Tajemnice Londynu/Tom III/Część druga/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Féval
Tytuł Tajemnice Londynu
Wydawca S. H. Merzbach
Data wydania 1847
Druk S. H. Merzbach
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Les Mystères de Londres
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.
WALKA NA TAMIZIE.

Master Graff podniósł się powoli, otrząsnął kurz z odzieży i dotknął pokaleczonych członków.
— Niech mię djabli porwą, on jeszcze nie zły człowiek, pomruknął; mniemałem, że gorzéj się ze mną obejdzie.
Wsparł oba łokcie na framudze oka i wśród ciemności usiłował rozpoznać co nastąpi, skoro laird spotka się z Bob-Lanternem.
— Co teraz, pomyślał, Bob drogo zapłaciłby za szczeknięcie, któreby go ostrzegło, aby się miał na baczności... ale ja nie jestem psem, a kiedy los chce ocalić te biédne małe, nie chcę temu przeszkadzać... Bravo, do kata! otóż i księżyc... całe polowanie będę widział jak na dłoni.
Południowo-zachodni wiatr rozwijał mgłę, pędząc szybko przed sobą małe białawe obłoczki okrywające niebo. Księżyc pokazywał się w krótkich i prawie równych przedziałach; to znowu skrywał na kilka sekund i znowu przebijał obłoki. Na spokojnéj Tamizie, bujały małe tylko bałwany, a promienie księżyca łamały się w nich tysiącznemi światełkami. Tu i owdzie krążyły, wzdłuż brzegu, rozmaitego rodzaju statki, a przepływający parostatek zostawił za sobą w powietrzu długi łańcuch ciężkiego dymu.
Bob minął już ostatnie na kotwicy stojące statki i znajdował się na wolnéj przestrzeni, którą zajmuje koryto rzeki. Laird przeciwnie płynął jeszcze między mnóstwem przymocowanych do lądu łodzi.
Był to dzielny pływak: regularnemi rzuty przerzynał wodę i szybko zbliżał się do łódki Boba, który niedomyślając się niczego, bynajmniéj się nie spieszył.
— On go schwyci, na honor, mówił do siebie Gruff; woda i on znają się dobrze, i za dobrych czasów... widziałem... jak w Solway płynął całą godzinę, obok swego konia pozbawionego tchu... O! master Bob będzie się miał z pyszna. Jeżeli laird ma tylko przy sobie coś podobnego do sztyletu, to go zahaczy jak łososia... i dobrzeby to było!
— Co byłoby dobrze, mości ośla głowo? zapytał za nim głos surowy.
— Byłaś tu moja przyjaciółko?... wyjąknął zdekoncertowany oberżysta.
— Byłam tu mości Gruffie... i czyż się nie wstydzisz?... Jesteś nikczemnym tchórzem! a ja biédna kobiéta nie mogę liczyć na twoję pomoc!... Ty byłbyś mię dał zabić temu szaleńcowi, mości Gruffie!
— O! moja kochana! zawołał oberżysta.
— Milcz! albo raczéj odpowiadaj mi!... Czy ten stary głupiec rzucił się w wodę?
— Rzucił się w wodę, Babetto.
— Aby utonął? Master GrufF wahał się.
— Bardzo być może iż utonie, odpowiedział nakoniec.
Mistress Gruff spojrzała na niego niedowierzającym wzrokiem, i odepchnąwszy go od okna, sama zajęła jego miejsce.
— Laird ma dziwaczne upodobaniu, poszepnęła; ale ręczę, że prędzéj by rozstrzaskał głowę mojemu mężowi, nimby pomyślał o utopieniu się... Przed chwilą miał istnego djabła w oczach, i wolę, na honor, że jest w wodzie niż u nas!... A ta chustka, bezpożyteczne ty stworzenie! No powiedz dla czego pozwoliłeś, żeby ta chustka wypadła?
— Ta chustka, Babetto. musiała wypaść z kieszeni małéj panience....
— Ty zrujnujesz nasz dom! ty jesteś mojém przeklęstwem, cięźkiém przeklęstwem, nie mogę tego zataić... Gdyby laird nie był widział téj chustki, bylibyśmy... to jest ja byłabym, bo ty a nie to wszystko jedno... byłabym, powtarzam, wmówiła w niego, cobym chciała... Czyż nie marzy on z otwartémi oczami i wśród białego dnia?...
— Słowem, Babetto...
— Milcz!... ta chustka mogła nam smutną sprawę zwalić na kark, gdyby laird nie był postąpił zwyczajnie jak szalony góral, w gorącéj wodzie kąpany... Ale tu pod nami, dzięki Bogu, Tamiza głęboka... Przez szatana! tyś mię oszukał! widzę że jakiś człowiek tam z cieniów wypływa... nie kłam dłużéj, master Gruff, albo biada ci! Czy to laird?
— Tak jest, z przymusem rzekł oberżysta.
— To więc laird! zawołała blada z obawy i wściekłości oberżystka, a ta łodź o dwadzieścia już tylko kroków od niego oddalona, czy to łodź mastra Boba?
— Tak, odpowiedział oberżysta.
— I ty go nie ostrzegasz, nieszczęśliwy! zaczęła znowu mistress Gruff, i nastawiła ręce jakby chciała rozedrzeć twarz mężowi; stoisz tu jak słup!... Sygnał, natychmiast, sygnał!
Master Gruff, od wielu lat po raz piérwszy miał ochotę stawić żonie opór. Namyślił się, i zmarszczywszy brwi, spojrzał na nią; ale natychmiast spuścił oczy. Żółta latarnia rzucając światło na bladą twarz tego Heroda babskiego, nadała jéj wyraz tak straszliwéj złośliwości, iż Gruffowi dreszcz przebiegł po całém ciele.
— Jutro, będzie trucizna w moim rosole! pomyślał, z djabłem bić się nie można.
— Ano! powtórzyła rozkazująco oberżystka.
Master Gruff wychylił się za okno, zagasił latarnię i obie ręce przytkał do ust.
W téjże chwili dało się słyszeć straszna szczekanie, którego mocny odgłos zapewne przeszedł na drugą stronę Tamizy. Master Gruff włożył ręce do kieszeni; szczekanie ustało.
— Tak, to co innego! zawołała oberżystka w przystępie odrażającéj radości; pocałuj mię, gruby łajdaku... ledwo dwóch brytanów w Londynie potrafi tak szczekać... Teraz Bob jest ostrzeżony, a stary laird będzie miał djablą sprawę... Założyłabym się, że nie przyjdzie nigdy żądać od nas wytłómaczenia tego co tu dziś zaszło.
Mistress Gruff zamilkła i usunęła się trochę mężowi. Scena zaczynała być interesującą.
Księżyc świecący w całym blasku dozwalał doskonale widziéć lairda i łódź, za którą płynął. Okno oberży pod Królem Jerzym było jakby przed-scena, z któréj można przynajmniéj wszystko widziéć, jeżeli nie słyszéć.
Angus Mac-Farlane płynął ciągle z równym zapałem, dowodzącym, że jeszcze nice wyczerpał sił swoich. Nie zmierzał wprost ku łodzi, ale przerzynał rzekę w prostéj linii, aby w stanowczéj chwili mógł korzystać z pędu wody.
Szczekanie mastra Grflf nie wzbudziło w nim najmniejszego podejrzenia. Ciągle, płynął, tak jednak miarkując siłę swoich rzutów, aby niepostrzeżony mógł wpaść na swą zdobycz.
Łodź Boba zdawała się być próżną, płynęła w górę rzeki trzymając się ciągle kanału najbliższego lewemu brzegowi. Bob sam położył się na dnie łodzi tak, że tylko mu z niéj głowę było widać.
Przestrzeń, którą miał przebyć, była krótką. Nie tyle znaczyło płynąć prędko, co przybyć, bez przeszkody, a Bob wyrachował w swéj mądrości, że łodź ślizgając się prawie niewidzialna po téj części rzeki, w któréj nie ma pędu, o tysiąc przeciw jednemu, mogła przejść nie postrzeżona.
Jak mógł najlepiéj umieścił w łodzi obie siostry i co chwila przekonywał się, czy wygodnie leżą. Troskliwość handlarza o swój towar najpodobniejszą jest do pieczołowitości ojca dla córek.
W chwili gdy się dało słyszeć szczekanie, zdejmował właśnie kaftan i kładł go pod głowę Annie. Ten znany mu odgłos wstrząsnął nim jak iskra elektryczna. Naprzód stanął jak wryty, potém podniósł głowę do góry i spojrzał wkoło łodzi.
— Co to u djabła znaczy? mruknął, czym ja już ślepy, że nigdzie nie widzę policyjnego statka? No! no! to zapewne jaki prawdziwy brytan szczekał, ale jaki ma podobny głos do tego szelmy Gruffa... Otóż to mi łajdak dopiéro, on pewno kiedy narobi nieszczęścia swojéj żonie.
Uspokojony nieco tą myślą, ale nawykły do zbytecznéj przezorności przemieniającéj się w naturę u wszystkich złoczyńców, spojrzał ku oberży pod Królem Jerzym. Żółta latarnia już nie świeciła. A więc to nie brytan szczekał. — Oznajmowano mu niebezpieczeństwo, tém dla niego groźniejszéj iż nie mógł rozpoznać jakiego jest rodzaju.
Znowu więc podniósł się, a badawcze jego oko wpatrywało się w każdy punkt wkoło łodzi.
Żaden podejrzany przedmiot nie uderzył jego wzroku.
— Niech mię Bóg skarze! mruknął bardzo niespokojny, majtkowie mówią o jakimś holenderskim woltyżerze, co jak widmo jakie umie przewracać okręty... Czyżby tu gdzie koło mnie miał być jaki przeklęty policyjny statek? Przyznam się, że bitwa morska o téj godzinie, byłaby mi bardzo przykrą... Ale niech umrę, jeżeli widzę choć łupinę orzecha tu gdzie blizko płynącą...
Zamilkł, pochylił głowę naprzód i zdawał się podwójnie wzrok swój natężać. Postrzegł, że jakiś ciemny przedmiot porusza się o kilka kroków, płynąc w ślad za jego łódką.
— O! ho! rzekł, cóż to tam takiego?... To jakiś człowiek, na honor, dzielny pływak... Miałżeby on apetyt na mój ładunek?
Bob opuścił środek swojéj łodzi i powoli wczołgał się na tył. Przechodząc koło Klary potrącił ją, a ta słaby jęk wydała.
Bob zaklął okropnie.
— Jeszcze i to!... źle mi ją uśpiono... Żeby Temperancya nie była pijaną po ośm godzin na dzień, byłbym jéj to zlecił, chociaż nie lubię tę biédną kochaneczkę wtrącać w podobne interesa... Ale kiedy ona zawsze pijana!
Bob westchnął z żalu i miłości na wspomnienie o kosztownym nałogu, który mu przed czasem niszczył połowicę, i milcząc oparł się na tyle łodzi.
— Poruszył się! rzekła mistress Gruff w oknie oberży pod Królem Jerzym; pewna jestem tego, bom widziała, że się ruszał... Ah! ah! ładne rzeczy zobaczémy.
Master Gruff nic odpowiedział. Ta szczególna scena mocno go zajęła, z równą teraz jak jego żona ciekawością pragnął widzieć jéj rozwiązanie.
Otóż w jakiém byli położeniu dwaj główni jéj aktorowie.
Laird płynął o kilka tylko łokci od łodzi i widocznie co raz się do niéj przybliżał. Nie wiedział, że go już spostrzeżono: poruszeń Boba nie mógł dostrzedz, bo księżyc świecąc ponad mostem Blackfriars, z przeciwnéj strony rzucał na łódź promienie, a bok widzialny dla Angusa zostawiał w cieniu. Nadzieja pochwycenia nieprzyjaciela, i przekonanie o doskonałéj swéj zręczności w pływaniu, podwajały jego siły. Płynął po-cichu, dla oddechu tylko wznosząc głowę po nad wodę, przygotowany już do rzucenia się niespodzianie na łódź.
Bob przeciwnie, tyłem do światła obrócony, doskonale widział którędy laird płynie i mógł niejako wyrachować chwilę, w któréj dosięgnie łodzi, ale fale wzbite na wodzie przerzynanej piersią Angusa zasłaniały mu rysy jego twarzy.
Widoczną było, że człowiek ten ścigał go. Bob był o tém przekonany. Ale z jakiego powodu to ściganie? W jakim celu ten nieznany pływak tyle zadawał sobie trudu? Zdrada ze strony Gruffa lub jego żony, nie mogła mieć miejsca, bo z ich to oberży dano mu znak ostrzegający. Zresztą, według wszelkiego przypuszczenia, ten tajemniczy przeciwnik nie był wcale policyantem. — Londyńscy policyanci nie poświęcają się tak dalece, iżby podczas mroźnéj zimowej nocy, płynąc ścigać mieli podejrzane statki.
Któż więc to był taki?
Bob, niezdolny odpowiedzieć sobie na to pytanie w sposób zadowalający, lub przynajmniéj przypuszczalny, przez chwilę miał zamiar schwycić wiosło i zmykać czém prędzéj. Ale jeżeli człowiek ten był istotnie nieprzyjaciel, prosty rozum mówił mu, że wołać będzie o pomoc skoro spostrzeże, że został odkrytym; i wtedy oprócz niebezpieczeństwa obudzenia tym sposobem baczności morskiej policyi, groziło Bobowi drugie, nie mniéj trudne do uniknienia.
Klara, która zbyt małą dozę narkotyku wypiła, zaczynała już doznawać orzeźwiającego wpływu świeżego powietrza. Lekko się poruszyła, wydając małe jęki, poprzedniki blizkiego przebudzenia. Najmniejsze gwałtowne poruszenie, nagły hałas, mogły skończyć przesilenie.
Bob siedział cicho. Ciągle wlepiał bystry i przenikliwy wzrok w nieznanego nieprzyjaciela, gotów działać podług okoliczności.
— Wreszcie, mówił sobie, może to tylko złodziéj, który mniema, że łódź jest opuszczona i chce ją zrewidować... Niech go djabli wezmą szelmę!... w Londynie coraz więcéj mnoży się łajdaków... Na ulicach już nie dosyć miejsca dla tych łotrów, kiedy ich nawet i na Tamizie spotkać można!
W téj chwili najwięcéj dziesięć stóp oddzielało Boba od lairda. Ten nie płynął już tak ostrożnie jak przedtem i głowa jego unosiła się na wierzchu wody. Bob poznał go.
— Oho! mruknął bynajmniéj niewzruszony, któż u djabła byłby się tego spodziewał?... Na honor, byłbym się założył, że to policjant... Ale wszystko jedno, trzeba się wziąść w kupę, bo to zuch nie lada, a jeżeli nie trafię go od razu, biada ci mój towarze!
Położył rękę na nożu, ale go nie wydobył, lecz zaczołgał się do wioseł i wziął jedno z nich.
— Mój ojciec! słabo wymówiła Klara nieotwierając oczu.
— Jest tutaj! mruknął Bob. Można powiedzieć, iż ona go czuje!... Cierpliwości moja ładna, przyjmiemy twego ojca jak należy.
— Anno! wyjąknęła znowu Klara wpadając w sen głęboki.
Bob wrócił na swoje stanowisko. Laird był już tylko o pięć lub sześć stóp od łodzi. — Nie przeszło minuty, a Bob wspiął się na palce; wiosło zakreśliło na wodzie krzywą linię, laird zniknął i już go więcéj nie widziano.
— Dobrze trafił! z uniesieniem zawołała oberżystka; czy widziałeś master Gruff?... Tybyś pewno tego nie dokazał!...
— Angus Mac-Farlane zawsze u nas stawał Babetto, smutno rzekł oberżysta; oby Bóg zlitował się nad jego duszą.
— Co ty tam Boga mięszasz w takie rzeczy master Gruff?... O! pięknie go poczęstował, ale też i czas był po temu!... Oto księżyc zaczyna kryć się za chmurę... Jeszcze minuta, a nie bylibyśmy nic widzieli...
Bob spokojnie położył wiosło i w milczeniu zacierał ręce, patrząc na miejsce, w którém zniknął laird. Nic nie dostrzegł. Woda zamknęła się nad swą zdobyczą.
— Interes skończony, rzekł Bob do siebie; wolę, że go wiosłem niż nożem wyexpedyowałem... Jadłem niegdyś jego chléb, tego starego Angusa, i piłem jego piwo... dobre piwo na honor!... i jakoś zawsze przykro jest grać w noże z dawnym towarzyszem.
W chwili gdy Bob domawiał tych słów, których wysokiéj moralności nikt zapewne nie chciałby zaprzeczać, usłyszał mały szelest na przodzie łodzi i obrócił się leniwie.
Atoli obojętność ta nie długo trwała, wydał krzyk wściekłości, czém prędzéj wydobył nóż i porwawszy się na równe nogi, ujrzał na przodzie łodzi długą, czarną postać. W sekundę potém laird i Bob stali naprzeciw siebie.
Wiosło zapewne obróciło się w ręku Boba. Nie ostrym, ale płaskim bokiem trafiło lairda, który jako doskonały pływak zanurzył się, umknął ciosu i, korzystając z omyłki Boba, z przodu dostał się na łodź.
Bob miał swój nóż, laird zaś trzymał w ręku szkocki puginał; obaj byli silni, a zwycięztwo wątpliwe.
Jak powiedzieliśmy, księżyc skrył się za chmury.
Dwaj przeciwnicy nim na siebie natarli, przez chwilę nieruchomi, wzajem się sobie przypatrywali.
— Precz stąd, rzekł nakoniec laird przytłumionym głosem; puginał mój dłuższy od twego noża; ale dzieci moje żyją: słyszę oddech Klary... Precz stąd! mogłeś był zabić je, ja nie pragnę twojéj śmierci.
Bob miał wielką ochotę korzystać z pozwolenia. Żywioł roztropności, albo raczéj wrodzonego tchórzostwa, w znakomitéj części wchodzący w skład moralnego usposobienia Bob-Lanterna mocno cisnął go do tych drzwi otwartych, które mu wskazywała tak niespodziewana łaskawość. Ale tchórzostwo ustępowało w nim miejsce chciwości: chciwość zwycięzko panowała w téj skalanéj duszy i w obec niéj ginęło wszelkie inne uczucie, wszelka rozwaga, a nawet bójaźń.
Bob obliczył, że obie siostry przedstawiały kapitał trzechset funtów szterlingów, postanowił więc umrzeć lub zwyciężyć, jak człowiek odważny.
— Nie umiém pływać, odpowiedział ironicznie.
— Precz stąd! powtórzył drżącym głosem, zgrozą przejęty laird.
— Posłuchaj! zawołał Boh, cała rzecz tła się ułożyć...
W chwili gdy to mówił, udając chęć zawarcia jakiejś niby kapitulacyi, Bob jak tygrys zwinny rzucił się na lairda i chciał go pchnąć nożem w samo serce. Ale Angus miał się na baczności i odparł niesiony sobie cios. Nastąpiła krótka, a straszna walka. Za chwilę Bob padł pchnięty puginałem w gardło. Angus kląkł mu na piersiach.
Upadając, Bob głową uderzył o ramię Klary, która napół przebudzona podniosła się i usiadła.
Laird zamierzył ramię dla zadania ostatniego ciosu. W téj chwili księżyc wyszedł z po za osłaniającéj go chmury, promienie jego padły na lica Angusa, twarz zaś Bob-Lanterna pozostała w cieniu.
— Mój ojcze! zawołała Klara, mniemając, że się przebudza po śnie straszliwym.
Laird obrócił się mimowolnie. Bob-Lantern korzystając z tego poruszenia, podniósł się za jednym poskokiem i nie tracąc czasu na szukaniu noża, który zgubił w ciągu walki, porwał lairda za gardło i wściekle pociągnął go za sobą.
Klara w obu rękach twarz swą ukryła i wydała okrzyk przerażenia.
Angus ciężko chrapał. Bob niepuszczając mu gardła, które dusił żelaznemi swemi palcami, gwałtownie pochylił głowę Angusa ku brzegowi łodzi i kilka razy uderzył nią o drzewo.
A potém podniósłszy odurzonego lairda na krawędź statku, puścił mu gardło i pochwycił go za nogi. Ciało lairda zesunęło się i martwe wpadło w Tamizę.
— Oho! tą razą już nie powróci, mruczał Bob chwytając za wiosło, aby czém prędzéj oddalić się od miejsca bitwy. No, obaczmy teraz małe.
Anna nie obudziła się; Klara nie spała, ale leżała w łodzi pozbawiona wszelkiego czucia.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Féval i tłumacza: Seweryn Porajski.