Strona:A. Lange - Elfryda.pdf/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


smutną być umiała; gdyż nawet w największym nieszczęściu temperament ją pobudzał do wesołego tra-la-la!
Znałem i uwielbiałem ten temperament, gdyż za lat młodzieńczych kochałem się w Gidze szalenie przez całe jedne wakacje — i było mi wtedy tak radośnie i wesoło w życiu, jak już nigdy ani przedtym ani potym.
Obecność Gigi działałaby jak balsam na chorą Teresę: niestety, przemocą ukrywana obawa o życie męża — i ten sztuczny spokój — był to wysiłek bardzo groźny. Do tego wszystkiego dołączała się trwoga o inne, dogasające życie — starego ojca Witolda, który dogorywał w swoim mieszkaniu, na pierwszym piętrze.
Był to starzec wysokiego wzrostu, niegdyś bardzo przystojny, do syna podobny — a którego dręczyły teraz dawne nadużycia in Venere et Baccho, do czego jeszcze przyczepiła się wodna puchlina, bóle reumatyczne, silna skleroza i rozedma płuc.
Stary czuł, że jego koniec nadchodzi — i po rękach całował doktora, błagając go bezsilnie, aby ten mu życie przedłużył i zachował; doktór czynił co mógł, ale widział, że już niedługo tego żywota — i tylko dla formy go pocieszał, że wszystko będzie jak najlepiej.
Ojciec Witolda, choć cały przenikniony starczym egoizmem wobec swoich własnych cierpień, nie był jednak bez wiadomości o sprawach syna i również się trwożył o jego życie.