Ramułtowie/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ramułtowie
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVI.

W saloniku hrabiny Ramułtowéj w godzinie popołudniowéj, nadzwyczajną uzyskawszy audiencyą, siedział, kapelusz trzymając w rękach, uperfumowany Lubicz... Dojrzała niewiasta na fotelu naprzeciw niego spoczywająca, uśmiechała mu się z wdziękiem zapożyczonym od lat młodszych i maleńką rączkę złożyła na stoliczku naprzeciw niego, aby się jéj mógł do syta napatrzéć. Rączka ta biała, pulchna, okryta mnóstwem pierścieni, które stanowiły rodzaj kroniki dość długiego i nie skąpego w wypadki życia — mogła w istocie swemi kształty i wypieszczeniem ściągnąć znawcy oko. Lubicz, który od niewielu lat żył w towarzystwie szczycącém się rękami takiemi, zachwycony był arystokratycznym rysunkiem jéj i kolorytém tycyanowskim... Opalowe pazurki różowiejące na koniuszczkach palców, świeciły wypolerowane najstaranniéj... Rączka bawiła się niby chusteczką batystową oszytą koronkami, a w istocie kusiła młodzieńca. Usteczka uśmiechem pełnym dobroci towarzyszyły jéj, a oczki przymróżone, wyrażały całą czułość na jaką po wielkim jéj szafunku zdobyć się jeszcze mogły.
Hrabina jakby gotując się na przyjęcie przyjaciela strojną była wytwornie, a choć ani godzina dnia, ani miejsce nie usprawiedliwiało toalety, ubraną była do gorsu i białe ramiona urągające się latom niczém nie przykryte, dodawały jéj pożyczanéj młodości. Niewątpiła bynajmniéj o zakochaniu adoratora, który wzdychał niekiedy pożerając te wdzięki obfite i dojrzałe, okiem chciwém i miłosném...
Hrabina zwykle mówiła mało... lecz ze starannym wyrazów doborem i przesadą miluchną, która przy jéj wieku brzmiała dziwnie dosyć i nieco śmiesznie... W téj chwili milczeli oboje zatopieni we wzajemnéj kontemplacyi...
— Mówże te nowiny twoje! szepnęła wzdychając ku Lubiczowi matrona; ciekawam...
— Są bardzo dobre, cicho szepnął kawaler... zdaje się, że syn hrabinéj potrafił pozyskać serce panny Hanny... która zerwała z Sylwanem... To go odciągnie od téj aktorki i wprowadzi na drogę innego życia...
— A! tak radabym go widziéć szczęśliwym i niezazdroszczącym mi też téj odrobiny szczęścia... którego się spodziewam od was... przerwała hrabina. Dziecko drogie trochę o serce moje było zazdrosném... ale miłość dla ciebie nie ujmie macierzyńskiéj, a mam nadzieję, że i ty dlań ze mną ją podzielać będziesz... że mu się staniesz przewodnikiem... podporą.
— Byle raz pozbył się uprzedzeń swych przeciw mnie, które — zresztą — dodał Lubicz, w początkach są naturalne.
— Ale te chłody i kwasy przejdą? rzekła hrabina, Handzia byłaby dla niego śliczną partyą...
— Staraliśmy się wszelkiemi środkami zbliżyć ich a pana Sylwana usunąć... Un democrate forcené de la pire espèce... Niechże Bóg broni by mu się taka fortuna comme moyen d’action dostać miała w ręce... Dom, wpływ! Panna Hanna miała nieco głowę przewróconą... Herman także.
— A! nie, starałam się w nim dobre wszczepić zasady — ale młodość, żywość, temperament...
— Hermanek już wié o mojém postanowieniu, dokończyła hrabina... już trochę się to przeburzyło w nim... il ne m’en veut plus! Mam nadzieję, że i jego przyszła będzie raisonable... a... ja po wielu i długich cierpieniach odetchnę na łonie przyjaźni i familii.
Spojrzała czule na Lubicza, który jéj białą rękę ucałował.
— Wierz... pani...
— No cóż już ta pani i te tytuły... cicho przerwała hrabina... mam imię Pauliny, nazywaj mnie po imieniu... twoją... twoją Polką...
Wyrazom tym czułym towarzyszyło westchnienie, Lubicz odwtórował mu drugiem podobném w tym samym tonie.
— Polciu droga! rzekł — tyś anioł dobroci...
— Chciałabym abym tylko twe szczęście mój Miciu zapewnić mogła... a wierz mi serce mam młode... i żywo ono bić umie.
— Moje, które nigdy nie kochało... począł Lubicz... przynosi ci na ofiarę pierwiastek uczuć...
Oczy hrabinéj zwróciły się ku młodzieńcowi, który tak piękne prawił jéj rzeczy i byłyby czułości wzajemne zaszły zapewne daléj jeszcze, gdyby Herman po dobrym obiedzie, w dobrym humorze z cygarem w ustach, niespodziewając się nikogo zastać u matki o téj godzinie, nie wszedł poufale, nie pytając o pozwolenie do pokoju...
Lubicz nadzwyczaj się tém zmieszał... Herman zdawał się go nie widzieć...
— Pan Lubicz! rzekła matka.
Syn skłonił się i niezważając na niego siadł z drugiéj strony. Chcąc odciągnąć go od innéj drażliwszéj materyi hrabina zapytała uśmiechając się.
— Jakże tam z panną Hanną? Pan Lubicz jest tak jak członek rodziny, nie mamy dla niego tajemnic...
Herman spojrzał na matkę, ruszył ramionami i nic nie odpowiedział...
— Niechciałbym zawadzać — odezwał się Lubicz wstając i trzymając kapelusz.
— A jabym pragnęła, żeby Hermanek powziął do pana zaufanie i żebyście się z sobą zbliżyli... więc raczéj ja sobie pójdę a was samych zostawię..
— To, niechże się mama nie fatyguje — odparł syn, a gdy o to idzie by pan Lubicz bliżéj poznał się ze mną proszę go do siebie.
Wstał, Lubicz się nieco zawahał — na ostatek niechcąc okazać obawy ani wstrętu... ruszył się z siedzenia, za Hermanem wskazującym mu drogę podążył... Hrabina spoglądając na nich z rozczuleniem została w swoim fotelu... Milcząc weszli do pokoju Hermana... który podał cygaro przybyłemu i począł się przechadzać po pokoju... Lubicz na zapaleniu strawił chwilę, przed rozpoczęciem rozmowy miał czas do namysłu.
— Bardzo się cieszę — rzekł Herman, że się tu na osobności rozmówić możemy. Il n’etait que temps... Wchodzisz pan do familii, wartoby się porozumiéć...
— Jestem do tego przygotowany — odezwał się Lubicz, znajduję to bardzo słuszném.
— Ale mówmy z sobą otwarcie — dodał Herman... i stanął przed zmieszanym nieco, paląc swe cygaro... Przed innemi musisz pan mówić banialuki o swéj wielkiéj miłości dla pani hrabinéj, o rozkochaniu i t. d. Ja nie jestem ani tak głupi, abym temu uwierzył, ani tak bojaźliwy, bym dla ceremonii udawał, iż wierzę... Dla mnie to bardzo jawne, że się pan żenisz dla pieniędzy... będąc gołym; mógłbyś zapewne inaczéj na nie zapracować — ale kiedy się gratka trafia!... rzeczy te chodzą po świecie...
— Proszę pana, przerwał oburzony Lubicz.
— Nie gniewaj się pan i nie przerywaj mi, dorzucił Herman... Mama jest tak śmieszna, iż w pańską miłość wierzy... będzie żyć złudzeniem c’est son affaire. Co do mnie uprzedzić muszę zawczasu, iż żadnéj prepotencyi ojczymowskiéj nie ścierpię, że będę waćpana pilnował, abyś nas postępowaniem nie kompromitował... i że mojéj swobody ograniczyć nie dopuszczę... A potém możemy być wcale dobremi przyjaciołmi.
Lubicz przykre to wystąpienie starał się obrócić w żart, niewiedząc co z niem począć — rozśmiał się.
— Dobrze, rzekł, mówmy tym tonem, ja to lubię... niechcesz pan przypuścić przywiązania mojego... protestuję przeciwko temu... Są w naturze fenomena.
Herman z kolei rozśmiał się.
— Gdyby matka moja nie była hrabiną i nie miała tych kilkukroć stutysięcy guldenów, a znalazła się kucharką, fenomen ten nie miałby miejsca — mais, passons, co daléj?
— Wchodząc do familii tak dostojnéj, zdaje mi się, że pojmuję obowiązki mego położenia... nie myślę wcale mieszać się do pana, ani czyham na wolność jego... Dozwolisz mi téż dodać, że gdy staraniem przyjaciół moich pozyskasz pan rękę panny Hanny, uszczerbek nawet w fortunie sowicie wynagrodzony będzie.
— A to ja pannę Hannę winien mam być panom?
— Bez wątpienia — odezwał się Lubicz — chodziliśmy około tego.
Śmiechem powitał ten argument pan Herman. Curieux! zawołał... Cóż daléj? co daléj?
— Niemasz pan dobrodziéj więc czego się obawiać z méj strony...
— Ja właśnie chciałem o tém zapewnić pana, rzekł syn, bo zdaje mi się, że więcéj skutkiem położenia rzeczy, ja mogę być groźnym jemu, niż wy mnie.
— Wzajemnie możemy sobie czynić nieprzyjemności — odparł Lubicz, ale na co się to zdało, jeśli w zgodzie żyć dogodniéj stronom obu, a zgoda możliwa?
Herman się popatrzał na niego i pokiwał głową.
— Mów pan, proszę — rzekł chłodno.
— Pewne więc pacta conventa zawrzeć byśmy mogli — odezwał się Lubicz, niespuszczając z oczów Hermana i badając wrażenie jakie jego mowa czyniła...
— Słucham. — Pacta conventa!
— Naprzód panie Hermanie — na swobodę jakiéj używasz... nikt się targnąć nie myśli — powtóre w jego zamiarach matrymonialnych moi przyjaciele i ja jesteśmy na usługi — potrzecie soyons bons amis, idźmy zgodnie, a będziesz pan miał we mnie i w mojém kółku silne zawsze poparcie.
— I cóż za te wszystkie piękne rzeczy? spytał Herman — ile gotówką a ile papierami.
— Wierz mi pan, że nie jestem tak interesowany jak się zdaje — dodał Lubicz... mam moje zadanie społeczne, prace... chcę spokoju, domu, zapewnionego bytu, aby na pożytek ogólny pracować... Nie kryję się z tém, iż byt zapewniony mi się uśmiecha, w towarzystwie osoby tak dystyngowanéj jak hrabina... lecz to wszystko... ja nad to więcéj nie pragnę...
— Skromne żądania — rzekł Herman; moje zaś ograniczają się w kilku a raczéj jedném słowie: swoboda. Swoboda w postępowaniu i swoboda przekonań...
— Co do tych przekonań — przepraszam że przerywam, odezwał się Lubicz. Mnie się zdaje, że należąc do jednego świata, koła, do jednych tradycyj — powinnibyśmy miéć przekonania jednakie... Nie może hrabia Ramułt należeć do radykałów, demokratów, nowatorów wszelkiego kalibru, proletaryatu inteligencyi szukającego dróg nowych, chcącego burzyć stary porządek pod pozorem jakiegoś tam postępu... dopominającego się oświaty dla tych, co jéj strawić i spożytkować nie są w stanie — enfin...
— Rozumiem — przerwał z kolei Herman, i powiem panu, że do tych nie należę, ale téż nie należę do tych, co nic zapomniéć i niczego się nauczyć nie umieją... że śmieszném mi się wydaje zawracać społeczność do tego co przeżyła... że nie jestem ani konserwatystą quand même, ani radykalistą z zasady...
— To znaczy, że pan jesteś i chcesz zostać umiarkowanym, ce qui est le metier le plus difficile. W czasach walki, gdy dwa wojska się ścierają, neutralnym widzom oba przechodzą po grzbiecie; trzeba koniecznie obrać sobie obóz i chorągiew, a pańska nie może być inna, tylko taka, jaką jego stan wyznacza. Vous étes né — conservateur, nie możesz być demokratą, ani radykałem, byłoby to śmiesznością... a wierz mi, panie hrabio, że ludzkość nie tylko wraca do tego co przeżyła, ale historya jéj jest powtarzaniem jednego tematu, prawie w jednaki zawsze sposób... do nieskończoności śpiewaną piosenką, któréj strofy chór powtarza. Pan jeśli dziś nie jesteś jeszcze, to będziesz konserwatystą... być nim musisz... liczymy na niego..
— Boję się, abyście państwo się nie przeliczyli — rozśmiał się Herman; za nic wszakże ręczyć nie mogę oprócz tego jednego, że w obu obozach widzę kapitalnych... głupców, z których mi się niezmiernie śmiać chce... Przypomina to nasze studenckie wojny w śnieżki, któreśmy brali bardzo na seryo, które niejeden chorobą i życiem przypłacił, a mimo nich nazajutrz przyjaciół i wrogów na jedne ławy dzwonek do szkoły popędził. Ten dzwonek to nieznane nam prawo, wedle którego świat idzie, mimo studenckich szarmyclów.
Lubicz ruszył ramionami.
Vous le prenez de bien haut — rzekł... Bądź co bądź, my co idziemy z tradycyami, mamy coś więcéj nad tych, którzy idą z marzeniami ledwie ze snu przebudzeni. Jeszcze raz powtarzam: czy pan chcesz, czy nie chcesz — vous étes des nótres. Jesteśmy tak pobłażający, że byle karności obozowéj stało się zadość, wewnętrznym przekonaniom dajemy wielką swobodę... Nie lękaj się pan, byśmy zbyt ścisłego logicznego związku wymagali między zasadami a życiem... Nie tolerujemy herezyi przeciwko dogmatowi jawnie wyznawanemu, lecz na obyczaje patrzymy przez palce.
— To znaczy, przerwał Herman, że wolno żyć jak się podoba, byle się za panią matką krzyczało hasło, które ona głosi.
— I szło gdzie ono prowadzi — dodał Lubicz. Wyrzucają nam nietolerancyę, tak jest, a jeśli idzie o dogmata, nie cierpimy kacerstwa, niedopuszczamy reform... nie znamy prawdy, tylko tę, którą za absolutną wyznajemy, a któréj nie jesteśmy wynalazcami ale piastunami... W rzeczach obyczaju, życia, grzechów powszednich... machnął ręką — każdy idzie jak sumienie dyktuje. Znajdziesz pan pomiędzy nami szulerów, pijaków, szalbierzy, łotrów... są to ciury obozowe... Płacą oni gorącą propagandą naszych idei za grzechy, które ich tylko samych brudzą. Niemasz się co więc pan obawiać zbytniéj surowości...
Herman, który chodził w czasie tego kazania odwrócił się nagle i począł śmiać.
— Doskonale! zawołał — uspokoiłeś mnie pan zupełnie! Są to prawdy, które w praktyce życia już widziałem... ale nigdym ich tak pięknie sformułowanych nie słyszał... Niestety! nie wiele mnie to nęci do obozu...
Lubicz, który może umyślnie z osobistości wprowadził rozmowę na szersze pole, na którém się czuł swobodniejszym zamilkł widząc, że w ton, któryby do przekonania Ramułta mógł przemówić — nie trafił. Patrzał na tego sceptyka i czekał by on się sam odezwał — ale Herman chodził zamyślony, jakby przyszłego ojczyma nie było w pokoju... jakby o jego przytomności zupełnie zapomniał — znać było, że go myśl jakaś inna opanowała wśród wiedzionéj od niechcenia rozmowy... Po długiém milczeniu — Lubicz zakaszlał i wstał — Ramułt jakby przebudzony odwrócił się. Widząc go biorącego za kapelusz, zbliżył się.
— Panie Lubicz, rzekł tonem pańskim — przypomnijmy sobie pacta conventa: będziesz pan miał wygodny dach, stałe utrzymanie i zaspokojenie swych potrzeb... pozycyę niezbyt może... zabawną, ale znośną... nie staraj się wszakże, będąc z zasady konserwatorem, wprowadzać żadnych reform do domu, ani matki waśnić z synem, ani syna na swą ortodoksyę nawracać. Siedź spokojnie za piecem używając darów fortuny; pod tym warunkiem — zapewniam z méj strony tolerancyę. Gdybyśmy jednak mieli do wojny przyjść z sobą, muszę pana przestrzedz, że jestem niewygodnym nieprzyjacielem... i człowiekiem gwałtownym... Znamy się dosyć dobrze — agiscez en conssquence...
— Spodziewam się, że bliżéj mnie poznawszy, odparł Lubicz — lepsze o mnie możesz powziąć wyobrażenie. — Jeszcze słowo — szczerze kochasz się pan w pannie Hannie?
— Czybyś pan chciał mi za faktora służyć na początek? rzekł ironicznie Herman... ale ja nie potrzebuje pośredników.
Lubicz zjadł tę niegrzeczność i odparł bez gniewu.
— Mnie się zdaje, że oni jednak już panu nieco pomogli tam, a jeszczeby się na coś przydali. Słowem, mów, kochasz się w pannie Hannie? chcesz się z nią żenić?
— A gdyby? spytał Herman.
— Gdyby tak było, staralibyśmy się przez starościnę przyśpieszyć rozwiązanie, a jeśli panu przyrodni brat zawadza...
Herman zbladł, lecz udał, że go to ostatnie zapytanie mocno zajęło i podstąpił bliżéj. Lubicz który był prawie pewien, iżby się Herman rad pozbył rywala, szepnął prawie niedosłyszanym głosem:
— Nie chcielibyśmy skandalu — widzi pan — wolelibyśmy krzyku radykałów uniknąć, bo oni wszystko na nas walą — lecz w ostateczności, gdyby dla pańskiéj spokojności oddalenie Sylwana było konieczne — je vous donne ma parole — vous n’avez qu’à dire...
Herman tak był tém wyznaniem osłupiony, iż się na odpowiedź nie zebrał... stał... Lubicz po tém coup de theâtre z tryumfującym uśmiechem, pewny siebie skłonił się i wyszedł...
— Infamisy! szepnął Herman...
Nadzwyczaj trudno byłoby wytłómaczyć co się działo w sercu tego chłopca, który jednego dnia miewał najzłośliwsze fantazye i najcnotliwsze poruszenia, który był uczuciowy, namiętny, szyderski, zimny, mistyk i sceptyk... na którego nigdy rachować nie było podobna w złém ani w dobrém... bo w téj burzącéj się mieszaninie wszelkich żywiołów nic jeszcze nie wzięło góry i nie można było powiedzieć czy się z tego wyrobi cukier czy ocet... W stosunku do Hanny... Herman powodowany był ciekawością poznania jéj i życzliwością szczerą dla brata... Więcéj nęciła go Viola — Hannę badał z zajęciem, miał dla niéj szacunek, nic go ku niéj nie pociągało zresztą. Wydawała mu się często bardzo powabną, zawsze dosyć straszną.
Najczęściéj rozmawiali z nią o Sylwanie, a Herman nie taił się z gorącą sympatyą i uszanowaniem dla człowieka, któremu, jak mówił, nie godzien był trzewika rozwiązać... Teraz leżało mu na sercu, aby ich zbliżyć, przeszkody obalić — i któż wie? czy nie odsunąć go od Violi a samemu zająć przy niéj to upragnione miejsce przyjaciela, nimby się dorobił innego.
Viola była dlań marzeniem, ponętą, pokusą — jednym z tych ideałów młodości, do których stworzenia myśl i temperament zarówno się przykładają, ku którym ciągnie serce i tajemnicze siły sympatyi.
Wiedział już teraz przez Lubicza to, czego się wczoraj domyślał z teatru, iż w stosunkach Sylwana z panną Hanną zaszła jakaś zmiana... nieporozumienie... coś co groziło zerwaniem... Chciał się więc co najrychléj dowiedziéć szczegółów i stać użytecznym.
W salonie starościny nie znalazł nikogo, oprócz niéj i panny Hanny. Zwykły gość — Lelia nie ukazała się wcale... Starościna się o nią nie upominała, bo ją do niéj zniechęcono. Hanna nie wspominała o dawnéj przyjaciółce. Na twarzy pięknéj dziewicy znać było wszakże przewalczone chwile, ślady wzruszenia, bólu i zadanego sobie gwałtu. Starościna bardzo macierzyńsko i czule powitała Ramułta.
— Siadajże tu na chwilkę przy mnie, mój kawalerze, odezwała się naiwnie — a powiedz mi, bo pewna jestem, że wiesz wszystko... zwłaszcza co się pięknych osób tycze... Cóż tam z tą otrutą aktorką się dzieje?
— Słyszałem dziś w mieście, że życiu jéj nie grozi niebezpieczeństwo... Ratunek był śpieszny...
— A cóż to za powód miał być tak tragicznego postanowienia? zapytała staruszka... wszak nie nędza?
— Mówią różnie, rzekł Ramułt: jedni, że nieszczęśliwa miłość, drudzy, że znużenie życiem...
— A takie to słyszę młode... i — powiadają — uczciwe...
Ramułt zamilkł — pilno mu było odejść od staruszki do chodzącéj po pokoju Hanny, która snuła się jak cień milczący... Nadchodząca prezesowa z torebką plotek dozwoliła mu wstać i usunąć się.
— Babcia pytała pana, słyszę, o tę Violę — odezwała się Hanna; nie wieleś jéj chciał hrabia powiedzieć, a ja? nie dowiem się więcéj?
— Na nieszczęście wiem bardzo mało — szepnął Herman. Mój brat Sylwan daleko lepiéjby mógł rozpowiedziéć przygody jéj i dzieje... bo jest pewnie lepiéj świadomy, on jeden ma tam przystęp tylko, straże nikogo nie przepuszczają oprócz niego. Trzeba jednak wyznać, że Sylwan tak tam sobie postępuje, iż cienia nawet innego stosunku nad opiekuńczy... nie było i niema — reszta są potwarze.
Hanna cała zarumieniona, twarz groźną zwróciła ku niemu.
— Hrabia jesteś tego pewien?
— Znam Sylwana — rzekł Herman — i o ile go znam, wiem, że żadnéjby się płochości nie dopuścił.
— A jednak twierdzą tak powszechnie...
— Pozory mogą być wielkie... w mieście wszyscy są przekonani, że ona w nim i on w niéj zakochany, a jam pewien, że nie.
— Pan bronisz go jak dobry brat...
— Nie, pani, byłem dla niego i jestem złym bratem, bo... najdroższego mu skarbu pozazdrościłem nieraz...
Hanna zarumieniła się jeszcze mocniéj...
— Ani pojmuję, by człowiek co raz patrzał na gwiazdę, mógł potém...
Nie dokończył, bo Hanna znalazła pretekst jakiś do przerwania mu tego frazesu...
Po chwili Herman zaczął znowu:
— Sylwanowi tyle winien jestem, iż go do upadłego zawsze bronić i wdzięczen mu będę wiecznie.
— Za co? spytała Hanna...
— Choćby, że mi tu ułatwił wnijście i wyjednał przyjęcie...
Junoszanka odwróciła głowę, dawała mu do zrozumienia, aby mówili o czém inném... smutna była bardzo... Co się działo w jéj duszy, onaby tylko sama wytłómaczyć mogła. Gniewała się na Sylwana i żałowała go, oburzona nań była i na siebie razem za nierozważny pośpiech — wątpiła chwilami i odzyskiwała wiarę. W duszy czuła brzemię łez wezbranych i znużenie życiem i niechęć do niego.
Herman więc był dla niéj pożądanym gościem, bo przynosił błysk jakiéjś nadziei, był węzłem co ją z przeszłością drogą łączył... z nim mogła mówić o bracie i znaleźć przeciwko sobie obrońcę obwinionego. Wdzięczna mu była za tę rolę podjętą szlachetnie. Przyjmowała go téż mile i usiłowała przyciągnąć, ażeby nie zerwał ostatniéj nici, co ją z rodziną tą wiązała jeszcze. Wczorajszy wieczór stał się przedmiotem rozmowy, rozpraw i sporów... a w końcu Hanna umilkła i podając rękę Hermanowi odezwała się doń cicho:
— Mam wielki szacunek dla pana... mam dla niego wdzięczność — stanąłeś pan w obronie człowieka, którego pragnę widzieć tak czystym jak był całe życie. Byłeś mu pan bratem.
— Niechże mi pani uwierzy, iż w téj strasznéj tragedyi rzeczywiście smutném jest tylko to, że ta dziewczyna o mało się nie otruła... a Sylwan z ręki pani nie zginął za to, że miał trochę litości — o inne uczucie, ja co go znam z blizka... ani posądzićbym nie mógł.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.