Strona:A. Lange - Elfryda.pdf/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tymczasem Jadwiga, niemniej oszalała tym powszechnym nieszczęściem, dostaje spazmatycznego śmiechu i pada bez przytomności.
P. Józef nakoniec wychodzi i z flegmą pyta, co to za krzyki? Czy Rocambol ze swoją bandą napadł dom? Czegóż Ignac tu hałasuje?
— A bo to starszy pan już stanął przed świętym obliczem Najwyższego.
Śpieszą na górę. Ojciec Witolda, złamany własną chorobą i straszliwą wieścią o śmierci syna, o czym dyplomata Ignac oczywiście zaraz mu powiedział — umarł niemal jednocześnie z Teresą.
Trzy trupy: Witold, jego ojciec, jego żona.
Jedna półobłąkana: Jadwiga.
Jeden człowiek apatyczny, bankrut, nędzarz, wygnaniec, pogorzelec — Józef.
Oto jak się rozwinęła rzeczywistość w momencie krótkim, w okolicy zacisznej, czarującej, w cudną noc sierpniową, pełną gwiazd promienistych...
STANISŁAW. Istotnie rzeczywistość okropna. Tragiedja Pelopidów niemal. Przeżyliście tam straszne godziny.
JAN. Nie, wcale się tak nie skończyło. Taką byłaby rzeczywistość w świecie wielkim, doskonale tragicznym, ale my nie żyjemy w absolucie, tylko w niedociągniętej miernocie.
MICHAŁ. A zatym?
JAN. Koło godziny drugiej po północy wrócili nasi panowie. Witold cały — zdrów — nienaruszony. Puknęli trzy razy z odległości piętnastu kroków, bez rezultatu. Nie podali sobie zresztą ręki,