkającą tamże swą matkę. W czasie pobytu mego na Malcie, z nią jedną prawie cały mój czas przepędzam. Jest to piękna, powabna i bardzo oryginalna kobieta. Napoleon tak jest dotychczas na nią zagniewany, że życie jéj mogłoby być w niebezpieczeństwie, gdyby się drugi raz dostała w ręce policyi francuskiéj.“
  13. Skander, Iskander po turecku oznacza imię Aleksander.
  14. Itaka.
  15. Leukadya, dziś Santa Maura. Z Przylądka (zw. Skokiem miłości) miała Safona skoczyć do morza. B.
  16. Akcyum i Trafalgar nie potrzebują dłuższéj wzmianki. Bitwa pod Lepanto (pomiędzy Turkami a Wenecją. Tł.) tak samo krwawa i ważna, choć mniéj znana, stoczoną była w zatoce Patras. Tam to autor Don Kichota stracił lewą rękę.“ B.
  17. Opowiadają, że w przeddzień bitwy pod Akcyum, miał Antoniusz w otoczeniu swém trzynastu królów. Dzisiaj (12 listop.) widziałem resztki miasta Akcyum, niedaleko od miejsca, gdzie Antoniusz świat przegrał — w małéj zatoce, w któréj zaledwie dwie fregaty krążyć mogą. Kawał złamanego muru, to jedyny zabytek. Po drugiéj stronie zatoki stoją ruiny Nikopolu, zbudowanego przez Augusta na pamiątkę odniesionego przezeń zwycięstwa (B. w liście do matki).
  18. Nikopol, którego zwaliska znaczne posiadają rozmiary, położony obok Akcyum; z hipodromu jego pozostały tylko kawałki muru. Zwaliska te składają się z olbrzymiéj masy cegieł, pospajanych wapnem, które w równie olbrzymiéj znajduje się ilości i równie jest trwałem jak cegły. B.
  19. Podług Pouqueville’a jezioro Janiny, ale Pouqueville zawsze się myli. B.
  20. 5,000 Suliotów opierało się z skał oraz w twierdzy sulijskiéj 30,000 Albańczyków przez lat 18. Twierdzę wzięto wreszcie za pomocą przekupstwa. Zdarzały się tu czyny, godne lepszych dni Grecyi. B.
  21. Klasztor i wieś Zica oddalone są o 4 godziny drogi od Joanniny lub Janiny, stolicy paszaliku. Dolinę przepływa potok Kalamar (ongi Acheront), piękny, niedaleko Zicy tworząc wodospad. Jest to może najpiękniejsza miejscowość w Grecyi, jakkolwiek Delwinachi i niektóre okolice Akarnanii i Etolii, mogą iść z niemi w zawody. Delfy, Parnas, przylądek Kolonny i port Rafti mniéj są pięknemi; to samo da się powiedziéć o wszystkich okolicach Jonii lub Troady: to samo mógłbym zauważyć także o Konstantynopolu, zbliżywszy się do tego miasta. Atoli piękność jego tak jest odmienną, że trudno ją przyrównać do innych. B.
  22. Góry chimaryoskie były, zdaje się, wulkanami. B.
  23. Starożytny Tomarus.
  24. Gdy autor przebywał te okolice, rzeka Laos była wezbraną powyżéj Tepalenu; była tak szeroką jak Tamiza koło Westminsteru, przynajmniéj taką się wydawała autorowi i towarzyszom jego podróży. Latem jest ona zapewne daleko węższą. Jest to z pewnością najpiękniejsza rzeka Lewantu; ani Achelous, ani Acheront, Alfeus, Skamander, ani téż Kaister, nie dorównają mu pod względem szerokości oraz piękności. B.
  25. „Ali-Basza usłyszawszy, że utytułowany Anglik bawi w jego państwie, wydał rozkaz, aby mu w Janinie przygotowano mieszkanie i dostarczono bezpłatnie wszystkiego, co tylko potrzeba. Jechałem na koniu wezyra i widziałem jego i jego wnuków pałace. Nie zapomnę nigdy nadzwyczajnego widoku, jaki mi się przedstawił, kiedym wjeżdżał do Tepalenu o godz. 5 po południu (11 października), gdy słońce już zaszło. Przed drogą stanęły mi (jakkolwiek z pewnemi zmianami co do strojów) opisy w „Picini“ Skotta, dotyczące zamku Branksome i zwyczajów feudalnych. Albańczycy w swych strojach (najwspanialszych w świecie, składających się z długich, białych spódnic, złotem dzierzganych płaszczy, z czerwonych, aksamitnych, złotem obszytych kurtek i kamizelek, z pistoletów oprawnych w złoto, oraz sztyletów); Tatarzy w wysokich czapicach, Turcy w ogromnych pelissach i turbanach; zaciężnicy i czarni niewolnicy wraz z końmi, ustawieni w szeregach w olbrzymiéj otwartéj galeryi na froncie pałacu, w pogotowiu dwieście rumaków w rzędach bogatych; posłańcy, wbiegający lub wybiegający w wielkim pośpiechu; dobosze bijący w kotły; chłopcy, donośnym głosem oznajmujący godziny z minaretów moszei — wszystko to razem wraz z szczególnym kształtem pałacu, tworzyło dla cudzoziemca nowy rozkoszny obraz. Wprowadzono mnie do bardzo pięknego apartamentu, a o zdrowie moje dopytywał się potém, zwyczajem Turków, sekretarz wezyra.“ Byron w liście do matki.
  26. W liście do matki, pisanym w tym samym czasie, Byron tak opisuje przyjęcie swe u Ali-Baszy: d 12 października wprowadzony byłem do Ali-Baszy. Byłem w perskim mundurze sztabowca, przy niezwykle wspaniałéj szabli etc. Wezyr przyjął mnie w obszernéj komnacie, posiadającéj marmurową posadzkę; w środku biła fontanna, naokół sali stały szkarłatem pokryte otomany. Przyjął mnie stojąc (niezwykła to u muzułmanina grzeczność), a potém posadził mnie obok siebie po prawéj ręce. Pierwszym jego pytaniem było, dlaczego w tak młodym wieku kraj swój opuściłem. Następnie oświadczył mi, że konsul angielski, kapitan Leake, powiadomił go, że z znakomitéj pochodzę rodziny; mówił, że chciałby méj matce wyrazić swą cześć, którą ja ci niniejszém w imieniu Ali-Baszy składam. Powiedział mi daléj, że znakomitość pochodzenia mego nie ulega żadnéj wątpliwości, ponieważ małe posiadam uszy, kędzierzawe włosy i drobne, białe ręce. Wyraził się, abym, dopóki tu bawię w Turcyi, uważał go za ojca, gdyż on chce się ze mną obchodzić jak z synem. I w saméj rzeczy traktował mnie jak dziecko, posyłając mi to migdały, to sorbety, to owoce i słodycze ze dwadzieścia razy na dzień...“ Hobhouse, towarzysz podróży Byrona, przedstawia Ali-Baszę jako człowieka nizkiego wzrostu, nie więcéj jak pięciu stóp i pięciu cali wysokości i mocno otyłego, posiadającego przyjemną, okrągłą, piękna twarz i żywe, niebieskie oczy „człowieka bez zwyczajnéj u Turków ociężałości.“ Doktór Holland porównał duszę Alego, wyglądającą z pod zwykłéj powierzchowności, z ogniem ukrytym w zimnym, polerowanym kamieniu. Ten sam doktór, wróciwszy w r. 1813 z Albanii, przywiózł Byronowi list od Ali-Baszy, pisany po łacinie. Poeta opowiada, że „rozpoczynał się od słów excellentissime nec non carissime“ i że mu pomiędzy innemi doniósł Ali, jak „ostatniéj wiosny zdobył nieprzyjazne sobie miasto, w którém przed laty załoga bułgarska obeszła się z jego matką i siostrą w sposób niegodziwy. Po wzięciu miasta, kazał Ali wszystkich pozostałych przy życiu mieszkańców, nie wyłączając dzieci i niemowląt wsadzić na okręt o sześciuset tonach wagi i wysadzić w powietrze. Tyle o „moim najdroższym przyjacielu.“
  27. Los Alego był takim właśnie, jak to poeta powyżéj przepowiedział: zamordowano go w lutym 1822; głowę posłano do Konstantynopola i zatknięto nad bramą Seraju. Ponieważ imię Alego narobiło w Anglii dużo hałasu, ze względu na jego stosunki z Tomaszem Maitlandem, a może więcéj jeszcze z powodu powyższych stanc lorda Byrona, znalazł się w Konstantynopolu spekulant, który chciał nabyć głowę i wysłać ją do Londynu któremuś z przedsiębiorców widowisk; atoli zamiarowi temu zapobiegł pietyzm starego sługi Baszy, który katowi zapłacił sumę znacznie większą i głowie swego pana godziwy sprawił pogrzeb. Przyp. wydaw. Czajlda Harolda (Londyn u Johna Murraya 1837).
  28. Mowa tu o traktowaniu rozbitków w Cornwall. B.
  29. Albańczycy od wina się nie wstrzymują.
  30. Palikar po grecku παλικαρι (właściwie παλληκαριον po nowogrecku. P. tł.) jest to pomiędzy Grekami i Albańczykami, używającemi narzecza romaickiego, ogólna nazwa żołnierzy; właściwe znaczenie wyrazu tego jest chłopak (od nowogreckiego Παλληξ Przyp, tł.) B.
  31. Wzmiankowany już Hobhouse, towarzysz podróży Byrona, scenę tę opisuje w sposób następujący. „Wieczorem pozamykano bramy i zajęto się przygotowaniem wieczerzy dla naszych Albańczyków. Zabito kozę i upieczono ją w całości; cztery ogniska zapalone były na dziedzińcu, a około nich zasiedli żołnierze kupkami. Po jedzeniu i napitku, przeważna część zgromadzonych otoczyła największe ognisko i skoro my, wraz z ich starszyzną zasiedliśmy na ziemi, zaczęła tańczyć na około ognia w takt pieśni, śpiewanéj przez siebie głosem dobitnym. Wszystkie te pieśni odnoszą się do ich wypraw zbójeckich. Jedna z nich trwająca przeszło godzinę, tak się zaczynała: „Gdyśmy z Pargi wracali, było nas sześćdziesięciu“; potem każdy wiersz kończył się refrenem:
    „Zbójcy z Pargi!
    Zbójcy z Pargi!“
    Κλεφτεις ποτε Παργα!
    Κλεφτεις ποτε Παργα!
    „Śpiewając te zwrotki, kręcili się naokoło ognia, rzucali się na kolana, jednym rzutem stawali znowu na nogach i znowu kręcili się, póki chór nie powtórzył tego refrenu na nowo. Szum fal, odbijających się o brzeg żwirowy, u którego siedzieliśmy, wypełniał przestanki śpiewu łagodniejszą i nie tak jednostajną muzyką. Noc była bardzo ciemna, ale blask ogni odsłaniał nam lasy, skały i jeziora, które łącząc się razem z dzikim widokiem tańczących, przedstawiały nam scenę, godną opisu takiéj ręki, jak autora Tajemnic Udolfa“. Gdyśmy się już obyli z charakterem Albańczyków, nie zmniejszyła nam wcale rozkoszy świadomość, że każdy z naszych towarzyszy był niegdyś rozbójnikiem, a niejeden z nich przed niedawnym jeszcze czasem. Była godzina jedenasta, gdyśmy wrócili do mieszkania, Albańczycy zaś, otuleni w swe białe kapoty, położyli się w tym samym czasie naokoło ognisk, ażeby się przespać.“
  32. Czém się różni narzecze albańskie czyli amauckie od języka illiryjskiego, patrz notę C.
  33. Te i następne zwrotki wzięte są poczęści z rozmaitych pieśni albańskich, o ile mogłem je sobie przetłomaczyć z pomocą języka romaickiego i włoskiego. B.
  34. Szturmem odebrana była Francuzom. B.
  35. Delhi — jazda turecka.
  36. O dzisiejszym stanie Grecyi i Turcyi, patrz notę D.
  37. Fyle, z któréj szczytu cudny widok na Ateny, posiada dziś jeszcze znaczne zwaliska; przed wypędzeniem trzydziestu tyranów, zdobył jéj twierdzę Trazybul. B.
  38. Dotyczy to zajęcia Carogrodu przez Łacinników i panowania ich tamże przez długie lata. B.
  39. Mekka i Medyna wzięte były przez sektę Wehabitów, która z każdym rokiem wzrasta. B.
  40. O Konstantynopolu lord Byron tak się w jednym z swych listów wyraża: „Widziałem ruiny Aten, Efezu i Delfów, przejechałem większą część Turcyi, oraz niejednę część Europy i Azyi, nigdzie atoli nie widziałem dzieła natury lub sztuki, któreby takie wywierało wrażenie, jak tutaj widok każdéj strony, od „Siedmiu wież“, aż do końca „Złotego Rogu“.
  41. Kaiki — małe czółna tureckie.
  42. Na niejednéj z gór, głównie zaś na Liakurze śnieg nigdy nie topnieje całkowicie, wytrzymuje on największy upał lata; nigdy natomiast nie widziałem śniegu na dolinach, choć byłem tam zimą. B.
  43. Na górze Penteliku, skąd brano marmur na publiczne gmachy Aten; nazwisko nowożytne téj góry brzmi „Mendeli“. Olbrzymia grota, utworzona przez kamieniołomy, pozostała dotychczas i pozostanie do końca wieków. B.
  44. W całéj Attyce, wyjąwszy Ateny i Maraton, niéma miejscowości bardziéj interesującéj nad przylądek Kolonny. Dla starożytnika i artysty stanowi szesnaście znajdujących się tamże kolumn niewyczerpane źródło spostrzeżeń i wzorów; dla filozofa pożądaną będzie jako domniemane miejsce niejednego z dyskursów Platona; podróżnika zaś zachwyci piękność widoku na „wyspy wieńczące głębiny egejskie“; dla Anglika przedstawia Kolonna inny jeszcze interes: jest to miejsce, na którem odgrywa się Falconnera „Rozbicie okrętu“. Pallada i Platon zapomniani dzisiaj, we wspomnieniu Falconnera i Campbella:
    „Here in the dead of night by Lonna’s steep
    The seaman’s cry was heard along the deep“.
    „Świątynię Minerwy widać od strony morza w wielkiéj już odległości. Do Przylądka Kolonny odbyłem dwie podróże lądem i jednę morzem. Widok od strony lądu mniéj był ponętny, niż gdyśmy się zbliżali od strony wysp. W drugiéj naszéj wycieczce lądem z wielką biedą umknęliśmy przed Majnotami, kryjącemi się po jaskiniach. Jak nam późniéj mówił jeden z ich pojmańców, bylibyśmy byli zmuszeni dać im okup, a od napadu na nas odstraszył ich widok dwóch moich Albańczyków; sądzili oni bardzo rozumnie (choć tym razem fałszywie), że mamy pod ręką całą straż, złożoną z Arnautów i dlatego się wstrzymali, w ten sposób zostaliśmy wybawieni, byliśmy bowiem zbyt nieliczni, aby módz skuteczny stawić opór. Kolonna jest zarówno siedliskiem zbójców jak i malarzy; tutaj to
    The hireling artist plants his pallet desk,
    And makes degraded nature picturesque“.
    (Patrz Hodgsona „Lady Jane Gray“).
    „Ale tutaj przyroda sprawiła to z pomocą sztuki sama dla siebie. Byłem tak szczęśliwy, żem zawarł układ z jednym bardzo wybitnym artystą niemieckim; mam więc nadzieję, że odnowi znajomość moję z temi i innemi widokami Lewantu, gdy nadejdą jego prace“. B.
  45. „Siste Viator — heroa calcas!“ taki był napis na grobie sławnego hr. Merci; — jakież ma nas ogarniać uczucie, stojących u mogiły owych dwustu (Greków), którzy padli pod Maratonem? Główny kurhan otworzył niedawno Fauvel: nie znalazł on w nim jednak nic albo mało z tych zabytków, jak wazy etc., których szukał. Dolinę Maratonu chciano mi sprzedać za sumę czternastu tysięcy piastrów, około dziewięciuset funtów. Niestety! „Expende — quot libras in duce summo — invenies!“ czyż popioły Miltyadesa nie były więcéj warte? Chybabym ich nie kupił taniéj, gdyby miały pójść na wagę? B.
  46. Ostatnia ta stanca pisaną była, jak głosi notatka Byrona na rękopiśmie téj pieśni, d. 11 października 1811 r.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: George Gordon Byron i tłumacza: Jan Kasprowicz.