Strona:A. Lange - Elfryda.pdf/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wietrzyku unoszone, a ciepłe powietrze rozlewało je w cieniach nieokreślonych, widmowych, jakby nierzeczywistych...
Coś nierzeczywistego krążyło po powietrzu... jakieś elfy, nienawidzące rzeczywistości...
Aby uspokoić obie panie, zaproponowałem dla rozrywki niewinną grę w karty — onze et demie — czy coś podobnego. Czas jakoś upływał, p. Giga bardzo się ożywiła — i zaczęła opowiadać jakieś zabawne historje, tak że nawet i p. Teresa kilka razy się uśmiechnęła. Jednakże łatwo było odgadnąć, że jej myśli płynęły zupełnie w innej stronie; również i ja myślałem raczej o tym, co się dzieje z Witoldem, niż o kartach.
Nikt jednak o właściwym przedmiocie naszej myśli nie mówił. Czułem, że lada chwila histerja Teresy wybuchnie; że ten okropny wysiłek panowania nad sobą — męczy ją przeraźliwie; że zatym lada chwila będzie musiała sobie to wyrównać.
Kilka razy też zachodziłem do starego, aby zobaczyć, co się z nim dzieje; czuwał przy jego łożu stary Ignac, który jednak miał fatalny sposób rozmawiania ze starcem. Traktował rzecz po chłopsku tj. przyzwyczajał go do myśli o śmierci; pocieszał go, że już nijakim sposobem się nie wywinie od tej kostuchy, że lada chwila stanie przed obliczem Boga i zobaczy tam chóry anielskie i rajskie pola a łąki, rajskie krówki i owieczki — i będzie pił rajską wodę. — Ale staremu wszystko to bardzo się nie podobało: wolałby kieliszek zwyczajnej ziemskiej wódki, niestety, surowo zakazanej!