Romeo i Julia (Shakespeare, tłum. Hołowiński, 1839)/Akt III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Romeo i Julia
Pochodzenie Dzieła Williama Shakspeare Tom pierwszy
Data wydania 1839
Wydawnictwo T. Glücksberg
Druk T. Glücksberg
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Ignacy Hołowiński
Tytuł orygin. The Tragedy of Romeo and Juliet
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom pierwszy
Całe wydanie
Indeks stron
AKT III.

SCENA PIERWSZA.
(Miejsce publiczne}.
Wchodzą: MERKUCIO, BENWOLIO, PAŹ i SŁUDZY.
BENWOLIO.

Chodźmy, Merkucio, słuchaj méj rady:
Upał, na dworze są Kapulety,
Jeśli spotkamy nie ujdziem zwady;
Bo w kanikule krew się nam burzy.

MERKUCIO.

Podobnyś do jednego z tych junaków, co wchodząc do karczmy rzuca na stół szablę i mówi: daj Boże, abym jéj nie potrzebował! A rozgrzany drugą szklanicą dobywa miecza bez najmniejszej potrzeby na uprzejmego karczmarza.

BENWOLIO.

Czyżem słowo w słowo taki junak?

MERKUCIO.

Słowo w słowo. Nieznani gorętszego junaka nad ciebie.

BENWOLIO.
I cóż ztąd?
MERKUCIO.

To, ze gdybyśmy mieli dwóch podobnych, tobyśmy prędko obydwóch stracili, bo zabiłby jeden drugiego. Ty, tak ty, gotówbyś wszcząc burdę z człowiekiem, za to, że ma od ciebie mniéj albo więcéj jednym włosem w brodzie. Gotów byłbyś kłócić się o gryzienie orzechów dla tej jedynie przyczyny, że masz oko orzechowe, bo czyjeź-by drugie oko mogłoby wyśledzić podobny powód do sporu? Twoja głowa tak pełna hałaburdy, jak jaje pełne białku i żółtku, jednak twoja głowa przez poboje tak próżna, jak wyjedzone jaje. Kłócic się będziesz z człowiekiem, że kaszle na ulicy, ponieważ obudził twego psa śpiącego na słońcu. Czyż nie napadasz na krawca, że nosi nową kamizelkę przed wielkanocą? a na innego, że związał nowe trzewiki starą wstążeczką? i jeszcze chcesz mię ochraniać od sporu?

BENWOLIO.

Jeślibym był tak skłonny do kłótni jak ty, każdy kupiłby moje życie na prostą lenność za pięć kwadransów.

MERKUCIO.

Na prostą lenność? Och prosty!

BENWOLIO.

Przysięgam na głowę, nadchodzą Kapnięty.

(Wchodzi TYBALT i inni.)
MERKUCIO.

Przysięgam na nogi, nie dbam.

TYBALT.
Idźcie za mną blisko, bo chcę pomówić z nimi. — Dobry wieczór, panowie; mam powiedzieć słówko jednemu z panów.
MERKUCIO.

Tylko słówko jednemu z nas? Zparuj to słówko z czém jeszcze — naprzykład z ciosem.

TYBALT.

Dosyć mię gotowym znajdziesz panie do tego: jeśli dasz jaki powód.

MERKUCIO.

Czy pan nie byłbyś łaskaw znaleść jakiego powoda bez dawania.

TYBALT.

Pan jesteś z panem Romeo w dobrej harmonii, —

MERKUCIO.

W harmonii! co ty robisz nas muzykantami? Oj, nie proś Pana Boga, abyśmy tobie grali, bo nie bardzo dobrą usłyszysz harmonią: oto mój smyczek, który pana poruszy do tańca. — U milionkroć sto tysięcy! harmonia!

BENWOLIO.

Tu rozprawiamy w miejscu publiczném;
Lub się oddalmy w jakie ustronie,
Albo swe żale z flegmą przełóżcie,
Lub się rozejdźmy; wszyscy tu patrzą,

MERKUCIO.

Patrzą, bo na to dane im oczy;
Ja dla nikogo kroku nie ruszę.

(Wchodzi ROMEO.)
TYBALT.

Idzie mój człowiek; z panem już zgoda.

MERKUCIO.

Powieś mię, jeśli barwę twą nosi:
W pole pójść z tobą wprawdzie się zgłosi:
Możesz w téj myśli zwać swym człowiekiem.

TYBALT.

Gniéw mój, Romeo, słowem nielepszém
Każe cię witać. — Ty jesteś podły.

ROMEO.

Tybalt, mam powód ciebie kochania,
On to przed zemstą ciebie ochrania.
Za tę obelgę. — Podły nie jestem:
Przeto cię żegnam, nie znasz mię widzę.

TYBALT.

Chłopcze, to wcale krzywdy nie maże,
Którąś mi zadał; stawaj do bitwy.

ROMEO.

Ręczę, żem nigdy ciebie nie skrzywdził;
Kocham cię lepiej jak się domyślasz,
Póki nie poznasz przyczyn miłości:
Bo Kapuletów imie, jak moje
Równie mi drogie. Tém się zaspokój.

MERKUCIO.

Niecne, spokojne, podłe się zdanie!
A la stoccata, zmazę by zetrzéć. —
Tybalt myszołap ze mną potańczy!

TYBALT.

Czego chcesz odemnie?

MERKUCIO.
Dobry Mruczysławie, mężny królu kotów, nic więcéj nie chcę tylko jednego życia z twoich dziewięciu; proszę o to życie do wiadomego użycia, co jeśli się uda, to resztę ośm wypędzę suchymi razami. Czy się podoba panu wyciągnąć miecz swój za uszy? Spiesz się, abym nim dobędziesz, nie oczerkiesił panu uszu.
TYBALT, dobywając miecza.

Służę panu.

ROMEO.

Dobry Merkucio schowaj twój rapir.

MERKUCIO.

Twoje passado.

ROMEO.

Dobądź Benwolio;
Zbij na dół miecze: — Przez wstyd, panowie!
Wstrzymać obrazę — Tybalt! — Merkucio! —
Xiąże wyraźnie bitwy zakazał
W miasta ulicach: — Wstrzymaj się, Tybalt!
Dobry Merkucio.

(wychodzą Tybalt i jego stronnicy.)
MERKUCIO.

Jestem raniony: —
Dżuma na wasze domy! — zginąłem! —
Odszedł nieranny.

ROMEO.

Czyżeś raniony?

MERKUCIO.

Tak, drasnął, drasnął, dosyć, na honor!
Paziu mój biegaj za cyrulikiem. (wychodzi Paź.)

ROMEO.

Nie trać odwagi, bracie, rana nie może być wielka.

MERKUCIO.

Nie, ani tak głęboka jak studnia, ani tak szeroka jak drzwi kościelne; ale dostateczna: na śmierć usłuży: pytaj się o mnie jutro, a znajdziesz nieboszczykiem w grobie. Jużem na tamten świat napieprzony i nasolony: — Powietrze, na wasze dwa domy! — Do licha! pies, szczur, mysz, kot mógł zadrapać na śmierć człowieka! samochwał, łotr, nikczemnik, co się bije wedle prawideł arytmetycznych: — Czego u djabla między nas wpadłeś? Otrzymałem raz pod twoją ręką.

ROMEO.

Chciałem jak najlepiej.

MERKUCIO.

W dom, Benwolio, jaki zaprowadź,
Albo zemdleje. — Dżuma tym domom!
Ze mnie zrobiły pastwę robaków:
Rana śmiertelna! — O wasze domy!

(wychodzą Merkucio i Benwolio.)
ROMEO.

Bliski xiążęcy krewny ten człowiek,
A mój przyjaciel, ranny śmiertelnie
Z mojéj przyczyny, Tybalt potwarzą
Sławę mi splamił, Tybalt, co krewny
Mnie od godziny, — Julio słodka,
Jak zniewieściałym wdzięk twój mię czyni,
Męztwo staliste we mnie zmiękczało.

(powraca BENWOLIO.)
BENWOLIO.

Mężny Merkucio skończył, Romeo!
Dusza przezacna w górę się wzbiła,
Nader za wcześnie ziemią wzgardziła.

ROMEO.

Losy dnia tego pod kir fatalny
Wiele dni innych jeszcze przyłączą;
Klęsk to początek, inne zakończą.

(powraca TYBALT.)
BENWOLIO.

Wściekły powraca Tybalt na nowo.

ROMEO.

Żywy! w tryumfie! Merkucio poległ!
Względna łagodność precz pod obłoki!
Prowadź mię gniewie ognisto-oki! —
Teraz Tybalcie weźmij to słowo
Podły, co zwałeś mnie tym wyrazem:
Duch Merkucia nad naszą głową
Czeka, byś poszedł w drogę z nim razem;
Jeden z nas, lub dwaj ziemię uścielem.

TYBALT.

Ty, chłopcze nędzny, za przyjacielem
Pójdziesz niechybnie.

ROMEO.

Walka pokaże.

(biją się, Tybalt upada.)
BENWOLIO.

Uchodź, Romeo!
Wszczyna się rozruch, Tybalt zabity: —
Czegoś osłupiał: — jeśli cię złapią,
Na śmierć cię wskaże xiąże: — uciekaj!

ROMEO.

Igrzyskom losu!

BENWOLIO.

Stać-li tu będziesz?

(Wychodzi Romeo. — Wchodzą Obywatele.)
PIERWSZY OBYWATEL.

Zbójca Merkucia kędyże pobiegł?
Tybalt morderca kędyże pobiegł?

BENWOLIO.

Tybalt tu leży.

PIERWSZY OBYWATEL.

Ze mną chodź, panie,
Xięcia imieniem mówię to panu.

(Wchodzi XIĄŻE ze Świtą: MONTEGO, KAPULET, ich żony i inni.)

XIĄŻE.

Podli wszczynacze jacyż téj bitwy?

BENWOLIO.

Mogę odsłonić, xiąże dostojny,
Dzieje fatalne smutnej téj wojny:
Młody Romeo zabił Tybalta,
Z ręki którego legł Merkucio.

PIERWSZY KAPULET.

Tybalt mój krewny! — Braterskie dziécie!
Widok nieszczęsny! Ach potok krwawy
Mego krewnego! — Xiąże, jak prawy,
Weź za krew naszę Montega życie.
O krewny, krewny!

XIĄŻE.

Wnet, Benwolio,
Powiedz kto piérwszy wziął się do broni?

BENWOLIO.

Tybalt, co poległ z Romea dłoni;
Choć z nim Romeo pięknie rozmawiał,
Sporu wszczętego małość przedstawiał,
Gniewem Xiążęcej Mości zagrażał,
Choć się łagodnie, grzecznie wyrażał,
Ledwie nie zginał przed nim kolana: —
Jednakże wściekłość nieubłagana

Tybalta, który głuchy na pokój
W pierś Merkucia godził zelazem;
Równie ten prędki raz odparł razem,
Z męzką pogardą jednym zamachem
Śmierć zimną odbił, drugim odsyłał
Śmierć Tybaltowi, który się zdołał
Zręcznie uchraniać: Romeo wołał,
Wstrzymać się! dosyć! stójcie, panowie!
A jeszcze prędszy jak w swojéj mowie,
Na dół zbijając ostrza fatalne
Między nich wpada; pod jego ręką
Ciosem zdradliwym Tybalt przesieka
Dni Merkucia i sam ucieka:
Lecz do Romea wraca po chwili,
Na razie pomsty; oba zajadli,
Jak błyskawica, na siebie wpadli;
Nimem ich bowiem bitwę rozłączył,
Tybalt waleczny dni swe zakończył,
Uciekł Romeo na to zabicie:
Że to jest prawda daję me życie.

PIERWSZY KAPULET.

Krewny Montega jemu życzliwy,
W opowiadaniu stąd nieprawdziwy:
Jakich dwudziestu biło się w zwadzie,
Dwudziestu trupem jednego kładzie:
Xiąże racz spełnić prawo surowe,
Niech da Romeo głowę za głowę.

XIĄŻE.

Tybalt Merkucia zgładził ze świata;
Na kimże cięży krwi téj zaplata?

MONTEGO.

Nie na Romeu, w ścisłéj przyjaźni
Był z Merkuciein: jego w tém błąd,
Że sam go zabił, nie czekał kaźni,
Którą Tybalta skarałby sąd.

XIĄŻE.

Przeto Romeo za taki błąd,
Od téj godziny wygnany ztąd:
Nie obojętny dla mnie wasz gniew,
Gdy moja w bitwie leje się krew;
Ale powściągnę, karę weźmiecie,
Krwi méj wylanéj pożałujecie;
Obron, wymówek słuchać nie raczę,
Na łzy i modły win nie przebaczę;
Pizeto nie proście; niech stąd ucieka,
Jeśli go złapią, śmierć go tu czeka.
Niech się nie waży woli mej zwłaczać:
Mord, a nie litość, mordy przebaczać.

(wychodzą.)
SCENA DRUGA.
(Pokój w domu Kapuleta.)
Wchodzi JULIA.
JULIA.

Ognisto-nogie lećcie rumaki
W słońca mieszkania; woźnica taki
Jako Faeton niech was pogania
Ku zachodowi, niechaj na ziemię

Zaraz wyprawia noc nachmurzoną. —
Nocy, tyś matka, miłość twe plemię,
Przeto zwinięte rozwiń opony,
Zaniknij ciekawy wzrok naprzykrzony,
Aby Romeo w moje objęcia
Wpadł niepytany, ani widziany. —
Dość świeci własne kochankom lice,
Że mogą spełniać swe tajemnice:
Jeśli zaś milośc ślepa, to lepiéj
Noc jéj przystoi. — Chodź grzeczna nocy,
Naucz Matrono w czarnéj odzieży,
Jak na ołtarzu słodkim małżeństwa
Wieńce dziewicze składać należy:
Krew, co w rokoszu do twarzy bije,
Płaszcz twój posępny niech mi zakryje:
Aż trwożna miłość śmielszą nie stanie,
Przejdzie w powinność wierząc w kochanie.
Przychodźże nocy! — Przychodź Romeo!
W ciemnéj téj nocy dzionku majowy!
Legniesz ty bielszy na skrzydłach nocy,
Niźli na piórach kruka śniég nowy. —
Nocy miłośna, chodź nachmurzona,
Daj mi Romea; — kiedy on skona,
Weź go i potnij na gwiazdy drobne,
Tak lice nieba zrobisz nadobne,
Że w tobie nocy świat się zakocha,
Słońce jaskrawe czcić poprzestanie. —
Miłośc kupiłam już na mieszkanie,
Lecz nie posiadłam, chociam przedana,
Lecz nie objętam: — Tak mi dzień nudny,
Jak noc przed świętem niecierpliwemu

Dziecku, że nowéj szaty nie wkłada,
Którą posiada. — Mamka nadchodzi!

(wchodzi MAMKA ze sznurową drabiną.)

Niesie nowiny; a każdy język,
Który Romea imię wymawia,
Dla mnie się mową niebian wysławia. —
Jakaż nowina? co masz? drabina,
Którą Romeo przysłał?

MAMKA.

Drabina.

JULIA.

Ach! ręce łamiesz! jakaż nowina?

MAMKA.

Umarł, ach! umarł! o zła godzina!
Myśmy przepadli! Pani, przepadli! —
Zginął! zabity! nieszczęsne chwile!

JULIA.

Jakto, czyż niebo zazdrośne tyle?

MAMKA.

Ach to Romeo, ale nie niebo: —
Któż się spodziéwał kiedy? Romeo!

JULIA.

Szatan! bo sprawiasz torturę duszy,
Drży piekło rykiem takiéj katuszy.
Sam się Romeo zabił, czy tak?
Syllaba tak większa trucizna
Jak bazyliszka zabójczy wzrok:
Jeśli jest tak, nie będzie mnie;
Kto powie tak skończy me dnie.

Zginął? mów, tak; nie zginął? nie.
W krótkich dwóch słowach życie lub śmierć.

MAMKA.

Oczy własnemi widziałam ranę, —
Zbaw Panie! — mężnie w pierś odebranę:
Trup nieszczęśliwy, trup zakrwawiony,
Blady, jak popiół, blady, zbroczony,
Cały w krwi skrzepłej; na to zemdlałam:

JULIA.

Zgiń moje serce! biédny bankrucie!
Oczy na wieczne idźcie zakucie!
Ziemio do ziemi; zgiń życie u mnie;
W jednéj z Romeem odpocznę trumnie.

MAMKA.

O Tybalt, Tybalt mnie najżyczliwszy!
O grzeczny Tybalt, człek najuczciwszy!
Czyż ja powinnam dożyć twéj śmierci!

JULIA.

Co to za burza sprzecznie tak bije?
Zabit Romeo? Tybalt nie żyje?
Drogi mój krewny? droższy małżonek?
Grzmij trąbo groźna na sąd straszliwy!
Gdy ci pomarli, któż jeszcze żywy?

MAMKA.

Tybalt zabity, bannit Romeo;
Romeo, który zabił go, bannit.

JULIA.

Boże, Romeo zabił Tybalta?

MAMKA.

Zabił i zabił, zabił, niestety!

JULIA.

Skryty kwiecistą twarzą wąż serca!
Smokże był kiedy w tak ładnej grocie?
Szatan anielski! śliczny morderca!
Kruk z wierzchu gołąb, wilk w owczéj skórze
Boska postawa w podłéj istocie!
Pozór przeciwny jego naturze;
Święty potępion, zacny nikczemnik! —
Cóż cię, naturo, w piekło zawiodło,
Gdyś piękne ciało, ten raj ziemiana
Chciała kolebką zrobić szatana?
Jakaż to xiązka z treścią tak podłą
Pięknie oprawna? Fałsz-li zamieszkał
Pałac tak pyszny?

MAMKA.

Teraz w mężczyźnie
Nie ma szczerości, czci, ani wiary;
Każdy kłamliwy, krzywoprzysiężca,
Każdy obłudny, w zdradę obfity. —
Kędyż mój sługa? daj okowity: —
Smutki, boleści starą mię czynią.
Wstyd na Romea!

JULIA.

Za to życzenie,
Niech ci się spryszczy język w około!
To nie dla hańby stworzone czoło:
Wstyd się zawstydzi siąść na tym tronie,
Na którym może najprzyzwoiciéj
Wieńczyć koroną honor swe skronie,
Jako monarcha świata jedyny.
Jakieżem zwierze jemu złorzeczyć!

MAMKA.

Zbójcy krewnego chcesz dobrorzeczyć?

JULIA.

Męża mojego mamże niesławić?
Ach, mężu biedny! któż błogosławić
Będzie twe imie, kiedy klnie żona
Tobie od godzin trzech poszlubiona? —
Lecz na cóś niecny zabił krewnego?
Bo niecny krewny godził na męża:
Łzy głupie wróćcie w źródło domowe,
Dań smutku, wasze krople perłowe,
Myłką płacicie szczęściu haracze.
Mąż, co go Tybalt chciał zabić, zdrowy;
Tybalt, co męża chciał zabić, zginął:
Wszystko to dobrze; czegóż ja płaczę?
Nad śmierć Tybalta gorszemi słowy
Prawieni zabita: zapomniéć życzę;
Ale ugniata pamięć, niestety,
Jak winy czarne serca zbrodnicze:
Tybalt zabity, bannit Romeo;
Bannit! to jedno słowo bannita,
Gorsze daleko jak sto tysięcy
Śmierci Tybaltów. W śmierci Tybalta
Dosyć boleści, gdyby nic więcéj;
Lub, gdy iść smutek lubi społecznie,
I z biedy tłumem idzie koniecznie, —
Niechby dodała Tybalt nie żyje,
Ojciec, lub matka, albo oboje,
Smutki zwyczajne byłyby moje:
Lecz za Tybalta śmiercią w odwodzie
Bannit Romeo, — Ach tym wyrazem

Ojciec i matka, Tybalt, Romeo,
Julia, wszyscy zabici razem: —
Bannit Romeo! — Smutku, tęsknicy
Nié ma ni końca, ani granicy,
Kresu, ni miary w tém jedném słowie,
Tyle boleści żadne nie powie. —
Mamko, gdzież ojciec, gdzież rodzicielka?

MAMKA.

Płaczą przy ciele, żałośc ich wielka.
Pójdzieszże do nich? chodź, zaprowadzę.

JULIA.

Łzy myją rany? — Łza ich ustanie;
Dla mnie plącz wieczny męża wygnanie.
Weź sznur, co ze mną wraz oszukany,
Romeo bowiem z kraju wygnany:
Sznur miał prowadzić, gdzie ma łożnica;
Wdowa-dziewicza umrę dziewica.
Chodźże drabinko, chodźże i mamko;
Pójdziem do łoża szlubnych firanek;
Śmierć, nie Romeo, weźmie mój wianek!

MAMKA.

Spiesz się w twój pokój; znajdę Romea
Dla twéj pociechy: — wiém gdzie przebywa.
Słuchaj, twój przyjdzie w nocy małżonek;
Skrył go Wawrzyniec w swoje mieszkanie.

JULIA.

Znajdź, i wiernemu daj ten pierścionek,
Powiedz niech przyjdzie na pożegnanie.

(wychodzą.)

SCENA TRZECIA.
(Cela brata Wawrzyńca).
Wchodzi BRAT WAWRZYNIEC z koszykiem.
WAWRZYNIEC.

Wychodź Romeo, człeku bojaźni!
Zbyt pokochało ciebie nieszczęście,
I klęska weszła z tobą w zamęźcie.

ROMEO.

Jakaż wieść dla mnie xiążęcia kaźni?
Jakiż cios żąda poznać się ze mną
Dotąd nieznany?

WAWRZYNIEC.

Zpoufalony
Już z nieszczęściami syn mój kochany:
Wieści przynoszę xięcia wyroku.

ROMEO.

Czémże od śmierci wyrok ten mniéjszy?

WAWRZYNIEC.

Z ust jego wyszedł sąd łagodniéjszy,
Ciała wygnanie, a nie śmierć ciała.

ROMEO.

Wygnanie? powiedz zmiłuj się — śmierć:
Widok straszniéjszy dla mnie wygnania
Więcéj od śmierci: nie mów wygnanie.

WAWRZYNIEC.

Tylko z Werony tyś wypędzony:
Bądźże cierpliwy, świat jest szeroki.

ROMEO.

Ach nié ma świata za temi mury,
Czyściec i piekła tylko tortury.
Ztąd wypędzony, wygnan ze świata,
Wygnan ze świata tylko umarły: —
Przeto wygnanie śmierć źle nazwana:
Śmierć pod wygnania kryjąc pozorem,
Łeb mi ucinasz złotym toporem,
Raz ten zadajesz w słodkim uśmiechu.

WAWRZYNIEC.

Czarna niewdzięczność, okropny grzechu!
Prawo za winę woła o głowę;
Xiąże łaskawy biorąc twą stronę,
Raczył usunąć prawo surowe,
Śmierć czarne słowo wygnaniem zmienić:
Wielka to łaska, nie umiész cenić.

ROMEO.

Raczéj tortura, łaska to żadna:
Niebo gdzie żyje Julia ładna;
Pies, kot, mysz inne podłe stworzenia
Żyją tu w niebie, mogą widomie
Bóstwem się cieszyć, lecz nic Romeo. —
Więcéj godności, więcéj znaczenia
W muszkach maleńkich żyjących w domie
Pięknéj królowéj, niźli w Romeu: —
Rączki drobniutkiéj Julii drogiéj
Białość cudowną całować mogą,
Kiaśc z ustek rajską szczęśliwość błogą;
Z ustek westalczą skromnością czystych,
Co się ustawnie wstydem czerwienią,
Własne całunki grzechami mienią,

Lecz nie Romeo! biedny wygnaniec:
Muszkom uchodzi, ja ztąd uchodzę;
Wolny to naród, a ja bannita.
Jeszcze nie zowiesz śmiercią wygnanie?
Nie masz trucizny, albo sztyletu,
Albo nagłego śmierci sposobu
Choc najlichszego, tylko wygnanie,
Aby mię zabić? Jak to wygnaniec?
Xiąże, to słowo zwykł potępieniec
W piekle wymawiać z jękiem i rykiem:
Jak ty masz serce, ty pomazaniec,
Będąc rozgrzeszcą i spowiednikiem,
Tak mię druzgotać słowem — wygnaniec?

WAWRZYNIEC.

Ty zapaleńcze posłuchaj słowo;

ROMEO.

Zechcesz wygnaniec wyrzec na nowo.

WAWRZYNIEC.

Kiedy pociskiem śmierci to słowo,
Podam ci pewny obrony szaniec;
Filozofia, balsam niedoli,
Ciebie pocieszy choć ty wygnaniec.

ROMEO.

Jeszcze wygnaniec? Na szubienicę
Filozofia, chyba ze w stanie
Julię stworzyć, rajską dziewicę,
Lub przeniesienie sprawić Werony,
Lub odwołanie woli xiązęcéj,
Jeśli nie, na nic! nie mów mi więcéj.

WAWRZYNIEC.

Widze szaleni uszu nie mają.

ROMEO.

Jakże mieć będą gdy ślepi mądrzy?

WAWRZYNIEC.

Pozwól o twoim stanie pomówię.

ROMEO.

Mówić nie możesz, tego nie czujesz:
Gdybyś mój młody wiek miał wrócony,
Gdybyś był panem Julii serca,
I od godziny z nią ożeniony,
Gdybyś Tybalta został morderca,
Gdybyś z miłości jako ja szalał,
Jak ja wygnaniec ztąd się oddalał,
Mógłbyś przemawiać i włosy targać,
Padać na ziemię, jak teraz robię,
Brać miarę grobu, nim legnę w grobie,

(słychać stukanie.)
WAWRZYNIEC.

Wstań, bo stukają; skryj się, Romeo!

ROMEO.

Kryć się nie myślę chyba westchnienia,
Co chore serce stękając roni,
Jak mgła przed zbirów okiem zasłoni, (stukanie.)

WAWRZYNIEC.

Cyt, puka! — Kto tam? — Powstań, Romeo!
Chcesz być złapanym: — zaczekaj! — powstań;

(stukanie.)

Bież do czytelni: — zaraz: — mój Boże!
Co to za upor? — Idę już, idę. {{tab||(stukanie.)
Któż to tak stuka? skądże? i czego?

MAMKA, za sceną.

Wpuść mię do domu, poznasz poselstwo;
Idę od pani Julii.

WAWRZYNIEC.

Witaj! (wchodzi MAMKA.)

MAMKA.

O święty ojcze! mów ojcze święty,
Kędy mąż pani? kędy Romeo?

WAWRZYNIEC.

Oto na ziemi spił się łzą swoją.

MAMKA.

W jednym przypadku jest z panią moją:
Wprost jéj przypadek!

WAWRZYNIEC.

Smutne spółczucie!
Przykra podobność!

MAMKA.

Ona tak leży,
Z płaczu nabrzmiała, i we łzach cała: —
Wstawajże, wstawaj! bądźże człowiekiem;
Dla Julki, dla jéj miłości wstawaj;
Jakże się możesz walać po ziemi.

ROMEO.

Mamko!

MAMKA.

Ach, panie! — wszystko śmiercią się kończy.

ROMEO.

Mówisz o Julce? Jakże jéj zdrowie?
Czy mię nawykłym zbójcą nie zowie,
Że nasze szczęście pierwszego ranka
W bliskiéj przezemnie krwi jéj zwalane?

Gdzież jest? co robi? co na zerwane
Mówi kochanie, moja kochanka?

MAMKA.

Nic nie powiada, płacze i płacze;
Pada na łoże, znowu się zrywa,
Woła Tybalta, Romea wzywa,
I pada znowu.

ROMEO.

Jeśli to imie,
Jakby strzelone z śmiertelnwj broni,
Trupem ją ściele; jak padł jéj krewny
Z przeklętéj tego imienia dłoni. —
O, chciéj powiedzieć, xięże, powiedziéć,
W jakiwjże części tego szkieletu
Może przeklęte imie to siedziéć?
Powiedz, niech ginie wnet od sztyletu.

(dobywa sztylet.)
WAWRZYNIEC.

Rękę powstrzymaj w dzikiéj rozpaczy:
Człekżéś? mężczyzną zwie cię postawa;
A łzy kobiétą; dzika twa sprawa
W tobie wściekłego zwierzęcia znaczy:
Brzydka niewiasto, mężu pozorny,
Razem w obojgu zwierzu potworny!
Tyś mię zadziwił: na święty zakon,
Umiarkowańszym sądziłem ciebie.
Tybaltaś zabił, chcesz zabić siebie?
Chcesz żonę zabić żyjącą w tobie,
Czyniąc przeklętą wściekłość na sobie?
Klniesz urodzeniu, niebu i ziemi?
Lecz urodzenie, niebo i ziemia

Twoję samotrzeć bytność składają;
Chceszli z tém wszystkiém zgubionym zostać?
Wstydzisz twą miłość, rozum i postać;
Masz, jakby lichwiarz we wszystkiém zbytek,
Nic nie używasz na ten użytek,
Z jakiego może ozdoby dostać
Rozum i miłość i twoja postać.
Jak forma z wosku twoja postawa,
Któréj istoty męża nie stawa:
Twojej miłości szluby złamałeś,
Gdy tę zabijasz, co pieścić miałeś:
Rozum, co stawia w pięknéj ozdobie
Postać i miłość, wiodąc złe obie,
Jak proch w ładunkach myłką żołnierza,
W ogień się zmienia twoją ciemnotą,
Mając cię bronić, w sztuki rozrywa.
Powstańże człecze! Julia żywa,
Dla jéj miłości tylko coś ginął!
Szczęście to: Tybalt zabić chciał ciebie,
Lecz tyś go zabił; także to szczęście:
Śmiercią grożące prawo ci sprzyja,
Tylko wygnaniem karząc; to szczęście:
Tłum błogosławieństw na ciebie płynie;
Szczęście się wdzięczy w stroju świątecznym;
Równyś upartej, dzikiéj dziewczynie,
Mruczysz na twoje miłość i szczęście:
Strzeż się, bo taki nędznie zaginie.
Idź do kochanki, jak ułożono,
Wstąp w jéj sypialnię, pociesz strapioną;
Nim straż nastanie pomnij wychodzić,
Bobyś w Mantuę uciec nie zdołał,

Kędy przemieszkasz, nim przyjdzie pora
Szlub wasz objawić, domy pogodzić,
Xięcia przebłagać, by cię przywołał:
Będzie w powrocie większe wesele
Milion razy nad żal w rozdziele. —
Idź naprzód, mamko; kłaniaj się pani;
Mów, niech dóm cały zapędzi w łoże,
Smutek powszechny temu pomoże:
Przyjdzie Romeo.

MAMKA.

O mocny Boże!
Nocbym słuchała dobrej tej rady:
Jakże uczony! — Spieszę, a pani
Wnet się o przyjściu twém zawiadomi.

ROMEO.

Powiedz, jak przyjdę niechaj mię gromi.

MAMKA.

Pani kazała oddać pierścionek:
Poźno się robi, niechaj pan spieszy.

(wychodzi Mamka.)
ROMEO.

Dar ten mię nową odwagą cieszy.

WAWRZYNIEC.

Dobranoc; los twój na tém oparty, —
Lub wychodź piérwéj nim staną warty,
Albo przebrany, świtem uciekaj:
W Mantui mieszkaj; człeka twojego
Znajdę i będzie ciągle nam gońcem,
Gdy co dobrego tu ci się zdarzy:
Daj rękę, poźno: żegnam: dobranoc!

ROMEO.

W świecie największe wzywa wesele,
Byłbym inaczéj smutny w roździele
Z tobą, mój ojcze. — Bywaj mi zdrowy!

(wychodzą.)
SCENA CZWARTA.
(Pokój w domu Kapuleta).
Wchodzą: KAPULET, PANI KAPULET i PARYS.
KAPULET.

Rzeczy wypadły tak nieszczęśliwie,
Żem czasu nie miał córkę nakłonić:
Patrz, bo Tybalta kochała tkliwie,
Jak ja; — lecz umrze kto się urodził. —
Poźno, nie wyjdzie tego wieczora:
Ręczę, ze spałbym już od godziny,
Gdybym nie w twojém był towarzystwie.

PARYS.

Boleść i umizg razem nie chodzą:
Pani dobranoc, poleć mię córce.

PANI KAPULET.

Dobrze, wybadam rano jéj myśli;
Teraz zamknięta ze swą boleścią.

KAPULET.

Panie Parysie, ręczę ci śmiało
Za miłość córki; sądzę że będzie
Słuchac we wszystkiem; nawet nie wątpię. —
Żono, pospieszysz do jej sypialni;
Syna Parysa miłość jéj oświadcz;

Powiedz, uważaj, w przyszłą tę środę —
Lecz co dziś mamy?

PARYS.

Dziś poniedziałek.

KAPULET.

Ha, poniedziałek? środa więc wcześnie,
Niechaj we czwartek; — powiesz we czwartek
Hrabi Parysa żoną zostanie: —
Czyżeś gotowy? lubisz ten pośpiech?
Zgiełku nie będzie; — ze dwóch przyjaciół: —
Tybalt nie dawno bowiem zabity,
Mogliby sądzić, że lekceważym
Zgubę krewnego, gdy się weselim:
Dość półtuzina będzie przyjaciół.
Lecz co powiadasz, panie, na czwartek?

PARYS.

Jutro oglądać chciałbym ten czwartek.

KAPULET.

Dobrze, już odejdź: — Tedy we czwartek: —

(do żony.)

Pójdziesz do Julki nim się położysz,
Żegnam cię Hrabio. — Światła w mój pokój!
Dla mnie tak poźno, że prawie można
Mówić, już rano: — Hrabio, dobranoc.

(wychodzą.)

SCENA PIĄTA.
(Pokój Julii.)
ROMEO i JULIA.
JULIA.

Chceszże odchodzić? jeszcze nie dzionek:
Słowik to czuły, a nie skowronek
Trwoży twe ucho w czułym swym śpiewie;
W noc na granatu nóci on drzewie:
Słowik, doprawdy, wierzaj kochanku.

ROMEO.

Był to skowronek, zwiastun poranku,
Nie słowik: patrzaj, aniele miły,
Promień zazdrosny wschód w pasy kraje:
Wszystkie się nocy świece spaliły,
Na górach mglistych wesół dzień staje;
Pójdę, żyć będę: zostanę, zginę.

JULIA.

Blask to nie dzienny, wiém ja dowodnie,
To jakąś łunę odbiły nieba,
Aby, jak sługa, niosła pochodnie,
Gdy do Mantui nocą pospieszysz:
Czekaj, odchodzić jeszcze nie trzeba;

ROMEO.

Niech mię pochwycą, na śmierć powloką;
Spełnić co zechcesz rzecz mi wesoła.
Ta szarość nie jest poranku oko,
Odblask to blady z Cyntyi czoła;
To nie skowronek, którego głosy
W górze nad nami biją w niebiosy:
Nie tak chcę odejść, jak zostać, droga; —

Gdy żądasz, Julko, śmierć dla mnie błoga.
Luba pomówmy, jeszcze nie dzionek.

JULIA.

Już, już, uciekaj, ach to skowronek,
Który wywodzi trele fałszywe,
Krzyki nieznośne i przeraźliwe.
Mówią, że śpiew swój dzieli przyjemnie,
Nic, bo cię śpiewem dzieli odemnie:
Mówią skowronek żabki ma oczy,
Bodajby z żabką głos swój zamienił![1]
Kiedy wystrasza z objęć śpiewaniem,
I goni ciebie dnia powitaniem.
Widniéj i widniéj biały dzień toczy,
Zaraz uciekaj.

ROMEO.

Widniéj i widniéj?
Ciemniéj i ciemniéj smutek nas mroczy.

(wchodzi MAMKA.)
MAMKA.

Pani!

JULIA.

Mamko!

MAMKA.

Matka do pani idzie pokoju:
Ranek już, bądźcie ostrożni młodzi.

(Mamka oddala się.)
JULIA.

Oknem dzień wchodzi, życie wychodzi.

ROMEO.

Żegnam cię, żegnam, całus na drogę.

(Romeo spuszcza się.)
JULIA.

Także odchodzisz? drogi kochanku!
Mężu i panie i przyjacielu!
Co dnia, co chwila, pisz bez ustanku,
Bo czas w minucie, jakby dni wielu:
Licząc tak, długie lata przepłaczę,
Nim cię, Romeo, znowu obaczę.

ROMEO.

Żegnam, zręczności żadnéj nie minę
Dać ci o sobie, droga, nowinę.

JULIA.

Myślisz, ze znowu ujrzym się kiedy?

ROMEO.

Nie wątpię, będą wszystkie te biedy
W porze szczęśliwszej słodką rozmową.

JULIA.

Boże, ma dusza źle przepowiada:
Gdy tak się spuszczasz, sądzę, ze kładą
Ciebie zmarłego w jamę grobową:
Lub mię wzrok myli, lub twarz ci blada.

ROMEO.

Wierz mi, kochanko, zdasz mi się bladą:
Suchy żal wypił krew nam. Bądź zdrową!

(wychodzi Romeo.)
JULIA.

O dolo, dolo, zwą cię niestałą;
Jeśli tak, spełzną twoje zamiary
Na nim, co sławny ze swojej wiary;
Bądź niestateczną, to chwilkę małą
Zechcesz go trzymać zdała odemnie,
Wrócisz go znowu.

PANI KAPULET, za sceną.

Córko, czy wstałaś?

JULIA.

Któż mię to wola? Matka kochana?
Poźnoż tak siedzi? Wstałaź tak z rana?
Cóż niezwykłego do mnie sprowadza?

PANI KAPULET.

Jak się masz Julko?

JULIA.

Coś mi nie dobrze.

PANI KAPULET.

Zawszeż po krewnym łzy i wzdychanie?
Chceszli go obmyć w łez twych powodzi?
Choćbyś obmyła, z grobu nie wstanie:
Skończ. — Wielką miłość smutek dowodzi,
Lecz brak rozumu zabrnąć w rozpacze.

JULIA.

Niechaj najczulszą stratę opłaczę.

PANI KAPULET.

Czując tę stratę, lecz przyjaciela
Płacząc nie ujrzysz.

JULIA.

Czując tę stratę,
Wciąż muszę płakać nad przyjacielem.

PANI KAPULET.

Nie tak nad śmiercią jego łzy lejem,
Jak że ten podły żyje zabójca.

JULIA.

Jaki to podły?

PANI KAPULET.

Podły Romeo.

JULIA.

Podły od niego niebem daleki.
Przebacz mu Hoże! z serca odpuszczam;
Choć mi nie zranił nikt tyle serca.

PANI KAPULET.

Przez to, że żyje krwawy morderca.

JULIA.

Tak że go nié mam w rękach swych, matko:
Bodaj nikt nie mógł prócz mnie się pomścić!

PANI KAPULET.

Nie bój się, nie płacz, zemsta go schwyta,
Do znajomego w Mantuę poszlę,
Kędy ten żyje podły bannita. —
Który mu takim kubkiem usłuży,
Że wnet z Tybaltem będzie w podróży:
Sądzę być zechcesz zaspokojona.

JULIA.

Nigdy nie będę zaspokojona
Romeem, póki nie ujrzę. — Zmarły!
Czy dla krewnego serce me kona?
Znajdź, pani, człeka, sama wyprawię,
Sama truciznę jemu przyprawię;
Aby Romeo, skoro ją przyjmie,
Zasnął spokojnie. — Słyszéć to imię,

Nie być z nim razem, wzdryga się serce, —
Miłość Tybalta chciałabym w zemście
Zaraz na jego wylać mordercę!

PANI KAPULET.

Przypraw truciznę, znajdę człowieka.
Powiém wesołe teraz ci wieści.

JULIA.

Czas ten nieszczęsny pociechy czeka,
Pani, upraszam jakież to wieści?

PANI KAPULET.

Dobrze, czujnego masz rodzieiela,
Który, by wyrwać ciebie z boleści,
Nagle wynalazł dzionek wesela,
Nad spodziewanie moje i twoje.

JULIA.

W dobry czas, pani, cóż to za gody?

PANI KAPULET.

W czwartek następny wielkie wesele,
Bo hrabia Parys piękny i młody
Zrobi w świętego Piotra kościele
Ciebie wesołą oblubienicą.

JULIA.

Na Piotra kościół święty i Piotra,
Szczęsną nie zrobi oblubienicą.
Dziwi mię pośpiech, muszę dać rękę
Wprzód nim mąż przyszły o nią się stara.
Proszę powiedzieć ojcu i panu
Za mąż nie pójdę, gdy pójdę, klnę się,
To za Romea, choć wiész nie cierpię,
Nie za Parysa: — Też to nowiny!

PANI KAPULET.

Ojciec nadchodzi, sama mu powiedz,
Zobacz jak przyjmie twoją odpowiedź.

(wchodzi KAPULET i MAMKA.)
KAPULET.

Mży niebo rosą po zajściu słońca;
Ale po zajściu mego synowca
Ronisz ulewę. —
Dziecko, czyś rynna? We łzach bez końca?
Zawsze-li płakać? Osobą małą
Barkę i morze z wiatrem przedstawiasz:
Morze twe oczy, z nich się łez toczy
Wylew i odlew, barka twe ciało,
Płynie w łez morzu, wiatrem westchnienia;
Co się wściekając ze łzą jak z falą, —
Jeśli nie będzie uspokojenia, —
Łódź skołataną ciała obalą. —
Żono, o naszej woli mówiłaś?

PANI KAPULET.

Tak jest, mówiłam; nie chce, dziękuje. —
Bodajby został grób jéj małżonkiem!

KAPULET.

Cicho, zdaj na mnie, na mnie zdaj, żono;
Nie chce? niewdzięczna? pyszna do tyla?
Siebież nie sądzi błogosławioną.
Że jej niegodnéj dajem młodzieńca
Tak dostojnego za oblubieńca?

JULIA.

Pyszną nie jestem, wdzięczną zostaje:
Jak z niemiłego pysznić się? wdzięcznam
Choć za nie miłe, bo miłość daje.

KAPULET.

Co to, syllogizm śmieszny i lichy?
Pyszna, — dziękuje, — i nie dziękuję; —
Jednak nie pyszna; — śliczny aniele,
Dziękuj bez dzięków, pyszń się bez pychy,
Ale na czwartek nagotuj nózie,
Aby z Parysem stanąć w kościele.
Lub cię pociągnę tam na powrozie.
Precz, blady trupie! precz ty fryjerko!
Twarzy łojowa![2]

PANI KAPULET.

Fe! czyś oszalał?

JULIA.

Błagam cierpliwie, ojcze kochany,
Jedno cierpliwie słówko posłuchaj.

KAPULET.

Nędzna fryjerko! krnąbrna powiśnij!
Mówię, — we czwartek idź do kościoła,
Lub się na oczy mnie nie pokazuj:
Nie mów, nie błagaj, nie odpowiadaj;

Świerzbi cię skóra? — Żono, myślałem,
Że nasza dola nic całkiem błoga,
Mając to jedno dziecko od Boga;
Widzę to jedno dla nas za wiele,
Jako przeklęctwo dały ją nieba:
Precz nic dobrego!

MAMKA.

Strzeż ją, mój Boże!
Hrabio! nie dobrze, tak ją znieważasz!

KAPULET.

Co, Salomonko? język za zęby!
Żywa roztropność, ucz twoje kumy.

MAMKA.

Zbrodni nie mówię.

KAPULET.

Z Bogiem kochanko!

MAMKA.

Mówić nie można?

KAPULET.

Milcz głupi mruczku!
Kurny poważnie ucz przy kieliszku,
A tu nie trzeba.

PANI KAPULET.

Nadtoś gorący.

KAPULET.

Krwi, ciało Pańskie! szaleję prawie:
We dnie i w nocy, we śnie, na jawie,
Rano i poźno, w domu za domem,
Sam i przy ludziach ciągle myślałem,
Aby cię wydać, a kiedy gotów

Młodzian, co z xięciem krwią połączony,
Piękny, bogaty i ukształcony,
Pełen, jak mówią, wielkich przymiotów,
Wtedy nędznica, kukła piszcząca
Śmie odpowiadać do swego szczęścia, —
Kochać nie mogę, — nie chcę zamężcia, —
Jeszczem za młoda, — Proszę przebaczyć, —
Nie chcesz iść za mąż, tobie przebaczam:
Żyjże jak zechcesz w dóm nie przyjmuję;
Patrzaj i pomyśl, bo nie żartuję.
Czwartek się zbliża; uderz się w piersi,
Zważaj, co czynisz: jeśli ty moja,
Pragnę cię wydać za przyjaciela;
Jeśli nie moja, wieszaj się, żebraj,
Z głodu umiéraj, giń na ulicy,
Bo takiéj nie chcę znać niewdzięcznicy,
Ni ci pomoże wszystko co moje;
Wierzaj i pomyśl, przy słowie stoję, (wychodzi.)

JULIA.

Czyliż się litość w niebie nie mieści,
Które przeziera głąb mej boleści?
Ach nie opuszczaj, matko, w téj dobie,
Zwlecz szlub na miesiąc lub na niedzielę;
Albo każ posłać szlubne pościele
W ciemnym i cichym Tybalta grobie.

PANI KAPULET.

Do mnie nie gadaj, słowa nie powiem;
Czyń jako zechcesz, z tobą skończyłam, (wychodzi.)

JULIA.

O Boże wielki! — O mamko droga!
Jak tu zaradzić w ciężkiéj potrzebie?

Mąż mój na ziemi, przysięga w niebie;
Jakże przysięgę wrócić na ziemię,
Chyba ją przyszle małżonek z nieba
Ziemię rzucając? — Rady mi trzeba! —
Biada! zawiłą tyle zgryzotę
Niebo na wątłą rzuca istotę!
Cóż mi kochana mamka powiada
Nie masz pociechy słówka w téj sprawie?
Jakiéj pomocy?

MAMKA.

Jedna ta rada;
Bannit Romeo; świat cały stawię
Przeciw niczemu, że się nie będzie
Ciebie domagał, chyba po cichu.
Rzeczy zważając w takowym względzie,
Pójść za hrabiego najlepiéj będzie.
Ładny i miły, chłopiec nie lada!
Przy nim Romeo, jakoby ściérka;
Żywsze od orła oko posiada.
Przeklnij mą duszę, jeśli za szczęście
Nie mam to drugie twoje zamężcie,
Które daleko pierwsze przechodzi:
Gdyby i nie to, mąż twój nie żywy,
Albo tak dobrze jakoby w grobie,
Żyjąc na świecie, nie żyje tobie.[3]

JULIA.

Z duszy to mówisz?

MAMKA.

Z duszy i serca,
Albo niech będą przeklęte obie.

JULIA.

Amen!

MAMKA.

Co?

JULIA.

Dobrze, z twéj rady dziwnie się cieszę.
Idźże do matki odemnie powiedz,
Że do Wawrzyńca celi pospieszę,
Aby odprawić u niego spowiedź,
Że się z obrazy ojca rozgrzeszę.

MAMKA.

Dobrze, ja powiem, mądrze to czynisz.

(wychodzi.)
JULIA.

Wiedma przeklęta, pełna szkarady!
Więcéj-li grzeszy kusząc do zdrady,
Czy szarpiąc męża podłemi glosy,
Gdy wynosiła wprzód pod niebiosy
Po tysiąc razy? — Idź poradczyni;
Serce me z tobą rozbrat już czyni. —
Pójdę do xiędza szukać sposobu;
Gdy chybi wszystko, wstąpię do grobu.

(wychodzi.)


Przypisy

  1. Wtedy byłby wieczór, kiedy żabki krzyczą, a nie ranek, kiedy skowronek śpiewa, a tem samem nie bylibyśmy zmuszeni teraz się rozdzielać. A.C. — Żabka ma piękne oczy, a skowronek brzydkie, co zrodziło u pospólstwa mniemanie, jakoby skowronek z żabką pomieniał się na oczy. Warburton.
  2. Niejeden nasz drammatyk, ale wszyscy pisarze nieugrzecznionego wieku Shakspeara używali podobnych wyrażeń nie tylko w oryginalnych swoich utworach, ale nawet w swoich przekładach greckiéj i rzymskiéj poezyi wprowadzali podobne słowa w miejscach najczystszych i najozdobniejszych. Stanyhurst tłumacz Eneidy w 1582 roku łaje Eneasza imieniem Dydony słowami, — bedgebrat, eullion, torgbreech, w przeciągu jednéj mowy; ba! nawet w pobożnych poematach, jak Pokuta Maryi Magdaleny, wydrukowana w 1567 roku, przedstawia się ta Święta tak łająca jednego ze swoich czcicieli: „Horeson I. beshrowe your heart, are you here.
  3. W ogóle charakter mamki dziwnie trafnie oddany. Prawdziwy wizerunek prostej osoby, której czynności nie są oparte na żadnych zasadach; zdradziła zaufanie Kapuleta w niéj złożone, a teraz chwyta się najpierwszego sposobu co się nadarza, byleby uniknąć skutków swéj niewiernoścj.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Ignacy Hołowiński.