Strona:A. Lange - Elfryda.pdf/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pożegnaliśmy się w milczeniu, gdyż istotnie nie było nic do powiedzenia.
Jak się wyjaśniło potym — Witold przygotował cały szereg listów na wypadek swojej śmierci.
Ale nie uprzedzajmy zdarzeń.
Czterej panowie, aby ich na dworcu żandarm nie niepokoił, wyjechali powozem. Liczyli, że koło dziesiątej i pół staną na miejscu, nie tyle w lesie Szczerbowskim, ile w maneżu, pod lasem, u jednego z przyjaciół i świadków Ksawerego.
Pozostałem w Larach w towarzystwie chorego ojca Witolda, chorej żony Witolda, zbankrutowanej żony p. Józefa i samego bankruta p. Józefa, który zresztą, wbrew powszechnemu zdenerwowaniu, poszedł sobie do bibljoteki i pogrążył się w czytaniu dziejów Rocambola.
Dzieci wcześnie spać położono i tylko bona Francuzka, na balkonie — wciąż lichą polszczyzną szeptała coś z pokojową, z lokajem i z panną służącą.
Podobał jej się ten zapach melodramatu, który czuła w całej tej sprawie.
Wyszedłem na chwilę przed dwór i poprzez srebrzyste cienie sierpniowej nocy patrzyłem daleko, daleko na krańce widnokręgu, gdzie szumiała głucho i tajemniczo głęboka puszcza, do której pewno już dojechali nasi znajomi. Tam, tam odbyć się ma za chwilę ta sprawa...
Co to będzie? Jak się to skończy?
Bór szumiał, a powietrzem płynęły jakieś dalekie niezrozumiałe melodje, jakieś szepty, na lekkim