Rodzina kamieniarza/Chatka w górach

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anonimowy
Tytuł Rodzina kamieniarza
Pochodzenie Zajmujące czytanki nr 17
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1913
Druk Drukarnia M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antonina Smišková
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Chatka w górach.

Pod Kaźmierzem nad Wisłą, w wąwozie między dwiema wapiennemi skałami stała nizka chatka. Zbudowana była z szarego wapiennego kamienia, a gonty, któremi dach był pokryty, gęsto mchem porośnięte, dowodziły jej podeszłego wieku.
Rzeczywiście wystawił ją przed wielu laty jeszcze dziadek obecnego właściciela, gdy się tu osiedlił.
Obok wązkich drzwi wchodowych stała ławka, zrobiona z grubo ociosanej deski, wspartej na dwóch kamieniach. Pod prawą ścianą, o jednym okienku, zwróconym ku wschodowi, widoczną była zwietrzała skała, pokryta orną ziemią, a na niej wybujałe słoneczniki, gieorginje, mak, rzodkiewka, marchew i t. p. Ogródek otaczał płotek, pleciony z wierzbiny. O tylną ścianę chaty wspierał się nizki chlewek, przy którym stał mały kurnik, a tuż obok na wysokim słupku wznosił się gołębnik. Trochę opodal była drwalka, napełniona suchemi gałęziami, przygotowanemi na opał.
Właścicielem chałupki był kamieniarz Pokora, który mieszkał tu wraz z żoną, dwoma synami i córką. Najstarszy syn, Wacek, miał rok czternasty, drugi, Franio, był o cztery lata młodszy, a pięcioletnia Antolka była najmłodsza.
Pokora od świtu do nocy przebywał w górach, gdzie rozsadzał dynamitem skały, a potym rozbijał je na części, z których większe kamienie układał w sążnie, a mniejsze tłukł na szaber i zsypywał w pryzmy.
Co parę tygodni przyjeżdżał właściciel skał, który odbierał pod miarą wykonaną robotę; gruby kamień sprzedawał na budowę domów, a drobny szaber dostarczał najętemi furmankami na sypanie poblizkiej szosy.
Robota w górach była dość przyjemna w pogodną wiosnę i jesień, znośna jeszcze podczas lata, ale bardzo uciążliwa w czasie mroźnej zimy.
Wtedy Pokora z nagromadzonego materjału tłukł przeważnie szaber. Nasunąwszy czapkę na uszy, zarzucał na kapotę kożuch, brał ciężki młot, i pożegnawszy się z rodziną, szedł na robotę.
Najprzód przy nagromadzonych kupach kamieni odmiatał śnieg, potym wybierał sobie jeden gładki kamień do siedzenia, osłaniał się od wiatru kożuchem, zawieszonym na tykach, nogi obwijał szmatami, aby mu było cieplej i aby pryskające kamienie nie kaleczyły butów.
Objąwszy nogami płaski kamień, służący mu za kowadło, kładł na nim mniejsze kamienie i uderzeniem ciężkiego młota rozbijał je na szaber. Dźwiganie młota i machanie nim rozgrzewało go tak, że i w samej kapocie było mu dosyć ciepło. Najgorzej było z nogami, które mimo słomy, jaką miał w butach i gałganów, któremi je okręcał, z powodu braku ruchu ziębły mu i drętwiały.
Od czasu do czasu wstawał, aby rozprostować członki i rozgrzać nogi tupaniem, ale na takie przestanki nie mógł sobie często pozwalać: dzień zimowy jest krótki, robota szła niesporo, a trzeba było zarobić choć 20 kop. dziennie, aby z biedą wyżywić rodzinę.
Zdarzało się jednak, że mimo najszczerszej chęci i koniecznej potrzeby zarobku, Pokora nie mógł iść tłuc szabru. Bywało to albo z powodu śnieżnej zamieci, albo gdy ból w odziębionych nogach mu dokuczał.
Aby jednak i wtedy nie próżnować, zbierał na wiosnę cienkie, lecz mocne korzonki sosnowe, które w zimie moczył, obdzierał z zewnętrznej kory i wyplatał z nich śliczne koszyki, opałki i nawet półkoszki do bryczek.
Jak widzimy z tego, Pokora był pracowity i zapobiegliwy i bardzo kochał swą rodzinę.
Sam umiał bardzo niewiele, bo rodzice jego niepiśmienni nie pojmowali potrzeby kształcenia dziecka i od małego zaprzęgli go do roboty. Dopiero ożeniwszy się, Pokora nauczył się od żony czytać i pisać. Czytając potym w święta i wieczorami pożyteczne książki, nabrał zamiłowania do nauki i przekonał się, jak ona jest każdemu potrzebna.
Dlatego też gorąco pragnął jej dla synów i wszelkiemi siłami starał się ich uczyć. Posyłał tedy obydwuch do szkoły, chociaż Franio przydałby się matce w domu, a Wacek mógłby już po trochu ojcu pomagać.
Oboje rodzice odmawiali sobie wszystkiego, aby tylko synom na książki i potrzeby szkolne starczyło. Pokorowa jak mogła łatała w domu bieliznę, od kilku lat nie widziano na niej nowej sukni lub chustki. Idąc do Kaźmierza po niezbędne sprawunki, Pokora omijał zdaleka piwiarnie, a wódka u nich w domu nigdy nie postała. Ale za to chłopaki mieli zawsze całe buty i porządny przyodziewek na zimę do szkoły. A ponieważ do miasteczka było daleko i chłopcy nie wracali na obiad do domu, matka dawała im zawsze na południe w kobiałkę garnuszek dobrze okraszonej kaszy, lub kapusty, kawał chleba z serem, albo butelkę mleka, a często zdarzył się i kawałek kiełbasy, aby głód nie przeszkadzał im w nauce.
Pokorowa, jak mogła dopomagała swemu mężowi. Obrządziwszy się ze swym skromnym gospodarstwem, w lecie chodziła po górach, zbierała i suszyła lecznicze zioła jak: piołun, tysiącznik, szałwię, kozłek lekarski czyli walerjanę, bratki, kwiat lipowy i bzowy — i sprzedawała to do apteki. Dalej rwała orzechy i berberys, w które obfitują góry kaźmierskie i nosiła to wszystko na targ, gdzie za dobre pieniądze zbywała.
Po powrocie ze szkoły lub wczesnym rankiem chłopcy pomagali matce w tym zajęciu.
Za otrzymane stąd pieniądze Pokorowa kupiła parę kur i koguta, a za sprzedane kurczęta nabyła kozę. Chociaż znajome kobiety kpiły z niej, że będzie miała «żydowskie bydlę», Pokorowa nic sobie z tego nie robiła. Wiedziała ona dobrze, że w górach nie zebrałaby paszy dla krowy, a niewybredna koza byle czym się pożywi i aby ją tylko dobrze doglądać, da tyle mleka, ile źle pielęgnowana krowa — dzieci zaś nie pytają, jakie to mleko, aby tylko było. Otóż koza Pokerowej dawała tyle mleka, że nietylko było czym strawę okrasić, ale czasem się i na serek zebrało.
Wacek bardzo pragnął posiadać i chować gołębie. Razu pewnego ojciec poszedł do szkoły spytać pana nauczyciela o postępy swych synów i dowiedział się, że obaj, a zwłaszcza Wacek, uczą się doskonale.
Chcąc mu za to zrobić przyjemność, ojciec kupił mu parę fajfrów. Chłopak nie posiadał się z radości. Z pomocą ojca skleił gołębnik i z całym zapałem oddał się hodowli tych ptaków. Gołębie wkrótce przywykły do nowego mieszkania: wylatywały na żer i wracały do gniazda, w którym niedługo znalazły się dwa jajeczka. Ile to było uciechy, gdy je Wacek zobaczył! Oglądał je, pokazywał Franiowi, ale tylko zdaleka, żeby im się nic nie stało. A cóż dopiero, gdy z jajeczek wylęgło się dwoje gołych piskląt. Że to było akurat w żniwa, obaj chłopcy, korzystając z wakacji, chodzili po zżętych polach i zbierali pozostawione przez żeńców kłosy; ale musieli zabierać i Antolkę z sobą, bo i ona chciała się przyczynić do wyżywienia gołąbków. Przyniesione snopki chłopcy młócili kijanką i otrzymane ziarno zbierali w woreczki, które uszyli ze starego matczynego fartucha. Pilne dzieci nazbierały tyle kłosów, że wymłóconego ziarna starczyło nie tylko dla gołębi, ale i dla kur na kilka tygodni. Tymczasem Pokorowa sprzedała podrosłe gołąbki i mendel jaj i za to kupiła dla swego drobiu pośladu na zimę.
Jak Wacław miał szczególne zamiłowanie do gołębi, tak Franuś znowu oddawał się z zapałem ogrodnictwu. Z poblizkiego lasu nosił wrzosową ziemię, potrząsał zagonki nawozem kozim, kurzym i gołębim, który skrzętnie zbierał, potym przekopywał i grabił ogródek, aby tylko o ile możności ulepszyć grunt. Nasiona przynosił sobie od pana nauczyciela, który mu chętnie dawał wskazówki, jak co ma sadzić, a nawet zaszczepił mu dwie dziczki ulęgałki, które Franek w zaroślach znalazł i z wielkim trudem do ogródka przeniósł.
Franio pilnował roślinek, usuwał zielsko, a skoro ogródek, prócz przyjemności, zaczął przynosić i korzyści, bo rzodkiewka, rzepa i groszek zielony wybornie dzieciom smakowały, a marchew, buraki i pietruszka matce się nieraz przydały, cała rodzina zaczęła się nim pilnie zajmować i obrabiać go wraz ze swym małym ogrodnikiem.
I Antolka, zachęcona przykładem starszych, nie chciała próżnować. Jak mogła pomagała, to braciom w zbieraniu kłosków, w wynoszeniu wypielonego zielska z ogródka, to znów matce przebierając groch, zamiatając izbę, a nawet obierając kartofle.
Rodzice, widząc to, dziękowali Bogu, że mieli tak pracowite dzieci i choć ubodzy, czuli się bardzo szczęśliwi i nie pragnęli niczego, tylko aby Pan Bóg ich wszystkich przy dobrym zachował zdrowiu.
Wróciwszy w święto z kościoła, lub wieczorem po pracy — cała rodzina zasiadała w lecie na ławce przed chatą, a w zimie około ciepłego pieca i gawędziła wesoło. Chłopcy opowiadali, co się nowego w szkole nauczyli, ojciec i matka różne przygody, jakie sami mieli, lub od innych słyszeli, a często Wacek z Franiem naprzemian czytali jaką książkę, którą pożyczyli od nauczyciela, lub kolegów. Takim sposobem Pokorowie uczyli się niechcący od swych synów, a mała Antolka słuchała, póki zmęczona nie zasnęła na kolanach ojca, lub matki.
I najbiedniejsi mogą sobie nawzajem pomagać.
Piękny majowy dzień chylił się ku końcowi. Powietrze było ciepłe, świeże, przepełnione wonią młodych liści i kwiatów.
Słońce kryło się za wierzchołki skał, a promienie jego padały na chatkę kamieniarza, wnikając do wnętrza przez drzwi otwarte.
Izdebka była mała, biedna, lecz czysta. Na wyszorowanej podłodze stały proste, ale porządne sprzęty. Przy kuchni kręciła się gospodyni i gotowała na wieczerzę kartoflankę. Mała Antolka krajała słoninę i wkładała ją do rynki.
Ze dworu słychać było miły i dziecinny głos. To Franio śpiewał, podlewając w ogródku.
Na ławce siedział Wacław, zajęty bardzo czytaniem ślicznej książki, którą sobie przyniósł ze szkoły.
Na wystających deseczkach gołębnika trzepotały się i gruchały gołębie. Koło budynku biegały kury, jakby śpiesząc jeszcze wygrzebać jakie ziarnko przed udaniem się na spoczynek. Kurka często zaglądała przez płot do ogródka. Młode roślinki stanowiły dla niej wyborny przysmak. Ale apetytu nie mogła zaspokoić: przez płot dosięgnąć nie mogła, a gdyby spróbowała wejść furtką, Franio wypędziłby zaraz nieproszonego gościa.
Wtym w pobliżu dały się słyszeć szybkie kroki.
Wacław podniósł głowę i zobaczył ojca; twarz jego i ręce były opalone, a odzienie kurzem pokryte.
— Tatko! — zawołał uradowany.
Jednocześnie gospodyni i Antolka wyszły z izby, a Franio, nie tracąc czasu na szukanie furtki, przeskoczył przez płot.
— Dobry wieczór, ojczulku — witały go dzieci.
— Dobry wieczór! Jak się macie? — odpowiedział kamieniarz i zwrócił się do żony.
— Wiesz, co się dziś stało?
— Gdzie? Komu? Nic nie wiem — odrzekła przestraszona — bo z twarzy męża poznała, że nie przynosi dobrej nowiny.
— Dąbek miał wypadek: spadł na niego wielki odłam i poranił go ciężko.
— Boże, co za nieszczęście! — krzyknęła Pokorowa i załamała ręce.
Dzieci zbladły z przerażenia; Wacławowi przyszło na myśl, że coś podobnego mogłoby spotkać i ich ojca.
— Nieszczęśliwa Dąbkowa! Biedne dzieciaki — żałowała kamieniarzowa. — A jak to było?
Pokora siadł na ławce, zdjął słomiany kapelusz, czerwoną chustką otarł sobie spocone czoło i twarz zakurzoną.
— Właśnie rozsadzaliśmy dynamitem skałę. Po wybuchu oberwała się gruba warstwa, a gdy drobne kamienie przestały spadać, wleźliśmy na górę, aby odłamy zrzucić. Dąbek szedł naprzód. Wtym niespodziewanie oberwał się jeszcze kawał i stoczył wprost na niego. Nim zdążył się cofnąć, kamień dosięgnął jego nogi i przewrócił go na ziemię. Uderzenie było tak silne, że Dąbek zemdlał.
Pośpieszyliśmy mu z pomocą i dopiero po długim usiłowaniu zdołaliśmy go przywrócić do przytomności! Skarżył się na straszny ból w nogach, które broczyły we krwi. Jędrzej skoczył dać znać Dąbkowej, a ja zostałem przy chorym. W jakie pół godziny przybiegła zdyszana, zapłakana żona ze starszą córką i przydźwigały pierzynę, poduszkę i płachtę, a Jędrzej dwa grube drągi, parę kawałków kory, którą odłupał ze świeżego pnia, konewkę wody i starą koszulę na bandaże. Z trudem poprzecinałem odzienie na poranionych nogach, obmyłem je cokolwiek z zakrzepłej krwi, ostrożnie uniosłem z pomocą wciąż zawodzącej żony, obwinąłem bandażami; położyliśmy następnie fartuch i chustkę Dąbkowej na korze. Tymczasem Jędrzej przymocował dwa boki płachty do drągów, poczym położyliśmy ją na ziemi, posłali na niej pierzynę i poduszkę, i pomalutku, aby jak najmniej urazić chorego, złożyliśmy go na posłaniu. Nogi, obłożone korą były zabezpieczone od ruchu przy podnoszeniu go i przyniesieniu do chaty.
Dopiero gdyśmy go z płachtą położyli na łóżku i Dąbkowa zaczęła kłaść świeże okłady, Jędrzej pobiegł do Kaźmierza po doktora.
Najwięcej mi żal dziewczynek, tak strasznie płakały. Pocieszywszy jak umiałem rannego i jego żonę, pośpieszyłem do domu, abyś się nie lękała, że tak długo nie wracam, bo myślałem, że już może kto doniósł wam o nieszczęściu. Ciekawym, co powie doktór. Dziś jeszcze muszę pójść do nich i dowiedzieć się.
— I ja pójdę z tobą — rzekła Pokorowa.
Chłopcy też chcieli odwiedzić chorego sąsiada, ale rodzice wytłumaczyli im, że trzeba pilnować domu, a zresztą dziś choremu mogliby przeszkadzać, obiecali im więc, że pójdą tam jutro.
Chłopcy zrozumieli, że rodzice mają słuszność i zgodzili się zostać w domu, ale Antolka rozpłakała się, mówiąc, że ona koniecznie pójdzie z mamą, bo tu boi się sama zostać. Dopiero wtedy się uspokoiła, gdy jej Wacek obiecał opowiedzieć bajkę.
Podczas wieczerzy mówiono wciąż o nieszczęśliwym wypadku Dąbka i jego rodzinie.
— Ja się dziwię, że ojciec mógł opatrywać te poranione nogi; ja nawet o tym słuchać nie mogę — rzekł Franio.
— A nie dziwisz się, że ludzie chodzą na polowanie, jak to w książkach czytasz, że myśliwym sprawia to nawet wielką przyjemność zabijanie zwierzyny, a przecież to patrzenie na przelew krwi nie jest wcale konieczne, podczas gdy człowieka bez pomocy zostawić niepodobna, a jeżeli niema się kim wyręczyć, to samemu trzeba po temu znaleźć siły i zdolności.
— Ale, że ojciec nie bał się z nim sam pozostać, gdy Jędrzej poszedł do Dąbkowej; przecież on mógłby umrzeć na ręku ojca? Już ja wolałbym polecieć dać znać żonie — rzekł Franio.
— To pewno, że chwile oczekiwania powrotu Jędrzeja były dla mnie może równie ciężkie, jak dla chorego; ale jeden z nas musiał zostać, bo czyż można było chorego zostawić samego? A czy ty myślisz, że przyniesienie takiej smutnej nowiny rodzinie jest mniej przykrym zadaniem, niż czuwanie nad rannym? Wierz mi, że tak ja, jak Jędrzej wolelibyśmy po 3 sążnie szabru utłuc, niż raz jeszcze znaleźć się w takich smutnych warunkach. Ale cóżby się działo na świecie, gdyby się usuwali ludzie od przykrych obowiązków? A gdyby ciebie, lub mnie spotkało podobne nieszczęście, a otaczający odmówili nam pomocy, wymawiając się tym, że im to sprawia przykrość, co powiedziałbyś na to? Boję się tylko, aby Dąbek nóg nie stracił, choćby zresztą do tego nie przyszło, dużo wody upłynie, nim znowu będzie mógł stanąć do roboty.
— Ale z czego będą żyli, nim on przyjdzie do zdrowia? — troszczyła się Pokorowa.
— Przypuszczam, że przedsiębiorca da mu jakieś wsparcie — pocieszał ją mąż, — inaczej nie wiem, jakby sobie dali radę. Dąbkowa jest słabowita, niewiele może zapracować, a dziewczęta są jeszcze małe. Pozostałaby im tylko żebranina.
— Ach, do tego chyba nie dojdzie! Dąbkowie są poczciwi ludzie i mają wiele przyjaciół, którzy im z głodu nie dadzą zginąć.
— Szkoda, że sami jesteśmy biedni — żałował kamieniarz — z chęcią pomógłbym koledze i przyjacielowi.
— Mój drogi, czyż ubodzy nie mogą w potrzebie przyjść uboższym od siebie z pomocą? Będziemy się dzielić tym, co mamy — powiedziała Pokorowa.
— Masz rację. Chociaż i u nas nie przelewki, ale nie mamy się co równać z Dąbkami — jesteśmy, chwała Bogu, zdrowi i mamy siłę do pracy. Tymczasem on obecnie jest ciężko chory, a ona taka zmartwiona i zajęta obsługiwaniem chorego, że o zarobku myśleć nie może — ciągnął Pokora.
— Biedaczka Dąbkowa nie mogła się dotąd zdobyć ani na kokoszkę, ani na kozę, nie mają zatym ani kropli mleka. Wiesz, gdy pójdziemy do nich, wezmę trochę mleka dla chorego i parę jajek dla dzieci. Pewno Dąbkowa nie ma czasu pomyśleć o wieczerzy.
— Bardzo dobrze. Nam to wielkiej ujmy nie zrobi, a im dopomoże. Wiele dać nie możemy, ale lepiej mało, niż wcale.
— Żeby tak wszyscy myśleli, to może biedaków nie byłoby na świecie!
Mówiąc to, Dąbkowa ugotowała parę jajek na twardo, nalała dzbanuszek mleka i wyszła z mężem.
Wacek obiecał, że będzie pilnował rodzeństwa i nie położy się, póki rodzice nie wrócą.
Smutno było w chałupce Dąbków, która była jeszcze mniejsza i nędzniejsza od mieszkania Pokorów.
Na łóżku leżał gospodarz, nogi miał grubo obandażowane i jęczał co chwila boleśnie. Przy nim siedziała mizerna kobiecina i ocierała od czasu do czasu oczy. W kącie pod piecem tuliły się do siebie dwie dziewczynki.
Gdy Pokorowie weszli do izby, chory powitał ich smutnym uśmiechem.
— Poczciwi z was ludziska, skoro jeszcze po nocy przyszliście mię odwiedzić — wyszeptał.
Kamieniarz i jego żona podali mu rękę i spytali, czy już był lekarz i co mówił.
— Wyszedł właśnie przed chwilą — odpowiedziała Dąbkowa, podając im dwa stare stołki i prosząc, aby usiedli.
— A cóż powiedział? — spytał Pokora.
— Mówił, że kaleką nie zostanę, ale długo poleżę, nim wyzdrowieję — odrzekł Dąbek.
— Chwała Bogu, że się to wszystko dobrze skończy — zawołała Pokorowa.
— Tylko to mnie pociesza, że znów będę zdolny do pracy — ciągnął dalej Dąbek, — ale nim to nastąpi, co z nami będzie? Aż strach pomyśleć!
I w oczach starego łzy błysnęły.
— Uspokójcie się — pocieszał kolega. — Bóg was nie opuści. Przedsiębiorca nie odmówi wam wsparcia, a zresztą i sąsiedzi pamiętać o was będą.
— Z chęcią podzielimy się z wami ostatnim kąsem. Przecie co was dziś, to nas jutro spotkać może, musimy się wspierać wzajemnie. Tymczasem przyjmijcie ot to — dodała, stawiając na stole dzbanuszek i kładąc obok jajka. — Dajcie na kolację dzieciom, a może i sąsiad napije się trochę mleka. No, już nie płaczcie, wszystko znowu wróci do dawnego trybu — perswadowała kamieniarzowa.
Dotknięta nieszczęściem rodzina serdecznie dziękowała.
Pokorowie jeszcze chwilę zabawili u sąsiadów, pocieszali ich i rozrywali jak mogli, potym, pożegnawszy się, pośpieszyli do domu.
Gdy Wacław dowiedział się, że doktór obiecuje Dąbkowi powrót do zdrowia, odetchnął spokojnie, bo on już rozumiał, co za skutki opłakane może pociągnąć za sobą kalectwo głowy rodziny. Franio i Antolka też się ucieszyli, że Dąbek nie będzie chodził o kulach, bo wtedy musiałby zostać żebrakiem, jak stary Maciej, co mu maszyna urwała nogę. A odmawiając wieczorny pacierz, dodały pobożne westchnienie za zdrowie sąsiada.
Jak przewidywał Pokora, przedsiębiorca nie odmówił choremu wsparcia, ale było ono tak małe, że nie wystarczało nawet na pokrycie najskromniejszych potrzeb, a tu należało było jeszcze chorego lepiej odżywiać. Szczęściem, że i sąsiedzi rannego dopomagali jak mogli jego rodzinie.
Pokorowie odmawiali sobie lepszego pożywienia, a jajka, mleko, ser nosili i posyłali Dąbkowi.
Zachęcone przykładem rodziców, dzieci szły w ich ślady. Wacław, niosąc kiedyś swoje mleko do szkoły, wziął z sobą parę młodych gołąbków na rosół dla chorego, a Franio, dowiedziawszy się o tym, narwał do rosołu włoszczyzny ze swego ogródka.
Mała Antolka kilka dni namyślała się, coby tu dać Dąbkowi. Aż jednego dnia matka przyniosła jej od pani aptekarzowej kawałek placka z rodzynkami. Z początku dziewczynka chciała cały placek oddać choremu, potym, jak to małemu dziecku, żal było całego, zaczęła go kosztować, oblizywać, ogryzać ze wszystkich stron. Tak jej zasmakował, że wkońcu postanowiła ofiarować Dąbkowi wszystkie rodzynki z placka, które też rzetelnie wydłubała, zawinęła w listek klonowy i powierzyła matce do odniesienia.
I inni sąsiedzi pamiętali o nim wedle swej możności.
Takim sposobem z pomocą Bożą i dobrych ludzi Dąbek powoli powracał do zdrowia.
Kiedy już mógł wychodzić z domu, zachodził nieraz, prowadzony przez swe córeczki, lub żonę, do chaty Pokory, tam siadywał na ławce, wygrzewając się na słonku i rozmawiając wesoło z całą rodziną, z którą podczas choroby tymbardziej się zaprzyjaźnił, że winien był im wdzięczność.
W końcu czerwca o tyle czuł się dobrze, że mógł już zabrać się do tłuczenia szabru.
I znowu życie naszych kamieniarzy popłynęło zwykłą koleją.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: anonimowy i tłumacza: Antonina Smišková.