Rzeczywistość (Lange, 1912)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Lange
Tytuł Rzeczywistość
Pochodzenie Elfryda. Nowele i fantazje
Data wydania 1912
Wydawnictwo Spółka Nakładowa "Książka"
Drukarz Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


RZECZYWISTOŚĆ.
JAN. Niech przepadnie rzeczywistość! Jestem, jak my wszyscy zapewne, wrogiem rzeczywistości. Niechaj będzie przeklęta owa siła fatalna, która nas przywiązała do ziemi i która utaiła przed naszą duszą najczarowniejsze krainy baśni.

STANISŁAW. Jestem również wrogiem rzeczywistości, ale nie przeto, żebym wyłącznie baśń kochał; raczej chciałbym tę rzeczywistość, która jest, przemienić w inną, lepszą rzeczywistość.
JAN. W lepszą — bo twoją... Ale twoja rzeczywistość — to marzenie, to baśń — tak samo jak moja. — I ty pożądasz w życiu baśni — tylko zowiesz ją inaczej.
STANISŁAW. Zowię ją możliwością.
JAN. Ale skoro ta możliwość stanie się rzeczywistością — będzie tak samo potworną, jak wszelka rzeczywistość. Ja pragnę niemożliwości, o której wiem, że się nigdy nie urzeczywistni i nigdy nie przestanie być baśnią.
MICHAŁ. Co się mnie tyczy, to ja naodwrót uważam rzeczywistość za baśń, najbardziej fantastyczną, jakiej żadna wyobraźnia nie jest w stanie pomyśleć. My się kryjemy w baśń, bo nas przeraża ogrom, powikłanie, egzotyzm rzeczywistości. Czytajcie wprost zdarzenia życia codziennego, wiadomości bieżące: jakież tam macie dziwy, jakie kolizje niespodziewane i nieoczekiwane...
JAN. Zapewne. Nigdy jednak, ani w tragizmie ani w komiczności — rzeczywistość nie dosięga tak wysoko i tak daleko — jakby to mogło być, gdyby...
MICHAŁ. Gdyby co...
JAN. Gdyby ziemię leciuchno o jeden stopień np. w nieskończoności przesunąć. Ziemia ma swoją określoną orbitę; chociaż położenie jej we wszechświecie zmienia się nieustannie i chociaż nigdy ona dwa razy się nie znajdzie w jednym i tymsamym punkcie bytu (chyba po miljonach miljonów lat) — jednakże w granicach naszego czasu linja ruchu ziemi może być z góry obliczona i określona — i nic tego nie zmieni. Gdyby tylko o parę metrów np. linja tego ruchu przechyliła się w inną stronę — losy ziemi byłyby cale odmienne. To też ilekroć przyglądam się jakiemu zdarzeniu, myślę nad tym, jak inną byłaby nasza rzeczywistość, gdyby ten glob krążył po innej krzywej w nieskończoności...
STANISŁAW. Przewiduję już, że nam opowiesz dzieje Hannibala albo Stanisława Augusta tak, jakby mogły być, gdyby...
JAN. Zapewne, możnaby całą historję ludzkości opowiedzieć w ten sposób, ale chcę przedewszystkim wykazać tę niedokładność linji biegu ziemi w zdarzeniach życia codziennego; jak czasami zjawiska bywają przeciągnięte, czasem niedociągnięte: nigdy zaś ani tragizm ani komizm nie dochodzi tu do swego maksymum.
MICHAŁ. Przedmowa, która zapowiada coś wielkiego.
JAN. Bynajmniej. Właśnie w tych kolosalnych górach ma się urodzić mysz. Zdarzenie, które wam opowiem, jest w gruncie dosyć drobne, a główną jego cechę stanowi właśnie to, że w nim nic nie osiągnęło swego szczytu, wszystko zatrzymało się w pół drogi, rzekłbyś, ugrzęzło w rzeczywistości i samo siebie nie dorosło.

STANISŁAW. Jak to było? Co to było?
MICHAŁ. Gdzie to było?

JAN. Było to przed paru laty, kiedy przebywałem w Płockim. Zajechałem na wakacje do znajomych, powinowatych moich, do Larskich w Larach. Trafiłem właśnie na moment osobliwy, gdy cały powiat niejako rozdzielił się na dwa obozy a nie była to wcale walka przekonaniowa, ale spory osobiste, powstałe na tle historji małego znaczenia. Naraz jednak ten błahy spór przetworzył się w jakąś niby walkę o zasady — i opanował szerokie koła jednostek butnych i zawadjackich. Sprawa ciągnęła się z górą od miesiąca — i już w Warszawie słuchy o niej nas dochodziły. Zaczęło się to w jakimś towarzystwie karcianym, w stolicy. Była tam w owym czasie grupa młodzieży z różnych okolic kraju, która się oddawała namiętnej grze hazardowej. Niektórzy jednak, szulery z zawodu, traktowali grę w baka, jako sposób egzystencji. Jeden zwłaszcza, niejaki Paweł S., miał tak niezwykłe — a jak mówili złośliwi, podejrzane — szczęście do baka, że zawiązał spółkę z pewnym kapitalistą z pod ciemnej gwiazdy; ten mu codziennie, w razie potrzeby, dostarczał parę tysięcy rubli. O ile Paweł przegrywał, dostawał nową sumę; o ile wygrywał, zwracał kapitaliście pieniądze z grubym procentem. Zachowywał się wobec ludzi cynicznie i głównie ogrywał młodego hrabiego Stefana N. Gdy raz w klubie, przypadkowo, była rozmowa o rolnictwie, Paweł, wskazując z uśmiechem na Stefana, rzecze:
— Oto mój folwark wzorowy, przynoszący duże dochody. Innego gospodarstwa nie szukam — —
W towarzystwie tym bywał młody Ksawery Z., z Płockiego, człowiek zasadniczo zupełnie honorowy, ale niesłychanie lekkomyślny — i który czuł, że jest lekkomyślny — i że powinienby się strzec samego siebie.
Żył on w wielkiej przyjaźni ze Stefanem N., z którym był razem w szkołach; jak niemniej był w przyjaźni z Larskim — tak, że ich uważano za nierozłączną trójkę.
Owóż zdarzyło się w klubie, że hr. Stefan N. wygrał w karty dziesięć tysięcy rubli — i włożył je do pugilaresu, gdy naraz telegraficznie został wezwany na wieś w jakiejś sprawie szczególnej wagi. Ponieważ czasu do pociągu było bardzo niewiele i wogóle suma wygrana stała się hrabiemu niespodziewanym ciężarem, Stefan zwrócił się do Ksawerego i, rzecz mu wyjaśniwszy, powiedział:
— Proszę cię, tymczasem przechowaj u siebie te pieniądze. Wrócę za parę dni, to mi je oddasz.
Ksawery wprost był przerażony.
— Proszę cię na wszystko, wybierz kogo innego. Ja żadną miarą nie mogę przyjąć tego depozytu. Jestem lekkomyślny — i, Bóg wie, co się stać może wbrew mojej woli i mimo woli. Stracę ci te pieniądze...
— Nie ufam tu nikomu, oprócz ciebie. Choćbyś nawet coś niecoś stracił, nie będę miał do ciebie pretensji — —
— A jednak — —
— Dajże pokój! znamy się przecież od dziecka...
To mówiąc, wręczył Ksaweremu pieniądze; pożegnał go i wyjechał.
Ksawery natychmiast wrócił do domu, pieniądze schował do biurka i krążył koło niego zdaleka, podziwiając własną energję. Jeden dzień nawet nie pokazał się w klubie; postanowił przeczytać parę książek, czego już oddawna nie robił. Niestety, gdy powoli przenikał w misterja Montépina, nazajutrz rano zjawił się u niego Paweł, który go troskliwie wypytywał o zdrowie; dla czego się nie pokazuje? czemu to hr. Stefan wyjechał? Nadzwyczaj interesującą grę mieli wczoraj X. i Z. Zaczął mu tę grę opowiadać i rozpalił jego wyobraźnię. Ściągnął go do klubu i tak zhypnotyzował biedaka bez woli, że ten zaczął grać — i ta gra skończyła się najfatalniej. Cała suma, dziesięć tysięcy r., przeszła do kieszeni Pawła.
Ksawery, który własny majątek posiadał bardzo szczupły, rozpaczał bez granic; przeklinał siebie, chciał popełnić samobójstwo, ale jakoś się rozmyślił.
W całym klubie sprawa ta w jednej chwili była znaną, a nawet i na miasto rozeszła się o tym wiadomość.
W parę dni potym przybył hr. Stefan. Dla Ksawerego to spotkanie było nad wyraz przykre; tłumaczył się, przepraszał, przypominał, że go uprzedzał o takiej możliwości i t. d. Ostatecznie jednak, chociaż hr. Stefan był miljonerem, postępowanie Ksawerego bardzo mu się nie podobało i powiedział mu:
— Mój kochany, wiem, że jesteś lekkomyślny, ale bądź-jak-bądź to, coś zrobił, nazywa się po francusku indélicatesse, a po polsku Schweinerei — i odszedł, nie podawszy mu ręki.
Towarzystwo częściowo stanęło po stronie Ksawerego, wiedząc, że ten błagał Stefana, aby nie wodził na pokuszenie. Większość jednak potępiła młodzieńca: bądź-jak-bądź cudzy kapitał sprzeniewierzyć w ten sposób — jest to rzecz poprostu nieuczciwa. Słowem nagle Ksawerego ogłoszono za infamisa.
— Bój się Boga, Witoldzie — mówił Ksawery do Larskiego, który właśnie przyjechał był do Warszawy — przynajmniej ty mnie zrozumiej, wytłumacz i broń wobec tych napaści.
Ale Witold, któremu o tej sprawie horrenda opowiedziano, oburzony był na Ksawerego bardziej niż ktokolwiek — i zawołał:
— Jesteś szubrawiec i nie mam z tobą nic do czynienia.
Ksawery odparł Witoldowi niemniej ostro — i naraz stała się rzeczą nieodzowną rozprawa honorowa między obu panami.
Wybrano świadków i sprawa parę dni się toczyła, aż wkońcu oznaczono czas i miejsce spotkania. Ponieważ jednak o zamierzonym pojedynku rozmawiano zanadto głośno w hotelu Europejskim i Brühlowskim; ponieważ zajmowali się nim zarówno sami zainteresowani, jako też i ich znajomi i przyjaciele, stronnicy już to Witolda i Stefana, już to Ksawerego: tajemnica stała się tak publiczną, że kiedy adwersarze z całym aparatem, jaki przystoi sprawie pojedynkowej, stanęli w lasku Bielańskim: już na nich czekała policja — i natychmiast wszystkich aresztowała.
Witolda i Ksawerego zobowiązano słowem honoru, że natychmiast pojadą do domu — i to w towarzystwie strażników, którzy mieli ich pilnować, jako skazanych na areszt domowy.
W ten sposób obaj znaleźli się z powrotem w okolicy Larów — i tu osiedli, jako aresztanci, którym niewolno wyjeżdżać poza granice swoich majętności; niewolno jeździć koleją żelazną; przydany strażnik miał im rzekomo wszędzie towarzyszyć.
Jednakże niezaspokojony honor Ksawerego jakoteż i Witolda domagał się rozprawy. Umówili się zatym, że za dwa-trzy tygodnie muszą pojedynek urzeczywistnić; każdy z nich miał swoich świadków, którzy się nieustannie komunikowali i trzymali swoich paukantów au courant rzeczy. Oczywiście obaj byli mocno zdenerwowani.
W tym właśnie czasie przybyłem do Larów. Był to przedostatni dzień przed owym pojedynkiem. Przy pomocy drobnej sumy pięciu rubli strażnicy zamknęli oczy i mieli na jeden dzień wolno puścić swoich więźniów.
Pojedynek miał się odbyć w okolicy, w lesie Szczerbowskim. Witold, zadowolony z mego przyjazdu, poszedł ze mną zaraz na dziedziniec — i, stanąwszy w pewnym oddaleniu od obory z pistoletem w ręku, kazał mi ciągłą dawać komendę; sam zaś pukał nieustannie śrutem i celował w jeden ze słupów obory. Takeśmy całą ścianę do szczętu podziurawili. Bądź-jak-bądź Witold dzielnie się do rozprawy przygotowywał; od czasu do czasu tylko wzdychał, mówiąc mi poufnie:
— Gdybym zginął, co uczyni moja biedna Teresa!
Teresa była to żona Witolda, osoba przystojna i inteligientna, wielce rozkochana w swoim mężu. Nawiasowo dodam, że wniosła ona mężowi w posagu pół miljona koron waluty austr., co było dla gołego i obdłużonego Witolda — cudownym ocaleniem.
Niestety Teresa od paru lat zaczęła chorować; miała szczególną nerwicę, która się czasami objawiała w atakach tzw. petit mal; ataki nie miały w sobie nic niebezpiecznego, póki serce było nietknięte. Teresa miała maleńką wadę serca, ale o charakterze nerwowym; w razie jednak, gdyby wada serca przybrała cechy choroby organicznej, zbyt silne wzruszenie mogło być dla Teresy śmiertelne w razie mocniejszego ataku.
Zasadniczo przed Teresą całą sprawę ukrywano, ale w tym gadatliwym domu, gdzie wszyscy o wszystkich wszystko wiedzieli — trudno było utrzymać tajemnicę. Ostatecznie przed paru dniami — z rozmowy lokaja z pokojówką — Teresa dowiedziała się o wszystkim.
Drżała o życie męża, ale, z drugiej strony, rozumiała dobrze, że tu idzie o honor Witolda — i z niesłychaną siłą woli opanowała siebie tak, że na oko była bardzo spokojna; nie chciała za nic psuć nastroju Witolda, który miał ją żegnać, jak Hektor Andromachę.
Pocieszycielką jej w owe dni była sąsiadka, pani Giga, jak ją zwano powszechnie, pani Jadwiga, siostra stryjeczna Witolda, czarująca osoba, wiecznie pełna młodości, werwy i humoru, jakkolwiek dziś miała bardzo poważne powody, by się pogrążyć w najgłębszym smutku. Oto przybyła razem z mężem do Larów dla przyczyn wprost tragicznych: ponieważ wraz z mężem żyli dłuższy czas bardzo lekkomyślnie — doszli do ostatecznej ruiny; parę dni temu odbyła się licytacja, zakończona przejściem ich majątku w inne ręce; na domiar złego, ponieważ nieszczęście nigdy nie przychodzi samo, dwór, w którym jeszcze mieli zostać parę miesięcy — spalił się tegoż samego dnia do szczętu — i nagle oboje znaleźli się bez dachu, bez grosza, bez widoków na przyszłość.
Pani Giga była też smutną, o ile wogóle ona smutną być umiała; gdyż nawet w największym nieszczęściu temperament ją pobudzał do wesołego tra-la-la!
Znałem i uwielbiałem ten temperament, gdyż za lat młodzieńczych kochałem się w Gidze szalenie przez całe jedne wakacje — i było mi wtedy tak radośnie i wesoło w życiu, jak już nigdy ani przedtym ani potym.
Obecność Gigi działałaby jak balsam na chorą Teresę: niestety, przemocą ukrywana obawa o życie męża — i ten sztuczny spokój — był to wysiłek bardzo groźny. Do tego wszystkiego dołączała się trwoga o inne, dogasające życie — starego ojca Witolda, który dogorywał w swoim mieszkaniu, na pierwszym piętrze.
Był to starzec wysokiego wzrostu, niegdyś bardzo przystojny, do syna podobny — a którego dręczyły teraz dawne nadużycia in Venere et Baccho, do czego jeszcze przyczepiła się wodna puchlina, bóle reumatyczne, silna skleroza i rozedma płuc.
Stary czuł, że jego koniec nadchodzi — i po rękach całował doktora, błagając go bezsilnie, aby ten mu życie przedłużył i zachował; doktór czynił co mógł, ale widział, że już niedługo tego żywota — i tylko dla formy go pocieszał, że wszystko będzie jak najlepiej.
Ojciec Witolda, choć cały przenikniony starczym egoizmem wobec swoich własnych cierpień, nie był jednak bez wiadomości o sprawach syna i również się trwożył o jego życie.
Taki był nastrój w całym domu, w chwili gdym przyjechał.
Nazajutrz raz jeszcze dziurawiliśmy oborę wraz z Witoldem, aż psy łańcuchowe wyszły z budy i wyć poczęły żałośnie na tę muzykę pistoletową.
Wycie to, mówiąc nawiasem, było dla Teresy powodem wielkiego smutku, gdyż uważała je za złą wróżbę.
O godzinie dziesiątej zjawili się u nas dwaj sąsiedzi oraz doktór i zabrali ze sobą Witolda.
Doktór przedtym jeszcze miał konferencję z panią Gigą oraz ze mną, nauczając nas, co mamy robić na wypadek, gdyby Teresa miała atak lub gdyby się rozchorował ojciec Witolda.
Żegnaliśmy uroczyście tych trzech ludzi, którzy przy pomocy czwartego — z najwyższym spokojem wybierali się popełnić zabójstwo albo też wrócić z trupem.
Wieczór był cichy, idyliczny; była już druga połowa sierpnia — i ciszę wieczorną całej okolicy przerywały sykania świerszczów i rechoty żabie, mieszające się z odgłosami dalekich psich poszczekiwań; gwiazdy tysiącami złociły się na jasnym, szafirowym niebie — przy czystym księżycu — a w chwili odjazdu zauważyłem trzy spadające w otchłań meteory.
Nie mówiłem o tym nikomu, ale, oprócz wycia psów, uważałem i to zjawisko za złą wróżbę.
Pytałem tylko, o której godzinie mogą w szczęśliwych okolicznościach powrócić.
Koło wpół do drugiej powinni być gotowi.
Pożegnaliśmy się w milczeniu, gdyż istotnie nie było nic do powiedzenia.
Jak się wyjaśniło potym — Witold przygotował cały szereg listów na wypadek swojej śmierci.
Ale nie uprzedzajmy zdarzeń.
Czterej panowie, aby ich na dworcu żandarm nie niepokoił, wyjechali powozem. Liczyli, że koło dziesiątej i pół staną na miejscu, nie tyle w lesie Szczerbowskim, ile w maneżu, pod lasem, u jednego z przyjaciół i świadków Ksawerego.
Pozostałem w Larach w towarzystwie chorego ojca Witolda, chorej żony Witolda, zbankrutowanej żony p. Józefa i samego bankruta p. Józefa, który zresztą, wbrew powszechnemu zdenerwowaniu, poszedł sobie do bibljoteki i pogrążył się w czytaniu dziejów Rocambola.
Dzieci wcześnie spać położono i tylko bona Francuzka, na balkonie — wciąż lichą polszczyzną szeptała coś z pokojową, z lokajem i z panną służącą.
Podobał jej się ten zapach melodramatu, który czuła w całej tej sprawie.
Wyszedłem na chwilę przed dwór i poprzez srebrzyste cienie sierpniowej nocy patrzyłem daleko, daleko na krańce widnokręgu, gdzie szumiała głucho i tajemniczo głęboka puszcza, do której pewno już dojechali nasi znajomi. Tam, tam odbyć się ma za chwilę ta sprawa...
Co to będzie? Jak się to skończy?
Bór szumiał, a powietrzem płynęły jakieś dalekie niezrozumiałe melodje, jakieś szepty, na lekkim wietrzyku unoszone, a ciepłe powietrze rozlewało je w cieniach nieokreślonych, widmowych, jakby nierzeczywistych...
Coś nierzeczywistego krążyło po powietrzu... jakieś elfy, nienawidzące rzeczywistości...
Aby uspokoić obie panie, zaproponowałem dla rozrywki niewinną grę w karty — onze et demie — czy coś podobnego. Czas jakoś upływał, p. Giga bardzo się ożywiła — i zaczęła opowiadać jakieś zabawne historje, tak że nawet i p. Teresa kilka razy się uśmiechnęła. Jednakże łatwo było odgadnąć, że jej myśli płynęły zupełnie w innej stronie; również i ja myślałem raczej o tym, co się dzieje z Witoldem, niż o kartach.
Nikt jednak o właściwym przedmiocie naszej myśli nie mówił. Czułem, że lada chwila histerja Teresy wybuchnie; że ten okropny wysiłek panowania nad sobą — męczy ją przeraźliwie; że zatym lada chwila będzie musiała sobie to wyrównać.
Kilka razy też zachodziłem do starego, aby zobaczyć, co się z nim dzieje; czuwał przy jego łożu stary Ignac, który jednak miał fatalny sposób rozmawiania ze starcem. Traktował rzecz po chłopsku tj. przyzwyczajał go do myśli o śmierci; pocieszał go, że już nijakim sposobem się nie wywinie od tej kostuchy, że lada chwila stanie przed obliczem Boga i zobaczy tam chóry anielskie i rajskie pola a łąki, rajskie krówki i owieczki — i będzie pił rajską wodę. — Ale staremu wszystko to bardzo się nie podobało: wolałby kieliszek zwyczajnej ziemskiej wódki, niestety, surowo zakazanej!
Zburczałem Ignaca — i prosiłem go, aby raczej co wesołego opowiadał starcowi: jak to on pijał za młodu, jak tańcował, bijał się, kochał... Ignac znał jego sprawki — więc mógł dopomóc jego pamięci i rozweselić biedaka.
Była może godzina dwunasta, gdy naraz zaturkotało na gościńcu. Czyżby to oni?
Pani Teresa aż krzyknęła ze wzruszenia — i ja, wyznaję, byłem tym nieco ému.
Wyszedłem przede wrota i znowu spoglądałem, na dalekie, ciemne puszcze... I znowu szumiały tajemniczo, głucho — jakimś nieustającym, melancholijnym jękiem...
Więc to już się odbyło — już powracają...
Jakoż powóz zajechał przed ganek, ale był to zupełnie inny powóz.
Wysiadł z niego — o dwunastej w nocy — sekwestrator!
Tego jeszcze brakowało.
Zaproszono gościa do jadalni, ofiarowano mu wieczerzę, ale nikt mu nie towarzyszył; tylko lokaj się nim zajmował.
Czas płynął. Oczekiwanie coraz bardziej dręczyło wszystkich, a najbardziej Teresę, której wysiłek już zaczął przerastać miarę jej mocy ducha.
Nakoniec wybuchła gorącym płaczem. Uważałem to za szczęśliwe zdarzenie, gdyż taki płacz — jak mi się zdawało — łagodzi siłę ataku. Ale i pani Jadwiga, która niemniej z siłą dotąd panowała nad sobą, również zaczęła płakać: i jej się udzieliła ta okropna trwoga i ten niepokój, jaki czuła Teresa, a co do mnie, to zaczynałem żałować, żem nie pojechał do Zakopanego, jak mi to proponował jeden z kolegów — i postanowiłem raczej stać się tak impassible jak p. Józef, który bolał właśnie nad nieszczęściami bohaterów Ponson du Teraill’a.
Znalazłem motyw zajęcia; postawiłem sobie problemat: oto stoimy wobec rzeczywistości: jak ona się rozwinie, jakie nam da fakty? O ileby wszystko miało dojść do najwyższego kulminacyjnego punktu rozwoju — to rzeczywistość miałaby wprost oblicze potworne, ale absolutne.
...Godzina wpół do drugiej — napięcie oczekiwania dosięga najwyższego stopnia — płacz Teresy zmienia się w atak epileptyczny strasznej siły — p. Jadwiga, pod wpływem swej kuzynki, również zaczyna szaleć i wije się jak opętana — tymczasem Ignac zbiega na dół, wołając: Panie, panie! starszy pan, bardzo a bardzo źle!
Tylko p. Józef czyta dalej swój romans: nikczemny hr. de Gruyère po raz trzeci porwał piękną Agnieszkę szlachetnemu markizowi de Roquefort.
Powoli — powoli nadjeżdża powóz, który koło wpół do dziesiątej wyjechał z Larów.
Przywożą trupa.
Po dwukrotnym strzale chybionym, za trzecim razem Ksawery w samo serce uderzył Witolda.
Teresa wpada w obłęd i powtórnie dostaje jeszcze mocniejszego ataku histerji, przy którym niestety udar sercowy — łamie tę piękną duszę; z pianą na ustach, ze strasznym okrzykiem, wijąc się w ostatecznych konwulsjach — umiera.
Tymczasem Jadwiga, niemniej oszalała tym powszechnym nieszczęściem, dostaje spazmatycznego śmiechu i pada bez przytomności.
P. Józef nakoniec wychodzi i z flegmą pyta, co to za krzyki? Czy Rocambol ze swoją bandą napadł dom? Czegóż Ignac tu hałasuje?
— A bo to starszy pan już stanął przed świętym obliczem Najwyższego.
Śpieszą na górę. Ojciec Witolda, złamany własną chorobą i straszliwą wieścią o śmierci syna, o czym dyplomata Ignac oczywiście zaraz mu powiedział — umarł niemal jednocześnie z Teresą.
Trzy trupy: Witold, jego ojciec, jego żona.
Jedna półobłąkana: Jadwiga.
Jeden człowiek apatyczny, bankrut, nędzarz, wygnaniec, pogorzelec — Józef.
Oto jak się rozwinęła rzeczywistość w momencie krótkim, w okolicy zacisznej, czarującej, w cudną noc sierpniową, pełną gwiazd promienistych...
STANISŁAW. Istotnie rzeczywistość okropna. Tragiedja Pelopidów niemal. Przeżyliście tam straszne godziny.
JAN. Nie, wcale się tak nie skończyło. Taką byłaby rzeczywistość w świecie wielkim, doskonale tragicznym, ale my nie żyjemy w absolucie, tylko w niedociągniętej miernocie.
MICHAŁ. A zatym?
JAN. Koło godziny drugiej po północy wrócili nasi panowie. Witold cały — zdrów — nienaruszony. Puknęli trzy razy z odległości piętnastu kroków, bez rezultatu. Nie podali sobie zresztą ręki, ale nasi znajomi mieli ze sobą parę butelek wina, które po drodze wypili na wiwat. Teresa, jeżeli zemdlała — to z radości, że się wszystko zakończyło tak szczęśliwie, a Jadwiga zaczęła skakać po pokoju, jakby miała lat czternaście. I stary ojciec Witolda, gdy się dowiedział o szczęśliwym wyniku sprawy, rzekłbyś ozdrowiał; w istocie było to przesilenie choroby — i stary żyje do dziś zdrów i jary.
Co się tyczy Józefa, ten wyszedł z bibljoteki i, dość obojętnie witając Witolda, powiedział:
— Przeczuwałem, że tak się skończy.
Otóż taka była rzeczywistość rzeczywista, nie zaś ta rzeczywistość, która byłaby, gdyby... gdyby osiągnęła swój najwyższy ton.
STANISŁAW. Widzę, że jesteś prawdziwy filantrop i że roją ci się czarujące baśnie. Szkoda ci, że ludzie wyszli cało z tej afery, i wolałbyś mieć piąty akt melodramatu! Owszem, jeżeli tak było, to powiem: Niech żyje rzeczywistość i niech zawsze będzie taka dobrotliwa!
JAN. Ja nie życzę ludziom źle, tylko zgodzicie się, że ta rzeczywistość, której fenomeny śledziłem, nie rozwinęła swego problematu algebraicznego do końca i zatrzymała się w połowie drogi.
Nawet i sprawa p. Józefa w rzeczywistości wyglądała inaczej: nie wyszedł on wcale z subhasty nędzarzem; owszem przy sprzedaży majątku dostał wcale sporą sumę, a pożar dworu, który był dobrze ubezpieczony, również został pokryty przez Towarzystwo ubezpieczeń.
STANISŁAW. I to szczęśliwie! Cieszę się zwłaszcza z powodu tej niesłychanie miłej pani Gigi.
MICHAŁ. Zwrócę jeszcze uwagę na to, że ta niedociągnięta rzeczywistość właśnie zgadza się doskonale z teorją Jana. Wszystko to, co on zowie absolutem, jest to raczej owa niemożliwość, która powinna była pozostać niemożliwością i nigdy się nie urzeczywistnić. No, ale sekwestrator?
JAN. Przyjechał po źrebię, które oddał tu na wychowanie dwa lata temu, a które chciał odebrać. Nie miał czasu przybyć w innej porze, więc przyjechał o północy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Lange.