Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


XXIV.

Wsparty na statku zbryzganéj poręczy,
Patrzéć w Dyjany krąg, w głębiach odbity!
Duch się nadziei widmami nie męczy,
Bezwiednie goniąc każdy rok przeżyty...
Komuż raz w życiu nie lśniły błękity —
Bo nikt zupełnie opuszczon nie bywa —
Którym hołd składa, z łez i wspomnień zwity?!
Gryzący bólu! Ta pierś nieszczęśliwa,
By zrzucić ciężar z serca, daremnie się zrywa.

XXV.

Siadać po skałach, dumać nad przepaścią,
Zaszywać w bór się ciemny a głęboki,
W strefy, gdzie człowiek nie sięga swą właścią,
Gdzie śmiertelników nie dotarły kroki,
Na niedostępne piąć się gór opoki,
Z bezdomném stadem dzikich zwierząt sadzić,
Patrzéć z nad urwisk na rwące potoki,
To nie samotność, to znaczy prowadzić
Z Przyrodą rozhowory, o jéj skarbach radzić.

XXVI.

Lecz wśród krzykliwych, rojnych tłumów ludzi
Czuć, słyszéć, patrzéć, posiadać, używać,
Mieszkańcem ziemi być, który się nudzi,
Nie zaznać szczęścia i nie uszczęśliwiać,
Pogardzać nędzą, w dostatki opływać,
Nie miéć człowieka, co cię sercem raczy,
Co po twéj śmierci chciałby mniéj się zrywać
Z śmiechu niż gładkich tłum wyzyskiwaczy,
To znaczy żyć sam na sam; to samotność znaczy.

XXVII.

Szczęśliwsze bożych pustelników życie,
Tych, których widzisz na Athos, jak w chórze
Czuwają w wieczór na olbrzymim szczycie,
Co tonie w niebios i w głębin lazurze,
Że kto skierował dotąd swe podróże
I choć godzinę w świętem miejscu bawił,
Chciałby pozostać na uroczéj górze;
A że mu szczęścia tego los nie sprawił,
Znów świat ten nienawidzi, który tam zostawił.