Romeo i Julia (Shakespeare, tłum. Hołowiński, 1839)/Akt II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Romeo i Julia
Pochodzenie Dzieła Williama Shakspeare Tom pierwszy
Data wydania 1839
Wydawnictwo T. Glücksberg
Druk T. Glücksberg
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Ignacy Hołowiński
Tytuł orygin. The Tragedy of Romeo and Juliet
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Cały tom pierwszy
Całe wydanie
Indeks stron
AKT II.

SCENA PIERWSZA.
(Otwarte miejsce przylegle ogrodowi Kapuleta).
Wchodzi ROMEO.
ROMEO.

Mogęź iść daléj, kiedy tu serce?
Zawróć się, ziemio, znajdź twoje słońce.

(Przełazi przez mur do ogrodu. — Wchodzą BENWOLIO i MERKUCIO.)

BENWOLIO.

Krewny Romeo, Romeo!

MERKUCIO.

Mądry!
Uciekł na honor spocząć do domu.

BENWOLIO.

Biegł tędy, w ogród przez mur przeskoczył.
Mój Merkucio, chciéj go zawołać.

MERKUCIO.

Słuchaj zaklinać będę. — Romeo!
Szale, kaprysie, żądzo, kochanku!

Pokaz się jawnie w kształcie westchnienia,
Powiedz mi wierszyk, zakrzycz — Niestety!
Zrymuj — słowiku tuż przy strumyku;
Piękne daj słówko kumie Wenerze,
Złaj jéj dziedzica syna ślepego,
Tego młokosa Jasia Kupida,
Strzelca takiego, ze król Kofeta
Został kochankiem córki żebraka. —[1]
Ale nie słyszy, ani się rusza;
Łotrzyk nie żyje, z grobu wywołam. —
Na Rozaliny oczy zaklinam,
Na czoło wzniosłe, usta szkarłatne,
Na zgrabną nóżkę, udko sprężyste,
I na rozkoszy słodką krainę,
Zjaw się natychmiast w swojéj postaci.

BENWOLIO.

Jeśli usłyszy gniewać się będzie.

MERKUCIO.

Gniewny nie będzie: zostałby wtedy,
Gdybym sprowadził w koło kochanki
Jakiego ducha dziwnej natury,
Stać mu pozwalał póty do góry,
Aż jéj czarami padłby zemdlony.
Byłaby hańba: moje zaklęcie
Dobre i piękne; w imię kochanki
Tylko zaklinam, aby się zjawił.

BENWOLIO.

Chodź, on się ukrył między drzewami,
Złączył się z nocą; nader stosownie
Ma ślepa miłość z nocą zażyłość.

MERKUCIO.

Pewno spudłuje gdy ślepa miłość.
Teraz pod drzewem siedzi niesplikiem,
Chciałby kochankę mice za jabłuszka,
Coby dojźrzałe spadły na łono:
Żegnam Romeo; — lepsza poduszka
Od polowego zimnego łóżka:
Czyli pójdziemy?

BENWOLIO.

Pójdziem bo darmo
Szukać, gdy nie chce być znalezionym.

(wychodzą.)
SCENA DRUGA.
(ogród Kapuleta).
Wchodzi ROMEO.
ROMEO.

Kto nie czuł rany, blizny wyszydza.

(JULIA pokazuje się na górze w oknie.)

Cicho! przez okno blask jakiś pada!
Wschódże-to piękny, Juliaż słońce!
Zejdź słońce, zabij światło xiężyca,
Bo ta Lucyna zazdrością blada,
Żeś od niéj milsza, choć jéj dziewica.
Nie służ Diannie, bo zazdrośnica;
Mgła, jéj westalska barwa, pożółkła,

Głupcy ją noszą, porzuć jéj służbę. —
Moja to pani! moja kochanka:
Oby świadoma o tem została! —
Mówi nie usty, bo ta niebianka
Mówi oczyma: odpowiem skromnie. —
Nadtom zuchwały, mówi nie do mnie.
Dwie najpiękniéjsze gwiazdy na niebie
Mając odjechać w pilnej potrzebie,
Proszą jéj oczu, nim wrócą z jazdy
Aby świeciły w górnej ich sferze.
Gdy oczy w niebie, w jéj twarzy gwiazdy
Chciałyby mieszkać: gwiazdom odbierze
Blask ich ze wstydem Julii lice,
Jako dzień lampie; z jéj oczu w niebie
Strumień światłości zleje się taki,
Że oszukane ozwą się ptaki,
Jakby witały słońce przy wschodzie.
Patrz, na swą rękę spiera policzek!
Obym był jedną z jéj rękawiczek,
By się ku cudnej cisnąć jagodzie.

JULIA.

Biada!

ROMEO.

Przemawia: —
Jasny aniele, przemów na nowo;
Boś tyle dla mnie świecąc nad głową
Jasném zjawiskiem w nocy téj mroku,
Jako skrzydlaty niebios posłaniec
Osłupiałemu śmiertelnych oku,
Co przerażone patrzy do góry,
Jak on rozpędza leniwe chmury
Szybko w powietrza lecąc potoku.

JULIA.

Romeo! za cóż tak cię nazwano?
Wyrzecz się ojca, porzuć twe miano:
Albo twe oddaj serce kochane,
A Kapuletką byc poprzestanę.

ROMEO.

Więcej-li słuchać, czy odpowiadać?

JULIA.

Imie twe tylko trzymam za wroga; —
Ten sam zostaniesz, choć nie Montego.
Nie jest Montego ręka ni noga,
Twarz, ni część inna ciała twojego.
Zwij się inaczéj! Cóż imie znaczy?
Róża nazwana inném imieniem,
Równie przyjemnem zachwyci tchnieniem;
Choćby Romeem ciebie nie zwano,
Równie zatrzymasz drogie przymioty
I bez imienia. — Porzuć twe miano,
Za to, choć nie jest część twéj istoty,
Całkiem się oddam.

ROMEO.

Chwytam za słowo:
Zwij mię kochankiem, chrzczę się na nowo;
Odtąd nie będę Romeem zwany.

JULIA.

Któż to, co płaszczem nocy odziany
Myśli me zbadał?

ROMEO.

O, święta! droga!
Nie wiém jak siebie objawie tobie,

Moje nazwisko trzymani za wroga,
Bo nieprzyjazne twojej osobie;
Zdarłbym je, gdybym miał napisane.

JULIA.

Jeszcze w me uszy głosu twojego
Sto słów nie wsiękło, dźwięki już znane,
Czy nie Romeo, czy nie Montego?

ROMEO.

Żaden z tych, kiedy nie lubisz obu.

JULIA.

Jak tu przyszedłeś, powiedz mi? czego?
Przez mur wysoki trudne przebycie;
Wiedząc kto jesteś szukasz tu grobu?
Ujrzą cię krewni, straciłeś życie.

ROMEO.

Skrzydłem miłości mur przeleciałem,
Miłość nie wstrzymasz kamiennym wałem:
Miłość co może, zdziała najpewniéj;
Przeto niestraszni twoi mi krewni.

JULIA.

Jeśli cię ujrzą, będziesz w mogile.

ROMEO.

Twa niebezpieczna więcej źrzenica,
Jak ich dwadzieścia mieczów, patrz mile,
A zgromi wszystkich moja prawica.

JULIA.

Za świat nie żądam, by cię ujrzano!

ROMEO.

Mam w płaszczu nocy od nich ukrycie;
Gdy mię nie kochasz, niech mię zastaną:

Lepiéj od wrogów stracić raz życie,
Jak niekochąny w długim żyć skonie.

JULIA.

Któż zaprowadził ku tej cię stronie?

ROMEO.

Miłość najpierwéj szukać kazała:
Oczy jéj dałem, radę mi dała.
Chociam nie żeglarz, byłabyś zdala,
Gdzie brzeg najdalszy płócze mórz fala,
Biegłbym za morza po takie skarby.

JULIA.

Mnie maska nocy kryje oblicze;
Bez niéj zawstydzeń kryłyby farby
Na podsłuchany po ciemku mowę.
Formy zatrzymać najszczerzéj życzę,
Słowa zaprzeczyć chcę poprzednicze;
Ale pozory bywajcie zdrowe!
Kochasz mnie? wiem ja, kocham odpowiész;
Wierzę na słowo: chocbyś i przysiągł
Możesz oszukać: mówią że Jowisz
Z przysiąg miłosnych zawsze się śmieje.
Miły Romeo, jeślim kochana
Utwierdź zeznaniem szczęścia nadzieję:
Myślisz, że prędko jam pozyskana?
Będę przewrotną, lice nasrożę
Powiem, nie, jeśli chcesz się zalecać;
Ale inaczéj za nic na świecie.
Czułam za nadto, piękny Montego!
Może mię sądzisz płochą dla tego:
Wierz, panie, będę stalszą w kochaniu,
Jak te, co więcej biegłe w udaniu.

Byłabym więcéj udawać biegła,
Lecz podsłuchałeś, nimem postrzegła,
Miłość prawdziwą. Przebacz mi, panie;
Nie bierz za płochość prędkie się zdanie,
Przez noc zdradzona ma tajemnica.

ROMEO.

Pani, na światło klnę się xiężyca,
Co srébrem wierzchy drzew upromienia, —

JULIA.

Ach na niestały nie klnij się xiężyc,
Który miesięcznie koło odmienia;
Może twa miłość równie być zmienną.

ROMEO.

Na cóż się zakląć?

JULIA.

Nie klnij się na nic;
Lub na twą miłą przysiąż osobę,
Którą, jak bóstwo, wielbię bez granic,
Wierzyć ci będę.

ROMEO.

Gdy cię nie kocham, ziemi ozdobę, —

JULIA.

Dość, nie przysięgaj: chociaż cię lubię,
Lecz tej nie lubię nocnéj umowy:
Zbyt nieopatrzna, nagła i dzika;
Jak błyskawica, co pierwéj znika,
Nim się wymówi, — Ot błyskawica!
Luby, dobranoc! — Pączek miłości
Może od lata dojzrzałych tchnieni,
W drugiém spotkaniu w kwiat się zamieni.

Dobranoc! niechaj słodkie pokoje
Cieszą twe serce, jak cieszą moje.

ROMEO.

Rzucasz nie dając zaspokojenia?

JULIA.

Jakiegoż pragnież zaspokojenia?

ROMEO.

Moję przysięgę niech twoja zmienia.

JULIA.

Pierwej przysięgłam niźli żądałeś.
Lecz obym mogła czynić na nowo!

ROMEO.

Na cóż odebrać żądasz twe słowo?

JULIA.

Wyznam ci, żeby oddać na nowo.
Lecz to co pragnę mieszka w mém łonie:
U mnie bez granic dobroć jak morze,
Miłość bezdenna, jak morskie tonie;
Im więcéj kocham, tym więcéj płonę,
Miłość i dobroć mam nieskończone.

(słychać wołanie z domu.)

Głos słyszę: luby, bywaj mi zdrów! —
Wnet, mamko! — Drogi, zostań mi wierny.
Chwilkę zaczekaj, powrócę znów.(wychodzi.)

ROMEO.

Nocy szczęśliwa! jestem w obawie,
Może ja we śnie, zwłaszcza że noc,
Tyle nie bywa szczęścia na jawie. (Julia powraca.)

JULIA.

Trzy słów Romeo i już dobranoc.
Gdy chce prawego miłość twa szczęścia,

Objaw mi jutro zamiar zamężcia
Przed tą, co poszlę na to, osobą,
Gdzie, kiedy, związek zawrzéć się może;
Całą mą dolę u nóg twych złożę;
Jako z mym panem w świat pójdę z tobą.

MAMKA, za sceną.

Pani!

JULIA.

Zaraz: — Jeżeli myślisz inaczéj,
Błagam cię, —

MAMKA, za sceną.

Pani!

JULIA.

Idę natychmiast: —
Przestań mię szukać, zostaw rospaczy;
Poszlę ci zrana, —

ROMEO.

Jak chcę zbawienia —

JULIA.

Po stokroć życzę tobie dobranoc.

ROMEO.

Bez twego światła po stokroć zła noc. —
Luby się z lubą schodzą weseli,
Jak żak od xiążek biegnie wesoły;
Lecz luby z lubą tęsknie się dzieli,
Jak żak, co smutny idzie do szkoły.

(Pomału odchodzi. — Julia powraca do okna.)
JULIA.

Cyt, cyt! Romeo! — Głos sokolnika,
Oby pięknego zwabił sokoła!

Schrzypła niewola głośno nie woła;
Głosby inaczej rozdarł jaskinie
Echo zbudziwszy, które w nich drzymie;
Schrzypłoby echo więcéj odemnie,
Przez powtarzane Romea imie.

ROMEO.

Moje kochanka imię wymawia:
Jak słodkie brzmienie i srébrne sprawia
Głos kochających, kiedy noc głucha,
Muzyka rajska dla czułych ucha.

JULIA.

Romeo!

ROMEO.

Luba!

JULIA.

W jakiéj godzinie
Posłać do ciebie?

ROMEO.

Tak, o dziewiątéj.

JULIA.

Pewno nie chybię; do téj godziny
Lat ze dwadzieścia. już zapomniałam
Z jakiéj wróciłam ciebie przyczyny.

ROMEO.

Az nie przypomnisz pozwól niech stoję.

JULIA.

Abyś stał zawsze, zawsze zapomnę,
Pomnąc jak lubię przytomność twoję.

ROMEO.

Byś zapomniała zawsze stać będę,
Zapominając o reszcie świata.

JULIA.

Chcę abyś odszedł, brzask już się świéci;
Jednak nie daléj jak ptak na nici;
Dziecko od ręki puszcza go trocha,
Jak niewolnika w pętach biédnego;
Znów nitką ciągnie, tyle go kocha,
Że mu zazdrości jego swobody.

ROMEO.

Byłbym twój ptaszek, droga istoto!

JULIA.

Tegobym chciała, słodki aniele!
Leczbym zabiła ciebie pieszczotą.
Dobranoc tobie, drogi kochanku!
Słodki do tyła smutek w rozdziele,
Żebym mówiła wciąż bez ustanku
Słodkie dobranoc az do poranku. (odchodzi.)

ROMEO.

Sen na twe oczy, pokój na łono! —
Oby mię w pokój i sen zmieniono!
Spocząłbym u niéj w słodkiéj pociesze. —
Do duchownego ojca pospieszę,
Traf błogi powiem, wezwę pomocy, (wychodzi.)


SCENA TRZECIA.
(Cela Brata Wawrzyńca).
Wchodzi BRAT WAWRZYNIEC z koszykiem.
WAWRZYNIEC.

Już się uśmiécha świt szaro-oki
Do nasępionéj nocy grobowéj,

Pstrząc blaskiem światła wschodu obłoki;
Jakoby pijak ciemność zwalana
Chwiejąc się zbacza od drogi dniowéj,
Kół się ognistych bojąc Tytana.
Nim słońce okiem płomienném strzeli,
Rosę wypije, dzień uweseli,
Ziół złych nazbiéram koszyk z sitowia,
I kwiatków, które służą do zdrowia.
Ziemia ma imię grobu i matki;
Płodnym żywotem naturze w zgonie:
Z którego różne wychodzą dziatki,
Co widzim u niéj ssące na łonie.
Wiele dla wielu cnót wyśmienite,
Każde ma jakąś i rozmaite.
O jakie skryło łask dziwnych mnóstwo
W ziołach, kamieniach i drzewach bóstwo!
Nic tak podłego świat nie posiada,
Co jakich zysków światu nie nada;
Rzeczy najlepszych piękny pożytek
W zły się wyradza przez nad użytek:
Źle wzięta cnota błędem się stawa,
Błąd zaś uzacnia częstokroć sprawa.
W listkach co mały kwiat ten składają,
Lek i trucizna razem mieszkają:
Zapach nadaje zmysłom wesele,
Smak zaś rozlewa śmierć w całém ciele.
Dwa wrogi sprzeczne nie schodzą z pola,
W ludziach i ziołach, z dobrą zła wola;
Kiedy zaś gorsza polem owłada,
Rak śmierci zaraz roślinę zjada.

(wchodzi ROMEO).
ROMEO.

Ojcze, dzień dobry.

WAWRZYNIEC.

Benedicite!
Któż mi tak rano czyni wizytę? —
Synu, ból głowy dowieść to może,
Kto tak pożegnał rano swe loże:
U starych oczu straż troska trzyma,
Gdzie troska mieszka tam snu już nié ma,
Lecz młódź, od której zdała kłopoty,
Gdy spocznie w łożu, rządzi sen złoty.
Stąd ranne wstanie mnie przekonywa,
Że jakaś boleść ze snu cię zrywa:
Gdy nie to, zgadnę prędko jak z procy,
Że ty nie byłeś w łóżku téj nocy.

ROMEO.

Zgadłeś, lecz miałem słodsze spocznienie.

WAWRZYNIEC.

Boże grzech odpuść! — Przy Rozalinie?

ROMEO.

Przy Rozalinie, ojcze mój? nie, nie;
Imie jeéj z troską z myśli mi ginie.

WAWRZYNIEC.

Dobrze, me dziecko: gdzieś noc przepędził?

ROMEO.

Powiem, bym dalszych pytań oszczędził.
U mego wroga gdy balowałem,
Ta mię przeszyła nagłe postrzałem,
Którą raniłem. Obojga leki
Od twéj zależą świętéj opieki:

Patrz, święty ojcze, zemsty nie noszę,
Gdy za mym wrogiem równie cię proszę.

WAWRZYNIEC.

Prostą i szczerą daj mi odpowiedź;
Mówić dwuznacznie, dwuznaczna spowiedź.

ROMEO.

Dowiedz się ojcze, że pokochałem
Julkę Kapulet milszą od słońca:
Dała mi serce, serce jéj dałem;
Wszystko skończone, tylko do końca
Szlub nam potrzebny. Gdziem, jak i kiedy
Ujrzał, pozyskał, z nią się zaręczył,
Potem opowiém. Błagam cię tedy,
By naszę miłość szlub dziś uwieńczył.

WAWRZYNIEC.

Święty Franciszku! Co to za zmiana?
Taź Rozalina już zapomniana,
Którąś tak kochał? miłość młodzieży
Nie w sercu wierném, lecz w oku leży.
Jezu, Maryo! łez jakie zdroje
Dla Rozaliny twarz zmyły twoją!
Łez morzem miłość darmoś kupował,
Boś téj miłości ani skosztował!
Słońce twych westchnień jeszcze nie zgania,
W mych uszach dawne brzmią twe stękania;
Patrz tu na twarzy ślad zostawiłéś
Dawnych łez, których jeszcze nie zmyłeś:
Jeśliś żył, jeśliś zniósł złe godziny,
Żyłeś, znosiłeś dla Rozaliny;
Zmiennyś? — Gdy słabość taka w mężczyznie,
Nie dziw kobiécie że się pośliźnie.

ROMEO.

Miłość mnieś ganił w téj Rozalinie.

WAWRZYNIEC.

Szał a nie miłość, kochany synie.

ROMEO.

Pogrześć kazałeś miłość.

WAWRZYNIEC.

Nie w grobie
Jednę położyć, drugę wziąć sobie.

ROMEO.

Proszę cię nie gań, bo mi oddaje
Ta, z którą wszedłem w nową zażyłość,
Łaskę za łaskę, miłość za miłość.
Tamta nie chciała.

WAWRZYNIEC.

Bo twe kochanie
Wprawą czytała, nie będąc w stanie
Przeslabizować. Chodź, wiatropędzie,
W tém ci pomogę, mając na względzie,
Że waszych domów, gdy was połączę,
Może nienawiść przyjaźnią skończę.

ROMEO.

Chodź, na pośpiechu wiele zależy.

WAWRZYNIEC.

Zwolna i mądrzej pada, kto bieży. (wychodzą.)


SCENA CZWARTA.
(Ulica).
Wchodzi BENWOLIO i MERKUCIO.
MERKUCIO.

Gdzie się u djabla podział Romeo?
Nie byłże w domu téj nocy?

BENWOLIO.

Lecz nie w ojcowskim; z jego służącym
O tem mówiłem.

MERKUCIO.

Ach, Rozalina,
Z sercem kamienném blada dziewczyna
Męczy go tyle, ze oszaleje.

BENWOLIO.

Tybalt złączony krwią z Kapuletem,
W dom ojca jego przysłał pisemko.

MERKUCIO.

Daję gardło, ze wyzyw.

BENWOLIO.

Romeo odpowie.

MERKUCIO.

Każdy umiejący pisać może na list odpowiedziéć.

BENWOLIO.

Nie, odpowie samemu panu tego listu śmiałością za śmiałość.

MERKUCIO.
Niestety, biedny Romeo już umarły! przeszyty czarném okiem białéj dziewczyny; dostał po uszach miłosną piosenką, jego serce na wpół rozdarte strzałą ślepego łucznika; takiż-to człowiek ma się spotkać z Tybaltem?
BENWOLIO.

Cóż osobliwego Tybalt?

MERKUCIO.

Więcéj jak Mruczysław xiąże kotów, powiadam tobie. O, to waleczny wódz ceregielów! Walczy, jakby śpiewał z nót piosenką, z miarą, pauzami i taktem; czeka raz, dwa, a trzy już w piersiach: na śmierć tobie przebije guzik jedwabny: pojedynkownik, pojedynkownik; szlachcic z najpierwszych domów, a przyczyny do zabicia oparte na honorze naprzód i powtóre wysypie jak z rękawa: ach, immortal passado! punto rcverso! ha!

BENWOLIO.

Cóż to?

MERKUCIO.

Dżuma na tych śmiésznych, szepluniących i wymuszonych junaków; unoszą się oni nad każdą fraszką dziwnym językiem dziwnych znawców; — Co to za wyśmienitéj tęgości brzeszczot! Co to za potężnego wzrostu człowiek! Co to za prawdziwie dobra wszetecznica! — Nie jestże-to opłakana rzecz, dziaduniu! że musimy cierpieć od tych much zagranicznych, od tych modnisiów, od tych Pardon-nez-moi, którzy tak stoją przy nowych prawidłach, że nawet bótów nie każą kłaść na starych.

BENWOLIO.

Idzie Romeo, idzie Romeo.

MERKUCIO.

Bez własnej ikry, jak śledź suszony: — O ciało, ciało, jakże się rybą stało! — Smakuje teraz w rymach, które wylał Petrarka: Laura przy jego pani, kucharka; wprawdzie miała lepszego kochanka, który ją obrymował: Dydo kawał mięsa; Kleopatra cyganka — Helena i Hero nic poczciwego; Tisbe siwe oko, lub co podobnego; lecz to nic do naszej rzeczy. — Signior Romeo, bon jour! otóż francuzkie powitanie odpowiedue twoim francuzkim szarawarom. Tęgiegoś nam wczoraj wywinął kominka.

ROMEO.

Dzień dobry — wam. Jakiego kominka wywinąłem?

MERKUCIO.

Zemknąleś, zemknąleś; czy nie pojmujesz?

ROMEO.

Przepraszam, dobry Merkucio, miałem ważną sprawę, a w takich, jak mój, razach, można uchylić uszanowanie.

MERKUCIO.

Wszystko jedno, jakbyś powiedział, ze człowiek w podobnym przypadku uchylać musi kolana.

ROMEO.

Rozumi się wznak uszanowania.

MERKUCIO.

Przewybornie trafiłeś.

ROMEO.

Najgrzeczniejsze tłumaczenie.

MERKUCIO.

Jestem bukiet, albo wyskok grzeczności.

ROMEO.

Wyskok grzeczności.

MERKUCIO.

Tak.

ROMEO.

Zapewne, bo z niej często wyskakujesz.

MERKUCIO.

Dobrze mówisz: chodź ze mną na wyprzodki, a prędko zedrzesz z kretesem swój dowcip i zostaniesz bosiuteńki i obrany z całego zapasu żartów.

ROMEO.

Ej, nie dbam o siebie, bylebym tobie uszył bóty.

MERKUCIO.

Wdaj się między nas, mój dobry Benwolio, mój dowcip ustaje.

ROMEO.

Batogiem i ostrogą, batogiem i ostrogą; albo zawołam szach mat.

MERKUCIO.

Jeśli zechcesz wystrajae dudki, to mię zakasujesz: bo ręczę, ze więcej masz dudków w jednym zmyśle, jak ja w pięciu. Czy polowałeś kiedy ze mną na dudki?

ROMEO.

Nigdym cię ze mną nie widział, chyba ze sam byłeś dudkiem.

MERKUCIO.

Za ten żart uskubnę cię za ucho.

ROMEO.

Nie skubaj, pokażę ci dudka na kościele.

MERKUCIO.

Twój dowcip, jak dudka, przykry dla ucha.

ROMEO.

Czy niestosowny wabik na dudki?

MERKUCIO.

Jak szewc skórę, tak swój dowcip naciągasz z cala na łokieć.

ROMEO.
Ciągnij i mierz jak chcesz, to wszystko w dłuż, w szerz i poprzek przypadniesz na dudka.
MERKUCIO.

Czyż teraz nie lepiej, jak stękać dla miłości? teraześ towarzyski, teraześ Romeo, teraześ taki, jakim rzeczywiście jesteś przez wychowanie i naturę: bo ta ślepa miłość podobna do prostaka grającego w ciuciubabkę, który biega na oślep i miasto osoby złapie guza, padając jak długi.

BENWOLIO.

Ej, pohamuj nieco twój długi język.

MERKUCIO.

Pragniesz, abym się w język ukąsił i przestał mówić.

BENWOLIO.

Jeśli go nie będziesz trzymał za zębami, to się może wystrzępić albo uciec z gęby, jak u łakomego dziecka: zwłaszcza, że język nié ma kości, ani gęba pana.

MERKUCIO.

Bardzo się zawiodłeś, mój język krótki: bo skończyłem, co miałem na języku i nie myślę mleć dłużej.

ROMEO.

Oto doskonały towar.

(wchodzi MAMKA i PIOTR.)
MERKUCIO.

Żagiel, żagiel, żagiel!

BENWOLIO.

Dwa, dwa — spódnica i szarawary.

MAMKA.

Pietrze!

PIOTR.

Słucham.

MAMKA.
Mój wachlarz, Pietrze!
MEUKUCIO.

Proszę ciebie, dobry Pietrze, podaj wachlarz niech twarz zakryję, bo z dwojga złego wybierając wachlarz piękniejszy.

MAMKA.

Dzień dobry, panom.

MEUKUCIO.

Dobry wieczór, pięknéj pani.

MAMKA.

Dla czego dobry wieczór?

MEUKUCIO.

Mówię prawdę, bo dzień pani już się schylił ku zachodowi.

MAMKA.

Idź pan do smutka. Co to za człowiek?

ROMEO.

Człowiek, pani, którego Bóg stworzył na szkodzenie sobie samemu.

MAMKA.

Dalibóg dobrze powiedziałeś; na szkodzenie sobie samemu! Co to, to prawda. Panowie, proszę powiedzieć, gdziebym znalazła młodego pana Romeo?

ROMEO.

Ja mogę powiedzieć: ale młody Romeo będzie starszym, niż był, kiedy go szukałaś: jestem najmłodszy tego imienia, które noszę dlatego, ze nié mam lepszego.

MAMKA.

I to dobre.

MEUKUCIO.
Jak to, czyż złe dla tego staje się dobrem, że nié ma lepszego? rozumnie, rozumnie.
MAMKA.

Jeżeli pan jesteś Romeo, tobym chciała sam na sam chwilkę z nim pomówić.

BENWOLIO.

Pewnie go zaprasza na jaki wieczór.

MERKUCIO.

Koczotka, koczotka! Na ta, tu!

ROMEO.

Cóżeś natrafił?

MERKUCIO.

O, nie sarneczkę, ale starą, spleśniałą zwierzynę, której nie zjesz, bo niestrawna; słuchaj dam ci receptę.

Nie pij po rybie wody,
Po kapuście wina:
Nie chodź do staréj baby,
Kiedy jest dziewczyna.

Romeo będziesz u twego ojca? tam przyjdę na obiad.

ROMEO.

Będę.

MERKUCIO.

Żegnam starożytną panią; bywaj mi zdrowa pani, pani, arcypani.

(wychodzą Merkucio i Benwolio.)
MAMKA.

O, ruszaj sobie z Bogiem! — Proszę pana co to za bezczelny człowiek, taki pełny łotrostwa?

ROMEO.
Człowiek, mamko, co lubi pleść, aby go słuchano; i powie więcéj w jednéj minucie, jak może zdać rachunek z tego przez cały miesiąc.
MAMKA.

Jak to, szydzić ze mnie? O, ja go cisnę pod nogi, choć by był silniejszy jak jest i takich dwudziestu Maćków, a jeśli sama nie podołam, to znajdę pomocników. Łotr przebrzydły! nie jestem żadna z jego fryjerek, ani z jego nic wartych kamratów: — Ty także stałeś i cierpiałeś, aby każdy łotr obchodził się ze mną wedle upodobania.

PIOTR.

Nie widziałem, aby się kto z panią obchodził wedle upodobania; jeślibym ujrzał, broń moję żywobym dobył, ręczę panią, bo śmiem tak prędko dobyć miecza, jak każdy inny człowiek, jeśli tylko widzę dobrą zręczność do sporu i prawo po mojéj stronie.

MAMKA.

Teraz, dalibóg, takem poruszona, że drżę caluteńka. Łotr przebrzydły! — Proszę pana na jedno słowo, jak mówiłam: moja młoda pani kazała mi szukać pana, a co kazała powiedziéć to zachowam u siebie: ale pierwej racz mię zawiadomić, czy nie zechcesz ją zaprowadzić do raju głupców, jak mówią, będzie to bardzo nieuczciwie z jego strony, bo panienka młoda, a przeto, jeśli ją oszukasz, nader rzecz podłą ofiarujesz szlachetnéj pannie i byłby nikczemny postępek.

ROMEO.

Mamko, polec mię twojéj pani; daję ci rękojmię, —

MAMKA.

Co za poczciwe serce! na honor, przepowiém to wszystko. Boże, Boże, jak będzie szczęśliwa kobieta!

ROMEO.
Cóż jéj powiész, mamko? nic mię nie słnchasz.
MAMKA.

Powiem jéj, panie, ze dajesz rękojmię; tak wysokie wyrażenie dowodzi gatunku twojej wysoko urodzonej i pięknéj duszy.

ROMEO.

Niech po obiedzie, proszę cię powiedź,
Przyjdzie na spowiedź;
W celi Wawrzyńca wyspowiadana
Szlub ze mną weźmie. — Masz to, kochana.

MAMKA.

Nic, wcale, panie, ani halerza.

ROMEO.

Proszę cię wezmij.

MAMKA.

Dziś popołudniu? dobrze, tam będzie.

ROMEO.

Mamko pod murem czekaj klasztornym:
Mój z tobą będzie człek za godzinę;
Tobie sznurową odda drabinę;
Po któréj wstąpię na szczęścia łono,
Pod tajemniczą nocy oponą.
Żegnam! — bądź wierna, trudy nagrodzę.
Żegnam! — Twéj pani łasce mię poleć.

MAMKA.

Niech cię Bóg błogosławi! — Słuchaj, panie.

ROMEO.

Co powiész, moja droga mamko?

MAMKA.

Człekże twój do sekretu? pomnij na przysłowie,
Co dwóch wiedzą, to tytko sekretem się zowie.

ROMEO.

Bądź spokojną, mój człowiek jak grób milczący.

MAMKA.

Dobrze, panie. Moja pani najsłodsza osoba: Boże, Boże! — Kiedy jeszcze była małém, paplącém panięciem, — o — Jest w mieście niejakiś hrabia Parys, który do niéj cholewki smali: ale dobra dusza, wolałaby raczéj widziéć ropuchę, prawdziwą ropuchę, jak jego. Czasem ją drażnię i mówię, że Parys najładniejszy w świecie chłopiec: ale ręczę panu, że kiedy to mówię, wygląda tak blada jak chusta. Rozmaryn i Romeo czy się nie zaczynają od jednej litery?

ROMEO.

Tak, mamko, cóż z tego od R.

MAMKO.

Ach, drwiarzu! err, to tylko warczy tak pies: o, wiem, żc się od innej litery poczyna: najpiękniejsze wiersze napisała o panu i rozmarynie, bardzo cię to ucieszy jak usłyszysz.

ROMEO.

Poleć mię twojéj pani.

MAMKA.

Dobrze, po tysiąc razy. — Pietrze!

PIOTR.

Słucham.

MAMKA.

Pietrze, weź mój wachlarz i pójdziemy.

(wychodzą.)

SCENA PIĄTA.
(Ogród Kapuleta).
Wchodzi JULIA.
JULIA.

Biła dziewiąta, mamkęm wysłała;
Za pół godziny wrócić się miała.
Czy nie znalazła? — Znaleść powinna:
To być nie może! — Chroma, niezwinna!
Trzeba miłości myśl miéć za gońca,
Co szybsza stokroć, jak promień słońca,
Który z gór zdziera nocne ich szaty:
Stąd miłość wiozą lotne gołębie,
I wiatr wyściga Kupid skrzydlaty.
Słońce w południu gospodę trzyma;
A od dziewiątéj aż do dwunastéj
Długich trzy godzin, — jednak jéj nié ma.
Z krwią wrzącą, z czuciem młodéj niewiasty
Pilce wyrówna zwinnością, ruchem;
Me słowa jemu, jego zaś do mnie
Odbije duchem.
Lecz starych słusznie trupami zowiem,
Bladym, powolnym, ciężkim ołowiem.

(wchodzi MAMKA i PIOTR.)

Boże, nadchodzi! — Mamko słodziuchna,
Z nimże mówiłaś? jakąż wieść mamy?
Odpraw człowieka.

MAMKA, do Piotra.

Czekaj u bramy.

JULIA.

Mamciu, dla czego smutne twe czoło?
Choć wieści smutne, powiedz wesoło;
Gdy dobre, rajską muzyką wieści
Psujesz haniebnie miną boleści.

MAMKA.

Jestem zmęczona, poczekaj chwilę: —
Ach bolą koście! biegałam tyle!

JULIA.

Chciałabym, abyś miała me koście,
A u mnie była twoja nowina:
Powiedz mi, powiedz, mamciu jedyna.

MAMKA.

Jezu! jak nagli! wytchnąć nie daje:
Czyli nie widzisz, tchu mi nie staje?

JULIA.

Tchu ci nie staje, kiedy masz tyle,
Że możesz mówić, „tchu mi nie staje?“
Twoja wymówka dla której czekasz,
Dłuższa od rzeczy, którą mi zwlekasz.
Złe są, czy dobre wieści? odpowiedz;
Resztę zaczekam, tylko to powiedz:
Proszę zaspokój, złe są czy dobre?

MAMKA.

Dobrze, bardzo prosty uczyniłaś wybór, nie wiész, jak potrzeba wybiérać męża: Romeo! nie, nie on; chociaż twarz jego piękniejsza od innych, ale noga wyżej od kostki nadzwyczajnie gruba: a co do ręki i kibici, — chociaż nie ma co o nich mówić, jednak są z niczém nie porównane: Nic jest kwiatem grzeczności, — ale ręczę za niego, że tak łagodny jak baranek. Idź swoją drogą, dziewczyno — chwał Pana Boga: — Co już w domu po obiedzie?

JULIA.

Nie; lecz to wszystko piérwéj wiedziałam;
Cóź o małżeństwie? Cóż ci on mówił?

MAMKA.

Jak boli głowa! jak jestem chorą!
Jaką mam głowę! bije jak młotem,
Zda się, że pęknie we dwadzieścioro.
Krzyże jak zbite, — krzyże, och, krzyże!
Złorzeczże sobie, bo z twéj przyczyny
Na śmierć zmęczonam od bieganiny.

JULIA.

Smutnam, istotnie, że ci nie dobrze;
Mamciu najsłodsza, cóż mówił luby?

MAMKA.

Luby twój mówił, jak człek uczciwy,
Grzeczny i czuły i urodziwy,
Cnót pełen, ręczę. Gdzież twoja matka?

JULIA.

Gdzie moja matka? — W swoim pokoju;
Kędyżby była? Dziwna odpowiedź!
Luby twój mówił, jak człek uczciwy, —
Gdzież twoja matka?

MAMKA.

Najświętsza Panno!
Jakżeś gorąca! Takąż, kochanko,
Leczysz me kości zbolałe wanną?
Odtąd bądź sama swoją posłanką.

JULIA.

Rzućmy niesnaski*, — jakaż odpowiedź?

MAMKA.

Masz pozwolenie dziś odbyć spowiedź?

JULIA.

Mam.

MAMKA.

Spiész się do ojca Wawrzyńca celi,
Gdzie cię poszlubi młodzian za żonę:
Teraz ci na twarz wstąpił rumieniec,
Lecz na wieść inną krew ci wystrzeli.
Spiesz do kościoła, ja w drugą stronę,
Szukać drabiny, którą młodzieniec
Wejdzie, jak ciemność okryje ziemię:
W twojej rozkoszy ciężary dzielę:
Lecz dźwigać będziesz w nocy téj brzemię.
Pójdę na obiad; pośpieszaj w celę.

JULIA.

Spieszyć do szczęścia! żegnam cię, droga!

(wychodzą.)
SCENA SZÓSTA.
(Wawrzyńca cela).
Wchodzi BRAT WAWRZYNIEC i ROMEO.
WAWRZYNIEC.

Niech błogosławi niebo zamężcie,
By nie karało potém nieszczęście.

ROMEO.

Amen! lecz smutek niech jak chce będzie,
Wszystko nie dojdzie tego wesela,

Co jéj widzenia chwilka udziela:
Gdy świętym węzłem ręce się spoją,
Szydzę ze śmierci miłość niszczącéj,
Dość, kiedy mogę nazwać ją moją.

WAWRZYNIEC.

Rozkosz gwałtownych koniec gwałtowny.
Giną w tryumfie; jak ogień z prochem
Nikną w całunku: nam niesmakowny
Miód nazbyt słodki, nudności sprawia,
Przez to jedzenia chęci pozbawia:
Trwa długo miłość umiarkowana;
Nadto się spóźnić zarówno zdolny,
Kto nazbyt prędki, lub zbyt powolny.

(wchodzi JULIA.)

Panna nadchodzi: — Tak lekkiéj nogi
Stopa kamiennéj nie trze podłogi:
Siędą kochanki na pajęczynie,
Co w babiém lecie snując się lata,
Nie spadną; lekka tak marność świata!

JULIA.

Mój spowiedniku przyjm dobry wieczór.

WAWRZYNIEC.

Dzięki od obu sldada Romeo.

JULIA.

Życzę dobrego jemu wieczora,
Boby inaczéj za nic dziękował.

ROMEO.

Ach, luba, jeśli radość w twem łonie
Równie jak w mojém silnie wezbrana,
Gdy odmalować umiész ją lepiéj,
Rozléj oddechem w powietrzu wonie,

Muzyką rajską, głosem niebiana
Daj szczęścia obraz, ach tym obrazem
Teraz jesteśmy, bo z sobą razem.

JULIA.

Miłość bogatsza w sobie jak w słowach,
Z rzeczy nie z ozdób chełpi się dumnie:
Kto skarby zliczy, żebrak to u mniej
Bogactw miłości tyle dziedziczę,
Że i połowy nawet nie zliczę.

WAWRZYNIEC.

Chodźcie, przystąpim ku świętej sprawie;
Samych, darujcie, że nie zostawię,
Aż kościół złączy w jedno was ciało.

(wychodzą.)


Przypisy

  1. Tu autor miał na celu dawną balladę pod tytułem: King Cophetua and the beggar maid. Znajduje się w zbiorze Dra Percy pod tytułem: „Szczątki starożytnéj angielskiéj poezyi.“


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Ignacy Hołowiński.