Szkapa/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Szolem Jakow Abramowicz
Tytuł Szkapa
Rozdział Srulik i szkapa pomiędzy djabłami
Data wydania 1886
Wydawnictwo Księgarnia A. Gruszeckiego
Drukarz Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Klemens Junosza
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XV.
Srulik i szkapa pomiędzy djabłami.

Jak długo trwała podróż, nie mogę stanowczo powiedzieć, ponieważ byłem bardzo wzruszony tem wszystkiem com widział i co działo się ze mną. Wiem tylko, że lecieliśmy bardzo długo, aż nareszcie znaleźliśmy się w strasznie głębokiej dolinie, zapadłej między niezwykle wysokiemi górami, wznoszącemi się prawie aż do chmur. Dziś jeszcze przebiega dreszcz po mojem ciele, kiedy sobie przypomnę ten dziki i pusty wąwóz.
Nie było tam ani śladu drzew i zieloności, tylko na każdym kroku widziałem ciernie i kupy głazów. Pomiędzy niemi przesuwały się i pełzały węże, pipernotery i jaszczurki. Świdrował mi w uszach krzyk, jaki wydawały dzikie zwierzęta i ptaki w swoich kryjówkach; krzyk, w którym zawierały się wszystkie smutne i płaczliwe tony. Czuć było przykrą woń sadzy, spalonej siarki z asafetydą, a częstokroć z ziemi podnosiły się tumany dymu i jak mgła rozwiewały się na wszystkie strony.
W takiej to dolinie zatrzymał się djabeł, tu bowiem było jego mieszkanie.
Zaraz zaprowadził mnie Aszmodaj przez szczelinę pomiędzy skałami, do jakiejś ogromnej pieczary, której dzikości w tysiącznej nawet części nie potrafię opisać. Tutaj płynęła rzeka czarnego atramentu, a na jej brzegach rosły lasy piór. W lasach kręciło się pełno djablików; pewien rodzaj stworzeń, coś niby małpy, mające jednak pewne podobieństwo do ludzi. Zobaczyłem zdaleka, jak szatani pochwycili moją biedną szkapę, wykąpali ją i unurzali wielokrotnie w atramencie, tak że wyszła stamtąd czarna i zamorusana, jak djabeł.
— To jest moja kancelarya — odezwał się do mnie Aszmodaj; tę rzekę i lasy na jej brzegach rosnące przygotowałem umyślnie dla twoich braciszków. Będą też o nich pisali i pisali, dopóki wystarczy atramentu w kałamarzu i piór w lasach. Z rzeki rozchodzą się kanały i rury atramentociągowe daleko, do najrozmaitszych okolic; do różnych redakcyj i do gabinetów pewnych osób. Ten kanał numer 999,999 doprowadza atrament do biur dnieprowickich gazeciarzy. Mam cały ocean atramentu, lasy piór, a pisarzy jak piasku!..
Świsnął i ze wszystkich stron lasu zaczęli się zlatywać djabli, jak muchy; potem uszykowali się w jeden równy rząd, każdy z nich trzymał pióro w ręku i miał kask papierowy na głowie.
— Oto są moi pisarze — rzekł do mnie ze szczególnym uśmiechem.
Jak generał wita wojsko podczas parady, tak Aszmodaj powitał pułk swoich pismaków. Odpowiedziano mu gromkim okrzykiem radości. Potem zaczął odbywać z nimi mustrę, kazał im wystawiać języki, śmiać się, pokazywać figę, następnie zakomenderował: pióra do ręki! umoczyć! a teraz wszyscy razem... pppisz!!
Cała komenda wzięła się odrazu do pisania, aż mi włosy wstawały na głowie, gdym czytał co oni piszą! Nie brakło tam i złośliwości, i kruczków, i wykrętów... Widziałem, że niektórym z piszących ręka drżała; przekonałem się później, że to byli rekruci, dopiero przyjęci do pułku, ciężko im było odrazu przyzwyczaić się do takiej roboty... Po tej mustrze, Aszmodaj świsnął znowu, i na ten odgłos stawił się przed nim jakiś djabeł olbrzym, cały pokryty piórami.
— No, co tu się działo podczas mojej nieobecności, jak idą interesa?; zarazem muszę też panów z sobą poznajomić: oto jest mój sekretarz, pan Lucyper, a to rebe Srulik...
Pan sekretarz Lucyper zrobił kwaśną minę i nie zaszczycił mnie nawet spojrzeniem. Wydobył raport z kieszeni i zaczął czytać: Wasza ciemności, królu wszystkich złych duchów-niszczycieli, książę djabelski, panie kozłów ofiarnych, hrabio siedmiu bram piekła itd., itd. Nasi agenci, „dobroczyńcy żydowscy” w różnych miasteczkach dali nam wiedzieć, że dzięki poczynionym przez nich staraniom, taksa na mięso nie będzie zniesiona.
Aszmodaj aż podskoczył z radości.
— Dziękuję ci bardzo, dziękuję ciemno-wielmożny Lucyperze, żeś mi doniósł o takiej przyjemnej rzeczy; poczem zwrócił się do mnie z następującemi słowy:
— Widzisz, to się u mnie nazywa dobra nowina! przez to albowiem twoi kochani braciszkowie głód cierpieć i chorować będą. Dzisiejsi wielcy doktorzy powiadają, że kto jada mało mięsa, ten traci siły i choruje. Chorujcie, do wszystkich djabłów! Powtóre, taksa jest koniecznie potrzebna dla mojej sprawy, przez nią albowiem musicie utrzymywać całą bandę starszyzny, która każdego zna i nie da nikomu głowy podnieść; dzięki taksie, wszyscy moi ajenci mają dobrą pensyę i przyzwoite utrzymanie, przez nią w rękach waszych pustych ludzi znajdują się sumy pieniężne, mijające się z celem swego przeznaczenia; przez nią mam najlepszy znak, że jesteście odcięci, izolowani od wszystkich ludzi, wskutek czego niemożliwem jest, abyście się zjednoczyli z innymi mieszkańcami w ich uczuciach dla kraju, zkąd znowuż — źli ludzie zawsze będą mogli na was napadać! Położenie wasze będzie zaplątane, zakręcone! Teraz rozumiesz, dlaczego to jest dla mnie dobra nowina? A niedoczekanie wasze, żeby taksa miała nie istnieć, jak sobie tego życzą niektórzy, niedoczekanie wasze! bo gdyby ona ustała, to odrazu uwolnilibyście się od wielu cierpień... Lecz moi ajenci rozumieją politykę i zasługują na nagrodę za swoje starania.
— Według dokładnych wiadomości — raportował dalej Lucyper — najwięcej umierało na cholerę takich, którzy, z powodu ubóstwa, nie mogli jeść mięsa; jest ono strasznie drogie, a wskutek starań naszych niezmordowanych ajentów, cena jego z każdym dniem wzrastać będzie.
— Dobrze — rzekł Aszmodaj — bardzo dobrze! właśnie podczas cholery taksa najlepiej uwydatnia swoją siłę (znaczenie) pomiędzy biednymi ludźmi. Niedawno w jakiemś miasteczku czytałem kartki porozlepiane na rogach ulic. Na kartkach napisane były „słowa proszących o szczęście Izraela,” zawiadamiające publiczność, że ponieważ na świecie panuje cholera, przeto trzeba jeść mięso, nawet podczas dziewięciodniowego postu. Czytając tę kartkę, śmiałem się serdecznie! Każą im w imię miłości Boga jeść mięso i także w imię miłości Boga podwyższają cenę tego mięsa!!
— Kandydatów na „dobroczyńców miasta” — czytał dalej Lucyper — jest mnóztwo, z rozmaitych gatunków ludzi — tak dalece, że nie mamy tyle posad do rozdania... Dlatego do każdego pomocnika głównego „dobroczyńcy” trzeba będzie dodać ze stu podpomocników — a ci sami już postarają się o źródła, z których czerpać będą swe utrzymanie. Co do tego ostatniego punktu, wypracowali oni już bardzo dowcipny projekt. Odesłałem takowy do specyalnej komisyi, w której skład wchodzą: Oriman, Acheron, Sziwa i Belzebub. Do pułku pismaków przybyło nam trzy tysiące trzystu trzydziestu trzech rekrutów; tymczasem nie są oni jeszcze dostatecznie przygotowani, ale Belzebub pracuje nad ich wykształceniem. Atramentu wyszło nam w ostatnim czasie siedem tysięcy pięćset dziewięćdziesiąt dziewięć wiader i półtorej kwaterki.
— Tak mało! — zawołał Aszmodaj, z miną zdradzającą wielkie niezadowolenie.
Lucyper chciał objaśnić przyczynę tego, gdy nagle wpadł djabeł z depeszą. Aszmodaj dał znak i Lucyper zaczął czytać.
— To z Rumunii — rzekł — proszą na wszystko, żeby im przysłać jak najwięcej atramentu.
— Dobrze, zrób go jak najwięcej, dodaj jeszcze do zwykłych materyałów, krwi, żółci, zielonych robaków, assafoetydy — i nie żałuj, niech atrament będzie w dobrym gatunku!
Lucyper rzucił okiem na drugą depeszę...
— To — rzekł — znowuż z Galicyi, a to z naszych kochanych Dnieprowic. Skarżą się, że mają prawie zupełnie puste kałamarze... nie mają czem pisać, a tu czas nie czeka, na gwałt trzeba wydać numer...
— Otworzyć natychmiast krany! — zakomenderował Aszmodaj.
Cała kompania djabłów rzuciła się do kranów i atrament popłynął rurami do rozmaitych okolic. Nagle przyfrunęła jakaś naga dusza i latała w powietrzu, tu i tam, niby motylek o skrzydłach płomiennych, blado niebieskich, barwy płonącego spirytusu. Sama wyglądała jak wielka, wydęta bańka mydlana i lśniła się różnemi kolorami. Dopiero dobrze się przypatrzywszy, można było w niej dostrzedz rysy twarzy i potężny nos...
— Ach! — krzyknął Aszmodaj, chwytając się za włosy — ach! przeniósł się do wieczności najlepszy „dobroczyńca,” wielki filantrop, jeden z najlepszych moich agentów! To właśnie jest jego dusza, która przybyła tutaj, aby zamieszkać z duszami wszystkich „dobroczyńców.”
Wpatrzyłem się uważnie w tę duszę i poznałem w niej najgłówniejszego dobrodzieja naszego miasteczka...
— Płacz, jęcz Sruliku — zawołał Aszmodaj — żałosnym głosem. Miasto twoje poniosło ciężką stratę; twój kahał postradał znakomitego filantropa, caceczko! Wyjcie, jęczcie szatany, djabły! bo ja, wasz król, utraciłem najlepszego doradcę, najwierniejszego... Bez niego będę jak bez prawej ręki!..
W całem piekle, w całej obszernej dolinie, dał się słyszeć lament, w którym słychać było najrozmaitsze dzikie głosy, niby szum wiatru wyjącego za oknami w ciemną noc, niby płacz, niby nocne miauczenie kotów na dachu. Dał się słyszeć żałosny jęk sów, krakanie wron, rechotanie żab, syk wężów, piszczenie szczurów, ryk byków, mruczenie niedźwiedzi i lampartów, jakby wszystkie dzikie stworzenia opłakiwały śmierć tego zacnego „dobroczyńcy,” tej „czystej duszyczki” (koszere nszome). Małom nie zemdlał, mało nie umarłem, słuchając tych przeraźliwych jęków.
Aszmodaj złapał ową duszę w rękę jak muchę i wrzucił ją w głęboki dół, mówiąc te słowa:
— Co tu pomoże płakać? człowiek umierać musi, prędzej czy później zawsze djabeł go w swoje pazury dostanie. Bądźże więc pogrzebiony na dziewięć łokci w ziemi — i idź do wszystkich djabłów! Będę musiał obyć się bez ciebie i znaleść innego niegodziwca na twoje miejsce... Sruliku, serce, — rzekł do mnie z czułością — ty musisz być w mieście następcą tego „dobrodzieja.”
— Ja nie chcę! ja nie mogę tego uczynić! — wymawiałem się płaczliwie. Miej litość, wybierz kogo innego; jest przecież takie mnóstwo kandydatów, tak wielu amatorów, wybierz więc któregokolwiek, a mnie uwolnij od tego urzędu.
— Proszę cię, nie wypowiadaj mi twego zdania — odpowiedział djabeł — już ja wiem najlepiej co robię.
— Cóżeś sobie do mnie upatrzył? — zawołałem. Ja jestem biedny człowieczyna i wcale niezdatny do takich interesów — mogę ci rekomendować rozumniejszych, lepszych i doświadczeńszych aniżeli ja. Oto poproś naprzykład Lejbełe reb Abełes (Lejbusia syna Abla), Szlojmę reb Binems, Trejteł reb Jejsełes, Fiszke reb Nisełes... lub też kogo z ich kompanii. Każdy z tych ludzi rozumie dobrze interes i obrobi go jak prawdziwy majster. Gdzie mnie równać się z nimi!?
— Tamci wszyscy są już zatrudnieni, każdy z nich ma swoją posadę; nic ci nie będzie, mój Sruliku, powtarzam raz jeszcze, lepiej oto milcz i nie bądź uparty, a jeżeli ci się niepodoba, to potrafię zmusić cię gwałtem. Ani słowa już — sza!
Zrobił straszliwą minę i pogroził mi palcem w taki sposób, że aż skóra ścierpła na mnie ze strachu i stałem się niemy jak mur.
— Tak, Sruliku, to lubię; lubię kiedy milczysz — rzekł ze słodkim uśmiechem i pogładził mnie po twarzy. Jesteś rozumny chłopaczek, nie trzeba ci łopatą kłaść w głowę. Ja czuję, że z czasem będziesz pełnym doskonałości; zanim jednak dam ci taką wysoką posadę, muszę ci najpierw udzielić instrukcyą, jak się powinieneś prowadzić. Słuchaj Sruliku, serce! pierwsze prawidło mądrości jest mieć nabożną fizyognomią, nabożność albowiem dla człowieka rozumnego jestto krowa dobra — daje ona mnóstwo mleka i masła, więcej niż najpiękniejsza holenderka. Tę kapitalną krowę trzeba bardzo doglądać, trzeba jej bardzo często podrzucać wiązeczkę „kofuł szmejno cyces,”[1] trzeba jej przyszykować wielki worek (tałes zak)[2] pełen najrozmaitszych książek i napisów kabalistycznych (szejmes). Ona powinna po kilka godzin dziennie stać przy cebrze, powinna karmić się i napawać miodem towarzystwa pogrzebowego (hewro kadisze), wódką dorocznych nabożeństw (jorcajt bromfen)[3] i tym podobnemi trunkami. Taką powinna być nabożność moich agentów z zachowawczej klasy; agenci zaś moi z dzisiejszego świata biorą także maskę nabożności, ale nieco na inny ład. Zazwyczaj nie umieją oni ani be, ani me, żyją z każdym dobrze, uśmiechają się bardzo słodko, kręcą językiem to tak, to owak, noszą ubranie niby długie, niby krótkie, brody mają takie, które nie są całe i nie są także golone..., rzucają się na wszystkie strony i każdemu pragną dogodzić. Są i tacy, którzy wcale nabożności nie mają, za to cała ich mądrość zasadza się tylko na sile... na kułaku. Z takich bezczelników pierwszego gatunku nie należy brać przykładu.
Drugiem mojem przykazaniem jest: litość, miłosierdzie. Komentarz do tego jest taki: że można popełniać wszelkie niegodziwości, drzeć ostatnią skórę z żywego i z umarłego, byle tylko ciągle mówić o miłosierdziu! W cichości każdego szarpnąć, ukąsić, a przed światem ciągle wzdychać, trwożyć się, niby o dobro ogólne. Moje trzecie przykazanie da się streścić w słowach: „miasto to ja”; komentarz do tego bardzo prosty: ja i moja kompania to jest „miasto,” pozostałe zaś tysiące ludzi powinny znaczyć tyle co nic. Kiedy my obrabiamy jaki interesik, to ma znaczyć, że tak chce całe miasto, chociażby ludność nie wiedziała nawet co podpisuje... Moje czwarte przykazanie jest „jedna ręka,” (jad ahas) to znaczy trzymać się zawsze ściśle z mocnymi. Trzeba się związać silnie naprzykład z „gospodarzem taksy” (baał takse), ponieważ on jest przyczyną wszystkich przyczyn i źródłem wszelakiej cnoty. On jest samą cnotą, ciałem z ciała waszego i kością z waszych kości! Dla niego też należy opuścić, bodaj nawet ojca swojego i matkę swoją, a pójść za „baał-takse,” być z nim jednem ciałem i duszą. Uchyl twoję wolę przed jego wolą, ażeby i on kiedyś uchylił znów swoją wolę przed twoją. Od was obydwóch pochodzić będzie smutek i radość, okrągłe i śpiczaste... Piąte moje przykazanie jest: „pretensya!” to znaczy: ilekolwiek nabrałbyś, ilebyś nadarł i nazbierał, zawsze przed ludźmi masz płakać, nie być zadowolonym i rościć pretensyą do całego miasta; zawsze masz mówić, że nie warto trudzić się i męczyć dla dobra ogólnego!
Szóste przykazanie moje brzmi: „lulu!” to jest, że trzeba ogół kołysać, nucić mu różne piosneczki usypiać go ciągle... Ogół to jest dziecko; gdy więc śpiewają mu piosneczki, mówią bajki, on przymruża oczy i śpi — gdy wołają: „bu! bu!”, to on boi się i sądzi, że nadchodzi niedźwiedź.
Do uśpienia tego dziecka wyborna jest stara piosnka o „kestełe” (puszce do zbierania składek); później idzie znana śpiewka „tejre is a bechte schejre”,[4] stara baśń o „rabinie i rabinowej,”[5] o łobuzach, zaklinaczach i tym podobne bajeczki. Siódme moje przykazanie jest: „et be!”, a komentarz do tego jest bardzo prosty: gdy ogół, to głupowate dziecko, zacznie krzyczeć gwałtu! — w pierwszej chwili nie trzeba nic robić... Widać brzuch je boli, skoro krzyczy..., widać bardzo je boli!.. „Et be” trzeba powiedzieć wtenczas, bez żadnych objaśnień. Nie szkodzi, dziecko wykrzyczy się i będzie znowuż spało, jeszcze lepiej niż przedtem... Ósme przykazanie moje mówi „zniszczyć go!”, to znaczy: że jeżeli ktoś zaczyna zadawać jakieś pytania... jeżeli dopytuje się o to, lub o tamto, jeżeli jest zanadto ciekawy, to trzeba całkiem go zniszczyć, powiedzieć, że on jest „apikejres”,[6] hultaj, niegodziwiec, że nie warto wcale z nim mówić nawet! Dziewiąte moje przykazanie jest: „szczuć,” to jest, że jeżeli kto krzyczy, jeżeli płacze krwawemi łzami, jeżeli woła: gwałtu! nas szczypią, rwą, szarpią nas!, to trzeba na niego nasłać dzieciaków, żeby drażnili go, żeby biegali za nim i krzyczeli: be! be! „szejner bochur!” powtarza co się dzieje w szkole! Nareszcie moje dziesiąte przykazanie jest: „babske miteł” (babskie leki). Skoro dziecko (t. j. ogół) osłabnie, wychudnie i jest już prawie bez duszy, to nie należy wzywać prawdziwego lekarza, lecz uciec się do starych babskich środków: sprowadzić zamawiacza, cygana, znachora, lub kogoś podobnego... Te moje dziesięć przykazań masz zachowywać skrupulatnie, a będziesz sobie żył szczęśliwie z twoją żoną, dziećmi i towarzyszami na tym świecie. Szczęściem tamtego świata częstuj drugich, mów im o winie i o mięsie,[7] które ich tam oczekuje, sam zaś jedz mięso i wino tutaj, na ziemi...
Otworzyłem usta, wytrzeszczyłem oczy i stanąłem jak bałwan, wysłuchawszy tych dziesięciu djabelskich przykazań.
— Musisz zaraz jechać i objąć posadę, mój Sruliku — rzekł Aszmodaj — twoje miasto albowiem może pozostać bez dobroczyńcy, a z tego mogłoby jeszcze wyniknąć coś nie bardzo dla mnie pożytecznego. Dam ci szkapę, żebyś na niej wierzchem pojechał.
— Och! — zawołałem, gdy wspomniał o szkapie — nie mogę, dalibóg nie mogę jechać na niej!
— Nie szkodzi! nie szkodzi! potrafisz; nauczymy cię zresztą... Szkapa jest bardzo pokorna, z łatwością można wsiąść na nią. Nie zważaj na to, że wygląda ona nie bardzo pokaźnie i pięknie, gdyż za to posiada inne zalety: ona pochodzi z bardzo wielkiego miejsca (rodu); będziesz z niej bardzo zadowolony, tak że później nie zechcesz jej z rąk wypuścić... Zapewniam cię Sruliku...
Na jego rozkaz przyprowadzono nieszczęśliwą szkapę. Czułem że mi się robi dziura w sercu, patrząc na nią, taka była biedna, taka zgnębiona. Bóg jeden wie tylko, co ona musiała wycierpieć przez ten czas od djabłów. Spuściłem głowę na piersi, jak złodziej, wstydziłem się spojrzeć jej prosto w oczy i oblewałem się łzami na myśl, że będę zmuszony wsiąść na nią i być na jej karku ciężarem... Nie widziałem żadnej innej drogi, aby się wykręcić.
— Trzeba teraz przebrać Srulika — rzekł Aszmodaj — pragnąłbym widzieć, jak wyglądać on będzie w kostyumie „dobroczyńcy miasta”: jak będzie jechał na szkapie... No! dalej do roboty!!
Nie ubiegła nawet minuta, gdy posługacze djabelscy przynieśli całą górę ubrania, najrozmaitszej formy i kroju... Jeden z djabłów, widocznie naczelnik garderoby, na rozkaz Aszmodaja wziął mnie w swoje ręce, pochwycił mnie za czub, wysmarował mnóstwem pomady, fiksatuaru, ułożył mi z wielką umiejętnością bródkę, potem włożył mi półkoszulek z czterema spinkami z perłowej masy, chustkę mantynową zawiązał mi na szyi, dał mi parę zdrowych bucisków, sukienne, z przeproszeniem, spodnie, które wisiały na mnie jak dwie torby, kamlotową kamizelkę i surdut długi do kolan. Na głowę wsadził mi kaszkiet uszyty jakoś sztucznie.
— No — rzekł Aszmodaj, obejrzawszy mnie uważnie, od stóp do głowy, to jest strój kachalnego pisarza. Do wszystkich djabłów z kachalnym pisarzem! Taki kostyum nie pasuje dla Srulika, poszukaj no więc innego.
Kamerdyner przeczesał mnie natychmiast i przystrzygł mi włosy, wyciągnął brodę, ubrał w inną kamizelkę, zdaje się, że w atłasową, zapiętą aż pod samą szyję; kortowy surdut, z tyłu przecięty, ale znacznie dłuższy niż poprzedni, tak że było z pod niego widać pięty może zaledwie na dwa, trzy palce. Na głowę włożył mi poważną, stateczną czapkę („a seriozne stateczne hiteł”).
— Cóż to znów za gatunek?! — rzekł Aszmodaj oglądając mnie na wszystkie strony — Aha! to jest uniform plenipotenta kachalnego. Niech go djabli porwą, razem z tem głupim rozporkiem z tyłu — i masą niezgłębionych kieszeni! Nie, Srulik musi mieć inną garderobę. Spojrzyj no na jego żałośliwą fizyognomię, a sam zrozumiesz, co mu pasować będzie najlepiej.
Jeszcze i jeszcze inne kostyumy wkładał na mnie djabelski kamerdyner, czesał mnie co chwila inaczej, czyścił, stroił, wyciągał i wyrywał mi włosy, aż mi z wielkiego bólu łzy w oczach stawały. Nareszcie ostrzygł mnie całkiem krótko, wyciągnął mi parę pięknych pejsów; na głowę dał jarmułkę, a na nią wielką czapkę futrzaną; koszulę z ogromnym wyłożonym kołnierzem, zawiązanym na tasiemkę, bez halsztucha; długi „tałes koten” krótkie spodnie, pończochy i trzewiki, długą atłasową kapotę, przepasaną pasem, a na wierzch piękne futro z wydry.
Kamerdyner przypatrzył mi się dobrze, uśmiechnął się w dość dziwny sposób, potem poruszył kilkakrotnie głową i mlasnął językiem, naznak zadowolenia.
— Błyszczysz! jaśniejesz Sruliku! — rzekł Aszmodaj, śmiejąc się z radości na mój widok... Jestem niesłychanie kontent, widząc cię w takim paradnym stroju! Twarz twoja rozparzona jest jak „cymes”;[8] pocisz się w futrze, a z pod wielkiej czapki twarz twoja wychyla się niby gwiazda poranna! Poć się, poć, Sruliku serce! bardzo dobrze!.. Coś tu jeszcze brakuje do kompletnego stroju — rzekł, zwracając się do kamerdynera... Czy pamiętasz, jak wyglądał Joseł Dinczes, kiedy szedł na spotkanie nowego gubernatora?
— Prawda! prawda! — zawołał kamerdyner — byłbym zupełnie zapomniał. Aj waj! aj waj! ale nic nie szkodzi, to się natychmiast dopełni...
Chwycił mnie zaraz w swoje pazury i na tyle głowy wygolił mi kilka okrągłych kółek, a na nich, dla piękności, pozostawił odpowiednią ilość ciętych baniek.[9]
— No teraz Srulik jest już w paradnym uniformie — rzekł Aszmodaj — teraz może bardzo pięknie jechać wierzchem na szkapie...
Z wielką paradą przyprowadzono mnie do szkapy.
— No, siadaj! siadaj Srulik! — wołano ze wszech stron — ciesz się, żeś doczekał szczęścia przejechania się na takiej szkapie, na szkapie całego świata! Trzymaj że się rękami i nogami i jeździj na niej jak „puryc”[10] do stu dwudziestu lat! dopóki cię djabeł nie porwie i kogo innego na twoje miejsce nie posadzi.
— Przepraszam cię biedna szkapo — szeptałem, gdym już siedział na jej grzbiecie; wybacz mi, wybacz — mówiłem z zapłakanemi oczami i rozdartem sercem... Cóż mam czynić? Kiedy djabli zmuszają mnie do jechania na tobie? ach biada! biada mnie i tobie! biada nam obojgu. Biada tobie, że jesteś szkapą, że musisz mnie dźwigać — i biada mnie, że ja, twój przyjaciel, jestem przymuszony siedzieć ci na karku. Co mamy robić ja i ty, skoro oboje jesteśmy w uciemiężeniu, skoro oboje tak nieszczęśliwi jesteśmy!
Djabli zaczęli szkapę porządnie okładać, aż zerwała się i zaczęła pędzić z wielkim impetem... Zewsząd podniosły się okrzyki: hura! hura! Podczas tego biegu usłyszałem, że szkapa ciężko westchnęła; jej jęk uderzył mnie w serce jak nożem. Sam nie wiedząc co czynię, zachwiałem się i upadłem na ziemię jak snop.
— Nie szkodzi! nie szkodzi Sruliku! nie upadaj na duchu — rzekł śmiejąc się Aszmodaj... Ale nie bałamućmy, czas już jechać. Powtórz sobie Sruliku, pamiętaj i zachowuj dobrze moje przykazania — a teraz „połóż rękę twoją pod biodro moje”[11] i przysiąż że mi będziesz posłuszny.
Stałem jak bałwan gliniany i nie wiedziałem zupełnie co mam robić...
— No, no, nie bądźże tak zaspany (apatyczny) i rób prędko to, co ci rozkazuję... czas jest drogi, trzeba się spieszyć.
Położyłem rękę pod jego biodro, chcąc nie chcąc, a on tymczasem dał znak Lucyperowi, sekretarzowi swemu, który natychmiast zaczął czytać straszliwą rotę przysięgi.
— Czegoż milczysz, Sruliku? — rzekł Aszmodaj z gniewem — dlaczego nie powtarzasz słów przysięgi? Sądzisz, że ze mną można wyrabiać różne sztuczki? składać „przysięgę wymuszoną,” jak u was, piękni ludzie!? Nie! powtarzam ci wyraźnie, że ze mną to się nie uda, nie pomoże udawanie nawpół umarłego... nic nie pomoże! przysięgaj!
— Nie mogę — odpowiedziałem drżącym głosem.
— Co? ha!? — zawołał z takim gniewem, aż się ziemia zatrzęsła pod nami.
Szkapa poruszyła nieznacznie głową, jak gdyby chciała powiedzieć „Jehudi bele!” nie, żydzie!, trzymaj się żydzie ciągle jednego: nie! nie! i nie!
— Nie mogę przysiądz — powtórzyłem poprzednie moje słowa, śmielej już nieco.
— Przysięgaj! — wrzasnął Aszmodaj z takim gniewem, że iskry posypały mu się z oczu, a z ust dym wybuchnął...
Moja biedna szkapa westchnęła, a to westchnienie przypominało mi wszystkie jej wielkie cierpienia, które w długiem życiu swojem przeniosła. Ach! — pomyślałem sobie — czyż mało nieszczęsna ma znosić od innych, żebym i ja jej jeszcze bólu przysparzał? Cokolwiek się ze mną stać może, nie uczynię tego. Muszę wyjść z tej próby zwycięzko, jak na uczciwego człowieka przystoi...
— Na żaden sposób nie mogę, na żaden sposób nie przysięgnę — rzekłem i wyrwałem swą rękę z pod jego bioder tak gwałtownie, że się aż szarpnął z bólu.
Stanął cały w płomieniach, strach było spojrzeć na niego. Wydał przerażający okrzyk i skoczył wysoko w powietrze... Jedną nogę oparł na ziemi, drugą na niebie, chwycił mnie za włosy i jak rozpaloną głownię rzucił w przestrzeń...
Spadałem jak z nieba; z początku dolatywały mych uszu dzikie śmiechy djabłów, potem ujrzałem, że i biedna szkapa zepchnięta z wysokości, spada także wraz ze mną.
— Ach! upadamy! upadamy! — rzekłem do niej smutnie...
— Nie szkodzi, nie szkodzi! — zawołała szkapa. Ilekroć upadam, podnoszę się zawsze... Tylokrotnie już w życiu upadłam, a jednak... nie przepadłam dotychczas!
Spadałem coraz niżej i niżej, aż nareszcie uderzyłem głową o ziemię i z wielkiego bólu wydałem przeraźliwy okrzyk...
Zdawało mi się, że czyjeś ręce obejmują mnie i podnoszą, że czyjeś łzy gorące spadają mi na twarz...




Przypisy

  1. „Cyces” są to sznureczki, które żydzi noszą przy ubraniu; „kofuł szmejne cyces” — sznureczki podwójne, noszone przez bardzo nabożnych.
  2. Worek, w którym żydzi noszą przybory do nabożeństwa i modlitewniki.
  3. W rocznicę śmierci ojca, syn odprawia za niego nabożeństwo w towarzystwie pewnej liczby współwyznawców; po modlitwie częstuje ich wódką. Zwyczaj ten praktykuje się szczególnie między hassydami.
  4. Znaczenie objaśnione w jednym z poprzednich przypisków.
  5. Aluzya do książek żydowskich.
  6. Apikejres, znaczy bezbożnik; właściwie „epikurejczyk”.
  7. Jest podanie, że gdy świat się skończy, Bóg przygotuje żydom ucztę z mytycznej ryby Lewiatana, utuczonego wołu (szei habejr) i wina (jajn mszomer).
  8. Potrawa z jarzyny.
  9. Prawdziwy hasyd troszczy się bardzo o to, żeby miał lekko na głowie, to też strzyże włosy krótko, nosi czapkę jedwabną lub aksamitną. Najbardziej gorliwi golą włosy na tyle głowy i stawiają sobie bańki cięte. Wtenczas mają bardzo lekko na głowie, mogą rozmyślać!
  10. Puryc: — obywatel, szlachcic.
  11. W taki sposób przysięgano u dawnych hebrajczyków.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Szolem Jakow Abramowicz i tłumacza: Klemens Szaniawski.