Strona:A. Lange - Elfryda.pdf/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zburczałem Ignaca — i prosiłem go, aby raczej co wesołego opowiadał starcowi: jak to on pijał za młodu, jak tańcował, bijał się, kochał... Ignac znał jego sprawki — więc mógł dopomóc jego pamięci i rozweselić biedaka.
Była może godzina dwunasta, gdy naraz zaturkotało na gościńcu. Czyżby to oni?
Pani Teresa aż krzyknęła ze wzruszenia — i ja, wyznaję, byłem tym nieco ému.
Wyszedłem przede wrota i znowu spoglądałem, na dalekie, ciemne puszcze... I znowu szumiały tajemniczo, głucho — jakimś nieustającym, melancholijnym jękiem...
Więc to już się odbyło — już powracają...
Jakoż powóz zajechał przed ganek, ale był to zupełnie inny powóz.
Wysiadł z niego — o dwunastej w nocy — sekwestrator!
Tego jeszcze brakowało.
Zaproszono gościa do jadalni, ofiarowano mu wieczerzę, ale nikt mu nie towarzyszył; tylko lokaj się nim zajmował.
Czas płynął. Oczekiwanie coraz bardziej dręczyło wszystkich, a najbardziej Teresę, której wysiłek już zaczął przerastać miarę jej mocy ducha.
Nakoniec wybuchła gorącym płaczem. Uważałem to za szczęśliwe zdarzenie, gdyż taki płacz — jak mi się zdawało — łagodzi siłę ataku. Ale i pani Jadwiga, która niemniej z siłą dotąd panowała nad sobą, również zaczęła płakać: i jej się udzieliła ta okropna trwoga i ten niepokój, jaki czuła Teresa,