Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/219

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Herman, który chodził w czasie tego kazania odwrócił się nagle i począł śmiać.
    — Doskonale! zawołał — uspokoiłeś mnie pan zupełnie! Są to prawdy, które w praktyce życia już widziałem... ale nigdym ich tak pięknie sformułowanych nie słyszał... Niestety! nie wiele mnie to nęci do obozu...
    Lubicz, który może umyślnie z osobistości wprowadził rozmowę na szersze pole, na którém się czuł swobodniejszym zamilkł widząc, że w ton, któryby do przekonania Ramułta mógł przemówić — nie trafił. Patrzał na tego sceptyka i czekał by on się sam odezwał — ale Herman chodził zamyślony, jakby przyszłego ojczyma nie było w pokoju... jakby o jego przytomności zupełnie zapomniał — znać było, że go myśl jakaś inna opanowała wśród wiedzionéj od niechcenia rozmowy... Po długiém milczeniu — Lubicz zakaszlał i wstał — Ramułt jakby przebudzony odwrócił się. Widząc go biorącego za kapelusz, zbliżył się.
    — Panie Lubicz, rzekł tonem pańskim — przypomnijmy sobie pacta conventa: będziesz pan miał wygodny dach, stałe utrzymanie i zaspokojenie swych potrzeb... pozycyę niezbyt może... zabawną, ale znośną... nie staraj się wszakże, będąc z zasady konserwatorem, wprowadzać żadnych reform do domu, ani matki waśnić z synem, ani syna na swą ortodoksyę nawracać. Siedź spokojnie za piecem używając darów fortuny; pod tym warunkiem — zape-