Strona:A. Lange - Elfryda.pdf/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Taki był nastrój w całym domu, w chwili gdym przyjechał.
Nazajutrz raz jeszcze dziurawiliśmy oborę wraz z Witoldem, aż psy łańcuchowe wyszły z budy i wyć poczęły żałośnie na tę muzykę pistoletową.
Wycie to, mówiąc nawiasem, było dla Teresy powodem wielkiego smutku, gdyż uważała je za złą wróżbę.
O godzinie dziesiątej zjawili się u nas dwaj sąsiedzi oraz doktór i zabrali ze sobą Witolda.
Doktór przedtym jeszcze miał konferencję z panią Gigą oraz ze mną, nauczając nas, co mamy robić na wypadek, gdyby Teresa miała atak lub gdyby się rozchorował ojciec Witolda.
Żegnaliśmy uroczyście tych trzech ludzi, którzy przy pomocy czwartego — z najwyższym spokojem wybierali się popełnić zabójstwo albo też wrócić z trupem.
Wieczór był cichy, idyliczny; była już druga połowa sierpnia — i ciszę wieczorną całej okolicy przerywały sykania świerszczów i rechoty żabie, mieszające się z odgłosami dalekich psich poszczekiwań; gwiazdy tysiącami złociły się na jasnym, szafirowym niebie — przy czystym księżycu — a w chwili odjazdu zauważyłem trzy spadające w otchłań meteory.
Nie mówiłem o tym nikomu, ale, oprócz wycia psów, uważałem i to zjawisko za złą wróżbę.
Pytałem tylko, o której godzinie mogą w szczęśliwych okolicznościach powrócić.
Koło wpół do drugiej powinni być gotowi.