Szkapa/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Szolem Jakow Abramowicz
Tytuł Szkapa
Rozdział Prześliczny świat, dalibóg!
Data wydania 1886
Wydawnictwo Księgarna A. Gruszeckiego
Drukarz Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Klemens Junosza
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIV[1].
Prześliczny świat, dalibóg!

Aszmodaj nie dał mi długo myśleć; zaledwie przyszedłem do siebie, pochwycił mnie, i uniósł wysoko, wysoko w powietrze. Niósł mnie jak wiatr, leciał bardzo szybko.
Za nami pędziły całe stada djabłów, z których część siedziała na ogromnych nietoperzach, zwanych wampirami; część na smokach, (potwornych wężach, zaopatrzonych w skrzydła), inni djabli jechali na sowach, a jeszcze inni na obrzydliwych jaszczurkach. Pomiędzy nimi kręciły się i wierciły czarownice, wróżki, zamawiacze z wszystkich krajów, z rusałkami, staremi wiedźmami, cygankami... Te wznosiły się również wysoko, siedząc na miotłach, drapakach, warząchwiach, na kosiorach i łopatach.
Słaba szkapa również leciała do góry, a na niej, jak pchły, posiadały małe djabełki.
Niedobre towarzystwo! Strach i obawa przejmowały mnie, gdym spojrzał na to przerażające zgromadzenie, które przez całą drogę kręciło się w kółko, jak kurz, kiedy nim wiatr zamiecie; tańczyło, świstało, piszczało, wyło, nie odpoczywając ani sekundy...
Aszmodaj trzymał mnie w ręku, jak małego wróbelka, delikatnie, żeby mnie nie zgnieść, bawił się ze mną jak z dzieckiem, figlował, i przyśpiewywał mi „hucuniu mucuniu.”
— Srulik — odezwał się do mnie, gdyśmy lecieli wysoko, spojrzyj-no mój kochanku, z łaski swojej na dół, zobaczysz i usłyszysz coś zajmującego. Patrz-no!
— Ja widzę — odpowiedziałem, spoglądając na dół — ja widzę jakiś straszny tuman, w którym zaledwie dostrzegam jakiś rodzaj stworzeń pełzających, które szarpią się, przepychają, otwierają gęby i krzyczą gorzkim głosem. Zapewne musi to być piekło, w którem potępieńcy są męczeni i doznają straszliwych cierpień. Bądź co bądź, nie widzę i nie słyszę wszystkiego dokładnie.
— Zaraz, zaraz, mój Sruliku, będziesz wszystko widział i słyszał — odrzekł aszmodaj, wsadzając mi na nos jakieś okulary w rodzaju lornetki („szpektiwes”) i wkładając mi w ucho trąbkę. — No teraz widzisz co?
— Ziemia! ziemia! — wykrzyknąłem, ale nie takim wesołym głosem, jak Kolumb; kiedy płynąc po morzu, dostrzegł nagle ląd Ameryki, ale takim głosem jak ktoś, co ujrzy nagle jakąś straszliwą rzecz. Poznałem naszą ziemię z jej wioskami, miastami, i wszystkiemi rodzajami ludzi, a to, com na niej dostrzegł i usłyszał, przejęło mnie dreszczem trwogi.
— Nie drżyj, nie drżyj, Sruliku — odezwał się aszmodaj z uśmiechem — nie szkodzi, trzymam cię dobrze — nie upadniesz. Spojrzyj oto lepiej, i przyjrzyj się akuratnie, co się dzieje w mieście Izmaił, ponad którem przelatujemy obecnie.
— Widzę — odpowiedziałem z bólem serca — widzę, jak gromada ludzi, niby szarańcza, napada na domy; wybija kamieniami okna, rozwala siekierami drzwi, wywłóczy ztamtąd łudzi, z dzikością drapieżnych zwierząt. Widzę jak męczą ojców, matki i dzieci, starych i młodych, bez miłosierdzia. Widzę, jak młodej matce porywa ktoś z rąk jej brylantowe dziecko — chwyta je za nóżki i uderza główką o kamień, aż mózg wyskakuje daleko! Widzę jak krew płynie po ulicach, jak się z niej tworzą kałuże, z których podnosi się wysoko wilgotna gorąca para, i wzbija się do chmur, ażeby ztąmtąd spaść w kroplach deszczu na pola i piękne winnice, z których wino kiedyś orzeźwiać i rozweselać będzie serca ludzkie. Widzę jak rabują, palą i niszczą wszystko co wpadnie pod rękę. Słyszę krzyk, błagania i płacz nieszczęśliwych, westchnienia, jęki i przedśmiertne rzężenie mordowanych ofiar, z których już dusza uchodzi. Słyszę śmiechy i żarty dzikich rozbójników.... Ale dosyć już, dosyć — nie mogę i nie chcę słyszeć ani widzieć więcej!
— Ha! ha! ha! — odezwał się ze śmiechem Aszmodaj — ha! ha! otóż to są twoi dobrzy i nabożni ludzie! ha! ha! oni mordują się i zarzynają, a mnie zowią Aszmodajem — szatanem!! Ten tłum, któryś widział, tłum rabujący, uzbrojony w siekiery i noże, to są rumunowie; mordowani zaś, — to twoi nieszczęśliwi bracia!
— Gwałt! gwałt! — zawołałem, chwytając się za głowę — co oni mają do nich? co oni chcą od tych moich biednych, nieszczęśliwych, słabych braci?..
— Chcesz wiedzieć co? — odrzekł Aszmodaj bardzo spokojnie i z zimną krwią, sza! — jeżeli koniecznie chcesz, ja ci w krótkości opowiem: Ktoś, (może nawet z nich), ukradł jakieś kosztowności z Soboru; w tłumie, nienawidzącym twoich braci za ich przywiązanie do grosza, puszczona pogłoskę, że kradzież popełnili żydzi. Więcej nie było potrzeba! Motłoch napadł zaraz na twoich braciszków i zrobił z niemi dobry obrachunek!!
— No, a gdzież jest rząd? — zapytałem mocno zdziwiony, dlaczego on milczy? dlaczego pozwala na takie bezprawia?
— Władza udaje, że o niczem nie wie — odpowiedział djabeł z uśmiechem. Później jak już łobuzy zrobią wszystko co mieli zrobić, wtenczas w pięknych, zaokrąglonych frazesach, władza ogłosi, że o niczem nie wiedziała z początku; każe zaaresztować kilka osób po to, żeby je zaraz puścić. Hi! hi! hi! dobrze się tu dzieje twoim braciszkom, nie szkodzi! nie szkodzi! znam ja dobrze rząd rumuński! Pan minister Kostaforu obrabia porządnie moje interesa, on te wszystko wykręci gładko, jak na talerzu!
— Nieś mnie, djable, dalej, jak najdalej ztąd, zacząłem prosić Aszmodaja — nieś mnie, gdzie tylko chcesz, byleśmy tu nie zostali.
Djabeł frunął dalej, a za nim całe stado złych duchów, które już nie wydawały mi się ani tak dzikimi, ani tak strasznymi jak przedtem. Jakoś pomiędzy nimi czułem się swobodniejszym i bardziej zadomowionym niż między ludźmi. Przelecieliśmy ponad Galaczem, Wilkowem i innemi miastami, w których powtarzały się również podobnie straszne sceny. Bili, mordowali z wielkiem tyraństwem, i później całą winę składali na pokrzywdzonych!
Przelatując ponad Bukowiną, ujrzałem wielkie chmury dymu, unoszące się ku niebu — i ogniste języki pożaru; łuna zabarwiała niebo kolorem krwi. Spojrzałem na dół, i oczom moim przedstawił się straszliwy pożar. Miasto zostało podpalone z czterech stron, zewsząd słychać krzyki i jęki rozpaczy...
— To się pali miasto M. — rzekł do mnie Aszmodaj. W tem mieście, po większej części, mieszkali twoi bracia, płacili akuratnie to, co się od nich należało i żyli bardzo szczęśliwie. Poborca podatków tego miasta, krwawy wróg twoich braci, rozgniewał się na nich strasznie, że nie chcieli mu złożyć pewnej znacznej sumy pieniężnej, jakiej się od nich domagał. W skutek tego, z wielkiej złości, kazał podpalić miasto na wszystkie cztery strony. Teraz pali się właśnie najlepiej, bardzo jasno! Twoi braciszkowie latają na wszystkie strony jak zatrute myszy; z ich domów, z ich całych majątków pozostał tylko popiół, gdyż podczas pożaru złodzieje także nie próżnowali i rabowali wiele im się chciało. Spojrzyj-no — tam stoi ów poborca podatków, pełen radości, — i patrzy na ogień, akurat jak cesarz Neron, który kazał podpalić całą swoją stolicę Rzym, a sam, stojąc na ganku, cieszył się z tej przerażającej illuminacyi. Doprawdy, ten Neron miał wielką racyę, ponieważ chciał, żeby ze wszystkich ludzi całego świata zrobił się tylko jeden człowiek, któremu by on swoim mieczem uciął głowę.
— Gwałtu! co się dzieje na świecie! — zawołałem... — nieś mnie djable, nieś, aby jak najdalej ztąd!
Djabeł unosił mnie bardzo szybko i przez całą drogę nie przemówił do mnie ani słowa. Obadwaj byliśmy bardzo zadumani, ale każdy z nas o czem innem myślał. Kiedyśmy przelatywali po nad wielkiem miastem Jassy, wskazał mi jakąś ubogą izdebkę i poprosił, abym spojrzał przez okno i zobaczył, co się tam dzieje.
— Zmiłuj się — błagałem go ze łzami — nie każ mi już patrzyć więcej na wielkie cierpienia, jakich doznają biedni ludzie w tym kraju, nieś mnie dalej, dokąd chcesz, aby dalej!..
— Spojrzyj choć raz, Sruliku, jeden raz tylko, zanim odlecimy ztąd. Spojrzyj, proszę cię, i powiedz co tam widzisz?
— Widzę człowieka cierpiącego, ranionego w lewą nogę, leży on na śmiertelnej pościeli i jęczy przeraźliwie z bólu. Otacza go gromadka małych dzieci, chudych, bladych, zgłodniałych. Dzieci te płaczą krwawemi łzami. W izbie znać straszną biedę, gorzką nędzę; jest tam pustka, ciemność, niema ani śladu sprzętów; w kącie dwoje niemowląt, prawie nagich, które piszczą z głodu!...
— Ten chory — odezwał się Aszmodaj — jestto nieszczęśliwy biedak, który w tej chwili właśnie traci życie i zostawia po sobie biedne, zgłodniałe dzieci. Nie szkodzi! mogą one płakać, wylewać rzeki łez — biedny ich ojciec był jedynym ich żywicielem; on, bywało, zamęczał się, aby im dostarczyć kawałek chleba, aby podtrzymać w nich duszę. Po jego śmierci zostaną one jak na wodzie — i umrą z głodu; to jednak coś widział, jest dopiero połową obrazu — popatrz-no dalej, a będziesz miał wyobrażenie o całości.
To mówiąc, djabeł przeniósł mnie szybko na inną ulicę i zatrzymał się przed bardzo wielkim i bogatym domem, do którego wnętrza kazał mi zajrzyć.
— Widzę — rzekłem — w bogato umeblowanej sali, ozdobionej złotem i srebrem, siedzi na fotelu jakiś człowiek, już nie pierwszej młodości, a przy nim, w niedbałej pozycyi, młodzieniec w kostyumie myśliwskim. Otacza ich całe towarzystwo młodych ludzi; śmieją się, piją wino, rozmawiają i jest im bardzo wesoło. Młody człowiek opowiada kompanii historyjkę dotyczącą polowania, opowiada, iż postrzelił osobliwszą zwierzynę, na dwóch nogach! Wszyscy śmieją się i biją brawo — stary jegomość cieszy się nadzwyczajnie, popija wino i z lubością spogląda na synka.
— Stary — rzekł do mnie Aszmodaj — jestto niejaki Bohdan, bardzo bogaty obywatel. Do jego domu przychodził, bywało, często ów biedny ojciec, obarczony mnóstwem dzieci i przynosił naftę na sprzedaż. Pewnego razu, kiedy jak zwykle, sprzedał naftę i już chciał odchodzić, aby powrócić do swoich dzieci, spotkał go młody Bohdan, który właśnie powracał z polowania, ze strzelbą w ręku. Zobaczywszy biedaka, roześmiał się i rzekł: Zobaczmy, czy też ja potrafię upolować żyda?! To powiedziawszy, zmierzył i wystrzelił. Raniony upadł ze strasznym krzykiem, z krzykiem, któryby nawet mógł kamień poruszyć... Teraz, podczas gdy biedak męczy się, leżąc na barłogu, otoczony zgłodniałemi dziećmi, młody Bohdan rozbójnik, leżąc na miękiej kanapie, opowiada przy szklance wina o swoim figlu.
— Gwałtu! gwałtu! jak można pozwalać na takie rozbójstwo! rzeki łez i krwi niewinnej rozlewają się dokoła, a nikt nie zwróci na to uwagi. A gdzież jest prawo? gdzie są ludzkie uczucia?
— Spojrzyj no, spojrzyj trochę dalej — rzekł djabeł — a znajdziesz odpowiedź na twoje ważne pytania („kłoc kaszejs”). Niedaleko ztąd znajduje się dom; dom, w którym odbywają się sądy, w imię prawdy i słuszności. Oto tam pokaże ci się człowiek, najdoskonalsze stworzenie!.. pokaże się tam jego dobroć, nabożność, rozum, mowa, ów najpiękniejszy dar ze strony Tego, którego imienia wymówić nie chcę; oraz piękne szacowne, prawo! Przebiegamy akurat po nad pałacem sprawiedliwości — patrz co się tam dzieje i opowiadaj co widzisz.
— Widzę — odrzekłem — trzech rumunów, stojących przed kratkami sądu; wszyscy trzej rabowali i mordowali żydów, o co też są oskarżeni. Adwokat, który się nazywa Bresku, broni ich w świetnej mowie: „Panowie! — woła on do sędziów przysięgłych — przedewszystkiem powinniście zastanowić się nad tem, co to są żydzi? Powinniście mieć to na względzie, iż żydzi to pijawki wysysające z ludu krew! Mogę wam dowieść na zasadzie talmudu że żydzi opijają się naszą krwią, że nas męczą. W żydowskich przykazaniach stoi: że prawdziwi chrześcijanie powinni się obchodzić z żydami jak z dzikiemi zwierzętami. Jestem pewny, panowie sędziowie, że uwolnicie moich trzech klientów, albowiem zamiary ich były bardzo dobre, chcieli oni uwolnić nasz kraj od pijawek.”
— Dziękuję ci, Bresku! — zawołał Aszmodaj z wielką radością — twoja obrona zrobiła mi prawdziwą przyjemność, dowiodłeś w niej albowiem, co to jest człowiek, co znaczy jego wymowny języczek!
Podczas gdy djabeł z ironią mówił o ludziach i wyśmiewał się z ludzkiej sprawiedliwości, nabożności i miłości wzajemnej, przelatywaliśmy znowu po nad jakimś domem.
— Srulik — rzekł do mnie — po tem wszystkiem coś widział i słyszał w tym kraju, spojrzyj jeszcze do wnętrza tego pałacu. Tam siedzi na krześle minister Kostaforu, w otoczeniu wielkich ludzi i dziennikarzy.
— Widzę — rzekłem — i słyszę, jak minister rozkazuje przygotować papier, który nieszczęśliwi moi bracia podpisać będą zmuszeni. Napisane tam jest, że wszelkie pogłoski o prześladowaniach są kłamstwem; że przeciwnie, dzieje się tu żydom bardzo dobrze i że korzystają z bardzo dobrych praw.
— Bądź zdrów za to, mój najdroższy Kostaforu! gdyby było na świecie więcej takich jak ty, mógłbym już spać spokojnie. Bądź zdrów, mój przyjacielu, twoje zdrowie jest bardzo potrzebne, ponieważ dzięki tobie, tysiące innych utraci zdrowie i życie. Kostaforu, serce! bądź zdrów, wraz z twoimi dyrektorami, bądź zdrów, pociesz mnie jeszcze kiedy podobnym dokumentem, nie żałuj papieru...
Tak mówił Aszmodaj, unosząc mnie dalej. Przebiegaliśmy po nad różnemi krajami, patrząc wszędzie na smutne sceny.
— Eh! — odezwał się do mnie Aszmodaj — to wszystko głupstwo, kropla w morzu! Widziałeś tylko te krzywdy, które obcy ludzie wyrządzają twym braciom, a teraz chcę ci pokazać wielkie krzywdy, które wy sami sobie wyrządzacie nawzajem. Chcę ci pokazać wszystkie wasze ozdoby, waszą arystokracyą, waszych opiekunów, waszą dobroczynność...
— Dość! — zawołałem — wszak znam to bardzo dobrze.
Zakręcił się ze mną w powietrzu i, lecąc z niesłychaną szybkością, mówił:
— Chcę ci pokazać wasze doskonałości. Zrób mi tę łaskę, mój Sruliku, „kecełe, mucuniu,” i popatrz troszeczkę. Zobacz-no tych poważnych ludzi, z obnażoną szyją, w pantoflach, pończochach z dziurawemi piętami, tych ludzi od puszek, skarbonek i skrzynek — przyjrzyj się tym kierownikom waszych interesów, tym krzykaczom, „mocnym młotom,” nowomodnym świecznikom wygnania (najmodne gołejs lichtełech).
Zadrżałem i spojrzawszy na dół, dostrzegłem zaraz jednego z takich.
— Nie trzęś się, Sruliku — rzekł Aszmodaj z uśmiechem, bo możesz stracić równowagę i spaść, akurat... temu żydowi w ręce.
— Zamiast wpaść w jego ręce, wolę już pozostać w twoich. Proszę cię djable, unoś mnie stąd jak najprędzej.
— Chociaż raz spojrzyj, zrób to dla mnie, ja proszę cię o to!
— Nie! nie! — zawołałem i wcisnąłem się głębiej w jego rękę. Mogę, broń Boże, zwaryować od tych wszystkich widoków. Niech już raz będzie koniec.
— Nie szkodzi, Sruliku, ty jesteś bardzo uparty. Nawet djabeł nic z tobą zrobić nie może! — zawołał Aszmodaj i uniósł mnie w przestrzeń.




Przypisy

  1. Rozdział ten napisany pod świeżem wrażeniem wypadków anti-semickich w Rumunii, nie ma tego spokojnego charakteru, którym się cały utwór odznacza. Z upoważnienia autora opuściłem też niektóre ustępy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Szolem Jakow Abramowicz i tłumacza: Klemens Junosza.