Szkapa/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Szolem Jakow Abramowicz
Tytuł Szkapa
Rozdział Nie wywołuj wilka z lasu
Data wydania 1886
Wydawnictwo Księgarna A. Gruszeckiego
Drukarz Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Klemens Junosza
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIII.
Nie wywołuj wilka z lasu[1].

— Otóż jestem — odezwała się jakaś nieznana postać, wyglądająca strasznie, z okropnie najeżonemi włosami, w czerwonej czapce, ozdobionej piórami różnego rodzaju ptaków. Oto jestem — rzekła, wyskakując nagle z pomiędzy gałęzi. Stanęła naprzeciwko mnie i wytrzeszczyła swoje szare, kocie ślepie. Przestraszony i zdziwiony zostałem, zobaczywszy w lesie taki gatunek osoby. Wszystkie straszne powiastki o rozbójnikach stanęły mi nagle w pamięci. To jest na pewno rozbójnik, pomyślałem, jego zdrowy kark, jego fizyonomia i straszny wzrok, były zupełnie takie jak u okropnego rozbójnika, który już mnóstwo ludzi zarżnął. Zaraz pomyślałem sobie: oto przewróci mnie i wydobędzie wielki nóż...
Ze strachu serce mi bić zaczęło, zęby dzwoniły, i uczułem przedsmak śmierci, uczułem, że już mam ostrze na gardle. Zamknąłem oczy, i w cichości zacząłem odmawiać „widuj”[2].
— Co ty tam szepczesz, młody człowieku — spytał i roześmiał się takim dziwnym śmiechem, że aż zaświdrowało mi w uszach, a w całym lesie odezwało się takie echo, jakby tysiąc starych czarownic wybuchnęło śmiechem jednocześnie.
To jest, pomyślałem sobie, bardzo dobry śmiech!! Oto, oto kończy się już moje życie — oto, oto przenoszę się już do tamtego świata, i jakby na złość, ten świat przedstawił mi się w tej chwili tak pięknym i tak dobrym, że chciałbym bodaj oddać wszystko, aby tylko pozostać przy życiu. Ach! jak szczęśliwym jest ten kto żyje na pięknym świecie, pomiędzy ludźmi! Gdyby wszyscy uczuwali to, co ja w owej chwili czułem, powiedzieliby z pewnością: precz z dumą, arystokracyą i zaszczytami! precz do wszystkich djabłów potwarze, plotki! te wszystkie puste walki, wszystkie wymysły, nienawiści i pogardy! To wszystko marność marności! głupie rzeczy! Wszyscy ludzie są braćmi, towarzyszami, wszyscy mają jednego ojca, wszystkich jeden Bóg stworzył!
Jeżeliby ktoś, jak ja naprzykład, żegnał się z życiem, powiedziałby niezawodnie: „ach, dlaczegóż ja tego pierwej nie rozumiałem!? dlaczegóż nadymałem się pychą i mówiłem na innych, że są karą bożą, żebrakami przybyłymi z obczyzny! Dlaczegóż wykrzykiwałem na nich, iż nie wyznają mojej religii, że są szachraje, źli, że nie mają pojęcia o honorze. Pfe! ja to byłem zły, przewrotny, pusty, kłamca, pochlebca, plotkarz, oskarżyciel, potwarca słowem i piórem. Co ja miałem przeciwko tym biednym, bezbronnym, poniżonym, przybitym tułaczom? Czyż mają oni mało własnych cierpień, własnych trosk i nieszczęść z różnej strony, mało kłopotów w każdej chwili — a jeszcze ja napadałem na nich! I za co? gwałtu, za co?...
Wszystko przypomniało mi się wtenczas gdy nóż miałem na gardle, i wtenczas czułem naprawdę, jak to źle jest, że ludzie gryzą się i szarpią tutaj, na świecie. Gdyby to było możliwe, chciałbym wszystkich uściskać, ucałować, i prosić o przebaczenie. Kiedy już mi przyszło na to, ażeby świat opuścić, chciałbym spojrzyć na nich raz jeszcze.
Podniosłem do połowy powiekę, i spojrzałem jakby przez mgłę. Wszystko zmięszało się przedemną; szło głową na dół, nogami do góry, błyskawice miałem przed oczami, pioruny w uszach, i wielkie krople potu zalewały mi twarz.
Było mi zimno i gorąco, ogniste koła i plamy, rozmaitych kolorów i postaci, kręciły się przedemną i unosiły, uciekały, djabli wiedzą dokąd. Pomiędzy niemi stał jakiś wielki czarny pies, który co chwila przybierał inne kształty, błyskał oczami, wyszczerzał zęby, robił różne miny, aż dopóki, po różnych przemianach, nie wziął na siebie postaci strasznego i dzikiego człowieka, którym był mój nieznajomy.
— Ha! ha! ty drżysz! — żartował ze mnie. O, tak, tak, mój człowieczku, ja mam przyjemność gdy ty drżysz i pocisz się ze strachu...
Spojrzałem na niego, akurat, jak mysz na kota, który bawi się z nią, zanim ją rozszarpie i połknie.
— No, skoro drżysz — rzekł dalej — wiedzże przynajmniej dlaczego. Ja jestem ten, który otworzył drogę do nowego świata, ażeby stare było zawsze nowem; ażeby przezemnie transportowali się ludzie na tamten świat, na to by inni mogli mieć istnienie. Ja jestem ten, który moją siłę przeciwstawiam innej sile, z którą wałczę, i przez to powstaje na świecie wszelka nowość. Ja jestem znany każdemu, i tyś mnie przed chwilą nazwał mojem własnem imieniem: Ja jestem król djabłów, ja jestem szatan; jestem „aszmodaj!” (asmodeusz).
— Przepraszam pana, za pozwoleniem — odezwałem się z wielkiem uszanowaniem — przepraszam, że chcę o coś zapytać. Według tego, jak ja, prosty człowieczek, zrozumiałem twoje poprzednie słowa, to ty myślisz tak: ty jesteś stroną przeciwną tej siły, która nieustannie stara się o podtrzymanie na świecie najmniejszego ziareczka piasku (atomu); ty starasz się każdą rzecz zniweczyć, wszystko co tamta siła zbudowała zburzyć; a to znowuż co ty zburzysz, tamta siła stara się napowrót odbudować. Tamten jest Stwórcą, a ty, aszmodaj, niszczycielem wszystkiego. Na tem stoi świat i wszystkie stworzenia, i tym sposobem wyrabia się ciągle nowe życie. Jeżeli jest rzeczywiście tak, jak ja ciebie zrozumiałem, to nie możesz być tak złym, jakim się wydajesz.
— Otóż to właśnie chciałem ci powiedzieć, że ja, aszmodaj, nie tak psuję świat, jak wy, ludzie. Z mojej złości nie wynika tyle cierpień, ile z waszej dobroci. Ja nazywam się według was „złem,” szatanem; jeżeli się cokolwiek zrobi, powstaje krzyk, płacz! i każdy tylko na mnie narzeka. Wy jednak, ludzie, aczkolwiek zarzynacie odrazu pół świata (wojna), męczycie się nawzajem, sprawiacie sobie cierpienia — nazywacie się dobrymi i nabożnymi! Trzeba was za to pogłaskać po gębie, bo wy to wszystko robicie z dobroci, z wielkiej cnoty!.. Wy macie się za mędrców, dostrzegacie błędy w naturze, w porządku świata, mówicie pomiędzy sobą, że wy, z waszym rozumem, z waszą dobrocią, moglibyście stworzyć świat prześliczny! (antik). Gdy jednak dostaliście w swoje ręce gotowy świat, w całości, tak jak jest, toście go strasznie zepsuli, we wszystkiem zaplątali, wszędzie porobili szkody! Zupełnie to tak wygląda, jak gdyby kosztowny zegarek dostał się do rąk małego dziecka. Ja, taki jak jestem, jestem sobą; w całej naturze panuje prawo zawsze i dla wszystkich równe; nie ma tam żadnej arystokracyi, żadnych różnic, protekcyj, nie masz w niej złego, ani dobrego, prześladowania ani miłosierdzia, wszystko rusza się i idzie, według odwiecznych, sprawiedliwych praw. Wy jednak, dobrzy ludzie, nie możecie cierpieć, nie chcecie znać takiego porządku. Podzieliliście się na tysiączne narody, wyznania, partye, klasy, stany, cechy i tym podobne, a każdy z tych, rozpada się znowu na mnóstwo poddziałów; dla każdego istnieją inne porządki, wszędzie różnice — różnice!
— Dlaczego jednak, chciałbym cię zapytać, powiadasz mi to wszystko?
— He! he! dlaczego?! Bądź pewny, że nie mówię tak sobie, na wiatr, jak to się zdarza naprzykład u was, ludzi, co gdy się dwóch zejdzie, zaczynają pleść różne rzeczy o świecie, ażeby pokazać swoją mądrość, swoją filozofię, i mięszają „strych z półką...” (groch z kapustą). To com powiedział, tyczy się twojej poprzedniej rozmowy, którąś miał niedawno o miłosierdziu i o waszem towarzystwie. Chciałem ci albowiem wykazać, zkąd się to wszystko u was wzięło. Przyczyna jest bardzo prosta. Dlatego mówicie ciągle między sobą o miłosierdziu i dlatego zakładacie towarzystwa filantropijne, ponieważ pomiędzy wami, ludźmi, istnieje nieludzkość, prześladowanie i podłość. Gdyby zaś tylko prawda i sprawiedliwość panowała na świecie, oszczędzilibyście sobie zakosztowania smaku miłosierdzia i nie byłoby między wami tylu dobrodziejów, filantropów i tylu towarzystw. Ja tu mówię, czy mnie rozumiesz, o waszej dobroci, o waszej serdeczności mówię — czyś mnie dobrze zrozumiał?
— Et.... be — be — bąknąłem, niewiedząc co odpowiedzieć.
— Widzisz — rzekł djabeł — kiedy wy, ludzie, beczycie tylko: „be — be” — to jest daleko lepiej, niż gdybyście mówili. Zdarza się niejednokrotnie, (trzeba to przyznać), że mówicie dosyć rozsądnie, naprzykład: „masz tutaj grosz i daj mi bułkę, masz tu tyle i tyle, a zrób mi to i to”.... W ogóle o kwestyach, które was samych dotyczą, myśli i zamiary wasze wyrażacie dosyć zrozumiale; gdy jednak zdarzy wam się mówić i pisać o rzeczach ogólnych, wtenczas jesteście, do wszystkich djabłów, czyści waryaci! kompletne bydło! Pleciecie, za pozwoleniem, nie do rzeczy, mięszacie tysiące kłamstw, tysiące nierozsądnych cytat i dowcipów, że ni przypiął, ni przyłatał — oszukujecie jeden drugiego, drapiecie się na gładką ścianę („ir drapet sich ojf di glajche want”). Kręcicie, plączecie się, że nie można nic z tego wydobyć, że niepodobna zrozumieć co chcecie? Stać tylko i podziwiać trzeba, jak ludzie piszą, mówią, krzyczą, a nie ma czego słuchać; jak mając dar mowy, mając język, nie mogą się porozumieć i nie pojmują jeden drugiego, jeszcze gorzej aniżeli zwierzęta!
— Ale do czego — do czego, pytam się, do czego cała ta mowa?!
— Jeszcze raz do czego!? — zawołał. Rozumie się, że nie mówię tak tylko, byle żartować. To co mówię dotyczy twoich korespondencyj z „towarzystwem” i twojej niedawnej rozmowy ze szkapą. Ja powiadam, że to „be — be” — któreś wybeczał niedawno, jak za pozwoleniem osioł, jest naprawdę lepsze i mądrzejsze od wszystkich twoich kazań. Zastanów się i pomyśl, czy nie jesteś czysty waryat?! Przed tobą stoi zmordowana, zgłodniała szkapa, której do życia potrzeba chociaż cokolwiek odpoczynku, miarki owsa, wiązki siana, a ty chcesz jej pokazywać litery w książce[3], i dowodzisz, jak to dobrze i pięknie jest wyuczyć się niektórych sztuk. Może myślisz, że ty jeden tylko paplesz w podobny sposób? Nie — pofatyguj-no się ze mną, a pokażę ci mnóstwo ludzi, którzy biednym i przygnębionym mówią takie same kazania jak twoje. Moje interesa prowadzą mnie bardzo często między ludzi — bo trzeba ci wiedzieć, że szatan, aszmodaj, jest zawsze bardzo zajęty — ja muszę składać wizyty, mam znajomości z wszystkimi wielkimi ludźmi, widzę co oni robią, nad czem pracują, słyszę wszystkie ich rozmowy... Weźmy naprzykład, z tego gatunku: Jedni krzyczą gwałtu na nauczycieli: (mełamedów) dokądże będziemy oddawali dzieci nasze pod opiekę tych głąbów („kaczenes)”, którzy ze swoich uczniów robią kaleki do niczego niezdatne. Inni podnoszą larum: dokądże będziemy żenili dzieci tak wcześnie? dokądże będą „szadchony” (swaty) łączyli z sobą dwa stworzenia nieznające się i niewiedzące o sobie, aż dopiero po ślubie? Trzeci krzyczy na „batłonów”[4], którzy rozrastają się jak pokrzywa i wprowadzają w błąd ludzi swemi głupstwami, swoją fałszywą metodą („krumegang”). Czwarty znowu narzeka na tych, co całe życie przepędzają nad talmudem. Dokądżeż będą się zajmowali tem tylko wyłącznie, zapominając o wszystkich innych, najniezbędniejszych rzeczach? Piąty wrzeszczy: dokądże będą się rozmnażali pomiędzy nami rozmaici dobrodzieje, „gospodarze taksy,” zajmujący się interesami miasta i tym podobni?
Krzyczą, paplą, że już jest czas odrzucić precz to wszystko i stać się mądrzejszymi, oświeconymi, pożytecznymi ludźmi. Co jednak z tego krzyczenia wynika?!
Wszystko pozostaje po dawnemu, jak przedtem i nie widać z waszego gadania żadnego rezultatu. Dlaczego tak jest? Oto dlatego, że na świecie panuje jedno prawo dla wszystkich stworzeń; prawo dla wszystkich ludzi jednakowe i równe — i nikt a nikt nie jest w stanie go złamać. Nie pomogą tu żadne krzyki, żadne mowy, kazania i tym podobne środki. To prawo, mocniejsze nad wszystkie moce, upartsze nad wszelkie upory, w razie stawiania mu przeszkód, znajdzie zawsze tysiączne drogi, tysiączne środki, aby się utrzymać. Mam tu na myśli, to powszechnie znane, to zasadnicze prawo, że wszyscy chcą jeść, że każdy pragnie podtrzymać swoje życie. Cóż to są ci nauczyciele (mełamedzi)? Jest to wśród was, pewna ilość, pewna znaczna ilość ludzi, którzy chcą jeść, a pragnienia tego nie mogą zadowolnić innym sposobem, jak tylko tym, aby zabrać do „chederu” (szkółki) wasze dzieci. Tacy głodni, potrzebujący ludzie, wynajdą wszystkie drogi, użyją wszelkich sposobów, aby wasze dzieci dostały się koniecznie w ich ręce! Przeciwko wam pracuje siła, przeciwko wam walczy prawo natury! Garstka ludzi z ich porządkami, z ich naukami, nie może tej siły zwyciężyć. To samo zupełnie z wczesnemi małżeństwami. Krzyczcie na to wiele wam się tylko podoba, wszystko będzie napróżno! Jest bo znowuż pewna gromadka ludzi, którzy nie mogą znaleźć środków do życia, jak tylko ze swatania, z kojarzenia stadeł małżeńskich. Ci ludzie dołożą wszelkich starań, wytężą całe siły, aby utrzymać zły obyczaj, i pożenić dzieci wasze. I musicie prowadzić syny swe i córki w młodych latach, przedwcześnie pod baldachim („chupe”)[5], gdyż o to stara się, nad tem pracuje cała gromada swatów. Ci muszą pozostać swatami, gdyż tylko tym sposobem mogą żyć. Tak to się ma rzecz z temi głupstwami! Śmiejcie się panowie kaznodzieje, śmiejcie się zuchy, ile wam się podoba. Napróżno! A czemże są owi „batłoni,” zajmujący się głupstwami? Są to ludzie, znaczna ilość ludzi, którzy nie mogą żyć inaczej, nie mogą istnieć. Oni to biorą się na wszystkie sposoby, wszelkie sztuczki i ceremonie, ażeby podtrzymać zabobony. Wy zmuszeni jesteście trwać w tych zabobonach, ponieważ pomiędzy wami znajduje się gromada głupców, którzy z tego źródła mają kawałek chleba i jakie takie życie. To samo się tyczy tych, którzy nieustannie czytają „Gemarę” (Talmud). Krzyczcie, mówcie, ile wam tylko serce dyktuje, a wszystko nadaremnie! Wszakże jest także znaczna liczba ludzi, którzy ztąd tylko mają swoje utrzymanie, ludzi, którzy powiadają, tak jak jest w znanej piosnce, „Tejre iz a beste schejre”[6] (nauka jest najlepszy towar) i używają wszelkich a wszelkich środków, ażeby podtrzymać ten geszeft, i jak najlepiej ów „towar” przehandlować. U was, setki tysięcy młodzieży, (jeszywo — bachurim) musi gnić w jeszybotach[7] dlatego, że istnieje tysiące gabajów, zbieraczy składek na rzecz jeszybotów, i tysiące innych osób tego rodzaju; te zaś osoby muszą się oddawać takim zajęciom, ażeby mieć za co zaspokoić najniezbędniejsze potrzeby życia. Zupełnie to samo jest z waszymi dobrodziejami, z waszymi opiekunami. Krzyczcie, krzyczcie wiele się wam tylko podoba, ale to nic a nic nie pomoże! Czem są albowiem owi „dobroczyńcy miejscy”, kłopoczący się o was i o waszą przyszłość? Jest pomiędzy wami mnóstwo ludzi, którzy nie mieliby za co przeżyć jednego dnia i poumieraliby z głodu, gdyby nie trudzili się ze wszystkich sił nad tem, aby wyświadczać wam rozmaite dobrodziejstwa, podtrzymywać waszą „taksę” i wymyślać nieustannie nowe opłaty: to od mąki, to od soli, od smalcu, od świec i tym podobnych rzeczy; — kłopotać się o zbierających składki na Palestynę, o pochowanie tutejszych ubogich ludzi, o nauczanie sierot w „talmud-thore,” i niedopuszczać wszelkich usiłowań ku zmianom; starać się o to, ażeby żydzi pozostawali zawsze takimi jak dawniej. Oni muszą się kłopotać, aby wam świadczyć dobrodziejstwa, a wy, z waszej strony, musicie te mniemane dobrodziejstwa przyjmować. Przeciwko wam, mówię to raz jeszcze, pracują siły; przeciwko wam powstaje prawo natury, w osobach tych wszystkich ludzi, którzy szukają jedynie pożywienia, i wynajdują sposoby podtrzymania swojej egzystencyi, swojego życia. Żywicie się i żyjecie jedni z drugich, zjadacie się i pożeracie nawzajem! Gdyby wam jednak dano żyć zupełnie swobodnie, to takich rzeczy pomiędzy wami całkiem by nie było. Gdyby przed wami otworzono świat, wszystko to ustałoby samo przez się, i w jednej chwili, bylibyście oswobodzeni od wszelkich cierpień; lecz dopóki ja, aszmodaj, jestem tutaj, nigdy nie dopuszczę do tego! (nigdy na to nie pozwolę). Będę robił „hukes pukes,” najrozmaitsze sztuczki, ażeby tu tylko krzyczano, prawiono oracye, a w rzeczywistości nie robiono nic; ażeby ciągle was miano na języku i ażeby nigdy nie można było dojść z wami do ładu! Nie ma dla was żadnej innej drogi, nie ma dla was innego środka do życia! Zjadajcie się, pożerajcie nawzajem, łykajcie się jak ryby, jedna drugą, gryźcie się, szarpcie, do wszystkich djabłów!! (cy ałde szwarce joren).
— Ach! — westchnąłem ciężko, chwytając się za głowę — cóż ty masz do nas? cośmy ci złego uczynili?
— Co ja mam do was!? — odpowiedział, strasznie zgrzytając zębami. Dosyć nadokuczaliście mi...
— Co mówisz? myśmy tobie dokuczali?
— Wasz król Salomon — odpowiedział djabeł ze złością — wasz król Salomon złapał mnie, aszmodaja, i trzymał zakutego w łańcuchach[8]. Dosyć wycierpiałem od niego.
— Gwałt! — zawołałem — ale cóż my jesteśmy winni? Dlaczego my odpowiadać mamy za to, co się stało przed kilkoma tysiącami lat... Gwałt! co chcesz? — cośmy ci zrobili? co ci winni jesteśmy?
— Król Salomon był żydem, on do was należał! — krzyknął rozzłoszczony straszliwie djabeł, i uderzył biedną szkapę, która przez ten cały czas stała nieszczęsna w cierpieniu i okropnie drżała. Wy, wy jesteście winni! Na was leży moje przekleństwo:
„Miejcie oczy, ale bądźcie ślepi; to jest nie widźcie tego, co wam być może potrzebne!
„Słuchajcie każdego, byle nie waszych prawdziwych przyjaciół!
„Mówcie o wszystkich rzeczach postronnych, ale skoro zaczniecie mówić o sobie, niech wam odjęty będzie język!
„Znajdźcie wszystko, ale nie znajdźcie nigdy prawdziwej drogi do szczęścia!
„Niech wasi „dobroczyńcy” rosną i rozmnażają się jak pchły w lecie, niech wam świadczą tyle dobrodziejstw, aż dostaniecie od nich choroby, i zabraknie wam sił, aby je przyjmować!
„Niech stowarzyszenia wasze rosną tak obficie jak pokrzywa, a książki kasowe tych stowarzyszeń niech znikną z oblicza ziemi, ażeby nawet pamięć po nich nie została!
„Niech wasze „taksy” istnieją wiecznie, niech się nigdy nie skończą! Chudnijcie, usychajcie, płaćcie dobre pieniądze i gryźcie same kości!
„Jeżeli ktoś ujmie się za wami, napadnijcie na niego jak szaleńcy, i zarzućcie go kamieniami!
„Niech wasi bogacze sieją pieniądze pełnemi garściami; niech dają na wszystkie strony, ale nie temu co trzeba, i nie na to co trzeba. Tam, gdzie to jest konieczne, niech nie dadzą ani grosza!
„Bądźcie zawsze „synami miłosiernych,” tam, gdzie miłosierdzie wasze już na nic się nie zda; wspierajcie takich, którzy już poszli z torbami, lub stoją jedną nogą w grobie; takich, od których życie ucieka, — lecz gdy was kto poprosi o środki dla uczciwego podtrzymania się, to prześladujcie go, obalcie i zdepczcie nogami!
„Przywdziejcie długie atłasowe kapoty, i wpakujcie się w nich w błoto; niech pomiędzy wami nawet ostatni „kapcan”[9] chętniej chodzi w łachmanach jedwabnych, aniżeli w całem ubraniu płóciennem!
„O rzeczy tego świata niech się każdy z was stara dla siebie oddzielnie, ale co się tyczy przyszłego świata (religii), bądźcie wszyscy najbardziej solidarni, gdyż ztąd obcy ludzie robić wam będą zarzut solidarności ogólnej, i skoro jeden z was co zgrzeszy, winę przypiszą wszystkim!
„Jeżeli znajdą się pisarze, którzy bronić was będą przed narodami świata, to niech wam ten podoba się najlepiej, który nie zna języka tych narodów!
„Niech przed najmniejszym z narodów świata największy z waszych będzie uniżonym, i niech ma sobie za honor, że dopuszczony jest do jego towarzystwa; przeciwnie zaś, wśród was samych, niech najmniejszy przed największym nie zna żadnego uszanowania!
„Niech każdy nicpoń ma się za bardzo wielką osobę; każdy głupiec za nadzwyczajnie uczonego; każdy gbur za szlachetnego, osioł za najuczeńszego, pustak za nabożnego!
„Powinniście się gryźć, rwać, pożerać jeden drugiego, do wszystkich djabłów!! Dobrze wam tak! słusznie wam tak! — ja się z tego cieszę, ja się zaśmiewam z radości!!!”
I wybuchnął takim śmiechem, że aż się nim napełnił las cały. Gdziekolwiek się obejrzałem, gdziekolwiek obróciłem się, wszędzie słyszałem śmiechy; z każdej gałązki, z pod każdego listka wychylały się główki małych djabłów, a każda się śmiała.
Nie wesoło, bardzo nie wesoło na sercu!...




Przypisy

  1. W oryginale: „nie otwieraj ust dla szatana.”
  2. Modlitwa przed skonaniem, spowiedź z całego życia.
  3. Dwuznacznik niepodobny do przetłomaczenia; szkapa potrzebuje wiązki siana, po żydowsku „a binteł hej,” ty zaś chcesz jej pokazać „hej in sidur,” (literę hej w modlitewniku).
  4. „Batłon” tak nazywają żydów przepędzających całe dnie w domu modlitwy, w tak zwanej „szkole.“
  5. Ślub u żydów odbywa się zazwyczaj pod baldachimem, ten nazywa się „chupe.”
  6. Właściwie „Tejre” znaczy „pięcioksiąg Mojżesza,” prawo. Wyraz ten jednak, jak w danym razie oznacza naukę. „Tejre iz a beste schejre” to ulubione, na każdym kroku powtarzane, przysłowie konserwatywnych żydów, którzy znajomość „pisma” przekładają nad wszelkie umiejętności, a nawet nad bogactwo.
  7. „Jeszyboth” wyższa szkoła wyznaniowa.
  8. Jest legenda w Talmudzie, że król Salomon pochwycił djabła, okuł go w łańcuchy i trzymał w niewoli. Dopiero od śmierci Salomona, szatan zdołał się wyrwać z więzienia i zaczął dokuczać ludziom na nowo. Za panowania Salomona żydom było bardzo dobrze; państwo ich stało u szczytu potęgi, świątynia budziła podziw ówczesnego świata; legenda więc maluje obrazowo ówczesne położenie żydów, mówiąc, że szatan znajdował się wtedy w niewoli...
    Co autor „Szkapy” miał właściwie na myśli, przytaczając powyższe podanie — łatwo się czytelnicy domyślą.
  9. Biedak.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Szolem Jakow Abramowicz i tłumacza: Klemens Junosza.